Blog > Komentarze do wpisu

Carol – Nowojorski romans

(Carol, 2015)

Reżyseria: Todd Haynes

Scenariusz: Phyllis Nagy na podstawie powieści „The Price of Salt” Patricii Highsmith

Grają (te istotne): Cate Blanchett, Rooney Mara

7/10

Tegoroczne oscarowe nominacje można z grubsza podzielić na filmy których tematem jest duch amerykańskości (w różnych wersjach), oraz na nietypowe romanse (mniejszość). „Carol”, ekranizacja powstałej grubo ponad pół wieku temu powieści Patricii Highsmith, to film z tych drugich, ale sporo mówi też o tym pierwszym temacie. W USA to książka ważna, pod wieloma względami odkrywcza, przez wiele lat jedna z najważniejszych dla środowiska LGBT. Co ciekawe Highsmith to pisarka głównie od kryminałów („Nieznajomych z pociągu” sfilmował Hitchcock, stworzona przez nią postać pana Ripleya też kilka razy trafiła na ekran), ale też osoba przyznająca się przez lata do swojej biseksualności. Na podstawie tej książki (początkowo opublikowanej pod pseudonimem) wyszedł zaskakująco kameralny film o miłości pewnej sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami i starszej od niej kobiety z wyższych sfer i o wszelkich związanych z tym konsekwencjach jakie mogły je spotkać w pierwszej połowie lat 50-tych w Nowym Jorku. To nie były czasy i nie było to miejsce, w którym za taki romans kończyło się na stosie. Taki film zrobić by było łatwo. Trudniej, ale Haynesowi się to udaje, wciągnąć widza w historię, w której taka miłość niby nie jest zakazana, ale też nie jest akceptowana i właściwie do końca nie wiadomo gdzie jest granica tego co można powiedzieć otwarcie i co główne bohaterki za to spotka. Tu nie chodzi wyłącznie o romans dwóch kobiet, ale też o związaną z tym zdradę (ale też nie do końca), o poczucie odpowiedzialności, bo w końcu ani Carol, ani Therese nie spadają z księżyca, tylko tkwią w rozmaitych relacjach z innymi ludźmi. Wszystko to jest zaskakująco płynnie podane. Scenarzysta Phyllis Nagy wspominał, że początkowo nie wyobrażał sobie przeniesienia tej historii na ekran, bez stale odzywającego się głosu z „offu”, tłumaczącego motywacje głównych bohaterek. Ostatecznie „offu” prawie nie ma.

Aż trudno uwierzyć jak wiele nagród (zasłużenie) zebrał tak skromny film. W Hollywood oczywiście wybuchła burza po tym, gdy nie dostał oscarowej nominacji za najlepszy film (bo, jakbyście nie wiedzieli, w tym roku filmowe Stany Zjednoczone uciskają nie tylko Afroamerykanów, ale też geje i lesbijki), ale poza tym ma szansę na sześć statuetek w tym obie aktorskie i za scenariusz. Rooney Mara za swoją rolę już została nagrodzona w Cannes. Co więcej za przepięknie sfilmowany Nowy Jork lat 50-tych Złotą Żabę na zeszłorocznym Camerimage w Bydgoszczy odebrał operator Edward Lachman, a w konkursie zdjęcia do „Carol” spodobały się jurorom bardziej niż np. zdjęcia do „Syna Szawła” (Brązowa Żaba, Srebrna trafiła do, też pokazywanego właśnie w kinach, filmu „Barany. Islandzka opowieść”). To tylko niektóre powody, by wybrać się do kina. To nie jest film przełomowy, byłby takim gdyby powstał pół wieku temu, ale nie będą to zmarnowane dwie godziny.

Scena warta uwagi:

Śmiesznie wygląda redakcja New York Timesa w latach 50-tych. Jak można było w takich warunkach robić gazetę?

niedziela, 21 lutego 2016, kubadybalski

Polecane wpisy