niedziela, 19 sierpnia 2018

(Zimna wojna, 2018)

Reżyseria: Paweł Pawlikowski

Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki, Piotr Borkowski

Grają (ci istotni): Joanna Kulig, Tomasz Kot, Agata Kulesza, Borys Szyc

7/10

 

Romans Pawła Pawlikowskiego, tak samo zresztą jak „Ida”, do której siłą rzeczy jest porównywany, to orgia wizualno-dźwiękowa. To zaskakujące, jak na czarno-biały film, ale Pawlikowski, a przede wszystkim operator Łukasz Żal, obrazem operują wzorowo i najwyraźniej nie potrzebują do tego kolorów. W dodatku ma słuch absolutny, muzyka sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Można „Zimną wojnę” traktować jak opowieść o miłości w niesprzyjających czasach, a można kompletnie nie zwracać na to uwagi i widzieć w niej ciąg wrażeń o ewolucji tak ulotnej części kultury jak muzyka, zresztą w każdej formie. I tej bardzo konkretnej, zakorzenionej ludowej, i tej jazzowej, kosmopolitycznej. W obu bohaterowie czują się jak ryby w wodzie. Co do tej pierwszej, to nawiasem mówiąc, ta okrutna stalinowska władza o nią dbała. Dziś państwo nie tworzy zespołów ludowych.

Ale na pierwszym planie jest romans kobiety i mężczyzny z zupełnie innych beczek. Coś ich jednak ku sobie przyciąga tak mocno, że przy tym okoliczności, więzi małżeńskie, polityka, i tym podobne pierdoły, nie mają dużego znaczenia. Ani ten zblazowany pianista, ani ta pyskata wieśniaczka nie budzą w widzu jakiejś przesadnej sympatii od pierwszego wejrzenia, ale jedna temu, co jest między nimi, jednak się bardzo mocno kibicuje. Nie za bardzo wiadomo skąd się wzięło, na pierwszy rzut oka oboje powinni trafić inaczej (a mają ku temu mnóstwo okazji), ale jakoś nie mogą.

Scena warta uwagi:

Wciągająca jest ta, znana ze zwiastunu, z tańczącą Zulą.

11:55, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lipca 2018

(Sicario. Day of the Soldado, 2018)

Reżyseria: Stefano Sollima

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Josh Brolin, Benicio Del Toro, Catherine Keener

5/10

Sequel zapadającego w pamięć filmu sprzed trzech lat to w zasadzie druga połowa tamtego „Sicaria”, tylko że bez Emily Blunt, bez reżysera Denisa Vileneuve’a i bez zmarłego niedawno autora muzyki Johanna Johannssona. Twórcy wyszli z założenia, żeby przede wszystkim niczego nie zepsuć, więc zapadająca w pamięć muzyka Johannssona i w tym filmie została wykorzystana, a za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialna jest wiolonczelistka, która z nim wcześniej pracowała. Doskonałego operatora Richarda Deakinsa, zastąpił nie mniej doskonały Dariusz Wolski. Rzecz wciąż polega na tym, że Brolin i Del Toro krwiście strzelają się w okolicach amerykańsko-meksykańskiej granicy z wytatuowanymi latynoskimi mafiosami z brutalnością, która zawstydziłaby Cormaca McCarthy’ego. Historię znów napisał Taylor Sheridan, czyli przeciętny aktor serialowy, który kilka lat temu postanowił pisać scenariusze (w końcu, dlaczego nie?) i za swój drugi scenariusz – „Aż do piekła” – dostał nominację do Oscara (a powinien dostać Oscara). Pierwszym był pierwszy „Sicario”.

Tak więc jeśli polubiliście tamten film, to i atmosfera tego wam się spodoba. Rzecz w tym, że tu nie ma nic nowego. To naprawdę jest wyciągnięcie ile się da z atmosfery, muzyki, aktorów czy zdjęć tamtego filmu. Fajne były zdjęcia z helikoptera i scena, w której karawana samochodów przejeżdża granicę? Fajna. To w „…Soldado” przejadą w te i we w te. Brolin nie miał skrupułów wobec przesłuchiwanych? Nie ma jeszcze bardziej. Jednostkę, nawet współpracownika, można było poświęcić dla sprawy? Nie zdychają też w „dwójce”. Wszystko tu jest tak samo, tylko czasem bardziej. Ale odsmażane nie jest tak dobre, jak świeże. Co się sprawdza z pierogami, raczej nie sprawdza się z filmami.

Scena warta uwagi:

Mimowolnie ten film pokazuje absurd sytuacji na amerykańsko-meksykańskiej granicy i to, że świstek papieru, czyli paszport rozdziela ludzi na tych, którzy ryzykują rozerwanie karabinem  od tych, którzy machają nim na granicy ledwo zatrzymując samochód. Gdy dwaj bohaterowie siedzą nad rzeką i przed przejeżdżającym radiowozem chowają piwo, ci na drugim brzegu uciekają, bojąc się o życie.

środa, 18 kwietnia 2018

(Call Me by Your Name, 2017)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: James Ivory (na podstawie powieści Andre Acimana pod tym samym tytułem)

Grają (ci istotni): Armie Hammer, Timothee Chalamet, Michael Stuhlbarg

8/10

Niezwykła historia miłosna w pięknych okolicznościach przyrody południowych Włoch, którą skonstruowano tak, że znalazło się w niej mnóstwo powodów, dla których w ostateczności mógł wyjść film skandaliczny, obrazoburczy, czy nawet wulgarny. Mamy więc opowieść o romansie dorosłego mężczyzny z nastoletnim chłopcem, w dodatku pod dachem domu rodziców chłopca, w dodatku mężczyzna jest współpracownikiem ojca chłopca i korzysta z jego gościnności, w dodatku twórcy nie oszczędzają widzom ani nagości, ani seksu, w dodatku każą oglądać nie tylko awanse dorosłego do młodego, ale też awanse młodego do dorosłego, w dodatku wreszcie nikt w filmie się nie oburza, nie wzywa policji, nie dokonuje czynów agresywnych wobec lubieżnika (lubieżników?). Fakt, że od miesiąca przed kinami całej Polski nie stoją demonstracje z różańcami, wyklinające każdego, kto kupił bilet do kina, a bogobojni politycy nie wysyłają prokuratorów do dystrybutora składam wyłącznie na karb tego, że demonstranci i prokuratorzy nie oglądali ceremonii oscarowej i nikt im o tym filmie nie powiedział.

Bo twórcom filmu udało się opowiedzieć tę historię, właśnie bez wulgarności i skandalu, co po pobieżnym zapoznaniu się z historią na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe. W filmie jest np. scena zgwałcenia owocu przez nieletniego (!), która tak naprawdę spokojnie rozmywa się w całej fabule. Guadagnino zrobił film bardzo czuły, choć to czułość, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni. James Ivory napisał doskonały scenariusz, w którym przez tę historię miłosną widz płynie, bez specjalnych raf, na które w tzw. „filmach LGBT” wpada się co chwila. Ale jak oni to robią? Ale co na to rodzice? Ale co będzie gdy to się wyda? W „Tamtych dniach, tamtych nocach” twórcy nie silą się na walkę z tymi pytaniami, tylko wszystko pokazują i pokazują, że świat się od tego nie zawali. Co w efekcie przyniosło Ivory’emu Oscara, którego nigdy (mimo trzech nominacji), nie dostał za reżyserię. Całkowicie zasłużonego. To świetny film.

Scena warta uwagi:

To wyżej o Ivorym, a jeśli zastanawiacie się za co młody Chalamet dostał oscarową nominację za rolę, radzę z uwagą obejrzeć ostatnią scenę w filmie, gdy lecą napisy. Tyle zmiennych emocji ile maluje się na twarzy w tej niemej scenie, na pewno spodobało się Akademii.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak musiał przygotować własny ranking. „Tamte dni, tamte noce” był ostatnim filmem do obejrzenia. Ranking dość znacznie rozmija się z decyzjami oscarowymi, ale to już niestety drugi rok z rzędu.

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Tamte dni, tamte noce” 8/10
3. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
4. „Czwarta władza” 7/10
5. „Uciekaj!” 7/10
6. „Lady Bird” 5/10
7. „Nić widmo” 4/10
8. „Kształt wody” 4/10
9. „Czas mroku” 3/10

19:12, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018

(Get Out, 2017)

Reżyseria: Jordan Peele

Scenariusz: Jordan Peele

Grają (ci istotni): Daniel Kaluuya, Catherine Keener

7/10

Film Jordana Peele był w kinach gdzieś wiosną zeszłego roku, przemknął bez echa, a potem dostał oscarową nominację, a w końcu nagrodę za scenariusz oryginalny. Nie da się ukryć, że komediowy horror z zacięciem społeczno-politycznym jest dość oryginalny. Sama historia jest niezbyt odkrywcza, Filmotatnik byłby od ręki podać kilka tytułów filmów, które wykorzystują dokładnie ten sam motyw, by przestraszyć widza. Jako horror to film dość zgrany. Z drugiej strony filmów o tym, że bogaci amerykańscy WASP-owie - tacy ze wschodniego wybrzeża USA, lewicujący, którzy zioło palili w młodości, a nierzadko dalej popalają i głosowali na Obamę rękami i nogami – bardzo by chcieli nie uchodzić za rasistów, choć nie mają pojęcia jak to zrobić, też było sporo. Podobnie jak komedii  o tym, że ziomale z Bronxu sami wyśmiewają się z białasów, którzy próbują ich traktować jak białasów. Peele jednak łączy jedno z drugim (i z trzecim, i z czwartym), choć na pierwszy rzut oka pasuje to jak pięść do nosa, i robi to bardzo sprawnie. Z braku laku na tegorocznej gali oscarowej dostał statuetkę. Wstydu nie ma.

Bo „Uciekaj!” ogląda się bez gromkich rechotów, ale z niezchodzącym z ust półuśmiechem. Amerykanie zresztą od pewnego czasu robią komedie z mocnym inteligenckim zacięciem, wyśmiewają się z samych siebie, nie boją się szarpać dość czułych społecznych strun zarówno w tych komediach w których to szarpanie jest tylko przecinkiem miedzy żartami o pierdzeniu i kutasach, jak i w tych na drugim końcu skali, takich jak film Peelego. Aktorzy którzy zaczynali w komediach (a właściwie zanim wzięli się za pełne metraże – w SNL) biorą się za „poważne filmy” jak Ben Stiller czy Steve Carrel, który prawie dostał Oscara za „Foxcatchera”. „Poważni” aktorzy z kolei lubią grać w komediach jak Mila Kunis czy James Franco. Wreszcie nie można nie zauważyć, że być może najbardziej pomysłowe filmy kręcone dziś za Oceanem, to właśnie komedie, pozornie głupie i banalne, w praktyce wciągające („Zoolander”,„Jaja w tropikach”,„Ted”). W Polsce, w tym względzie, tylko dzięki starzejącemu się niestety Juliuszowi Machulskiemu, nie jesteśmy sto lat za… hmm… daleko w lesie.

Scena warta uwagi:

W dobrym filmie najlepsza scena jest na końcu. W tym właśnie tak jest.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. "Uciekaj!" 7/10
5. „Lady Bird” 5/10
6. „Nić widmo” 4/10
7. „Kształt wody” 4/10
8. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Tamte dni, tamte noce”

12:48, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 marca 2018

(Wieża. Jasny dzień, 2018)

Reżyseria: Jagoda Szelc

Scenariusz: Jagoda Szelc

Grają (ci istotni): Anna Krotoska, Małgorzata Szczerbowska, Rafał Cieluch, Rafał Kwietniewski

4/10

Dwie siostry spotykają się po latach. Między nimi nie jest dobrze, ale spotkanie ma być jakąś próbą pogodzenia się. To trudne, bo są od siebie kompletnie różne. Coś co zaczyna się jak dramat obyczajowy, na końcu zahacza o horror, choć Szelc przez cały film trzyma widza w napięciu, oblewa go niepokojącą atmosferą, każe mu się zastanawiać kto tu komu zaraz da po pysku. Bo choć obserwujemy niby, zwykłe życie rodzinne, to emocje buzują w każdej sekundzie. Ta atmosfera istotnie reżyserce wychodzi świetnie. Problem w tym, że widz, który zechce śledzić historię, szybko się pogubi, być może znudzi, a na końcu rozczaruje. Nikt mu nie wyjaśni co właśnie obejrzał, będzie musiał wierzyć na słowo krytykom, że ta wieloznaczność i multum możliwych interpretacji jest wspaniała i przełomowa w polskim kinie. Nie jest.

Film jest bardzo konkretną dziedziną sztuki. Zdecydowanie bardziej konkretną niż np. teatr. Reżyser odpowiada za dzieło. Film służy po to, by jego pomysł – ciekawa historia, moralitet, zwrócenie uwagi na jakieś zjawisko, fajna rozrywka – opowiedzieć widzowi. Czasem film ma drugie dno, jest szaradą, łamigłówką dla widza, który może na rozwiązanie nie wpaść, ale nie można mu nie dać szansy, by je znalazł. Tymczasem „Wieża…” sprawia wrażenie właśnie takiego filmu, który pozostawia widza ze znakami zapytania, a reżyserka w wywiadach nadaje mu tyle znaczeń, że trudno za nią nadążyć. A jeśli nawet uznać, że Mula to to, co konkretne, cielesne, uporządkowane i stabilne (wieża), a Kaja to to, co zwiewne, emocjonalne, niezwiązane kulturowymi i społecznymi konwenansami (jasny dzień) i reżyserka chciała sprawdzić jak to pierwsze może się nagle zawalić, to nie opowiedziała tej historii jakoś szczególnie wciągająco.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wstrząsające jest zakończenie. Choć w sferze emocji. Fabularnie, bez szału.

20:22, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2018

(Phantom Thread, 2017)

Reżyseria: Paul Thomas Anderson

Scenariusz: Paul Thomas Anderson

Grają (ci istotni): Daniel Day-Lewis

4/10

Nietypowo nie będzie to notka o filmie – bo nie ma o czym pisać, Andersonowi wyraźnie nie wyszedł – ale o jedynym powodzie, dla którego warto się na niego wybrać do kina, a powód ten nazywa się Daniel Day-Lewis. Tym bardziej, że ten , jeden z najgenialniejszych aktorów w historii kinematografii, zapowiedział, że to jego ostatnia rola. Szkoda, bo wiele ich nie było. Odkąd jako nastolatek w 1971 r. wystąpił w epizodzie w „Sunday, Bloody Sunday”, zagrał raptem 21 ról filmowych, czyli grywał mniej więcej raz na dwa lata. To wystarczyło do sześciu nominacji i trzech Oscarów (w XXI w. zagrał sześć razy co przełożyło się na cztery nominacje i dwie statuetki!), a także dwóch Złotych Globów, przy ośmiu nominacjach. I to wszystko nagrody nie tylko zasłużone, ale wręcz jest ich za mało, bo choćby za doskonałą rolę w „Nieznośnej lekkości bytu” nagrody go ominęły.

Daniel Day-Lewis to ekranowe zwierzę. Legendą obrosły jego przygotowania do ról, w trakcie których de facto zamienia się w graną przez siebie postać. Efekt jest piorunujący. Kto go zna, już w pierwszych momentach „Nici widmo” zdaje sobie sprawę, że on nawet… inaczej mówi, niż we wcześniejszych swoich występach. Tu nie ma miejsca na zwątpienie, czy ten człowiek na ekranie udaje. On jest swoją postacią. „Rozważanie czy Daniel Day-Lewis jest większym aktorem niż Laurence Olivier, Richard Burton, czy Marlon Brando, jest trochę jak zastanawianie się czy Messi to lepszy piłkarz niż Pele, a Napoleon był genialniejszym dowódcą niż Aleksander Wielki” – pisał pięć lat temu „The Guardian”, gdy Day-Lewis odbierał trzeciego Oscara za rolę tytułową w „Lincolnie”. Jeśli rzeczywiście rzuca granie, to choćby po to żeby go zobaczyć ostatni raz, warto się wybrać do kina.

Scena warta uwagi

Scena kłótni podczas kolacji, wzorowa, prawdziwa, wyjątkowo tu również partnerka Day-Lewisa mocno się postarała.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Lady Bird” 5/10
5. „Nić widmo” 4/10
6. „Kształt wody” 4/10
7. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

 

22:30, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2018

(Lady Bird, 2017)

Reżyseria: Greta Gerwig

Scenariusz: Greta Gerwig

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Lucas Hedges, Timothee Chalamet

5/10

Przed rokiem, ci, którzy wytrwali, zachwycali się filmem o kierowcy autobusu mieszkającym w prowincjonalnym Paterson, który był osobą absolutnie szczęśliwą i zadowoloną z miejsca w jakim się znajduje i czerpiącą codzienne, małe przyjemności z codziennych małych rzeczy. Tytułowa Lady Bird to nastolatka mieszkająca w Sacramento (które najwyraźniej w Kalifornii również jest jakieś prowincjonalne, w każdym razie w porównaniu do Los Angeles i San Francisco) i jej z kolei miejsce w które los ją rzucił bardzo przeszkadza. Nie tylko zresztą miejsce ale też parę innych rzeczy. Lady Bird stoi na progu dorosłości, dokonuje wyborów mniejszych i takich, które zaważą na jej przyszłym życiu. To pozornie bardzo prosty film (nie, Lady Bird nie wpada w narkotyki, nikogo nie morduje, nie szlaja się ze złym towarzystwem), bo Gerwig i Ronan przekonują, że w najzwyklejszym życiu nie ma niczego prostego. Nic nie jest czarne lub białe, nikt nie jest całkiem zły, albo całkiem dobry. Wręcz przeciwnie, wszyscy są raczej przeciętni, ewentualnie wychyleni w tę, czy inną stronę. I to dobrze.

Osią filmu jest relacja córki i matki. Ta druga jest zaborcza, jest momentami staroświecka w wychowaniu córki, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie jest film, w którym widz będzie kibicował bohaterce w wyrwaniu się z zabitej dechami dziury, do wymarzonego Nowego Jorku. Marion kocha córkę i troszczy się o nią najpiękniejszą matczyną miłością, tak samo jak Lady Bird czasem ma matki dość, ale też nie wyobraża sobie bez niej życia. Ot, taka historia, w której obie strony popełniają błędy, obie czasem sobie nie radzą, ale w porównaniu z więzią, która je łączy, to drobiazgi. Nie jest to może zbyt odkrywcze (i na pewno nie uzasadnia oscarowej nominacji), ale pokazane umiejętnie.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wzruszająca jest scena nieudanego pożegnania na lotnisku, podobnie zresztą jak rozmowa Lady Bird i matki w przymierzalni.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Czwarta władza” 7/10

4. “Lady Bird” 5/10

5. „Kształt wody” 4/10

6. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

20:21, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018

(The Post)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Tom Hanks, Bob Odenkirk

7/10

Bardzo porządny film, który na pewno spodoba się wszystkim tym, którym podobał się „Spotlight”, bo to rzecz o tych pięknych czasach, gdy gazeta miała siłę, bo potrząsnąć rządem. Spielberg zrobił co prawda film pełen machania amerykańską flagą, w dodatku wśród waszyngtońskiej śmietanki, gdzie decyzje o demokracji, racji stanu, generalnie „tym co ważne” są podejmowane wśród wyższych sfer. Jakoś ani przez moment nie ma się wrażenia, choć twórcy próbują nas przekonać, że jest inaczej, że te wyższe sfery ryzykują więzieniem, bankructwem czy czymkolwiek. Co innego małe żuczki, które odwalają brudną robotę. To m.in. różni ten film od wspomnianego wcześniej „Spotlightu”, gdzie bohaterami są dziennikarze, podczas gdy tu głównymi postaciami filmu jest bajecznie bogata właścicielka gazety i jej, nie mniej ustosunkowany naczelny. To chyba mniej ciekawy wybór i chyba dlatego tamten film zasłużył na Oscara, a „Czwarta władza” nie.

Co nie zmienia faktu, że film Spielberga z doskonałą obsadą i świetną ekipą (zdjęcia Janusza Kamińskiego, muzyka Johna Williamsa) ogląda się bardzo przyjemnie i widać, m.in. od strony technicznej, że wzięli się za niego profesjonaliści, którzy świetnie potrafią oddać choćby atmosferę przełomu lat 60-tych i 70-tych i doskonale wytłumaczyli postacie odtwórcom głównych ról. Kupując niemieckie auto płaci się za pewność jakości. To samo czeka widza, który wybierze się na ten film. Streep i Hanks grają swoje role wzorowo. Ich postacie są nieoczywiste (właścicielka gazety czuje się niepewnie w męskim świecie i jest jakąś taką niezdecydowaną gęsią, redaktor naczelny „Washington Post” to stary wyjadacz, ale ze świadomością, że jego „Post” to jedna z mniejszych gazet i porażka w niej będzie jego emeryturą), ale takiej ekranowej parze zagranie ich nie sprawia najmniejszego kłopotu. Pewny strzał jeśli chodzi o wybór filmu, z którego wyjdziecie zadowoleni.

Scena warta uwagi:

Wszystkie w redakcji są fajne.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek). 

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Kształt wody” 4/10
5. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 28 stycznia 2018

(Darkest Hour, 2017)

 

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Stephen Dillane, Lily James

3/10

Tępo ciosana propagandówka o tym, że Winston Churchill z Hitlerem walczył choćby nie wiadomo co i przez większość filmu, chlejąc na umór i paląc jak smok, łazi w te i we wte i pokazuje hart ducha i że się nie podda, potem nachodzą go wątpliwości, potem wysiada z limuzyny i jedzie jeden przystanek metrem (co trwa dziesięć minut) z brytyjskim ludem i pyta się ludu, czy będą walczyć do końca, a lud odpowiada mu, że do końca i „prowadź wodzu”, więc wraca mu hart ducha. Przy okazji scenariusz jest tak toporny, że pasowałby, przy przymknięciu oka na mielizny, do „Sensacji XX wieku” i niczego więcej. W drugiej scenie filmu jeden z polityków tłumaczy swoim kolegom, że Halifax to minister spraw zagranicznych, choć wszyscy w pokoju doskonale wiedzą kim jest Halifax. Ale widz nie wie, więc trzeba mu to powiedzieć, tylko dlaczego w ten sposób? Zaplecze polityki wygląda w „Czasie mroku” jak sztuka teatralna i to marna.

Byłoby niezmiernie ciekawe obejrzeć w kinie podwójny rewers. Podwójny, bo „Czas mroku” to nie tylko spojrzenie z drugiej strony na, również nominowaną do Oscara, „Dunkierkę”, ale też na zekranizowaną dekadę temu przez Joe Wrighta „Pokutę”. Niestety wyszła filmowa szmira, którą podciąga za uszy głównie Gary Oldman w roli tytułowej. Tak jak sam film jest zły, tak Oldman (który nie wygląda jak Oldman, nie mówi jak Oldman, a czasem nawet nie patrzy jak Oldman) jest świetny i akurat Oscar dla niego nie będzie żadną niespodzianką. Akurat przemówienia Oldmana-Churchilla nie są toporne, a wręcz porywające. Promyczków w filmie jest jeszcze kilka, choćby muzyka, czy Ben Mendelsohn jako „król-jąkała”, ale mizeria scenariuszowa odrzuca. To jeden z najgorszych filmów które mają szansę na Oscara, w ostatnich latach.

Scena warta uwagi:

Kilkakrotnie w filmie operator pokazuje scenę z góry, co wygląda niezwykle malowniczo. Zwłaszcza pierwsza, z widokiem na Izbę Gmin, robi wrażenie.

P.S. Oscarowe nominacje są znane. Na razie, spośród obejrzanych przez Filmotanik, średnia ocen nie rzuca na kolana. Ranking wygląda jak poniżej i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Kształt wody” 4/10

4. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Czwarta władza”, „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 21 stycznia 2018

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017)

 

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Peter Dinklage, John Hawkes, Abbie Cornish

7/10

Nie jest to film pogodny, choć widownia co i rusz wybucha śmiechem. Nie jest to dreszczowiec, choć cała historia oparta jest na brutalnej śmierci i nie jest ona jedyną w tym filmie. Nie jest to też film obyczajowy, o życiu w małym mieście na Środkowym Zachodzie USA, bo jednak podpalenia, pobicia, wyrzucanie przez okno, przemoc domowa, rasizm, etc. to jednak dość sporo na zwykły „obyczaj”. To jest jakiś taki miks wszystkiego co powyżej, w dodatku miks bardzo sprawnie opowiedziany i z nieoczywistym zakończeniem. McDonagh po mistrzowsku bawi się z widzami, każąc im śmiać się gdy za chwilę sprawy przybierają śmiertelnie poważny obrót i zadumać się, gdy sytuacja robi się w zasadzie absurdalna. Nie pozwala polubić żadnego z głównych bohaterów, ale też nie pozwala żadnego znienawidzić. Dawno nie było filmu, który tak umiejętnie zmusza do wstrzymania się z ocenami, a jednocześnie ewidentnie wciąga. Bo każdy chce wiedzieć jak skończy się batalia Mildred o to, by ktoś ruszył tyłek i znalazł zabójców jej córki.

Wygląda na to, że „Trzy billboardy…” to jeden z głównych oscarowych faworytów, bo zgarnął cztery Złote Globy w ważnych kategoriach (film dramatyczny, scenariusz, główna rola żeńska, drugoplanowa rola męska) . Może się Akademii spodobać, bo jest w każdym calu „amerykański”. Fajne jest też to, że McDonagh oparł obsadę na starszych aktorach, a główną rolę dał być może najbardziej niedocenianej (przez widzów i media, bo raczej nie przez reżyserów) amerykańskiej aktorce, czyli Frances McDormand, która mimo, że kiedyś tam zagrała w „Fargo”, przewija się zwykle gdzieś na drugim planie. Jednego Oscara już ma (właśnie za „Fargo”). Rzecz w tym, że sam film, choć bardzo dobry, z doskonałymi rolami i świetnie napisany, jest właśnie - bardzo dobry, ale nie świetny. Ani przełomowy, ani innowacyjny, ani olśniewający jakimś elementem. Na statuetkę Akademii jednak chyba nie zasługuje. Jeśli wygra, to dzięki słabej konkurencji, a tego bym nie chciał.

Scena warta uwagi:

Gdy Charlie, były mąż Mildred, wpada do ich domu, zrobić awanturę o billboardy. Ta jedna scena, w której uczestniczą cztery osoby, mogłaby być egzaminem na każdej aktorskiej uczelni. Każda z postaci musi w mig zmienić nastrój, emocje, tempo i ton mówienia. W filmie wychodzi majstersztyk.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi