Blog > Komentarze do wpisu

Zniewolony. 12 Years a Slave – Człowiek prywatny

(12 Years a Slave, 2013)

Reżyseria: Steve McQueen

Scenariusz: John Ridley (na podstawie „Twelve Years a Slave” Solomona Northupa”)

Grają (ci istotni): Chiwetel Ejiofor, Michael Fassbender, Benedict Cumberbatch, Paul Giamatti, Paul Dano, Brad Pitt

8/10

Wyszedłem z sali kinowej. Akurat w korytarzu było dużo ludzi, więc trochę czasu zajęło mi by się przez nich przecisnąć. Poszedłem do sklepu (oglądałem film w kinie, w jednej z galerii handlowych), tam kupiłem: chleb, butelkę wina, świeczki zapachowe, tygodnik opinii oraz kilka cytryn. Chwilę zatrzymałem się przed empikiem zastanawiając się czy nie kupić jakiejś książki. Machnąłem ręką („innym razem, mam co czytać”). Wyszedłem na zewnątrz, przeszedłem przez ulicę, dość zatłoczoną. Wolnym krokiem zmierzałem w kierunku metra i wtedy – pół godziny po zakończeniu seansu – przyszło mi do głowy: „gdzie jest patos?”. Amerykański film, podejmujący moralny problem, który w USA roztrząsają na wszelkie sposoby od dziesiątków lat, społeczną i kulturową zadrę i przez bite dwie godziny filmu nic nie zgrzytnęło. Ani przez moment. A na patos jestem uczulony.

A film McQueena nie prześlizguje się łagodnie po temacie. To krwiste, treściwe kino. Brytyjczyk zrobił go w swoim stylu. Poza początkiem i końcem nie ma liniowej historii, ale raczej ciąg sugestywnych obrazów, które z różnych stron, często zaskakujących, pokazują niewolnictwo. Jeśli myśleliście, że to prosty problem sprowadzający się do złych i okrutnych białych i dobrych zgnębionych czarnych, to przygotujcie się na wyjątkowo skomplikowany przegląd postaw i zależności. Spod nich wychodzi na jaw absurdalny, trwający przez dziesięciolecia system, w którym z dwóch ludzi mijających się na ulicy jeden mógł być wolny, a drugi mieć status półzwierzęcia. To ważny głos w temacie i film, który przez następne lata będzie punktem odniesienia, dla każdego, który spróbuje go podjąć. Paradoksalnie McQueen w mojej opinii zrobił swój najsłabszy film, a niewykluczone, że dostanie za niego Oskara. I nie świadczy to o słabości „Zniewolonego...” ale o wartości pozostałych dwóch.

Scena warta uwagi:

O McQueenie trzeba napisać jeszcze jedno – ma absolutne oko do filmu. Talent niezwykle rzadki, który poza umiejętnością takiego kierowania aktorami, by przekazywali temat zamierzony przez reżysera, pozwala na komponowanie uderzających w widza scen, w których słowo jest właściwie niepotrzebne. Fragment filmu, w którym Solomon decyduje się na ucieczkę i trafia na pościg właśnie wieszający innych zbiegów, ma ładunek emocjonalny porównywalny do scen z „Listy Schindlera”.

P.S. No i mam problem. Film McQueena w przedoskarowym rankingu wstawiam, z ogromnymi wątpliwościami, przed „Grawitację”. I nie mogę się tych wątpliwości pozbyć. Gdybym oglądał „Zniewolonego...” bez oskarowego kontekstu i ktoś by mnie spytał, czy zasługuje na nagrodę Akademii, pewnie powiedziałbym, że nie, że czegoś mi w nim brakuje. Ale to świetny film i jeśli wygra, nie zdziwię się. No więc wygląda to tak

1. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

2. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

3. „Kapitan Phillips” 7/10

4. „Witaj w klubie” 7/10

5. „Wilk z Wall Street” 6/10

P.P.S. Oczywiście gdyby „Sierpień w hrabstwie Osage” był nominowany, powinien wygrać.



czwartek, 06 lutego 2014, kubadybalski

Polecane wpisy