Blog > Komentarze do wpisu

Blade Runner 2049 – Maszyna do życia

(Blade Runner 2049, 2017)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Sylvia Hoeks, Robin Wright, Jared Leto, Carla Juri

8/10

35 lat temu Ridley Scott nakręcił film o człowieku, który w androidach znalazł tyle człowieczeństwa, że zaczął się zastanawiać, czy sam nim nie jest. Film... nie wzbudził wielkiego poklasku. Dopiero z biegiem lat (i po kilku przemontowaniach przez reżysera) okazało się, że Scott stworzył arcydzieło, które całej kinematografii, ale też innym rodzajom sztuki, wyznaczyło sposób myślenia o przyszłości i rozwoju technologii. Teraz Villeneuve – też reżyser z zadatkami na jednego z najlepszych w historii – nakręcił film o androidzie, do którego powoli dociera, że jest w nim coś więcej niż efekt pracy inżynieryjnej. Drugi „Blade Runner” był skazany na katastrofę. Zmierzyć się z legendą pierwszego filmu i udźwignąć ją wobec tych, którzy tamten film cenią, a z drugiej strony zrobić coś, co zaciekawi widzów, którzy tamtego filmu nie widzieli, wydawało się niemożliwe. A jednak się udało. Film Villeneuve'a, ale nad którym przecież Scott czuwał jako producent, nie tylko ładnie ciągnie wątki z pierwowzoru, ale też intryguje nowymi, z których część przez te trzy i pół dekady kino rozważało. Czy życie potrzebuje ciała („Ona” Spike'a Jonze'a)? Czy istota obdarzona świadomością to już człowiek? Czy etyka obowiązuje roboty („Ex Machina” Alexa Garlanda)? Czy dzieło jest własnością stwórcy? Czy technologia to kontynuacja ewolucji („Matrix” rodzeństwa Wachowskich)? Czy tylko człowiek może stracić zmysły?

„Blade Runner 2049” to nie tylko sensowna i wciagająca historia, co w filmach s-f nie jest częste, ale dzieło dopracowane w każdym szczególe. Trudno powiedzieć czy lepszą prace wykonał twórca zjawiskowych zdjęć Roger Deakins, garściami czerpiący z oryginalnego soundtracku Vangelisa Hans Zimmer i Benjamin Wallfish, czy może osoby odpowiedzialne za casting, bo odtwórcy głównych ról zostali dobrani wzorowo. Sylvia Hoeks jako Luv mrozi krew w żyłach (a przecież równie świetną, choć zupełnie inną rolę zagrała w „Koneserze” Giuseppe Tornatore), hipnotyzujące role zagrały też Ana de Armas (co za pomysł na postać!), a zwłaszcza Carla Juri. Twórcy utrzymali klimata pierwszego filmu, co chyba dla fanów pierwszego „Łowcy androidów” było najważniejsze. Nawet w tym jednym momencie, gdy już wydaje się, że film skręci w stronę kolejnej franczyzy obliczonej na pięć kolejnych „Blade Runnerów” na poziomie, mniej więcej „Igrzysk śmierci”, szybko okazuje się, że widza inteligentnie zwiedziono. To pewnie byłby jeden z najwybitniejszych filmów science-fiction, gdyby tylko... nie było tego pierwszego filmu sprzed 35 lat. A tak jest rewelacyjną kontynuacją tamtejszej historii.

Scena warta uwagi:

Jest wiele fajnych i nowych pomysłów. Ale być może najbardziej warto delektować się pejzażami świata za trzydzieści dwa lata. Hipnotyzujące choć też przerażające.

wtorek, 10 października 2017, kubadybalski

Polecane wpisy

Komentarze
2017/10/31 21:41:05
powinni pozostac przy pierwszym, ten nie wniosl niczego odkrywczego, fabula prawie banalna; myslalam, ze Interstellar byl nudny, ten film jednak pobil rekord.