Blog > Komentarze do wpisu

Pierwszy człowiek - Mierz wysoko

(First Man, 2018)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Josh Singer na podstawie "First Man: The Life of Neil A. Armstrong"

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Claire Foy, Jason Clarke, Kyle Chandler, Ciaran Hinds

8/10

To nie jest film o lądowaniu na Księżycu, choć właśnie ta scena, ilustrowana zapadającą w pamięć muzyką Justina Hurwitza, ma szansę przejść do historii kina. Nieprzypadkowo Księżyc nie zmieścił się w tytule. Nieprzypadkowo też Amerykanie nie mieli do tej pory porządnego filmu o Armstrongu i szybciej doczekał się go Lance, największy oszust w historii sportu, niż Neil, pewnie najbardziej znany podróżnik w historii ludzkości. Trudno bowiem zrobić wciągający film o małomównym, raczej naukowcu niż pilocie. Trio, które podjęło się wyzwania to scenarzysta Josh Singer, reżyser Damien Chazelle i aktor Ryan Gosling, czyli w sumie sześć nominacji i dwa Oscary. Razem stworzyli spójną i wielowymiarową, a jednocześnie bardzo kameralną historię o człowieku, współczesnym Hiobie, który mimo, że wielokrotnie dostawał w kość to ani na moment nie zwątpił, że niemożliwe nie istnieje. I jakkolwiek sztampowo brzmi zdanie, które przed chwilą przeczytaliście, to o tym właśnie jest ten film, w dodatku bez grama sztampy, więc ogląda się go świetnie.

Gosling znów, jak w “Drive” czy “Tylko Bóg wybacza”, mówi mało. Ale tym razem to małomówność dojrzalsza, o wiele trudniejsza do zagrania niż “taki jestem nieśmiały, ale mogę dać ci po gębie”. Jego Armstrong to człowiek, którego właściwie nie należałoby wpuścić do kokpitu. Człowiek, który popełniał mnóstwo błędów, przytłoczony prywatną tragedią. Kto inny jednak miał większe doświadczenie, by dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał i poradzić sobie z górą problemów, z jaką nikt wcześniej sobie radzić nie musiał? Singer z Chazellem całą historię zamknęli klamrą. Ich Armstrong to człowiek, który podjął się rzeczy niemożliwej. Na początku filmu mu się nie udaje, ale udaje się na końcu.

Mnóstwo w tym filmie drobiazgów opowiedzianych bez zadęcia. Gdy szef astronautów w NASA Deke Slayton tłumaczy przyszłym pilotom, jeszcze na początku projektu Gemini, skalę wyzwania, używa dwóch tablic. Banalne, ale tak właśnie ta scena mogła wyglądać. Gdy Armstrong, po kilku śmiertelnych wypadkach jest pytany, czy cały ten wyścig w kosmos ma sens, odpowiada, że teraz za późno, by się wycofać. Najsensowniejsza odpowiedź. Czasem ma się wrażenie, że kilku wątków nie pociągnięto. Że fascynujący byłby film o ściganiu się z Rosjanami, albo skupiający się na tym, jak kosmicznie (nomen omen) niewykonalnym zadaniem był pomysł, by polecieć na Księżyc. Ale, jak ustaliliśmy na początku, nie jest film o Księżycu.

Scena warta uwagi:

Lądowanie. Poniżej muza.

wtorek, 13 listopada 2018, kubadybalski

Polecane wpisy