niedziela, 17 lutego 2019

(Black Panther, 2018)

 

Reżyseria: Ryan Coogler

Scenariusz: Ryan Coogler, Joe Robert Cole

Grają (ci istotni): Chadwick Boseman, Lupita Nyong’o, Michael B. Jordan, Martin Freeman, Andy Serkis, Angela Bassett, Daniel Kaluuya, Forest Whitaker, Isaach de Bankole

3/10

To jeden z tych filmów, które należałoby oglądać, z góry dając sobie spokój z doszukiwaniem się jakiejkolwiek logiki, politycznego, czy faktograficznego sensu. Byłby to wtedy jeden z dziesiątków filmów o superbohaterach. Niestety „Czarna Pantera” ma duże ambicje, żeby powiedzieć coś istotnego o współczesnym świecie i mówi, niestety wychodzi z tego bełkot, podlany sosem „black power”. Otóż wynika z filmu, że w sercu Afryki istniałoby mocarstwo i jednocześnie kraj wiecznej szczęśliwości (Wakanda), gdyby tylko były tam: a) niewyczerpane zasoby bogactw mineralnych, b) supernowoczesne technologie c) supersilni i kuloodporni ludzie. Mocarstwo nie byłoby demokracją tylko jednoosobową dyktaturą, ale wszyscy byliby tak szczęśliwi, że (prawie) nikomu by to nie przeszkadzało. Mocarstwo jednocześnie byłoby całkowicie odcięte od świata, ale z drugiej strony każdy obywatel jeździłby sobie swobodnie po wszystkich krajach. Mocarstwo byłoby oazą pokoju, dopóki nie doszłoby tam do wojny domowej (hej, z czegoś trzeba zrobić film). Wszyscy by się tam wzajemnie kochali, ale i tak miałoby supernowoczesną technologię wojskową i świetnie wyszkolone siły zbrojno-policyjne (kobiece, rzecz jasna - to Hollywood, a przed chwilą było #MeToo). Aha, jeszcze byłyby strzelające dzidy i bojowe nosorożce.

Nie ma w tym filmie niczego oryginalnego. Niczego. Zamieńcie księcia T’Challę na Thora i wyjdzie wam „Thor”. Dobry bohater, zły bohater. Zły wygrywa, dobry się podnosi z porażki, duża bitwa, dobry wygrywa. „Czarna Pantera” nie jest pierwszym filmem superbohaterskim lub franczyzową superprodukcją dostrzeżoną przez oscarowe jury. Trzecia część „Władcy Pierścieni” zgarnęła 11 Oscarów, w  tym za najlepszy film. Nagrodę za rolę Jokera otrzymał pośmiertnie Heath Ledger. Nawet rok temu nominację scenariuszową dostał „Logan: Wolverine”. Ale choćby ten ostatni film był o tym, jak superbohater się starzeje, co w sytuacji gdy robi się bezradny. Twórcy tego jednak nietypowego filmu – dość ryzykownie – demitologizowali, pompowany przez lata wizerunek głównego bohatera. W „Czarnej Panterze”  wszystko lata, furczy, wybucha, a dobro (afro-amerykańskie) na końcu zwycięża. Logiki brakuje, również odpowiedzialnym za oscarową nominację dla tego filmu.

Scena warta uwagi

Superabsurdalna jest scena w koreańskim Pusan, gdzie książę, jego dziewczyna i szefowa wojska wyruszają w misji incognito.

Ściąga oscarowa

Wszystkie filmy nominowane do Oscara w głównej kategorii obejrzane. Wychodzi na to, ze najlepszym z nich jest meksykańska "Roma", co źle rokuje jeśli chodzi o szanse "Zimnej wojny" jeśli chodzi o nagrodę w kategorii "najlepszy film anglojęzyczny". "Roma też jest tam nominowana i głupio było by ją uznać za najlepszy film generalnie ale tę drugą nagrodę dać innemu filmowi, choć tak powinni akademicy zrobić. Czołówka jest jednak dość wyrównana. Są jeszcze dwa inne filmy, które mogłyby dostać nagrodę bez większego skandalu. No i dwa kolejne, w przypadku których byłaby niespodzianka, ale nie katastrofa.

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Faworyta 8/10
4. Narodziny gwiazdy 7/10
5. Vice 7/10
6. Bohemian Rhapsody 6/10
7. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10
8. Czarna Pantera 3/10

niedziela, 10 lutego 2019

(Favourite, 2018)

 

Reżyseria: Yorgos Lanthimos

Scenariusz: Deborah Davis, Tony McNamara

Grają (ci istotni): Olivia Colman, Rachel Weisz, Emma Stone, Nicholas Hoult

8/10

Efektowna historia walki o władzę między trzema kobietami – angielską królową Anna Stuart, jej przyjaciółką Sarah Churchill, księżną Malborough, oraz jej kuzynką Abigail, baronesą Masham. Reszta w tym filmie to tło. Wojny prowadzone przez imperium wyrastające na najpotężniejsze na świecie, toczą się gdzieś, nie wiadomo gdzie. Mężczyźni na dworze mają status tak gdzieś miedzy paprotką (odźwierny komnat Anny), a uporczywym komarem (lider torysów w parlamencie Robert Harley, świetnie odegrany przez Houlta). Poddani to nawet nie scenografia, ale wspomnienie między kwestiami. Rzecz toczy się o to, kto zdobędzie względy zdziecinniałej i niepełnosprawnej, ale jednocześnie potężnej, bo jednym słowem decydującej o przyszłości, małżeństwie, czy wojnie, królowej. Sarah swoją królową jednocześnie kocha, wykorzystuje, ale jej nie współczuje i jej nie rozumie. Abigail, jej nie kocha, choć jej współczuje, a wykorzystywania musi się nauczyć. Z całego tego gailmatiasu wyszły aż trzy nominacje aktorskie. Trudno powiedzieć, dlaczego za rolę pierwszoplanową akurat dla Colman. Amerykańscy akademicy prawdopodobnie rzucali monetą.

Lanthimos robi filmy zawsze w ten sam sposób. Wymyśla reguły, a potem wrzuca w nie swoich bohaterów i jak na dłoni pokazuje widzowi, że natura ludzka potrafi swojego nosiciela doprowadzić do niezwykłych decyzji, jeśli tylko okoliczności go do tego zmuszą. Przekonuje, ze moralność i zasady, są tylko wytworem warunków, a w jakich ludziom przyjdzie działać. W dodatku Grek ma niezwykłą umiejętność redukcji – i osobowej i przestrzennej. Doskonały, szekspirowski właściwie, poemat o władzy potrafił ograniczyć do trzech kobiet, trzech komnat i trzech klatek z królikami. Świat jest temu reżyserowi niepotrzebny, ludzie mu wystarczą.

Scena warta uwagi:

Scena balu i tańca. Doskonała.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Faworyta 8/10
4. Narodziny gwiazdy 7/10
5. Vice 7/10
6. Bohemian Rhapsody 6/10
7. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

Do obejrzenia: „Czarna pantera".

 

sobota, 09 lutego 2019

(Bohemian Rhapsody, 2018)

 

Reżyseria: Bryan Singer, Dexter Fletcher

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Rami Malek, Tom Hollander, Aidan Gillen, Mike Myers

6/10

Bardzo klasyczny film biograficzny. Jeśli spodziewacie się, że czegoś nowego dowiecie się i Queen i Freddiem Mercurym. Główny bohater zaczyna śpiewać w zespole, szybko odnosi sukces, komponuje nowe piosenki, koncertuje, imprezuje, rozstaje się z zespołem, dowiaduje się, że ma AIDS, z powrotem się schodzą i grają na Live Aid. Tyle. No może jeszcze w międzyczasie żeni się i rozchodzi z żoną. Cały film wydaje się złożony ze scen koncertowych – fakt, że zagranych bardzo wiernie, ostatnia scena w filmie to właśnie koncert podczas Live Aid i pełne 20 minut (choć niestety dla potrzeb filmu wycięto np. „We Will Rock You”) – i scen z komponowania piosenek, które akurat wypadają bardzo efektownie, przetykanych scenami z rozmowami o życiu, w czasie których padają raczej banalne kwestie.

Rami Malek, który chyba jest według specjalistów głównym kandydatem do zgarnięcia Oscara, włożył w granie lidera Queen mnóstwo energii i to widać na ekranie. Nie jest łatwo zagrać taką postać tak, żeby widzowie choć na chwilę zapomnieli, ze to aktor odgrywający Mercury’ego. A jemu się jednak udaje. Jeśli jednak jesteście ciekawi, czy sam śpiewa, to nie. Głos, którego w filmie pełno, to mieszanina głosu Maleka, nagrań Mercury’ego i głosu pewnego kanadyjskiego piosenkarza, specjalnie zatrudnionego do filmu. To sprawia, że rola trochę blednie, zwłaszcza jeśli mieć w pamięci, że np. Bradley Cooper w „Narodzinach gwiazdy” jednak gra i śpiewa zapijaczonym głosem samodzielnie.

Scena warta uwagi

Mrugnięciem do widza jest Mike Myers, który pojawia się kilka razy w filmie w roli zblazowanego dyrektora EMI Raya Fostera. Myers generalnie gra jedną miną – totalnego zniechęcenia - i nic mu się nie podoba. A warto pamiętać, że jeśli Bohemian Rhapsody kojarzy się z jakimkolwiek filmem, to przede wszystkim ze „Światem Wayne’a”.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10
4. Vice 7/10
5. Bohemian Rhapsody 6/10
6. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

 

Do obejrzenia: „Czarna pantera", „Faworyta".

 

18:58, kubadybalski , musical
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lutego 2019

(Vice, 2018)

 

Reżyseria: Adam McKay

Scenariusz: Adam McKay

Grają (ci istotni): Christian Bale, Steve Carell, Amy Adams, Jesse Plemons, Sam Rockwell, Naomi Watts

7/10

Film w gwiazdorskiej obsadzie z popisową rolą Christiana Bale’a, którym reżyser i scenarzysta Adam McKay mógłby z powodzeniem zawstydzić Olivera Stone’a i Spike’a Lee razem wziętych. „Vice” to filmowa biografia Dicka Cheneya, republikańskiego urzędnika, potem kongresmena, potem biznesmena branży zbrojeniowej, a w końcu (w tej roli go znamy) wiceprezydenta u George’a Busha juniora. Cheney w filmie McKaya to czyste zło. Polityk, który władzę wykorzystuje nawet nie dla pieniędzy, ale dla zdobycia jeszcze większej władzy. To Cheney, jak sugeruje nam film, w praktyce rządził Ameryką przez osiem bushowych lat, to on podejmował decyzje po zamachach 9/11 i to w istocie wywołał wojnę w Iraku. W całym filmie jest jedna (słownie: jedna) scena, w której tytułowy bohater okazuje serce (w przenośni, bo dosłownie też okazuje). W dodatku, żeby nie zdradzać, ma to potem konsekwencje.

McKay to w Hollywood postać specyficzna. To człowiek, który znany był z tego, że pisał i reżyserował komedie z Willem Ferrellem. Aż kilka lat temu nakręcił „Big Short”, świetny dramat o przyczynach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA, który przerodził się w gigantyczny kryzys finansowy. Film był tak zjawiskowo i nowatorsko opowiedzianą historią, że McKayowi przyniosło to Oscara za scenariusz. „Vice” jest opowiadany w podobny sposób. Można się pogubić w wątkach, ale nie ominie was atmosfera filmu. Rzecz w tym, że film nawet nie sili się, na jakiekolwiek cieniowanie, próbę ważenia racji, etc. Cheney to według McKaya diabeł i tyle. Fakt, że jest to paszkwil wybitnie efektowny.

Scena warta uwagi:

Z przyjemnością patrzy się na wszystkie chrząknięcia, tiki, mruknięcia które Bale daje swojemu Cheneyowi. To doskonała rola. Co prawda Liz Cheney, córka byłego wiceprezydenta, dziś kongresmenka z Wyoming, zapytana o film, odparła, że „Bale miał okazję wreszcie zagrać prawdziwego superbohatera i totalnie to spartolił”. Ale cóż, bezczelność odziedziczyła po tacie.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10
4. Vice 7/10
5. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Faworyta".

sobota, 02 lutego 2019

(BlacKkKlansman)

 

Reżyseria: Spike Lee

Scenariusz: Charlie Wachtel, David Rabinowitz, Kevin Willmott, Spike Lee

Grają (ci istotni): John David Washington, Adam Driver

3/10

Tępa agitka, która ma na celu przekonanie widza, że USA wciąż są krajem rasistowskim, a za wszystko jest odpowiedzialny Donald Trump, który co najmniej zezwala na to, by Ku Klux Klan mordował czarnoskórych Amerykanów (Trump pojawia się na końcu, choć nie ma to żadnego związku z fabułą, ale Spike Lee go nie lubi). Rzecz w tym, że taką agitkę można zrobić efektownie (np. w jeszcze nieopisanym na Filmotatniku „Vice”), albo topornie. „Czarne bractwo…”, niestety, to ten drugi przykład. Ale, że w tym roku Oscary zapowiadają się na imprezę wybitnie polityczną, z coraz wyraźniejszą, jak się Filmotatnikowi wydaje, szkodą dla filmowej jakości, trzeba to przeboleć. Zresztą nie tylko w Hollywood się mylą, bo film dostał też Grand Prix, czyli drugą co do ważności nagrodę, w Cannes.

Najlepszy w  tym filmie jest pomysł, zresztą oparty na wspomnieniach prawdziwego policjanta Rona Stallwortha. Tenże, świeżo przyjęty do policji w Colorado Springs, pierwszy policjant-Afoamerykanin w mieście, postanawia zadzwonić do Ku Klux Klanu, który… ogłasza się w gazecie. W ten sposób zostaje członkiem, a gdy trzeba się pokazać braciom, zastępuje go partner z policji. Tu dobre się kończy. Film ma potencjał komediowy, ale nie jest zabawny. Ma potencjał na dramat, ale ten Ku Klux Klan jest zbyt rozlazły, żeby się go bać. Ma potencjał, by pokazać że szowinizm, nawet wyznawany, przez troglodytów z prowincji, może się skończyć tragedią, ale ten przekaz gdzieś się rozpływa. Ma potencjał by pokazać, że nienawiść zarówno ze strony „białej” (KKK) i „czarnej” („Czarne Pantery”) jest równie destrukcyjna, ale reżyser przez cały film nie może się zdecydować, czy rzeczywiście chce powiedzieć to, czy może zupełnie przeciwnie – że biedni Afroamerykanie byli uciskani przez opresyjny system. Wyszedł z tego nudny film.

Scena warta uwagi:

Scena w której świadek linczu o nim opowiada mogłaby być mocna, gdyby nie przebitki raz za razem na potakujących i płaczących studentów. Wyszło łopatologicznie.

Ściąga oscarowa

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10
4. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman 3/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Faworyta", „Vice". 

 

19:19, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 stycznia 2019

(Green Book, 2018)

Reżyseria: Peter Farrelly

Scenariusz: Peter Farrelly, Brian Currie, Nick Vallelonga

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Mahershala Ali

8/10

Czarnoskóry wirtuoz fortepianu, dr Don Shirley jedzie w trasę koncertową do południowych stanów USA. Jest początek lat 60-tych. „Będą z tego kłopoty" – mówi mu Tony Vallelonga, zatrudniony przez niego kierowca, choć też trochę ochroniarz, a trochę asystent. Tony jest Włochem z Bronxu, który właśnie na parę miesięcy stracił zatrudnienie jako wykidajło w klubie „Copacabana", bo trwa tam remont. Nie wiadomo początkowo po co dr Shirley pcha się na południe, ale z biegiem czasu widać, że Tony miał rację. To nie jest film tylko o tym, że amerykański rasizm sprzed pół wieku był okrutny, czy nieludzki. „Green Book" pokazuje jak kompletnie był on nielogiczny i absurdalny. To chyba tradycja (bo co innego?) skłaniało ludzi by artyście, którego przed momentem szczerze oklaskiwali, pokazywać sławojkę pod drzewem, gdy pytał o toaletę. Shirley na południu narażał się na to, by dostać w barze po pysku tylko dlatego, że jest Murzynem. Ale to w kinie nic nowego. Filmów o amerykańskim apartheidzie i stojącym za nim szowinizmie było na pęczki. Uderzający jest rasizm na salonach i obelgi wypowiadane z przepraszającym uśmiechem przez właścicieli sal koncertowych i melomanów z wyższych sfer. Raz czy dwa, ogląda się to ze zdziwieniem. Gdy widać taką scenę po raz kilkunasty, można powoli domyślić się w jakim świecie żył Don.

Farrelly'emu, który do tej pory zajmował się kręceniem średniej jakości komedii, takich pełnych żartów o cyckach, wyszedł tym razem film zbilansowany i przezabawny. Po tym co powyżej możecie się spodziewać, że „Green Book" to smutny dramat z jakimś tragicznym zakończeniem. Nic z tego, to arcypogodny film, który wzorowo rozgrywa niezgodność charakterów między dwoma głównymi bohaterami. Zasługa obu aktorów jest niezaprzeczalna. O ile Ali pasuje do roli dystyngowanego, wykształconego artysty, to Filmotatnik nigdy by nie pomyślał, że Mortensen mógłby zagrać włoskiego cwaniaczka z Nowego Jorku. A robi to brawurowo. Cała sala w kinie, sądząc po reakcjach, świetnie się bawiła. Jeden żart o cyckach się ostał, ale też jest zabawny. „Green Book" to pewnie nie jest film na Oscara, chciałoby się, żeby statuetkę dostał jakiś bardziej zjawiskowy film, ale nominacja jest całkowicie zasłużona.

Scena warta uwagi:
Fragmencik zmieścił się do zwiastunu, ale w całości rewelacyjne jest scena, gdy Tony i Don jedzą kurczaka w panierce w samochodzie. Sposób w jaki Ali wyrzuca za okno obgryzione udko jest kameralnym arcydziełem aktorstwa.

P.S. Znane są już nominacje Oscarowe. Filmotatnik, jak co roku, podsumuje wam nominowane filmy i wyjaśni, co powinno wygrać (zwykle rzecz jasna wygrywa coś zupełnie innego, jak np. film o człowieku-rybie, ech...). W każdym razie póki co obejrzane filmy trzymają wysoki poziom.

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Czarne bractwo. BlacKkKlansman", „Faworyta", „Vice". 

sobota, 12 stycznia 2019

(Roma, 2018)

Reżyseria: Alfonso Cuaron

Scenariusz: Alfonso Cuaron

Grają (ta istotna): Yalitza Aparicio

 

8/10

Czarno-biały, efektowny, choć toczący się w powolnym tempie film o tym, że gdyby nie kobiety, to cały ten świat by się zawalił i rozpadł. Mężczyzna to element destrukcyjny, ewentualnie kuriozalnie bezsensowny, co w efekcie i tak prowadzi do destrukcji. To kobiety trzymają rzeczywistość (na każdym poziomie - indywidualnych relacji, rodziny, w końcu państwa) w kupie. Na tyle, na ile są w stanie. Szczególnie główna bohaterka, Cleo (ale dotyczy to w większym, lub mniejszym stopniu wszystkich kobiet, które pojawiają się na ekranie) która niezmiennie, dzień za dniem, tworzy, otacza opieką, wychowuje, sprząta, pilnuje, czasem ratuje życie, choć w świecie zarządzanym przez mężczyzn to nie jest łatwe, bo gamonie bez przerwy rzucają kłody pod nogi.

I choćby z powodu tego feministycznego charakteru filmu, który Cuaron napisał, wyreżyserował, jest autorem zdjęć, a na dodatek jeszcze zmontował (a w ogóle w nawiasie trzeba dodać, że to film częściowo autobiograficzny, Cuaron mieszkał w meksykańskiej dzielnicy Colonia Roma w domu naprzeciwko tego, w którym nakręcił większość scen) szanse „Zimnej wojny” na Oscara wyglądają marnie. Nie dlatego że film Pawlikowskiego jest gorszy (na gust Filmotatnika nawet lepszy), ale „Roma” to właśnie film głęboko feministyczny, a takie ostatnio w Hollywood lubią nagradzać, w dodatku Amerykanie mogą się co nieco dowiedzieć o swoim bliskim sąsiedzie (poza tym feminizmem, „Roma” to języku filmu opowieść takiego rodzaju, jak fenomenalna „Rozmowa w Katedrze” w języku literatury), a jak wiadomo, bliska ciału koszula sąsiada, niż koszula gdzieś na wschodzie Europy. Ale może nie będzie źle. „Ida” też nie miała szans by wygrać.

Scena warta uwagi:

Polecam obejrzenie każdej sceny właśnie mając w pamięci to ciekawe rozróżnienie – mężczyźni bez wyjątku zachowują się destrukcyjnie, tchórzliwie lub bezsensownie. Kobiety, wręcz przeciwnie.

20:40, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2019

(A Star is Born, 2018)

Reżyseria: Bradley Cooper

Scenariusz: Eric Roth, Bradley Cooper, Will Fetters

Grają (ci istotni): Bradley Cooper, Lady Gaga, Sam Elliott

7/10

Bradley Cooper wziął się za reżyserowanie i są pewne przesłanki, że kiedyś może z niego być “nowy Clint Eastwood” (swoją drogą to właśnie Eastwood miał początkowo robić “Narodziny gwiazdy“). Rozumie, że dobry film musi targać widzem. I ten film targa. Jeszcze przed nim zrozumienie, że najlepiej dla filmu, jeśli tym źródłem targania nie są wielkie rzeczy - wspaniała kariera, wielka miłość, bezdenny nałóg - ale rzeczy drobne, codzienne. Jeśli nauczy się opowiadać historie, które mają właśnie takie podłoże, ale z porównywalnymi emocjami, jak w tym filmie, będzie git. Trochę tu tego jest. Jack jest trochę zazdrosny o karierę Ally, Ally trochę wstydzi się, tego co śpiewa. Awantura, która wybucha w pewnym momencie jest trochę karczemna. Ta “trochowatość” jest bardzo fajna, ale jednak w tym filmie bardzo dużo jest “naj”.

Mamy więc Jacka Maine’a, uwielbianego przez publiczność piosenkarza, muzyka, tekściarza i kompozytora (nie wiedzieć czemu określanego w recenzjach jako muzyk country), chlejącego na potęgę i odkrytą przez niego w jakiejś zapadłej dziurze Ally, która z biegiem filmu robi karierę jako pop-gwiazda. Duet się wzajemnie zakochuje na zabój. Problem w tym, że ona stąpa twardo po ziemi, ale nie ma na tyle kośćca, by być uczciwą wobec siebie artystką, on jest uczciwym wobec siebie artystą, ale nie ma na tyle kośćca, by stąpać twardo po ziemi. Historia melodramatu stara jak świat, ale w górę za uszy wyciąga ją fenomenalny Bradley Cooper (chyba dobrze mu zrobiło, że reżyserował sam siebie), bardzo przyzwoita - dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać - Lady Gaga, a także świetna warstwa muzyczna. Te momenty, gdy na ekranie śpiewają, są chyba najfajniejsze w całym filmie. A jest ich sporo.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianymi piosenkami - zarówno na koncertach, jak i przy fortepianie, albo na parkingu tamtejszego Lidla - scena kłótni. W tym kierunku Cooper scenarzysta i reżyser powinien iść.

21:57, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2018
(Wildlife, 2018)

Reżyseria: Paul Dano

Scenariusz: Zoe Kazan, Paul Dano na podstawie "Wildlife" Richarda Forda

Grają (ci istotni): Carey Mulligan, Jake Gyllenhaal

6/10


Oglądana oczami 14-letniego Joe Brinsona (już nie dziecko, jeszcze nie dorosły) nieco pokręcona relacja jego rodziców. Brinsonów poznajemy jako amerykańska rodzinę jak z obrazka, mieszkającą w małym miasteczku gdzieś w najdalszej Montanie na początku lat 60-tych. Ojciec Jerry utrzymujący rodzinę, przystrzyżony jak Ken (ten od Barbie), mama Jeanette krzątająca się w kuchni jak z reklamy proszku do pieczenia i syn, wspomniany Joe, świetnie się uczący i grający w drużynie futbolowej. Ale to potrójne "J" zaczyna się sypać. Nic tu nie jest takie, jak na wzorowym obrazku i nic do tego amerykańskiego wzoru nie przystaje. Ani Jerry, ani Jane na ten obrazek nie mają ochoty. W dzisiejszych czasach to by nie szokowało. Ale pół wieku temu oni sami za bardzo nie zdają sobie sprawy co ich uwiera i że uwiera ich to samo. A w środku młody Joe, który jakoś próbuje nad rozłażącą mu się rodziną zapanować, ale co on biedny może?

Debiut reżyserski młodego aktora Paula Dano, na podstawie nieprzetłumaczonej jeszcze na polski powieści Richarda Forda, może się spodobać, bo ładnie gra symbolami. Tłem całego filmu jest trwający wiele dni pożar lasu. Dla miasteczka Great Falls to wielki, potencjalnie śmiertelny kłopot, ale oglądamy go z oddali. Rozmiarów żywiołu trzeba się domyślać na podstawie np. widocznego z daleka dymu. Podobnie jest z katastrofą rodziny Brinson. Tyle że momentami emocje są tak bardzo ukryte, że gdyby nie popis aktorski Gyllenhaala, a szczególnie Mulligan, film by się rozlazł. Reżyser tak bardzo zabrania bohaterom mówić, że gdyby nie to, w zasadzie nie byłoby historii.

Scena warta uwagi:

Z bliska widzimy ogień tylko dwa razy w czasie całego filmu. Obie sceny są ze sobą mocno powiązane.
wtorek, 13 listopada 2018

(First Man, 2018)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Josh Singer na podstawie "First Man: The Life of Neil A. Armstrong"

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Claire Foy, Jason Clarke, Kyle Chandler, Ciaran Hinds

8/10

To nie jest film o lądowaniu na Księżycu, choć właśnie ta scena, ilustrowana zapadającą w pamięć muzyką Justina Hurwitza, ma szansę przejść do historii kina. Nieprzypadkowo Księżyc nie zmieścił się w tytule. Nieprzypadkowo też Amerykanie nie mieli do tej pory porządnego filmu o Armstrongu i szybciej doczekał się go Lance, największy oszust w historii sportu, niż Neil, pewnie najbardziej znany podróżnik w historii ludzkości. Trudno bowiem zrobić wciągający film o małomównym, raczej naukowcu niż pilocie. Trio, które podjęło się wyzwania to scenarzysta Josh Singer, reżyser Damien Chazelle i aktor Ryan Gosling, czyli w sumie sześć nominacji i dwa Oscary. Razem stworzyli spójną i wielowymiarową, a jednocześnie bardzo kameralną historię o człowieku, współczesnym Hiobie, który mimo, że wielokrotnie dostawał w kość to ani na moment nie zwątpił, że niemożliwe nie istnieje. I jakkolwiek sztampowo brzmi zdanie, które przed chwilą przeczytaliście, to o tym właśnie jest ten film, w dodatku bez grama sztampy, więc ogląda się go świetnie.

Gosling znów, jak w “Drive” czy “Tylko Bóg wybacza”, mówi mało. Ale tym razem to małomówność dojrzalsza, o wiele trudniejsza do zagrania niż “taki jestem nieśmiały, ale mogę dać ci po gębie”. Jego Armstrong to człowiek, którego właściwie nie należałoby wpuścić do kokpitu. Człowiek, który popełniał mnóstwo błędów, przytłoczony prywatną tragedią. Kto inny jednak miał większe doświadczenie, by dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał i poradzić sobie z górą problemów, z jaką nikt wcześniej sobie radzić nie musiał? Singer z Chazellem całą historię zamknęli klamrą. Ich Armstrong to człowiek, który podjął się rzeczy niemożliwej. Na początku filmu mu się nie udaje, ale udaje się na końcu.

Mnóstwo w tym filmie drobiazgów opowiedzianych bez zadęcia. Gdy szef astronautów w NASA Deke Slayton tłumaczy przyszłym pilotom, jeszcze na początku projektu Gemini, skalę wyzwania, używa dwóch tablic. Banalne, ale tak właśnie ta scena mogła wyglądać. Gdy Armstrong, po kilku śmiertelnych wypadkach jest pytany, czy cały ten wyścig w kosmos ma sens, odpowiada, że teraz za późno, by się wycofać. Najsensowniejsza odpowiedź. Czasem ma się wrażenie, że kilku wątków nie pociągnięto. Że fascynujący byłby film o ściganiu się z Rosjanami, albo skupiający się na tym, jak kosmicznie (nomen omen) niewykonalnym zadaniem był pomysł, by polecieć na Księżyc. Ale, jak ustaliliśmy na początku, nie jest film o Księżycu.

Scena warta uwagi:

Lądowanie. Poniżej muza.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi