czwartek, 18 sierpnia 2016

(Sausage Party, 2016)

Reżyseria: Greg Tiernan, Conrad Vernon

Scenariusz: Seth Rogen, Evan Goldberg, Kyle Hunter, Ariel Shaffir oraz Jonah Hill

Grają (ci istotni): Seth Rogen, Kirsten Wiig, Jonah Hill, Edward Norton, Salma Hayek, James Franco

7/10

Odpowiedzialni za ten film są trzej kumple Seth Rogen, Jonah Hill oraz scenarzysta i producent Evan Goldberg, którzy do pomysłu zatrudnili potem m.in. Jamesa Franco (co nie dziwi), Salmę Hayek i Edwarda Nortona. Myśleli, myśleli i co wymyślili? Po pierwsze klasyczną amerykańską komedię o cyckach i penisach. Zabawną o tyle o ile może być zabawna komedia o cyckach i penisach. Po drugie błyskotliwą i wielopoziomową bekę z poprawności politycznej, a to się zawsze takim filmowcom bardzo chwali. Tu nie chodzi wyłącznie o żart za żartem ze wszystkiego z czego wypada i nie wypada żartować, wliczając w to tematy polityczne, religijne, historyczne, obyczajowe oraz związane z seksem. Jeśli już gorąca parówka i mięciutka bułeczka z czymś się wam kojarzy, to nie macie zielonego pojęcia co może robić bajgiel z lawaszem. Równie zabawny i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaplanowany jest fakt, że amerykański urząd przyznający kategorie filmom, oznaczył, jak by nie patrzeć, film animowany o jedzeniu kategorią R, co oznacza, że osoby poniżej lat 17 mogą go oglądać wyłącznie w towarzystwie dorosłego opiekuna. Żeby nie otrzymał najbardziej restrykcyjnej kategorii NC-17 (tylko dla dorosłych) trzeba było komputerowo usunąć włosy łonowe widoczne u postaci wspomnianego arabskiego lawasza.

Po trzecie wreszcie, „Sausage Party” to interesująca wizja futurystycznej utopii świata bez idei, która nie zatrzymuje się tam, gdzie kończy się większość filmów science fiction. To zdecydowana apologia postawy naukowej, dążącej do przesuwania granic wiedzy dalej niż znajdują się one obecnie. Co więcej film podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie o kondycję społeczeństwa, gdy wreszcie dotknie ono absolutu i poznamy naturę wszech rzeczy. Zakończenie nie spodoba się tradycjonalistom, którzy tajemnicę świata i niemożność poznania wszystkich praw nim rządzących uważają, za immanentną cechę kondycji ludzkiej. Tym, którzy uważają, że gdy człowiek, w swoim dążeniu do wyjaśniania wszystkiego dookoła, ostatecznie pozna wszystkie sekrety natury, a tym samym ogarnie sens Boga, to nie pozostanie mu nic innego jak, za przeproszeniem (używając potocznej amerykańskiej terminologii), pójść się j...ć.

Choć paradoksalnie zakończenie może im się jednak spodobać, co jest chyba największą zaletą tego filmu.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna twórcy wyśmiewają najrozmaitsze gatunki filmowe. Najfajniejsze jest chyba wyśmianie filmów wojennych, choć scena ta naturalnie kojarzy się rzecz jasna też z World Trade Center (i wydarzeniem, i filmem). Boska.

P.S. Ilustracją notki jest oczywiście amerykański plakat filmu, a nie ocenzurowana, najpewniej przez polskiego dystrybutora, wersja znad Wisły. Najgorszą formą cenzury jest autocenzura.

piątek, 12 sierpnia 2016

(Jason Bourne, 2016)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenariusz: Paul Greengrass, Christopher Rousse

Grają (ci istotni): Matt Damon, Tommy Lee Jones, Alicia Vikander, Vincent Cassel, Julia Stiles, Riz Ahmed

