Blog > Komentarze do wpisu

W Warszawie bez zmian, czyli trzy grzechy główne Warszawskiego Festiwalu Filmowego

- To świetny film, bardzo mi się podobał. Ale dramat. Co roku oglądamy bułgarskie dramaty. Nie kręcicie w Bułgarii komedii? – pytała jedna z widzek. – Pewnie, że kręcimy. Ale dlaczego ich tu nie ma, to trzeba pytać organizatorów festiwalu – odpowiadał producent filmu „Irina”. Flim wyjechał z Warszawy z nagrodą aktorską dla Mariny Apostolovej. To pytanie obnażyło drugi z trzech głównych grzechów najważniejszego polskiego festiwalu, który od kilku lat stoi w miejscu, a nie powinien. Zacznijmy jednak od pierwszego.

Ile warta jest nagroda

W tym roku główną nagrodę zdobył albański dramat „Delegacja”. Wstydu nie ma, bo to dobry film, ładnie pokazujący absurdy totalitarnego ustroju, choć nie wybitny i (przynajmniej w opinii Filmotatnika) nie najlepszy w konkursie głównym. Rzecz w tym, że od kilku lat wygrywają filmy, generalnie, przeciętne. Największym sukcesem filmu nagrodzonego w Warszawie, jest wygrana w Warszawie. Potem przepada. Stołeczne jury, rok do roku, upodobało sobie filmy o zwykłym człowieku w starciu z niedemokratycznym systemem i nagradza je taśmowo. Pal licho, jeśli tak w tym roku wygranym jest film solidny. Dwa lata temu nagrodę dostała półamatorska irańska „Malaria”, której jedynym atutem było chyba to, że była z Iranu. Nie słyszeliście o tym filmie? No popatrzcie... A jury było zachwycone.

W efekcie festiwal w stolicy Polski nie promuje filmów, nie daje im kopa o zasięgu choćby regionalnym, o światowym nie wspominając. Nie sprawia, że filmem ktoś zaczyna się za granicą interesować. A taka powinna być jego rola. Bez tego impreza rangi, jaką chciałby być WIFF, traci znaczenie. Nie zawsze tak było. W Warszawie wygrało „Pogorzelisko” Denisa Villeneuve’a. „Ida” zdobyła tu nagrodę w 2013 r, czyli dwa lata przed triumfem oscarowym, kiedy jeszcze nikt tego filmu nie znał. Nagrodę publiczności zdobywały, m.in. niemieckie „Życie na podsłuchu”, libański „Walc z Bashirem”, gruzińskie „Mandarynki”, czy amerykański „Pokój”. Ale od pewnego czasu takie tytuły już z Warszawy w świat nie idą.

Festiwal homogeniczny

I tu dochodzimy do zapowiedzianego juz grzechu drugiego. W stawie z karpiami trudno złowić szczupaka. Kto chciałby na WIFF zrobić sobie przegląd fajnego kina gatunkowego, srogo się zawiedzie. Kryminałów - jak na lekarstwo (w tym roku fajni "Bliscy wrogowie"), thrillery - wyłącznie z mocnym kontekstem społecznym, science-fiction - pod warunkiem, że eksperymentalne, komedie - co najwyżej komediodramaty. Jest co prawda cześć z filmami dla dzieci i chwała festiwalowi za to. Są osobne konkursy krótkometrażowe i dokumentalne. Ale trzon festiwalu to opowieści o tym jak głównemu bohaterowi ciężko z powodu powszechnego narkobiznesu/korupcji/opresyjnego systemu. Niepotrzebne skreślić, ale może być też wszystko naraz.

Na festiwal jest w Warszawie moda, wiec sale nie świecą pustkami, ale nie jest to szał i trudno powiedzieć, żeby przez tydzień miasto żyło kinematografią. Organizatorzy od lat nie ułatwiają wyboru filmów do obejrzenia, serwując o każdym kilkuzdaniowe opisy ("...Metaforyczna opowieść o poszukiwaniu ścieżki życiowej..."). Seans jest wiec zawsze jakąś tam niespodzianką, kłopot jednak robi się wtedy, gdy oglądamy dziesiąty film o tym samym, tylko bohater mówi w innym języku.

Bez polskich znaków

Festiwal jest międzynarodowy. Bardzo. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dystrybutorzy znad Wisły nie zabijają się, by promować swoje filmy w Warszawie. A przecież trudno o lepszą okazję, by po premierze w Gdyni, rozwinąć w stolicy czerwony dywan, zrobić jakiś raut, zaprosić paparazzich i popstrykać fleszami. Tymczasem w tym roku skorzystało z tego tylko "7 uczuć" Marka Koterskiego, czyli nowy Miauczyński. Przed rokiem "Człowiek z magicznym pudełkiem" Bodo Koxa i świetne, choć kompletnie zignorowane "Pewnego razu w listopadzie" Andrzeja Jakimowskiego.

A przecież w Warszawie swego czasu nagrody zgarniał Wojciech Smarzowski, czy wspomniana wcześniej "Ida". Na polskie kino się chodzi, czego "Kler" jest tylko ostatnim z serii dowodów. Jesienią zwykle mamy wysyp rodzimych filmów. Tych które biły się o Złote Lwy i tych, które z rożnych powodów w rywalizacji nie uczestniczyły. Zamknięcie się na nie, a tak to wygląda, jest niezrozumiałe.

Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy wyrósł przez lata na poważną imprezę. W środku europejskiej stolicy, w dwóch centralnie położonych kinach, z dużym i solidnym zapleczem organizacyjnym, stał się imprezą rozpoznawalną. Tyle, że stoi w miejscu, jakby pełen zadowolenia z tego co udało się osiągnąć. A jak się stoi, to ogląda się plecy innych.

czwartek, 25 października 2018, kubadybalski

Polecane wpisy