Blog > Komentarze do wpisu

Król Artur: Legenda miecza – Porachunki o Excalibura

(King Arthur: Legend of the Sword)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritchie, Joby Harold, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Charlie Hunnam, Jude Law, Eric Bana, Aidan Gillen

5/10

Jeśli Guy Ritchie bierze się za legendę Króla Artura i Excalibura, można się spodziewać, że legendarni rycerze będą drobnymi opryszkami, którzy poza tym, że będą machać mieczami, będą też biegać po Londinium, załatwiać drobne brudne interesy i będą gadać cockneyem. Wszystko to w tym filmie jest. Zresztą nie tylko. Jest kilku lubianych przez Ritchiego aktorów (niestety bez Vinniego Jonesa, ale na otarcie łez pojawia się... David Beckham – co ciekawe kinowa sala nie zareagowała, młodzież już chyba nie pamięta Beckhama), są efektowne ujęcia w zwolnionym tempie, szybkim montażem, ze stopklatkami, jest wreszcie fajna muzyka. Problem w tym, że tego wszystkiego jest za mało.

Niestety Guy Ritchie dostał prawdopodobnie od producentów zadanie zrobienia klasycznej bajkowej superprodukcji, w której bohater na początku spada na samo dno, a potem pokonuje główny czarny charakter i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Powiedzieli mu oczywiście, że może ją zrobić po swojemu, ale „po swojemu” zrozumieli zapewne bardziej jako „jak Sherlocka Holmesa”, a nie jako „jak Przekręt”. No i taki zrobił. Oczywiście drobiazgi bardzo cieszą. Fajnie, że np. bohaterowie opowiadają co zrobili, żeby za chwilę widz zobaczył, że to właśnie robią. Cieszy charakterystyczny szybki montaż. Ale to wszystko nieco z czasem rozpływa się w przesyconej komputerową grafiką i efektami historii, która kompletnie niczym nie różni się od produkowanych taśmowo „Bogów Egiptu”, „Warhammera”, „Starcia tytanów” i „Gniewu tytanów”, „Bogów i herosów”, etc. Czyli bierzemy jakąś legendę, albo mit, dorzucamy znanych aktorów i robimy historię od zera do bohatera, ze szczęśliwym zakończeniem. Ponieważ to akurat ten reżyser, jest nieco nostalgicznie, ale lepiej obejrzeć po raz n-ty „Przekręt” albo „Porachunki” (albo choćby bardzo niedoceniane „Rocknrolla”), niż to.

Scena warta uwagi:

Jedna z pierwszych, która pokazuje dorastanie młodego Artura. Bardzo ritchie'owska.

czwartek, 15 czerwca 2017, kubadybalski

Polecane wpisy