5/10

Prawie półtorej dekady temu Matta Damona obsadzono w głównej roli w filmie, który zapoczątkował najlepszą serię filmów sensacyjnych w historii kina (lepszą niż ta o Bondzie, Jamesie Bondzie). „Tożsamość Bourne'a”, choć brzmi to jak bluźnierstwo i na dobrą sprawę nie umiem podać innego przykładu, była lepsza niż literacki, nieco nudny, pierwowzór. Reżyser Doug Liman, ani wcześniej ani później nie doskoczył swoimi filmami do tego poziomu. Paul Greengrass, który wyreżyserował dwie kolejne części, coraz mniej związane z powieściami Roberta Ludluma, utrzymał ten klimat. Bourne bił każdego, przeważnie gołymi pięściami, ale zwykle bez bondowskich atrakcji. To prostota była w tych filmach efektowna. Zagubiony bohater, budził sympatię choć był maszyną do zabijania. Na swojej drodze spotykał fajnie napisane i zagrane postaci, które się bały, miały wątpliwości i przejawiały szereg ludzkich odruchów, rzadko spotykanych w innych filmach tego gatunku. Choć cały główny wątek serii jest nie mniej wzięty z sufitu, co ten z Bonda, nie raził fałszem. Nawet „Dziedzictwo Bourne'a” okazało się bardzo porządnym filmem, choć na pierwszy rzut oka było skazane na porażkę – bez Damona, kompletnie oderwane od literackiej serii. Ale za kamerą stanął Tony Gilroy, który po pierwsze napisał scenariusze do poprzednich części, a po drugie Tony Gilroy to Tony Gilroy.

Teraz Gilroya zabrakło. Choć wrócił Damon i Greengrass, to widać od razu kogo brakuje, bo nowy „Bourne” jest pozbawiony prawie wszystkiego, co odróżniało poprzednie filmy od sensacyjnej sieczki. Owszem, to wciąż bardzo efektowne kino. Reżyser umie zrobić fajerwerki, niestety nie widzi, kiedy dach zaczyna płonąć. O ile jeszcze rozbudowana scena w Atenach ma klimat z poprzednich filmów, to już w tej w Las Vegas autorom puściły wszelkie hamulce. Skoro wiadomo już ze zwiastunu, że Bourne potrafi znokautować jakiegoś osiłka jednym pacnięciem, to dlaczego Damon z Vincentem Casselem napieprzają się przez pięć minut (i oczywiście raz jeden umiera, raz drugi)? Dla obsługi kolejnych scen sensacyjnych wymyślono ckliwą, teoretycznie niezwykle zaskakującą, przeszłość głównego bohatera i skutecznie wyrzucono do rynsztoka całą aurę tajemnicy utrzymywaną przez poprzednie filmy. Wreszcie całkiem fajna, złożona z porządnych nazwisk obsada, właściwie bez wyjątku gra poniżej możliwości. Alicia Vikander, Tommy Lee Jones i Cassel mają jedną minę przez cały film, Damon ma ze dwie. Ani nikt się nie boi, ani nikt nad niczym nie traci kontroli, ani nawet nikt się nie uśmiecha, co w połączeniu z poprzednimi zarzutami sprawia, że w głównej roli z powodzeniem można było obsadzić Stevena Segala. Odnalazłby się w tym filmie.

Scena warta uwagi:

Jedyna fajna rola przypadła Rizowi Ahmedowi. To brytyjski raper i bardzo porządny aktor, który debiutował przed dekadą w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma, i który z racji aparycji przeważnie gra terrorystów, a jeśli nie Arabów, albo Persów to Hindusów. Tutaj gra wzorowanego na Marku Zuckerbergu szefa globalnego serwisu społecznościowego i scena, w której prezentuje publiczności swój produkt, to najlepiej zagrana scena w filmie.

wtorek, 02 sierpnia 2016

(Zjednoczone stany miłości, 2016)

Reżyseria: Tomasz Wasilewski

Scenariusz: Tomasz Wasilewski

Grają (ci istotni): Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Łukasz Simlat, Andrzej Chyra

8/10

Cztery kobiety w różnym wieku i każda przeraźliwie samotna, bo wbrew tytułowi to film przede wszystkim o samotności, którą desperacko próbują zwalczyć średnio udanymi wersjami miłości. Jest kobieta, która nie kocha męża ("jak długo razem jesteśmy? Z 15 lat... Córka ma 14..."). Jest jej najlepsza przyjaciółka, która swojego męża nie widziała od trzech lat, bo ten wyjechał za pracą do erefenu. Jest jej siostra, pani dyrektor szkoły, kochanka z sześcioletnim stażem, uzależniona od mężczyzny, który od niej nie jest uzależniony. Jest wreszcie, chyba najbardziej przejmująca, zbliżająca się do emerytury nauczycielka rosyjskiego, którą w szkole właśnie zastępuje nauczycielka angielskiego. Każda inteligentna, samodzielna, na skali niezależności chyba mocno powyżej średniej jakiej można byłoby się spodziewać po kobietach w Polsce gdzieś miedzy 1989 a 1990 rokiem. I każda niesamowicie odległa od współczesnej, propagowanej przez kolorowa bibułę wizji szczęśliwej, spełniającej się w pracy i niepotrzebującej mężczyzny singielki. I tu wcale zdaje się nie chodzić o to, że przez ćwierćwiecze Polki tak się zmieniły.

Cud boski, że ten film został nagrodzony w Berlinie (Srebrny Niedźwiedź za scenariusz dla Wasilewskiego). Poza dość uniwersalną historią to przecież też wciągający obraz świata, którego szczęśliwie już nie ma, a który Filmotatnik z czasów wczesnodziedzięcych pamięta jak przez mgłę. Świata w którym blokowiska, choć przestronniejsze, były niesamowicie przygnębiające, w którym wszyscy jarali jak smoki w parowozie i który był w całości, niewyobrażalnie szarobury ("Polska w ruinie"... ręce opadają w obliczu bezczelności autora tego hasła...). Trzeba choć trochę przynajmniej pamiętać tamte czasy, żeby wyłapać wszystkie, nienachalnie podane a smakowite kąski. Choć z drugiej strony jeśli gdziekolwiek za granicą mogli je zrozumieć, to chyba w NRD...

Scena warta uwagi:

Jeden z kilku humorystycznych akcentów ma miejsce na basenie, gdzie jedna z bohaterek, Marzena, prowadzi zajęcia rehabilitacyjne dla grupy niemieckich emerytek. "Lewa ręka! Prawa ręka! Hande hoch...!"

P.S. Film nie ma polskiego plakatu, taka ciekawostka...

22:19, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 lipca 2016

(Manhattan Night/Manhattan Nocturne, 2016)

Reżyseria: Brian DeCubellis

Scenariusz: Brian DeCubellis na podstawie „Manhattan Nocturne” Colina Harrisona

Grają (ci istotni): Adrien Brody, Yvonne Strahovski

3/10

Film, który bardzo chciałby być tak fajny jak filmy noir o detektywach, gdzieś z lat 30-tych, 40-tych, lub 50-tych, ale niestety nie jest. No więc powinien być detektyw, niespecjalnie śmierdzący groszem, samotnik, który ufa kobietom, chociaż te niezmiennie wykorzystują go i porzucają, a on niezmiennie szlaja się po ciemnym, brudnym i niebezpiecznym mieście. Taka jest konwencja i jeśli chce się zrobić taki film, to trzeba się jej trzymać. Nie można robić z głównego bohatera (tutaj akurat jest dziennikarzem – to dopuszczalne) jednocześnie samotnika i męża, oraz ojca dwójki małych dzieci. Nie można gdzieś półgębkiem wspominać, że ma jakieś tam kłopoty finansowe, jeśli widz widzi, że powodzi mu się doskonale, mieszka w Nowym Jorku w wymarzonym domu, a małżonka jest wziętym lekarzem. Takich niekonsekwencji jest w tym filmie mnóstwo, a próby uwspółcześnienia niektórych motywów z filmów sprzed pół wieku wypadają kabaretowo.

Fabuła się rwie. Przez pierwsze pół godziny nie wiadomo o co chodzi. Gdy intryga nieco się odsłania, trudno uwierzyć, że ktoś może być tak głupi, że daje się w nią wciągnąć. Oczywiście jest jeden powód, dla którego klasyczny detektyw z klasycznego filmu się w nią wciąga – kobieta. Taka, dla której można stracić głowę. Taka tutaj jest, tyle że jest też wspomniana – rzadko spotykana w klasyce gatunku – małżonka oraz dzieci, które ponoć główny bohater niezwykle kocha. Wszystko tu więc pasuje jak pięść do nosa. W dodatku dialogi są wyjątkowo drętwe („bardzo złe dialogi są...”). Strata czasu.

Scena warta uwagi:

Fajnie by było napisać, że może przynajmniej ten Nowy Jork nocą jest ładnie sfilmowany. Ale nie jest. Oko można zawiesić wyłącznie na Yvonne Strahovski.

19:09, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016

(Neon Demon, 2016)

Reżyseria: Nicolas Winding Refn

Scenariusz: Mary Laws, Nicolas Winding Refn, Polly Stenham

Grają (ci istotni): Elle Fanning, Jena Malone, Keanu Reeves, Alessandro Nivola

9/10

Przypomnijcie sobie gęsią skórkę, która przebiegła wam po plecach kiedy po raz pierwszy usłyszeliście „Angel” Massive Attack na dużych kolumnach, albo gdy Dennis Bergkamp strzelał gola Argentynie, albo gdy TA dziewczyna po raz pierwszy się do was uśmiechnęła. Te same ciarki przejdą wam po plecach w kinie na „Neon Demonie”. To wizualny majstersztyk, który – że się tak wyrażę – zjada się oczami.

Nie każdemu się spodoba (ostrzegam, żeby potem nie było, że nie ostrzegałem). Nie dlatego, że to trudne w odbiorze kino „artystyczne”, czy „wizjonerskie”. Po prostu dlatego że Refn jest zwyczajnie nienormalny, a wizja wariata nie trafia w każde gusta. Ale ta wizja uwodzi. Każda scena to osobna kompozycja. W dodatku rewelacyjnie zilustrowana muzyką Cliffa Martineza, który zresztą został za nią wyróżniony w Cannes (takiej muzyki do filmu nie pisało się od połowy lat 90-tych). To film intensywny. Jeszcze bardziej niż poprzedni Refna, czyli „Tylko Bóg wybacza”. Zresztą z każdym kolejnym reżyser wszystko robi bardziej. Przy następnym filmie Duńczyk będzie miał problem, jak to przebić.

Każdy z aktorów został tak dobrany, by uwypuklić cechy granych postaci, malowanych grubą kreską, co niby wiadomo, ale i tak scena z Keanu Reevesem za ścianą skręca w brzuchu. Film jest sztuczny, bo pokazuje sztuczny świat, ale zwłaszcza te jego fragmenty, które są niepokojąco pociągające („Zwróciłbyś na nią uwagę, gdyby nie jej uroda?”). Łatwo ulec wrażeniu że ta sztuczność nie jest tak odległa, choć nikt nie chciałby się do tego przyznać. To film o ekstremach, które wcale nie są tak od siebie odległe, jak w przypadku najbardziej odjechanej postaci, granej przez Jenę Malone, wizażystki żywych i zmarłych. Jeśli więc pokręciliście nosem bo spodziewacie się cukierkowego filmu o początkującej modelce wciąganej przez wielki świat mody, to nic bardziej błędnego. Koniecznie (ale jakby co, ostrzegałem).

Scena warta uwagi:

Hmm, co by tu wybrać. Jedna z pierwszych, gdy Jesse na przyjęciu jest na specjalnym zamkniętym pokazie, ilustrowana głównym motywem muzycznym filmu, to klimat „Neon Demona” do kwadratu.

20:45, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016

(A Bigger Splash, 2015)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: David Kajganich, Alain Page

Grają (ci istotni): Tilda Swinton, Ralph Fiennes, Matthias Schoenaerts, Dakota Johnson

7/10

Premierowo pokazywany w zeszłym roku w Wenecji, remake francuskiego „Basenu” z 1969 r. (to ten film w którym Alain Delon smaga brzozową witką nagą Romy Schneider) to popis aktorski świetnie dobranego kwartetu, który odgrywa wakacje na Pantellerii czwórki zepsutych przedstawicieli klasy średnio-wyższej. Teoretycznie to thriller erotyczny, ale nietypowy thriller i nietypowo, choć niewątpliwie, erotyczny. Błyszczy Ralph Fiennes jako rozgadany bon-vivant, zachwyca Tilda Swinton jako niema gwiazda rocka kiedyś kochanka tego pierwszego a dziś zakochana w odchorowującym traumatyczne przeżycia filmowcu (Schoenaerts, jak w każdym filmie, grający spojrzeniem zbitego psa), którego z kolei uwodzi nieprzekonująco pełnoletnia córka bon-vivanta (Dakota Johnson ponętna, powiedzmy, nie mniej niż w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”). Zasadniczo każdy ma ochotę na każdego, choć najbardziej Fiennes, który rzuca się nawet na gosposię.

Do dobrego filmu nie potrzeba morza pieniędzy, wystarczy umieścić w jednym miejscu grupę ludzi i skomplikować relacje między nimi, kilku rzeczy niedopowiadać, zaprząc do pokazania emocji światło i pogodę, a także dodać ładne pejzaże. Wzajemne zachowania głównych bohaterów dryfują między sympatią a skandalem, co zawsze jest ciekawe. A to, że sytuacja jakoś musi się w którymś momencie rozwiązać, wiadomo od początku, choć nie wiadomo jak to się stanie. Jak jeszcze ma się do dyspozycji fajnych i pomysłowych aktorów, a podobno to Swinton zaproponowała, żeby rzucić w kąt pierwszą wersję scenariusza, w której miała mnóstwo dialogów, to wychodzi bardzo dobry film. Jak się pośpieszycie to jeszcze załapiecie się na „Nienasyconych” w jakimś kinie, a w letniej mizerii, między kosmitami, orkami i Dory, naprawdę warto.

Scena warta uwagi

Tym, czego w oryginale sprzed pół wieku nie było jest wątek związany z próbującymi przedostać się do Europy, właśnie przez położoną u wybrzeży Sycylii Pantellerię, uchodźcami z północnej Afryki. Temat wspominany kilka razy, półgębkiem, ale mocno. Zwłaszcza w scenie, w której przedzierający się przez góry Paul i Penelope spotykają przedzierających się przez góry imigrantów, ale również podczas przesłuchania na komisariacie.



środa, 20 lipca 2016

(True Story, 2015)

Reżyseria: Rupert Goold

Scenariusz: David Kajganich, Rupert Goold na podstawie „True Story” Michaela Finkela

Grają (ci istotni): Jonah Hill, James Franco, Felicity Jones

6/10

Oparta na faktach opowieść o tym gdzie się kończy prawda i jak mocno można romansować z kłamstwem, ukazana na początku w klasyczny, a z biegiem czasu w coraz bardziej zaskakujący sposób. Dziennikarz New York Timesa Michael Finkel zostaje wywalony z pracy za naciąganie faktów w reportażu o niewolniczej pracy dzieci gdzieś w Afryce (a przecież jak wiadomo niektóre historie są zbyt piękne, by przejmować się tym, czy są w stu procentach prawdziwe, wiedział o tym Ryszard Kapuściński, wie o tym Jose Mourinho). Niespodziewanie dowiaduje się, że gdzieś w więzieniu w zapadłym Oregonie na proces o zabójstwo swojej rodziny czeka ktoś, kto podał się... za niego. Dla Finkela to okazja do odbicia się od dna, tyle że żeby napisać bestseler na miarę Pulitzera, musi dowiedzieć się prawdy, a naprzeciwko ma – o czym nie do końca zdaje sobie początkowo sprawę, a potem nie za bardzo chce wierzyć – manipulatora pierwszego sortu.

Warto ten film obejrzeć dla Jamesa Franco, który ma fizjonomię wybitnie predestynującą go do grania psycholi i doskonale to wykorzystuje. To ten typ gęby, na której nie sposób rozpoznać, czy właściciel żartuje, czy jest śmiertelnie poważny. Czy zaraz się zaśmieje, czy może rzuci ci się do gardła. Finkel w co drugim zdaniu powtarza, że chce napisać książkę prawdziwą, ale zmusza widza do zadania sobie pytania, czy w pewnych historiach to prawda jest najważniejsza. Czy ma znaczenie, czy Christian Longo zabił dwie, a może cztery osoby? Finkelowi zastanawiać się nad tym nie wypada, ale widz jest zmuszony do choć przypadkowych przemyśleń czy w takiej sytuacji słusznie został wyrzucony z gazety. A może najlepszym wyjściem jest trzymanie się twardej zasady żony Finkela Jill, że prawda jest piękna a kłamstwo obrzydliwe. To pozwala nie wpaść w pułapkę, ale też o ile mniej ciekawe jest życie. Choć twórcy ewidentnie nie mieli pomysłu na zakończenie (trochę nie ich wina, w rzeczywistości przyjaźń Finkela i Longo trwa w najlepsze) to i tak film nie będzie stratą czasu.

Scena warta uwagi:

Gdy Jill odwiedza Christiana w więzieniu i efektownie wyjaśnia, że na niej jego sztuczki nie robią wrażenia. Dobra scena.

czwartek, 14 lipca 2016

(Money Monster, 2016)

Reżyseria: Jodie Foster

Scenariusz: Alan Di Fiore, Jim Kouf i Jamie Linden

Grają (ci istotni): George Clooney, Julia Roberts, Dominic West

6/10

Jodie Foster bardzo solidnie, ale jednak bez wielkiego efektu postanowiła pomieszać „Negocjatora” i „Big Short”. Z tego drugiego filmu wzięła temat i kilka bardzo ważnych pytań w momencie, gdy mnóstwo ludzi na świecie potraciło pieniądze, domy, a cwaniacy za to odpowiedzialni nie tylko nie poszli do więzienia, ale też solidnie się obłowili. No więc mamy telewizyjnego gwiazdora, w stylu zdecydowanie przebijającym Telezakupy mówiącego ludziom jakie akcje kupować, a jakich nie, któremu niespodzianie, na wizji, wpakowuje się do studia zamachowiec z bombą. Poza uzależnieniem świata od wirtualnych pieniędzy, których zachowania nikt na dobrą sprawę nie rozumie, przewija się też temat uzależnienia świata od telewizji, czy odpowiedzialności za słowo. I to są fajne tematy, dla których warto robić filmy i często zgarnia się za to oscary. Tyle że cała historia jest mało wiarygodna, a schematyczne zakończenie tak przewidywalne, że nie będziecie wstrząsani dreszczykiem emocji, ewentualnie co jakiś czas się zaśmiejecie z całkiem przyzwoitych żartów z ekranu.

Jest pewien problem z filmami „o ważnych rzeczach”, za które dość często bierze się George Clooney, jako główny aktor, producent, albo reżyser. Za każdym razem jest to całkiem nieźle pomyślany problem etyczny jaki bohater ma z wielką polityką, wielkimi pieniędzmi, albo jednym i drugim naraz. Niestety przeważnie (może poza, chyba niedocenianym, a świetnym „Michaelem Claytonem”, no i jeszcze „Syrianą”) opowiadana historia z czasem się rozłazi, staje się mało wiarygodna i jak zauważył recenzent z „Guardiana” „...nie są to filmy, które ogląda się po raz drugi”. W tymże „Guardianie” o „Zakładniku z Wall Street” napisano, że to film zrobiony przez 10%, które bardzo chciałoby uderzyć w ten 1%, ale w każdej scenie widać, że bliżej mu do niego, niż do 99%. Innymi słowy Foster i Clooney bardzo chcieliby uchodzić za wielbicieli Berniego Sandersa, ale to wypisz wymaluj wyborcy Hillary Clinton. Ta pokrętna metafora jest akurat bardzo celna i dlatego „Zakładnik...”, choć zły nie jest, do pięt nie dorasta „Big Short”.

Scena warta uwagi:

Jest w środku filmu scena (nie powiem jaka, zgadniecie) która mnie przeraziła, bo przez chwilę byłem przekonany, że znalazłem się na jakimś niesamowitym gniocie. Szczęśliwie twórcy filmu rozwiązali ten przykry moment w jedyny sensowny sposób, ale sam fakt, że podejrzewałem, że może być inaczej, działa raczej na niekorzyść „Zakładnika...”

P.S. Muzyka Dominica Lewisa zdecydowanie na plus. Zawyżyła ocenę.

niedziela, 05 czerwca 2016

"Afreen" z filmu "Podróż na sto stóp" - A.R. Rahman

Dział muzyczny Filmotatnika nie działał od ponad dwóch lat więc może warto go odświeżyć przy okazji pewnego kompozytora, dla którego pisanie muzyki do filmów to tylko część zajęcia. Allah-Rakha Rahman to w Indiach wielka gwiazda, ale chyba każdy kto tam „robi przy filmie” jest wielką gwiazdą. A.R. Rahman komponuje nie tylko muzykę, ale też piosenki i przy okazji sam śpiewa.

Skomponował muzykę do kilkudziesięciu filmów, rzecz jasna głównie induskich. Ale gdy tylko wychylił głowę poza ojczyznę, zrobił to z hukiem. Choć zdarzało mu się pracować z zachodnimi reżyserami, mającymi jednak korzenie w Indiach, to szerszemu światu stał się znany dopiero, gdy do współpracy zaprosił go Danny Boyle. I to jak znany! Doskonały „Slumdog. Milioner z ulicy” zgarnął garść Oscarów, a A.R. Rahman zdobył dwie – za muzykę i za piosenkę „Jai Ho”. Tak jak mam ograniczone zaufanie akurat do tej oscarowej kategorii, bo wygrywają w niej czasem niesamowite gnioty (np. w tym roku), to wtedy nagrody były zasłużone. Co ciekawe, był to rok 2009, z trzech nominowanych wtedy piosenek aż dwie, były autorstwa tego Indusa (no w zasadzie to Tamila). Drugą była „O... Saya”, też ze „Slumdoga...”. To co Rahmana wyróżnia, to umiejętność dopasowania muzyki do filmu. Indyjskie nuty można usłyszeć w każdym z jego utworów, a jednocześnie ma się wrażenie, że te dźwięki pięknie pasują do tego co jest na ekranie.

Z Boylem pracował jeszcze przy „127 godzinach” (też dwie oscarowe nominacje), ale Filmotatnikowi rzuciła się w ucho piosenka „Afreen” z filmu „Podróż na sto stóp” Lasse Hallstroma. Sam film jest przyjemny, choć może bez rewelacji. Szwed robił już lepsze, a nawet dużo lepsze filmy, zwykle adaptacje powieści (żeby wymienić tylko „Co gryzie Gilberta Grape'a”, „Wbrew regułom”, czy „Czekoladę”, a to nie wszystkie). Za to jest świetnie zilustrowany muzycznie. „Afreen” leci pod koniec, przy napisach i miałem wrażenie, że autor to zdecydowanie ktoś więcej niż nutokleta od muzyki do bollywoodzkich tańców.



środa, 18 maja 2016

Tegoroczny festiwal Millennium Docs Against Gravity udowadnia, że żeby film dokumentalny był dobry, nie musi pokazywać wzajemnie mordujących się ludziach w Afryce Subsaharyjskiej, względnie w Iraku, Syrii lub Ameryce Łacińskiej. Choć wydaje się, że dokument opowiedział już każdą historię i powoli staje się częścią popkultury, która, jak wszystkie inne, dla przyciągniecia uwagi musi szokować, to na „docsach” łatwo można się przekonać, że to błąd. Pomysł i bohatera lub bohaterów można znaleźć wszędzie, potrzeba tylko umiejętności by ich złożyć w film.

Tak wyszło, że „Filmotatnik” póki co wybiera dokumenty ze wszech miar europejskie, a żaden nie może być chyba bardziej europejski niż „Demokracja”. To film o procesie legislacyjnym w Parlamencie Europejskim (tak, wiem, część z was już machnęła ręką, niesłusznie). Kamera przez dwa lata towarzyszy Janowi Philippowi Albrechtowi, niemieckiemu europosłowi „Zielonych”, który jako sprawozdawca dyrektywy dotyczącej ochrony danych osobowych tworzy nowe prawo, negocjując przepisy z Komisją Europejską, Radą, ugrupowaniami w Parlamencie, lobbystami, prawnikami, NGO'sami, wielkimi korporacjami i wszystkimi świętymi. Albrecht, przypominający raczej studenta niż polityka, wykonuje gigantyczną pracę. Nie mniejszą wykonuje reżyser David Bernet, który zmontował film wzorowo, nie bez poetyckich, ale niezwykle pasujących wstawek z trawników sprzed unijnych instytucji.

To wiele filmów w jednym. Vademecum tego, do czego i komu służą w dzisiejszym świecie dane, które dobrowolnie udostępniamy w internecie. Ale też fascynujący przewodnik po zasadach funkcjonowania Unii Europejskiej, przy których polskie, „nocne” prawodawstwo przypomina więc jaskiniowców. Opowieść, która udowadnia, że przypisywany Bismarckowi bon mot o kiełbasie i polityce nie musi się wcale odnosić do tej drugiej, a jeśli kiedykolwiek śmialiście się z tego, ze w UE ustalają stopień krzywizny bananów, to ja wam powiem, że skoro ustalają, to pewnie mają ku temu ważne powody i skłaniam się ku temu, ze banany powinny się dostosować.

Na „Demokrację” warto więc pójść, a jeśli jesteście studentami politologii, dziennikarstwa, prawa, czy innego mało perspektywicznego kierunku, to wręcz wasz obowiązek. To film ważny o ważnych sprawach. Nie mniej ważne, choć tym razem niezwykle osobiste kwestie porusza drugi z dotychczasowych hitów festiwalu wg Filmotatnika. Bohaterami „Nurkowania w nieznane” jest grupa fińskich nurków jaskiniowych, którzy wracają do jaskini w północnej Norwegii, którą eksplorowali kilka tygodni wcześniej. Wtedy zdarzył się wypadek i zginęło dwóch ich kolegów. Teraz czwórka pozostałych przy życiu chce wydobyć ciała, które utknęły 140 metrów pod ziemią.

W opowieść Finów widz zagłębia się jak w jaskinię, poddając się nierzeczywistemu wrażeniu, że ich pasja graniczy z szaleństwem. Trudno o bardziej niebezpieczny sport, bo nurkując w jaskini nie traci się życia przez niewiedzę lub nieuwagę, ale wtedy, gdy puszczą nerwy. A zdjęcia zapierają dech w piersiach, co może w tym wypadku nie jest najszczęśliwszym określeniem.

Oba filmy wciąż są do obejrzenia, bo organizatorzy prawie każdemu z blisko setki tytułów zaplanowali kilka emisji. Warto. A Filmotatnik może w ciągu najbliższych kilku dni przeprosi się z Afryką, a nuż coś ciekawego się tam zdarzy...



00:49, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi