czwartek, 17 listopada 2016

(Arrival, 2016)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Eric Heisserer na podstawie opowiadania „Story of Your Life” Teda Chianga

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jeremy Renner, Forest Whitaker

9/10

Świetny film, w którym akurat najmniej istotni są kosmici. Denis Villeneuve już kilkakrotnie udowodnił, że potrafi stworzyć hipnotyzujący klimat i nakręcić film ilustrowany pięknymi zdjęciami i pozostającą w głowie na długo muzyką, którą już po raz trzeci nagrał dla niego Johann Johannsson. Tym razem pracował jednak na doskonałym scenariuszu. W efekcie mamy zaskakującą, wzorowo przemyślaną i poprowadzoną historię. Elementy, które stopniowo wydają się ważne, ale widz nie ma do nich klucza, z biegiem czasu układają się w błyskotliwą opowieść. Nie nagle, ale stopniowo, kawałek po kawałku. Można odkrywać tajemnicę filmu razem z główną bohaterką. A gdy się już ją odkryje, widz pozostaje z ostatnim pytaniem, którego kompletnie się nie spodziewał. Dawno nie byłem na filmie, którego oglądanie sprawiłoby mi taką frajdę. O ile „Sicario”, przy wszystkich powyższych zaletach, kończy się dość banalnie, to „Nowy początek” imponuje zakończeniem, a właściwie całą konstrukcją opowieści.

To tak fajnie przemyślany film, że nawet nie przeszkadzają nieliczne mielizny, gdy Amerykanie zachowują się bezsensownie (może to nie mielizny?). Mamy więc lingwistkę, która zostaje poproszona przez wojsko o nawiązanie kontaktu z kosmitami, których 12 statków wylądowało w 12 miejscach na świecie, w tym na jednej z równin Montany. Zamiast nawalanki rodem z „Dnia niepodległości”, kanadyjski reżyser opowiada pasjonująco o próbie nawiązania rozmowy z kimś, kto nie tyle mówi innym językiem, ale początkowo nawet nie wiadomo, czy można o nim powiedzieć „ktoś”. Tylko pozornie już takie historie opowiedziano w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” czy w „Kontakcie”, bo z „Nowego początku” dużo więcej można się dowiedzieć o ludziach niż o kosmitach. W dodatku twórcy każą widzom w niecodzienny sposób spojrzeć na język i jego rolę, która wykracza daleko poza proste narzędzie do przekazywania informacji. Z filmu dowiecie się np. dlaczego nie należy uczyć kosmitów grać w szachy. Warto obejrzeć. Bardzo.

Scena warta uwagi:

Jest ich wiele, niestety nie mogę zdradzić które. Po obejrzeniu jednak na pewno będziecie to wiedzieć.

wtorek, 01 listopada 2016

(Prosta historia o morderstwie, 2016)

Reżyseria: Arkadiusz Jakubik

Scenariusz: Arkadiusz Jakubik, Igor Brejdygant, Grzegorz Stefański

Grają (ci istotni): Filip Pławiak, Kinga Preis, Andrzej Chyra, Ireneusz Czop

5/10

Trzeba na reżysera Arkadiusza Jakubika chuchać i dmuchać, bo choć "Prosta historia o morderstwie" jest filmem pełnym mielizn i nieco irytującym, to łatwo dostrzec, że Jakubik lubi dobre amerykańskie kino i chce się na nim wzorować, choć tym razem mu nie wyszło. Wyszedł mu film bardziej efekciarski niż efektowny. Np. bardzo podoba mi się główny motyw muzyczny, tyle że jest go za dużo i w złych miejscach. Skakanie miedzy przeszłością a teraźniejszością robi historii źle, bo łatwo można się w tym pogubić, tym bardziej, że grający głównego bohatera Filip Pławiak ma tę samą minę przez półtorej godziny. Trudno się wiec czasem zorientować, czy to już po tytułowym morderstwie, czy jeszcze przed. Watek brata-gangstera jest bezsensowny, bo dla fabuły nie ma żadnego znaczenia i mogłoby go nie być. Z drugiej strony nietypowa scena rozmowy w języku migowym w łazience jest doskonała.

Tym co ciągnie film w dół jest niestety wspomniany Pławiak. Amerykanie od czasu do czasu robią thriller w którym głównemu bohaterowi świat się wali na głowę, musi ogarnąć siedemnaście rożnych rzeczy, zdobyć pieniądze, uratować kobietę i na końcu przeżywa, albo nie, ale tak czy siak wszystko kończy się dobrze. Takie filmy, jak "Życie Carlita", "Chłopcy z ferajny", czy, żeby nie szukać daleko, "Wilk z Wall Street", opierają się na postaci głównego bohatera. Tymczasem Jacek jest nijaki, bo Pławiak jest nijaki. Gdyby ta rola była choć w połowie tak brawurowa, jak Kingi Preis, film byłby lepszy.

Scena warta uwagi:

Pomysł, by najmłodszy brat Jacka był głuchoniemy, powstał chyba tylko po to, by nakręcić wspomniana scenę w łazience. Tym razem było warto.

17:10, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 października 2016

(Girl on the Train, 2016)

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz: Erin Cressida Wilson

Grają (ci istotni): Emily Blunt, Edgar Ramirez, Luke Evans

4/10

Ekranizacja zeszłorocznego bestsellera Pauli Hawkins może niestety wciągnąć tylko tych, którzy nie czytali książki. Obejrzą klasyczny, dość schematyczny thriller o miłosnym pięciokącie, w którym głównej bohaterce, która jest najbliżej wykombinowania kto zabił, nikt nie wierzy, bo niestety garuje bez specjalnego opamiętania. Niestety twórcy filmu postanowili zignorować wszelkie zabiegi, które sprawiają, że książkowy pierwowzór jest wciągającym kryminałem. Rozedrgana emocjonalnie Rachel, która sama sobie próbuje tłumaczyć picie, kłamanie i szereg bezsensownych działań, to największą zaleta książki. Opowiadanie z punktu widzenia pierwszej osoby (a właściwie trzech osób) daje czytelnikowi poczucie uczestniczenia w całej historii od środka, a jednocześnie powoli pokazuje mu cała intrygę. W filmie oglądamy jednak klasyczną opowieść, nieco się dłużącą, a Rachel w wykonaniu Emily Blunt głownie beczy i się snuje. Kto zabił można wykombinować w połowie filmu.

Drugą rzeczą jest rzekomy alkoholizm Rachel. "Rzekomy" na ekranie, bo w książce to bardzo sugestywnie pokazany, czwarty bohater. Twórcom filmu jednak wydawało się chyba, że wystarczy Blunt rozmazać makijaż i kazać od czasu do czasu się zataczać, żeby pokazać, że nie wylewa za kołnierz. Jedna z najmocniejszych scen w książce - skacowana Rachel budzi się z siniakami i zadrapaniami, nie pamięta poprzedniego wieczoru, wymiotuje współlokatorkę na wykładzinę, po czym idzie dalej spać - w filmie jest pokazana poprzez jeden siniak i skotłowaną pościel. Ech. Przydało by się do tego Hollywood wysłać Smarzowskiego, to by im pokazał jak się robi takie filmy.

Scena warta uwagi:

O ile w książce finałowa scena (mordowania mordercy) jest dobrym podsumowaniem, to w kinie wzbudziła lekki szmer śmiechu. Nic dziwnego bo w wersji ekranowej trochę nie ma sensu. Ale nad spartoleniem książki już się wyzłośliwiałem wyżej.

sobota, 22 października 2016

(Wołyń, 2016)

Reżyseria: Wojtek Smarzowski

Scenariusz: Wojtek Smarzowski

Grają (ci istotni): Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Wasyl Wasylik

8/10

To jeden z tych filmów, w których nie należy się specjalnie przywiązywać do bohaterów. Dopiero gdy film się trochę rozwinie, można zdać sobie sprawę, jak niesamowicie trudnego zadania podjął się Smarzowski. Zmieszczenie w dwóch godzinach narastających przez lata przyczyn rzezi na Wołyniu, samych wydarzeń i absurdu sytuacji, w której sąsiad mordował sąsiada, a także obrazu miejsca, które wojna przeryła wte i we wte kilka razy, wydaje się niemożliwe. A jednak. A ponieważ to wszystko wiązało się z mordowaniem na rozmaite sposoby, aktorów i statystów potrzeba było dużo.

To bardzo pojemny film i tematów jest w nim tyle, że starczyłoby na kilka innych. Co prawda reżyser dość szybko przechodzi do tego w czym czuje się dobrze, a wiec rozstrzeliwania, ucinania głów i rozpruwania brzuchów widłami, a i zakończenie jest raczej oszczędne, wiec na pierwszy rzut oka to głównie opowieść o rzezi. Ale jest w nim mnóstwo drobiazgów-perełek, jak hipnotyzująca scena "podwójnego" kazania popów do tego samego audytorium, czy postać doskonale pasująca do pasikowskiego "czasy się zmieniają, a pan zawsze w komisjach". Wiele z nich jest dwuznaczna i niedopowiedziana, co robi mocne wrażenie. Nie wiadomo, czy Oleś przychodzi do Mośka i go ratuje, czy wydaje banderowcom.

Wydaje się, że głównym problemem "Wołynia" może być to, ze widz niezorientowany w zawiłościach historii zachodniej Ukrainy, np. paryski zjadacz bagietek, czy nowojorski pochłaniacz hamburgerów, po prostu go nie zrozumie. Smarzowski ma bardzo fajną cechę, że nie wyjaśnia łopatologicznie, a jedynie sugeruje, ufając, że inteligentny widz się domyśli o co chodzi. Tym razem gna tak szybko, że nieprzygotowanemu obserwatorowi umkną rzeczy najfajniejsze. Z drugiej strony, gdyby zrobił film łatwo zrozumiały, może nie byłby tak mocny?

Scena warta uwagi:

"Pieniądze szczęścia nie dają, ale trzeba je mieć" - mówi w pewnym momencie ojciec panny młodej, grany przez Jacka Braciaka, któremu Smarzowski włożył w usta słowa wypowiedziane na zupełnie innym weselu...

wtorek, 18 października 2016

W niedzielę zakończył się 32. Warszawski Festiwal Filmowy. Filmotatnik ponarzekał trochę na zwycięzcę festiwalu, czyli irańską „Malarię”, warto więc wytłumaczyć co, jeśli nie film z Teheranu. Choć w tym roku, żaden z kilkunastu filmów obejrzanych w Multikinie i Kinotece nie spowodował opadnięcia szczęki (a szkoda, choć może to wyjątkowy pech w wyborze), to co najmniej dwa filmy biorące udział w konkursie międzynarodowym chyba na nagrodę zasłużyły bardziej.

Nagradzana turecka rezyserka Yesim Ustaoglu przyjechała do Warszawy z filmem „Światło i cień” („Clair Obscur”/„Tereddut”), który miał premierę na niedawnym festiwalu w Toronto. Koprodukcja turecko-niemiecko-polsko-francuska, historia dwóch Turczynek – psycholożki reprezentującej „zachodni” Stambuł i jej pacjentki wydanej za mąż bez pytania jako nastolatka (rewelacyjna Ecem Uzun) – jest wciągająca i wbrew pozorom tylko zahacza o główny temat nominowanego do Oscara „Mustanga”. Kto spodziewa się prostego kontrastu między „zachodem” a „wschodem”, będzie zaskoczony końcówką filmu, który (bez jego zdradzania) nadaje mu uniwersalne przesłanie, a nie szufladkuje jako film o tym jaka ta Turcja dziwna i jak tam kobietom jest źle. Dodatkowo tytuł należy rozumieć dosłownie, bo to również przepiękne zdjęcia i chyba od czasu „Fortepianu” nikt tak ładnie nie filmował morza.

Równie wciągający był francusko-kanadyjski „Dzieciak” („Le flis de Jean”). To opowieść o trzydziestokilkulatu z Paryża, który nagle dowiaduje się, że ojciec – którego nie znał – był Kanadyjczykiem, właśnie zmarł i zostawił mu w spadku mały obraz. Mathieu jedzie więc do Montrealu na pogrzeb, a przede wszystkim z zamiarem poznania tej części rodziny, o której istnieniu nie miał pojęcia, mimo delikatnego zniechęcania ze strony Pierre'a, przyjaciela jego ojca, który się z nim skontaktował. Bardzo pogodny film, w którym zakończenie nie zaskakuje tylko dlatego, że widz bardzo umiejętnie jest prowadzony do finału i powoli sam odgaduje, dlaczego Mathieu nigdy nie poznał ojca.

Z kolei przez konkurs filmów dokumentalnych przemknęło niezauważone „W zamrożeniu” („Keep Frozen”) islandzkiej reżyserki Huldy Ros Gudnadottir. Jak można zrobić ciekawy film o rozładowywaniu statku? Okazuje się, że można. Bohaterami są dokerzy w porcie w Reykjaviku, którzy w ciągu jednej doby muszą opróżnić statek-chłodnię, który przewozi 20 tys. paczek mrożonej ryby po 25 kg każda. Okazuje się, że piekielnie ciężka praca, która niewiele zmieniłą się od stuleci, do której mało kto się nadaje, a spośród tych którzy się nadają, niewielu wytrzymuje dłużej niż kilka lat, jest (nieprzypadkowo) najlepiej płatną pracą na Islandii. Dla niej młodzi ludzie rzucają szkołę i studia. Co więcej w zajęcie do niedawna zarezerwowane dla Islandczyków, wcisnęła się jeszcze jedna nacja, która żadnej pracy się nie boi. Możecie się domyślić jaka.



18:32, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2016

(Malaria, 2016)

Reżyseria: Parviz Shahbazi

Scenariusz: Parviz Shahbazi

Grają (ci istotni): Saghar Ghanaat, Saed Soheili, Azarakhsh Fahrani

5/10

Zwycięzca tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego nagrodę dostał zdecydowanie na wyrost. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jurorzy nie mieli lepszego pomysłu na zwycięzcę, więc postanowili, bezpiecznie, nagrodzić „coś z Iranu o uciskanych kobietach”. Historia Hanny, która razem z chłopakiem ucieka z domu i w Teheranie poznaje uliczny zespół rockowy (tytułową „Malarię”, zresztą zespół istniejący naprawdę), jest na pewno ciekawa, bo zawsze interesujące jest pokazanie ludzi, którzy całą gębą żyją w XXI w., ale muszą zwracać uwagę na ograniczenia, które są żywcem wzięte z XIX w. Choć przeważnie nienachalnie, to jednak decydują o ich wyborach i kierują ich życiem. Dlatego Iran to generalnie wdzięczny temat dla filmowców, tylko że od pewnego czasu, żaden z nich nie mówi w tym temacie wiele nowego. Shahbazi nie jest wyjątkiem.

Film jest nie tyle przeciętny, co bardzo nierówny. Świetnie weń wplątano ujęcia kręcone smartfonem i gdyby w Warszawie przyznawano nagrodę za zdjęcia, to byłby faworyt. Twórcy sprawnie pokazują mniejsze lub większe absurdy, które są sprowokowane wieloletnimi rządami konserwatystów w Iranie i co chwilę widz ma problem, czy się śmiać, czy jednak powinien poczuć niepokój o losy bohaterów. Być może to niezdecydowanie, czy to film z przymrużeniem oka, czy raczej na poważnie, ma być jego atutem. Filmotatnikowi wybitnie przeszkadzało. Natomiast aktorstwo wybitnie ciągnie „Malarię” w dół. Zatrudniono do niego naturszczyków i to widać. Dialogi mają temperaturę tureckiej telenoweli i gdyby gdzieś zza jakiegoś rogu teherańskiej ulicy wyłoniła się sułtanka Kosem, emocjonalnie doskonale by się w ten film wpasowała.

Scena warta uwagi:

Ponieważ Filmotatnik jest absolutnie zakochany w irańskich górach, bardzo mu się podobały zdjęcia z wyciągu krzesełkowego w Draband.



20:17, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2016

(Chouf, 2016)

Reżyseria: Karim Dridi

Scenariusz: Karim Dridi

Grają (ci istotni): Sofian Khammes, Foued Nabba

5/10

Ten film ma wszystko, żeby francuskie dzieciaki, bawiły się na podwórku w gang, a aktorzy stali się idolami nastolatek. Tak to jest z filmami gangsterskimi, a pokazywany właśnie na Warszawskim Festiwalu Filmowym "Chouf" to najklasyczniejszy z klasycznych tego rodzaju. Jest brutalny i prawdziwy. Dzieje się na marsylskim osiedlu, gangsterzy to właściwie dzieciaki, mówią z takim akcentem jak trzeba. Ma się wrażenie, że wojny haszyszowych gangów ogłada się od środka, w dodatku słuchając francuskiego rapu. W klimacie to film zbliżony do rewelacyjnego "Miasta Boga" Fernando Meirelesa i Katii Lund. Ale jeśli lubicie "Chłopców z ferajny", "Infiltrację" i "Psy" to ten film się wam spodoba.

Ale jeśli nie lubicie, to od razu dostrzeżecie scenariuszową mieliznę. Francuzi zrobili film schematyczny, wokół haseł bohater-gang-zdrada-narkotyki-dziewczyna. Kto zdradził, można się domyślić w połowie filmu. Zakończenie wydaje się oczywiste, w tym sensie, ze nie musiało się tak skończyć, ale tak kończą się zwykle tego rodzaju historie. To niestety powoduje, że "Chouf" ogłada się przyjemnie, ale film nie wciąga. Miał premierę na festiwalu w Cannes i chyba trochę na wyrost.

Scena warta uwagi:

Wszystkie ujęcia marsylskiego osiedla są niesamowicie malownicze. Osobnym bohaterem jest miejsce, w którym dzieje się cała historia, w które wrośnięci są bohaterowie. Temu głównemu wydawało się, że nie, ale okazuje się, że on też.

13:07, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 października 2016

(Ostatnia rodzina, 2016)

Reżyseria: Jan P. Matuszyński

Scenariusz: Robert Bolesto

Grają (ci istotni): Andrzej Seweryn, Aleksandra Konieczna, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra

7/10

Nie ma w tym filmie tąpnięcia, co sprawia, że nie ogląda się go z rozdziawionymi ustami. Może właśnie taki miał być i na tym polega jego siła, bo mimo tego, to film świetny. Po obrazie rodziny, w której ojciec był jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych malarzy, tworzącym niepodrabialne, psychodeliczne obrazy, syn dla części mojego pokolenia był uwielbianym dziennikarzem muzycznym, a matka musiała nad nimi zapanować, można się spodziewać historii rodziny w, co najmniej, głębokiej dysfunkcji. Tymczasem oglądamy Beksińskich jako niesamowicie kochającą się, związaną ze sobą familię, normalniejszą od wielu wydawało by się „normalnych”. Wszystkie narowiste relacje, okazują się łagodne, wszystkie sytuacje, które zmierzają do tego by wybuchnąć, okazują się rozwiązywalne. Bije z ekranu olbrzymie ciepło, którego po związku malarza zafascynowanego tragedią, adehadowego neurotyka po kilku próbach samobójczych i utalentowanej romanistki zamkniętej (dobrowolnie?) w czterech ścianach mieszkania na Służewiu, może się wydawać niezwykłe. Spójrzcie na plakat, w połowie zdominowany przez piekielny pejzaż z jednego z obrazów malarza (nie zwraca się na niego uwagi na pierwszy rzut oka, ale jest). Ten plakat jest mylący, a kontrast jest ogromny. Historia nie toczy się zdominowana tym, co bohaterom siedzi w głowie, ale wbrew temu.

Niezaprzeczalną wartością filmu są role, które warte są osobnego akapitu. Andrzej Seweryn tworzy postać, którą z powodzeniem można postawić obok wybitnych ról w filmach biograficznych (Jamie Foxx jako Ray Charles, Val Kilmer jako Jim Morrison, Robert Downey Jr. jako Charlie Chaplin). Zresztą już został nagrodzony za tę rolę na festiwalu w Locarno. Dawid Ogrodnik ponoć Tomasza Beksińskiego przerysował, ale Filmotatnikowi bardzo się podobał. Przy czym warto zauważyć, że chyba miał łatwiej, bo jednak miał przestrzeń do popisów, podczas gdy Seweryn, mimo braku tej przestrzeni, stworzył postać. Aleksandra Konieczna i Andrzej Chyra równają do poziomu wyznaczonego przez dwóch wymienionych wyżej.

Warto. Nawet trzeba.

Scena warta uwagi

Gdzieś w połowie lat 80-tych Tomasz Beksiński organizuje pokaz któregoś „Jamesa Bonda” z Rogerem Moorem. Dwa telewizory, gdzieś w jakiejś szkolnej sali, są obstawione głośnikami. Nie po to, żeby lepiej było słychać muzykę, ale dla Beksińskiego, który... tłumaczy film na żywo. W tej scenie widać pasję jaką dla Beksińskiego były film i muzyka. Przez cały film trzeba się wsłuchiwać w ekran, bo Tomek w wykonaniu Ogrodnika szepcze, połyka słowa, bełkocze, a w tej scenie mówi czysto i wyraźnie. Coś niesamowitego.

czwartek, 18 sierpnia 2016

(Sausage Party, 2016)

Reżyseria: Greg Tiernan, Conrad Vernon

Scenariusz: Seth Rogen, Evan Goldberg, Kyle Hunter, Ariel Shaffir oraz Jonah Hill

Grają (ci istotni): Seth Rogen, Kirsten Wiig, Jonah Hill, Edward Norton, Salma Hayek, James Franco

7/10

Odpowiedzialni za ten film są trzej kumple Seth Rogen, Jonah Hill oraz scenarzysta i producent Evan Goldberg, którzy do pomysłu zatrudnili potem m.in. Jamesa Franco (co nie dziwi), Salmę Hayek i Edwarda Nortona. Myśleli, myśleli i co wymyślili? Po pierwsze klasyczną amerykańską komedię o cyckach i penisach. Zabawną o tyle o ile może być zabawna komedia o cyckach i penisach. Po drugie błyskotliwą i wielopoziomową bekę z poprawności politycznej, a to się zawsze takim filmowcom bardzo chwali. Tu nie chodzi wyłącznie o żart za żartem ze wszystkiego z czego wypada i nie wypada żartować, wliczając w to tematy polityczne, religijne, historyczne, obyczajowe oraz związane z seksem. Jeśli już gorąca parówka i mięciutka bułeczka z czymś się wam kojarzy, to nie macie zielonego pojęcia co może robić bajgiel z lawaszem. Równie zabawny i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaplanowany jest fakt, że amerykański urząd przyznający kategorie filmom, oznaczył, jak by nie patrzeć, film animowany o jedzeniu kategorią R, co oznacza, że osoby poniżej lat 17 mogą go oglądać wyłącznie w towarzystwie dorosłego opiekuna. Żeby nie otrzymał najbardziej restrykcyjnej kategorii NC-17 (tylko dla dorosłych) trzeba było komputerowo usunąć włosy łonowe widoczne u postaci wspomnianego arabskiego lawasza.

Po trzecie wreszcie, „Sausage Party” to interesująca wizja futurystycznej utopii świata bez idei, która nie zatrzymuje się tam, gdzie kończy się większość filmów science fiction. To zdecydowana apologia postawy naukowej, dążącej do przesuwania granic wiedzy dalej niż znajdują się one obecnie. Co więcej film podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie o kondycję społeczeństwa, gdy wreszcie dotknie ono absolutu i poznamy naturę wszech rzeczy. Zakończenie nie spodoba się tradycjonalistom, którzy tajemnicę świata i niemożność poznania wszystkich praw nim rządzących uważają, za immanentną cechę kondycji ludzkiej. Tym, którzy uważają, że gdy człowiek, w swoim dążeniu do wyjaśniania wszystkiego dookoła, ostatecznie pozna wszystkie sekrety natury, a tym samym ogarnie sens Boga, to nie pozostanie mu nic innego jak, za przeproszeniem (używając potocznej amerykańskiej terminologii), pójść się j...ć.

Choć paradoksalnie zakończenie może im się jednak spodobać, co jest chyba największą zaletą tego filmu.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna twórcy wyśmiewają najrozmaitsze gatunki filmowe. Najfajniejsze jest chyba wyśmianie filmów wojennych, choć scena ta naturalnie kojarzy się rzecz jasna też z World Trade Center (i wydarzeniem, i filmem). Boska.

P.S. Ilustracją notki jest oczywiście amerykański plakat filmu, a nie ocenzurowana, najpewniej przez polskiego dystrybutora, wersja znad Wisły. Najgorszą formą cenzury jest autocenzura.

piątek, 12 sierpnia 2016

(Jason Bourne, 2016)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenariusz: Paul Greengrass, Christopher Rousse

Grają (ci istotni): Matt Damon, Tommy Lee Jones, Alicia Vikander, Vincent Cassel, Julia Stiles, Riz Ahmed

5/10

Prawie półtorej dekady temu Matta Damona obsadzono w głównej roli w filmie, który zapoczątkował najlepszą serię filmów sensacyjnych w historii kina (lepszą niż ta o Bondzie, Jamesie Bondzie). „Tożsamość Bourne'a”, choć brzmi to jak bluźnierstwo i na dobrą sprawę nie umiem podać innego przykładu, była lepsza niż literacki, nieco nudny, pierwowzór. Reżyser Doug Liman, ani wcześniej ani później nie doskoczył swoimi filmami do tego poziomu. Paul Greengrass, który wyreżyserował dwie kolejne części, coraz mniej związane z powieściami Roberta Ludluma, utrzymał ten klimat. Bourne bił każdego, przeważnie gołymi pięściami, ale zwykle bez bondowskich atrakcji. To prostota była w tych filmach efektowna. Zagubiony bohater, budził sympatię choć był maszyną do zabijania. Na swojej drodze spotykał fajnie napisane i zagrane postaci, które się bały, miały wątpliwości i przejawiały szereg ludzkich odruchów, rzadko spotykanych w innych filmach tego gatunku. Choć cały główny wątek serii jest nie mniej wzięty z sufitu, co ten z Bonda, nie raził fałszem. Nawet „Dziedzictwo Bourne'a” okazało się bardzo porządnym filmem, choć na pierwszy rzut oka było skazane na porażkę – bez Damona, kompletnie oderwane od literackiej serii. Ale za kamerą stanął Tony Gilroy, który po pierwsze napisał scenariusze do poprzednich części, a po drugie Tony Gilroy to Tony Gilroy.

Teraz Gilroya zabrakło. Choć wrócił Damon i Greengrass, to widać od razu kogo brakuje, bo nowy „Bourne” jest pozbawiony prawie wszystkiego, co odróżniało poprzednie filmy od sensacyjnej sieczki. Owszem, to wciąż bardzo efektowne kino. Reżyser umie zrobić fajerwerki, niestety nie widzi, kiedy dach zaczyna płonąć. O ile jeszcze rozbudowana scena w Atenach ma klimat z poprzednich filmów, to już w tej w Las Vegas autorom puściły wszelkie hamulce. Skoro wiadomo już ze zwiastunu, że Bourne potrafi znokautować jakiegoś osiłka jednym pacnięciem, to dlaczego Damon z Vincentem Casselem napieprzają się przez pięć minut (i oczywiście raz jeden umiera, raz drugi)? Dla obsługi kolejnych scen sensacyjnych wymyślono ckliwą, teoretycznie niezwykle zaskakującą, przeszłość głównego bohatera i skutecznie wyrzucono do rynsztoka całą aurę tajemnicy utrzymywaną przez poprzednie filmy. Wreszcie całkiem fajna, złożona z porządnych nazwisk obsada, właściwie bez wyjątku gra poniżej możliwości. Alicia Vikander, Tommy Lee Jones i Cassel mają jedną minę przez cały film, Damon ma ze dwie. Ani nikt się nie boi, ani nikt nad niczym nie traci kontroli, ani nawet nikt się nie uśmiecha, co w połączeniu z poprzednimi zarzutami sprawia, że w głównej roli z powodzeniem można było obsadzić Stevena Segala. Odnalazłby się w tym filmie.

Scena warta uwagi:

Jedyna fajna rola przypadła Rizowi Ahmedowi. To brytyjski raper i bardzo porządny aktor, który debiutował przed dekadą w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma, i który z racji aparycji przeważnie gra terrorystów, a jeśli nie Arabów, albo Persów to Hindusów. Tutaj gra wzorowanego na Marku Zuckerbergu szefa globalnego serwisu społecznościowego i scena, w której prezentuje publiczności swój produkt, to najlepiej zagrana scena w filmie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi