sobota, 12 stycznia 2019

(Roma, 2018)

Reżyseria: Alfonso Cuaron

Scenariusz: Alfonso Cuaron

Grają (ta istotna): Yalitza Aparicio

 

8/10

Czarno-biały, efektowny, choć toczący się w powolnym tempie film o tym, że gdyby nie kobiety, to cały ten świat by się zawalił i rozpadł. Mężczyzna to element destrukcyjny, ewentualnie kuriozalnie bezsensowny, co w efekcie i tak prowadzi do destrukcji. To kobiety trzymają rzeczywistość (na każdym poziomie - indywidualnych relacji, rodziny, w końcu państwa) w kupie. Na tyle, na ile są w stanie. Szczególnie główna bohaterka, Cleo (ale dotyczy to w większym, lub mniejszym stopniu wszystkich kobiet, które pojawiają się na ekranie) która niezmiennie, dzień za dniem, tworzy, otacza opieką, wychowuje, sprząta, pilnuje, czasem ratuje życie, choć w świecie zarządzanym przez mężczyzn to nie jest łatwe, bo gamonie bez przerwy rzucają kłody pod nogi.

I choćby z powodu tego feministycznego charakteru filmu, który Cuaron napisał, wyreżyserował, jest autorem zdjęć, a na dodatek jeszcze zmontował (a w ogóle w nawiasie trzeba dodać, że to film częściowo autobiograficzny, Cuaron mieszkał w meksykańskiej dzielnicy Colonia Roma w domu naprzeciwko tego, w którym nakręcił większość scen) szanse „Zimnej wojny” na Oscara wyglądają marnie. Nie dlatego że film Pawlikowskiego jest gorszy (na gust Filmotatnika nawet lepszy), ale „Roma” to właśnie film głęboko feministyczny, a takie ostatnio w Hollywood lubią nagradzać, w dodatku Amerykanie mogą się co nieco dowiedzieć o swoim bliskim sąsiedzie (poza tym feminizmem, „Roma” to języku filmu opowieść takiego rodzaju, jak fenomenalna „Rozmowa w Katedrze” w języku literatury), a jak wiadomo, bliska ciału koszula sąsiada, niż koszula gdzieś na wschodzie Europy. Ale może nie będzie źle. „Ida” też nie miała szans by wygrać.

Scena warta uwagi:

Polecam obejrzenie każdej sceny właśnie mając w pamięci to ciekawe rozróżnienie – mężczyźni bez wyjątku zachowują się destrukcyjnie, tchórzliwie lub bezsensownie. Kobiety, wręcz przeciwnie.

20:40, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2019

(A Star is Born, 2018)

Reżyseria: Bradley Cooper

Scenariusz: Eric Roth, Bradley Cooper, Will Fetters

Grają (ci istotni): Bradley Cooper, Lady Gaga, Sam Elliott

7/10

Bradley Cooper wziął się za reżyserowanie i są pewne przesłanki, że kiedyś może z niego być “nowy Clint Eastwood” (swoją drogą to właśnie Eastwood miał początkowo robić “Narodziny gwiazdy“). Rozumie, że dobry film musi targać widzem. I ten film targa. Jeszcze przed nim zrozumienie, że najlepiej dla filmu, jeśli tym źródłem targania nie są wielkie rzeczy - wspaniała kariera, wielka miłość, bezdenny nałóg - ale rzeczy drobne, codzienne. Jeśli nauczy się opowiadać historie, które mają właśnie takie podłoże, ale z porównywalnymi emocjami, jak w tym filmie, będzie git. Trochę tu tego jest. Jack jest trochę zazdrosny o karierę Ally, Ally trochę wstydzi się, tego co śpiewa. Awantura, która wybucha w pewnym momencie jest trochę karczemna. Ta “trochowatość” jest bardzo fajna, ale jednak w tym filmie bardzo dużo jest “naj”.

Mamy więc Jacka Maine’a, uwielbianego przez publiczność piosenkarza, muzyka, tekściarza i kompozytora (nie wiedzieć czemu określanego w recenzjach jako muzyk country), chlejącego na potęgę i odkrytą przez niego w jakiejś zapadłej dziurze Ally, która z biegiem filmu robi karierę jako pop-gwiazda. Duet się wzajemnie zakochuje na zabój. Problem w tym, że ona stąpa twardo po ziemi, ale nie ma na tyle kośćca, by być uczciwą wobec siebie artystką, on jest uczciwym wobec siebie artystą, ale nie ma na tyle kośćca, by stąpać twardo po ziemi. Historia melodramatu stara jak świat, ale w górę za uszy wyciąga ją fenomenalny Bradley Cooper (chyba dobrze mu zrobiło, że reżyserował sam siebie), bardzo przyzwoita - dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać - Lady Gaga, a także świetna warstwa muzyczna. Te momenty, gdy na ekranie śpiewają, są chyba najfajniejsze w całym filmie. A jest ich sporo.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianymi piosenkami - zarówno na koncertach, jak i przy fortepianie, albo na parkingu tamtejszego Lidla - scena kłótni. W tym kierunku Cooper scenarzysta i reżyser powinien iść.

21:57, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2018
(Wildlife, 2018)

Reżyseria: Paul Dano

Scenariusz: Zoe Kazan, Paul Dano na podstawie "Wildlife" Richarda Forda

Grają (ci istotni): Carey Mulligan, Jake Gyllenhaal

6/10


Oglądana oczami 14-letniego Joe Brinsona (już nie dziecko, jeszcze nie dorosły) nieco pokręcona relacja jego rodziców. Brinsonów poznajemy jako amerykańska rodzinę jak z obrazka, mieszkającą w małym miasteczku gdzieś w najdalszej Montanie na początku lat 60-tych. Ojciec Jerry utrzymujący rodzinę, przystrzyżony jak Ken (ten od Barbie), mama Jeanette krzątająca się w kuchni jak z reklamy proszku do pieczenia i syn, wspomniany Joe, świetnie się uczący i grający w drużynie futbolowej. Ale to potrójne "J" zaczyna się sypać. Nic tu nie jest takie, jak na wzorowym obrazku i nic do tego amerykańskiego wzoru nie przystaje. Ani Jerry, ani Jane na ten obrazek nie mają ochoty. W dzisiejszych czasach to by nie szokowało. Ale pół wieku temu oni sami za bardzo nie zdają sobie sprawy co ich uwiera i że uwiera ich to samo. A w środku młody Joe, który jakoś próbuje nad rozłażącą mu się rodziną zapanować, ale co on biedny może?

Debiut reżyserski młodego aktora Paula Dano, na podstawie nieprzetłumaczonej jeszcze na polski powieści Richarda Forda, może się spodobać, bo ładnie gra symbolami. Tłem całego filmu jest trwający wiele dni pożar lasu. Dla miasteczka Great Falls to wielki, potencjalnie śmiertelny kłopot, ale oglądamy go z oddali. Rozmiarów żywiołu trzeba się domyślać na podstawie np. widocznego z daleka dymu. Podobnie jest z katastrofą rodziny Brinson. Tyle że momentami emocje są tak bardzo ukryte, że gdyby nie popis aktorski Gyllenhaala, a szczególnie Mulligan, film by się rozlazł. Reżyser tak bardzo zabrania bohaterom mówić, że gdyby nie to, w zasadzie nie byłoby historii.

Scena warta uwagi:

Z bliska widzimy ogień tylko dwa razy w czasie całego filmu. Obie sceny są ze sobą mocno powiązane.
wtorek, 13 listopada 2018

(First Man, 2018)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Josh Singer na podstawie "First Man: The Life of Neil A. Armstrong"

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Claire Foy, Jason Clarke, Kyle Chandler, Ciaran Hinds

8/10

To nie jest film o lądowaniu na Księżycu, choć właśnie ta scena, ilustrowana zapadającą w pamięć muzyką Justina Hurwitza, ma szansę przejść do historii kina. Nieprzypadkowo Księżyc nie zmieścił się w tytule. Nieprzypadkowo też Amerykanie nie mieli do tej pory porządnego filmu o Armstrongu i szybciej doczekał się go Lance, największy oszust w historii sportu, niż Neil, pewnie najbardziej znany podróżnik w historii ludzkości. Trudno bowiem zrobić wciągający film o małomównym, raczej naukowcu niż pilocie. Trio, które podjęło się wyzwania to scenarzysta Josh Singer, reżyser Damien Chazelle i aktor Ryan Gosling, czyli w sumie sześć nominacji i dwa Oscary. Razem stworzyli spójną i wielowymiarową, a jednocześnie bardzo kameralną historię o człowieku, współczesnym Hiobie, który mimo, że wielokrotnie dostawał w kość to ani na moment nie zwątpił, że niemożliwe nie istnieje. I jakkolwiek sztampowo brzmi zdanie, które przed chwilą przeczytaliście, to o tym właśnie jest ten film, w dodatku bez grama sztampy, więc ogląda się go świetnie.

Gosling znów, jak w “Drive” czy “Tylko Bóg wybacza”, mówi mało. Ale tym razem to małomówność dojrzalsza, o wiele trudniejsza do zagrania niż “taki jestem nieśmiały, ale mogę dać ci po gębie”. Jego Armstrong to człowiek, którego właściwie nie należałoby wpuścić do kokpitu. Człowiek, który popełniał mnóstwo błędów, przytłoczony prywatną tragedią. Kto inny jednak miał większe doświadczenie, by dokonać czegoś, czego nikt wcześniej nie dokonał i poradzić sobie z górą problemów, z jaką nikt wcześniej sobie radzić nie musiał? Singer z Chazellem całą historię zamknęli klamrą. Ich Armstrong to człowiek, który podjął się rzeczy niemożliwej. Na początku filmu mu się nie udaje, ale udaje się na końcu.

Mnóstwo w tym filmie drobiazgów opowiedzianych bez zadęcia. Gdy szef astronautów w NASA Deke Slayton tłumaczy przyszłym pilotom, jeszcze na początku projektu Gemini, skalę wyzwania, używa dwóch tablic. Banalne, ale tak właśnie ta scena mogła wyglądać. Gdy Armstrong, po kilku śmiertelnych wypadkach jest pytany, czy cały ten wyścig w kosmos ma sens, odpowiada, że teraz za późno, by się wycofać. Najsensowniejsza odpowiedź. Czasem ma się wrażenie, że kilku wątków nie pociągnięto. Że fascynujący byłby film o ściganiu się z Rosjanami, albo skupiający się na tym, jak kosmicznie (nomen omen) niewykonalnym zadaniem był pomysł, by polecieć na Księżyc. Ale, jak ustaliliśmy na początku, nie jest film o Księżycu.

Scena warta uwagi:

Lądowanie. Poniżej muza.

poniedziałek, 12 listopada 2018

(Suspiria, 2018)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: David Kajganich

Grają (te istotne): Tilda Swinton, Dakota Johnson, Mia Goth, Chloe Grace Moretz

5/10

Remake włoskiego horroru z lat 70-tych to, z grubsza, dwie i pół godziny oglądania nieco zawstydzonej Dakoty Johnson i nieco zakłopotanej Tildy Swinton, poprzetykanej gdzieniegdzie scenami pełnymi wrzasków i generalnie sytuacji, w których osobę na ekranie bardzo boli i za chwilę wyzionie ducha. Nie ma co specjalnie śledzić fabuły, bo do końca filmu i tak nie wszystkie wątki staną się jasne. Warto za to podziwiać Swinton, bo ten film jest jej indywidualnym popisem. Brytyjka potrafi zagrać wszystko.

Dobrze robi filmowi przeniesienie go do Berlina – głównie Zachodniego, trochę Wschodniego. Filmowcy ostatnio coraz bardziej lubią umieszczać fabułę właśnie w tych przedziwnych ale malowniczych dwóch miastach, a w przypadku Suspirii Guadagnino bardzo mocno zadbał o szczegóły. Cały film ma mocno nierzeczywistą, zamkniętą atmosferę. Taka właśnie jest szkoła tańca, w której wszystko się odbywa i taki był sam Berlin w czasach, o których mowa. Te przeskoki między tym co magiczne, a tym co rzeczywiste, z biegiem filmu coraz bardziej się zacierające, sprawiają, że oglądając „Suspirię" trochę traci się poczucie czasu. Ale nie jest to film koniecznie do zobaczenia.

Scena warta uwagi

Duże wrażenie robią sceny tańca (diabelska forma sztuki, nawiasem mówiąc). Ich przygotowanie musiało zająć sporo pracy. 

12:17, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2018

- To świetny film, bardzo mi się podobał. Ale dramat. Co roku oglądamy bułgarskie dramaty. Nie kręcicie w Bułgarii komedii? – pytała jedna z widzek. – Pewnie, że kręcimy. Ale dlaczego ich tu nie ma, to trzeba pytać organizatorów festiwalu – odpowiadał producent filmu „Irina”. Flim wyjechał z Warszawy z nagrodą aktorską dla Mariny Apostolovej. To pytanie obnażyło drugi z trzech głównych grzechów najważniejszego polskiego festiwalu, który od kilku lat stoi w miejscu, a nie powinien. Zacznijmy jednak od pierwszego.

Ile warta jest nagroda

W tym roku główną nagrodę zdobył albański dramat „Delegacja”. Wstydu nie ma, bo to dobry film, ładnie pokazujący absurdy totalitarnego ustroju, choć nie wybitny i (przynajmniej w opinii Filmotatnika) nie najlepszy w konkursie głównym. Rzecz w tym, że od kilku lat wygrywają filmy, generalnie, przeciętne. Największym sukcesem filmu nagrodzonego w Warszawie, jest wygrana w Warszawie. Potem przepada. Stołeczne jury, rok do roku, upodobało sobie filmy o zwykłym człowieku w starciu z niedemokratycznym systemem i nagradza je taśmowo. Pal licho, jeśli tak w tym roku wygranym jest film solidny. Dwa lata temu nagrodę dostała półamatorska irańska „Malaria”, której jedynym atutem było chyba to, że była z Iranu. Nie słyszeliście o tym filmie? No popatrzcie... A jury było zachwycone.

W efekcie festiwal w stolicy Polski nie promuje filmów, nie daje im kopa o zasięgu choćby regionalnym, o światowym nie wspominając. Nie sprawia, że filmem ktoś zaczyna się za granicą interesować. A taka powinna być jego rola. Bez tego impreza rangi, jaką chciałby być WIFF, traci znaczenie. Nie zawsze tak było. W Warszawie wygrało „Pogorzelisko” Denisa Villeneuve’a. „Ida” zdobyła tu nagrodę w 2013 r, czyli dwa lata przed triumfem oscarowym, kiedy jeszcze nikt tego filmu nie znał. Nagrodę publiczności zdobywały, m.in. niemieckie „Życie na podsłuchu”, libański „Walc z Bashirem”, gruzińskie „Mandarynki”, czy amerykański „Pokój”. Ale od pewnego czasu takie tytuły już z Warszawy w świat nie idą.

Festiwal homogeniczny

I tu dochodzimy do zapowiedzianego juz grzechu drugiego. W stawie z karpiami trudno złowić szczupaka. Kto chciałby na WIFF zrobić sobie przegląd fajnego kina gatunkowego, srogo się zawiedzie. Kryminałów - jak na lekarstwo (w tym roku fajni "Bliscy wrogowie"), thrillery - wyłącznie z mocnym kontekstem społecznym, science-fiction - pod warunkiem, że eksperymentalne, komedie - co najwyżej komediodramaty. Jest co prawda cześć z filmami dla dzieci i chwała festiwalowi za to. Są osobne konkursy krótkometrażowe i dokumentalne. Ale trzon festiwalu to opowieści o tym jak głównemu bohaterowi ciężko z powodu powszechnego narkobiznesu/korupcji/opresyjnego systemu. Niepotrzebne skreślić, ale może być też wszystko naraz.

Na festiwal jest w Warszawie moda, wiec sale nie świecą pustkami, ale nie jest to szał i trudno powiedzieć, żeby przez tydzień miasto żyło kinematografią. Organizatorzy od lat nie ułatwiają wyboru filmów do obejrzenia, serwując o każdym kilkuzdaniowe opisy ("...Metaforyczna opowieść o poszukiwaniu ścieżki życiowej..."). Seans jest wiec zawsze jakąś tam niespodzianką, kłopot jednak robi się wtedy, gdy oglądamy dziesiąty film o tym samym, tylko bohater mówi w innym języku.

Bez polskich znaków

Festiwal jest międzynarodowy. Bardzo. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dystrybutorzy znad Wisły nie zabijają się, by promować swoje filmy w Warszawie. A przecież trudno o lepszą okazję, by po premierze w Gdyni, rozwinąć w stolicy czerwony dywan, zrobić jakiś raut, zaprosić paparazzich i popstrykać fleszami. Tymczasem w tym roku skorzystało z tego tylko "7 uczuć" Marka Koterskiego, czyli nowy Miauczyński. Przed rokiem "Człowiek z magicznym pudełkiem" Bodo Koxa i świetne, choć kompletnie zignorowane "Pewnego razu w listopadzie" Andrzeja Jakimowskiego.

A przecież w Warszawie swego czasu nagrody zgarniał Wojciech Smarzowski, czy wspomniana wcześniej "Ida". Na polskie kino się chodzi, czego "Kler" jest tylko ostatnim z serii dowodów. Jesienią zwykle mamy wysyp rodzimych filmów. Tych które biły się o Złote Lwy i tych, które z rożnych powodów w rywalizacji nie uczestniczyły. Zamknięcie się na nie, a tak to wygląda, jest niezrozumiałe.

Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy wyrósł przez lata na poważną imprezę. W środku europejskiej stolicy, w dwóch centralnie położonych kinach, z dużym i solidnym zapleczem organizacyjnym, stał się imprezą rozpoznawalną. Tyle, że stoi w miejscu, jakby pełen zadowolenia z tego co udało się osiągnąć. A jak się stoi, to ogląda się plecy innych.

21:01, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2018

(Zimna wojna, 2018)

Reżyseria: Paweł Pawlikowski

Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki, Piotr Borkowski

Grają (ci istotni): Joanna Kulig, Tomasz Kot, Agata Kulesza, Borys Szyc

7/10

 

Romans Pawła Pawlikowskiego, tak samo zresztą jak „Ida”, do której siłą rzeczy jest porównywany, to orgia wizualno-dźwiękowa. To zaskakujące, jak na czarno-biały film, ale Pawlikowski, a przede wszystkim operator Łukasz Żal, obrazem operują wzorowo i najwyraźniej nie potrzebują do tego kolorów. W dodatku ma słuch absolutny, muzyka sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Można „Zimną wojnę” traktować jak opowieść o miłości w niesprzyjających czasach, a można kompletnie nie zwracać na to uwagi i widzieć w niej ciąg wrażeń o ewolucji tak ulotnej części kultury jak muzyka, zresztą w każdej formie. I tej bardzo konkretnej, zakorzenionej ludowej, i tej jazzowej, kosmopolitycznej. W obu bohaterowie czują się jak ryby w wodzie. Co do tej pierwszej, to nawiasem mówiąc, ta okrutna stalinowska władza o nią dbała. Dziś państwo nie tworzy zespołów ludowych.

Ale na pierwszym planie jest romans kobiety i mężczyzny z zupełnie innych beczek. Coś ich jednak ku sobie przyciąga tak mocno, że przy tym okoliczności, więzi małżeńskie, polityka, i tym podobne pierdoły, nie mają dużego znaczenia. Ani ten zblazowany pianista, ani ta pyskata wieśniaczka nie budzą w widzu jakiejś przesadnej sympatii od pierwszego wejrzenia, ale jedna temu, co jest między nimi, jednak się bardzo mocno kibicuje. Nie za bardzo wiadomo skąd się wzięło, na pierwszy rzut oka oboje powinni trafić inaczej (a mają ku temu mnóstwo okazji), ale jakoś nie mogą.

Scena warta uwagi:

Wciągająca jest ta, znana ze zwiastunu, z tańczącą Zulą.

11:55, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lipca 2018

(Sicario. Day of the Soldado, 2018)

Reżyseria: Stefano Sollima

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Josh Brolin, Benicio Del Toro, Catherine Keener

5/10

Sequel zapadającego w pamięć filmu sprzed trzech lat to w zasadzie druga połowa tamtego „Sicaria”, tylko że bez Emily Blunt, bez reżysera Denisa Vileneuve’a i bez zmarłego niedawno autora muzyki Johanna Johannssona. Twórcy wyszli z założenia, żeby przede wszystkim niczego nie zepsuć, więc zapadająca w pamięć muzyka Johannssona i w tym filmie została wykorzystana, a za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialna jest wiolonczelistka, która z nim wcześniej pracowała. Doskonałego operatora Richarda Deakinsa, zastąpił nie mniej doskonały Dariusz Wolski. Rzecz wciąż polega na tym, że Brolin i Del Toro krwiście strzelają się w okolicach amerykańsko-meksykańskiej granicy z wytatuowanymi latynoskimi mafiosami z brutalnością, która zawstydziłaby Cormaca McCarthy’ego. Historię znów napisał Taylor Sheridan, czyli przeciętny aktor serialowy, który kilka lat temu postanowił pisać scenariusze (w końcu, dlaczego nie?) i za swój drugi scenariusz – „Aż do piekła” – dostał nominację do Oscara (a powinien dostać Oscara). Pierwszym był pierwszy „Sicario”.

Tak więc jeśli polubiliście tamten film, to i atmosfera tego wam się spodoba. Rzecz w tym, że tu nie ma nic nowego. To naprawdę jest wyciągnięcie ile się da z atmosfery, muzyki, aktorów czy zdjęć tamtego filmu. Fajne były zdjęcia z helikoptera i scena, w której karawana samochodów przejeżdża granicę? Fajna. To w „…Soldado” przejadą w te i we w te. Brolin nie miał skrupułów wobec przesłuchiwanych? Nie ma jeszcze bardziej. Jednostkę, nawet współpracownika, można było poświęcić dla sprawy? Nie zdychają też w „dwójce”. Wszystko tu jest tak samo, tylko czasem bardziej. Ale odsmażane nie jest tak dobre, jak świeże. Co się sprawdza z pierogami, raczej nie sprawdza się z filmami.

Scena warta uwagi:

Mimowolnie ten film pokazuje absurd sytuacji na amerykańsko-meksykańskiej granicy i to, że świstek papieru, czyli paszport rozdziela ludzi na tych, którzy ryzykują rozerwanie karabinem  od tych, którzy machają nim na granicy ledwo zatrzymując samochód. Gdy dwaj bohaterowie siedzą nad rzeką i przed przejeżdżającym radiowozem chowają piwo, ci na drugim brzegu uciekają, bojąc się o życie.

środa, 18 kwietnia 2018

(Call Me by Your Name, 2017)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: James Ivory (na podstawie powieści Andre Acimana pod tym samym tytułem)

Grają (ci istotni): Armie Hammer, Timothee Chalamet, Michael Stuhlbarg

8/10

Niezwykła historia miłosna w pięknych okolicznościach przyrody południowych Włoch, którą skonstruowano tak, że znalazło się w niej mnóstwo powodów, dla których w ostateczności mógł wyjść film skandaliczny, obrazoburczy, czy nawet wulgarny. Mamy więc opowieść o romansie dorosłego mężczyzny z nastoletnim chłopcem, w dodatku pod dachem domu rodziców chłopca, w dodatku mężczyzna jest współpracownikiem ojca chłopca i korzysta z jego gościnności, w dodatku twórcy nie oszczędzają widzom ani nagości, ani seksu, w dodatku każą oglądać nie tylko awanse dorosłego do młodego, ale też awanse młodego do dorosłego, w dodatku wreszcie nikt w filmie się nie oburza, nie wzywa policji, nie dokonuje czynów agresywnych wobec lubieżnika (lubieżników?). Fakt, że od miesiąca przed kinami całej Polski nie stoją demonstracje z różańcami, wyklinające każdego, kto kupił bilet do kina, a bogobojni politycy nie wysyłają prokuratorów do dystrybutora składam wyłącznie na karb tego, że demonstranci i prokuratorzy nie oglądali ceremonii oscarowej i nikt im o tym filmie nie powiedział.

Bo twórcom filmu udało się opowiedzieć tę historię, właśnie bez wulgarności i skandalu, co po pobieżnym zapoznaniu się z historią na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe. W filmie jest np. scena zgwałcenia owocu przez nieletniego (!), która tak naprawdę spokojnie rozmywa się w całej fabule. Guadagnino zrobił film bardzo czuły, choć to czułość, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni. James Ivory napisał doskonały scenariusz, w którym przez tę historię miłosną widz płynie, bez specjalnych raf, na które w tzw. „filmach LGBT” wpada się co chwila. Ale jak oni to robią? Ale co na to rodzice? Ale co będzie gdy to się wyda? W „Tamtych dniach, tamtych nocach” twórcy nie silą się na walkę z tymi pytaniami, tylko wszystko pokazują i pokazują, że świat się od tego nie zawali. Co w efekcie przyniosło Ivory’emu Oscara, którego nigdy (mimo trzech nominacji), nie dostał za reżyserię. Całkowicie zasłużonego. To świetny film.

Scena warta uwagi:

To wyżej o Ivorym, a jeśli zastanawiacie się za co młody Chalamet dostał oscarową nominację za rolę, radzę z uwagą obejrzeć ostatnią scenę w filmie, gdy lecą napisy. Tyle zmiennych emocji ile maluje się na twarzy w tej niemej scenie, na pewno spodobało się Akademii.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak musiał przygotować własny ranking. „Tamte dni, tamte noce” był ostatnim filmem do obejrzenia. Ranking dość znacznie rozmija się z decyzjami oscarowymi, ale to już niestety drugi rok z rzędu.

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Tamte dni, tamte noce” 8/10
3. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
4. „Czwarta władza” 7/10
5. „Uciekaj!” 7/10
6. „Lady Bird” 5/10
7. „Nić widmo” 4/10
8. „Kształt wody” 4/10
9. „Czas mroku” 3/10

19:12, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 kwietnia 2018

(Get Out, 2017)

Reżyseria: Jordan Peele

Scenariusz: Jordan Peele

Grają (ci istotni): Daniel Kaluuya, Catherine Keener

7/10

Film Jordana Peele był w kinach gdzieś wiosną zeszłego roku, przemknął bez echa, a potem dostał oscarową nominację, a w końcu nagrodę za scenariusz oryginalny. Nie da się ukryć, że komediowy horror z zacięciem społeczno-politycznym jest dość oryginalny. Sama historia jest niezbyt odkrywcza, Filmotatnik byłby od ręki podać kilka tytułów filmów, które wykorzystują dokładnie ten sam motyw, by przestraszyć widza. Jako horror to film dość zgrany. Z drugiej strony filmów o tym, że bogaci amerykańscy WASP-owie - tacy ze wschodniego wybrzeża USA, lewicujący, którzy zioło palili w młodości, a nierzadko dalej popalają i głosowali na Obamę rękami i nogami – bardzo by chcieli nie uchodzić za rasistów, choć nie mają pojęcia jak to zrobić, też było sporo. Podobnie jak komedii  o tym, że ziomale z Bronxu sami wyśmiewają się z białasów, którzy próbują ich traktować jak białasów. Peele jednak łączy jedno z drugim (i z trzecim, i z czwartym), choć na pierwszy rzut oka pasuje to jak pięść do nosa, i robi to bardzo sprawnie. Z braku laku na tegorocznej gali oscarowej dostał statuetkę. Wstydu nie ma.

Bo „Uciekaj!” ogląda się bez gromkich rechotów, ale z niezchodzącym z ust półuśmiechem. Amerykanie zresztą od pewnego czasu robią komedie z mocnym inteligenckim zacięciem, wyśmiewają się z samych siebie, nie boją się szarpać dość czułych społecznych strun zarówno w tych komediach w których to szarpanie jest tylko przecinkiem miedzy żartami o pierdzeniu i kutasach, jak i w tych na drugim końcu skali, takich jak film Peelego. Aktorzy którzy zaczynali w komediach (a właściwie zanim wzięli się za pełne metraże – w SNL) biorą się za „poważne filmy” jak Ben Stiller czy Steve Carrel, który prawie dostał Oscara za „Foxcatchera”. „Poważni” aktorzy z kolei lubią grać w komediach jak Mila Kunis czy James Franco. Wreszcie nie można nie zauważyć, że być może najbardziej pomysłowe filmy kręcone dziś za Oceanem, to właśnie komedie, pozornie głupie i banalne, w praktyce wciągające („Zoolander”,„Jaja w tropikach”,„Ted”). W Polsce, w tym względzie, tylko dzięki starzejącemu się niestety Juliuszowi Machulskiemu, nie jesteśmy sto lat za… hmm… daleko w lesie.

Scena warta uwagi:

W dobrym filmie najlepsza scena jest na końcu. W tym właśnie tak jest.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. "Uciekaj!" 7/10
5. „Lady Bird” 5/10
6. „Nić widmo” 4/10
7. „Kształt wody” 4/10
8. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Tamte dni, tamte noce”

12:48, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 35
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi