Blog > Komentarze do wpisu

Spectre - B(ł)ond

(Spectre, 2015)

Reżyseria: Sam Mendes

Scenariusz: John Logan, Neal Purvis, Robert Wade, Jez Butterworth

Grają (ci istotni): Daniel Craig, Christoph Waltz, Lea Seydoux, Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Monica Belucci

2/10

Gigantyczna porażka. W porównaniu z poprzednimi „bondami” to film o klasę, albo o dwie klasy gorszy. W każdym elemencie. Pierwsza scena – w Meksyku – jest efektowna, ale nie jakoś tam szczególnie wymyślna. Potem jest gorzej. Piosenka z czołówki mogłaby co najwyżej buty czyścić tej, którą w „Skyfall” śpiewała Adele. Miejsca na świecie, które odwiedza Bond, zawsze robiły olbrzymie wrażenie (wyspa Hashima w „Skyfall”!). Tym razem – Rzym, austriackie góry, jakaś pustynia, dużo Londynu - nie zainteresowałyby żadnego średnio rozgarniętego backpackersa. Najbardziej wymyślny gadżet jaki Q przygotował dla swojego najlepszego agenta to wybuchający zegarek. Ucieczka z głównej siedziby czarnego charakteru zajmuje dziesięć sekund (gdzie te stare „bondy”, w których wszystko się waliło, paliło, zalewało wodą i wybuchało przez pół godziny, Bond rozstrzeliwał armię wrogów, ratował dziewczynę i rozbrajał ładunek nuklearny w tym samym czasie?). Film jest pełen nielogiczności. Nie chodzi mi o takie klasyczne, że 007 zabija pół świata, bo to w końcu film o Bondzie, ale takie najzwyklejsze bzdury, które biją w oczy (scena tortur poprzedzająca wspomnianą ucieczkę jest bezsensowna – o co tam chodzi?).

Poprzednie „bondy” z Danielem Craigiem musiały jakoś tchnąć życie w ciągnięty przez dziesięciolecia wątek brytyjskiego agenta z licencją na zabijanie, który już dawno powinien się widzom znudzić. I to się udało, bo po prostu robiono efektowne, ale przede wszystkim ciekawe filmy. Tam były pomysły, których tutaj nie ma za grosz. Zachowując konwencję, jednocześnie się z nią bawiono, trochę naginano. Bond stał się ciekawy jako osoba, a Craig dał tej postaci cechy jakich wcześniej nie miała – trochę brutalności, trochę melancholii – i widzowie to kupili. Ja kupiłem. W „Spectre” tego nie ma. Dialogi są tak drewniane, że bolą zęby. Bond, który zawsze był przykładem stonowanego, brytyjskiego humoru, tym razem bije się o tytuł „króla sucharów”. Scenariusz momentami staje się karykaturą bondowskiej serii. Jego jakość sugerowałaby obsadzenie w głównej roli raczej Dolpha Lundgrena, albo Michaela Dudikoffa. Bliżej mu do „Komando Foki 2”, a nie do wspomnianego „Skyfall”. A sam Craig – tak na dokładkę - niestety się zestarzał i to widać.

Pewnie i tak na ten film pójdziecie, ale gdybym miał radzić, to nie idźcie, bo nie warto. „Casino Royale”, „Skyfall”, nawet „Quantum of Solace” to „bondy”, które się pamięta. „Spectre” mogłoby nie być, serii by to nie zaszkodziło.

Scena warta uwagi:

Scena tortur, której najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Po co wierci, jeśli nic z tego nie wynika? Po co siedzi tam dr Swann, a jeśli już siedzi, to dlaczego potem jak niby nigdy nic wstaje i się przechadza? Dokąd uciekają? O co chodzi?

środa, 11 listopada 2015, kubadybalski

Polecane wpisy