czwartek, 16 marca 2017

(Ah-ga-ssi, 2017)

Reżyseria: Park Chan-wook

Scenariusz: Park Chan-wook, Chung Seo-kyung na podstawie powieści „Fingersmith” Sarah Waters

Grają (ci istotni): Kim Min-hee, Kim Tae-ri, Ha Jung-woo, Cho Jin-woong

7/10

Oglądając ten film dostaniecie wszystko, czego można się spodziewać po koreańskim thrillerze erotycznym, a więc wisielców, dręczenie dzieci oraz seks ze zwierzętami (i założę się, że nie zgadniecie, o jakie zwięrzę chodzi). Poza tym dostaniecie bardzo efektowny dreszczowiec, w którym co jakiś czas historia wywraca się do góry nogami. Park Chan-wook samą opowiesć snuje po mistrzowsku (choć też trzeba przyznać, choc trochę rozwleka), każe widzowi myśleć w taki sposób, jaki jest mu potrzebny, by za chwilę go zaskoczyć. Rzecz jasna od początku zdajemy sobie sprawę, że chodzi o odgadnięcie kto z kim kogo wystrychnie na dudka, ale do końca nie można być pewnym, że rzeczywiście nasi faworyci okażą się tymi, którzy wygrywają. Często ten film nazywa się „bardziej tarantinowskim od filmów Tarantino”. Nie do końca, bo koreański reżyser wywleka na wierzch uczucia swoich bohaterów, a przecież uczucia bohaterów Tarantino wyrażają się głównie w tym czy strzelają spokojnie, czy może wpakowują w ofiarę cały magazynek. Ale jednak pogmatwanie historii trochę ich upodabnia.

Co więcej Park Chan-wook jest szczególarzem. Wnętrza i krajobrazy są piękne, a operator nie żałował taśmy by to pokazać. Świetna jest też muzyka. Cała wizualna i dźwiękowa strona filmu ma zbudować atmosferę, która pozwoli na śledzenie losów głównych bohaterów. Nie odwraca od nich uwagi, ale nie da się oprzeć wrażeniu, że każde ujęcie jest dokładnie zaplanowane, namalowane, a następnie odtworzone w rzeczywistości. Być może najbardziej przy tym filmie napracowali się scenografowie. Warto iść na ten film również po to, żeby się napatrzyć.

Scena warta uwagi:

Choćby jedna z pierwszych w filmie gdy Sook-hee jedzie samochodem do dworu, w którym będzie służyć jako pokojówka. Już wtedy widać jak ładny film będziemy oglądać.

P.S. No i plakat. Plakat jest wybitny.



16:35, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2017

(Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, 2017)

Reżyseria: Maria Sadowska

Scenariusz: Krzysztof Rak

Grają (ci istotni): Magdalena Boczarska, Eryk Lubos, Piotr Adamczyk, Borys Szyc

6/10

Ten film ma kilka zalet i kilka wad. Choć w polskim kinie już parę lat temu coś drgnęło i produkuje filmy, na które nie tylko da się chodzić, ale wręcz chodzi się z przyjemnością, to cierpi wciąż na deficyt sympatycznych i uśmiechniętych bohaterów. Ci dostępni widzom, przeważnie cierpią bo przeżywają wewnętrzne rozterki („Zjednoczone Stany Miłości”), cierpią bo są społecznie dysfunkcjonalni („Ostatnia rodzina”), cierpią bo czasy są podłe („Powidoki”), albo zwyczajnie są przedmiotem niekontrolowanej fali zbrodni i okrucieństwa („Wołyń”). Istotnie trudno zachować dobry humor. Tym milej ogląda się pozytywnie nastawioną i pełną energii Michalinę Wisłocką, która przecież w życiu jakoś wybitnie wygodnie nie miała. W dodatku Magdalena Boczarska gra ją brawurowo. Po raz kolejny udowadnia, że to nazwisko na plakacie, to gwarancja jakości, a nie tylko (choć przecież również), kawałka nagości tu czy ówdzie. Dla Boczarskiej warto na ten film iść, bo jako jedyna nie wygląda jak rekwizyt, który ma widzowi przypominać, że rzecz dzieje się w PRL-u.

No i tu dochodzimy do minusów. „Sztuka kochania...” nie unika problemu wielu filmów opowiadających historię sprzed kilkudziesięciu lat, w których dużo uwagi zwraca się na to, żeby po ulicy przejechał autobus-ogórek, ale mniej, żeby ta ulica nie wyglądała jakby z niej przepędzono przed chwilą przechodniów, żeby nakręcić trzy sceny. Wychodzi z tego mało przekonujący obrazek. Naprawdę nie trzeba każdemu aktorowi przyprawiać wąsów, a każdej kobiecie fryzury z lat siedemdziesiątych. W ten PRL po prostu trudno uwierzyć, więc i historię ogląda się bez wielkich emocji. Historię, choć z gigantycznym potencjałem, to jednak dość chaotyczną, w której kilka postaci pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie ginie (mężczyzna spod prysznica, dozorca (?), przez kwadrans byłem przekonany, że Szyc gra jakiegoś konferansjera), a twórcy chcieli przekazać kilka morałów, kilka przestróg i kilka mrugnięć do widza, więc wszystko się miesza. Montażysta ciął aż miło. Ale film nie jest tak zły, jak moglibyście się obawiać, choć też nie tak dobry jak mógłby być.

Scena warta uwagi:

Eryk Lubos podrywający Boczarską jest bezbłędny.



19:00, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lutego 2017

Znów Oscary. Co prawda teoretycznie bukmacherzy wiedzą wszystko i nie ma żadnych niespodzianek, ale przed rokiem stado nagród miał zgarnąć niedźwiedź, a jednak ta najważniejsza nagroda trafiła do skromnego filmu o dziennikarzach, który był faworytem Filmotatnika. Dlaczego więc znów nie spróbować spisać listy kto powinien dostać nagrody?

Najlepszy film

 Czytając Filmotatnika dobrze wiecie, że najbardziej podobał mu się film o kosmitach, czyli „Nowy początek”. Choć warto nadmienić, że jeśli nagrodę dostanie „Manchester by the Sea” też wstydu nie będzie [faworyt bukmacherów - „La La Land”, wg Williama Hilla]

Nominacje:  „Aż do piekła”, „Fences”, „La La Land”, „Lion. Droga do domu”, „Manchester by the Sea”, „Moonlight”, „Nowy początek”, „Przełęcz ocalonych”, „Ukryte działania”

Najlepszy reżyser

No cóż. Choć chciałoby się nagrodzić Villeneuve'a, to nagroda chyba należy się Damienowi Chazelle'owi, bo zapanowanie nad tańczącym Ryanem Goslingiem (w zasadzie tańczącym wszystkim w tym filmie) to duży wyczyn. Ten film ma zmienną dynamikę i tempo. Chazelle zrobił film zupełnie inny niż „Whiplash”. Lepszy. [faworyt – Damien Chazelle]

Damien Chazelle „La La Land”, Mel Gibson „Przełęcz ocalonych”, Barry Jenkins „Moonlight”, Denis Villeneuve „Nowy początek”, Kenneth Lonergan „Manchester by the Sea”

Najlepsza pierwszoplanowa rola męska

Garfield w tym gronie to pomyłka, Gosling w tym gronie jest na wyrost. Casey Affleck, do tego grona nie pasuje, bo (tak mi się wydawało) właściwie nie umie grać, ale (jak się okazało) jednak umie na poziomie godnym Oscara. [faworyt – Casey Affleck]

Casey Affleck „Manchester by the Sea”, Andrew Garfield „Przełęcz ocalonych”, Ryan Gosling „La La Land”, Viggo Mortensen „Captain Fantastic", Denzel Washington „Fences”

Najlepsza pierwszoplanowa rola żeńska

I tu problem, bo Filmotatnik widział tylko trzy z pięciu ról. Z tercetu Meryl Streep, Emma Stone, Natalie Portman zjawiskowa była ta pierwsza, bardzo dobra ta druga. [faworytka – Emma Stone]

Isabelle Huppert „Elle”, Ruth Negga „Loving”, Natalie Portman „Jackie”, Emma Stone „La La Land”, Meryl Streep „Boska Florence”

Najlepsza drugoplanowa rola męska

Byłoby bardzo fajnie gdyby Oscara dostał Jeff Bridges, bo jego szeryf jest wręcz książkowym szeryfem. Zresztą Filmotatnik będzie zadowolony, jeśli w tej kategorii dostanie jakikolwiek szeryf. [faworyt – Mahershala Ali]

Mahershala Ali „Moonlight”, Jeff Bridges „Aż do piekła”, Lucas Hedges „Manchester by the Sea” Dev Patel „Lion. Droga do domu”, Michael Shannon „Zwierzęta nocy”

Najlepsza drugoplanowa rola żeńska

Mocna kategoria. Ale Filmotatnik jest zachwycony Naomie Harris, która przekracza to, czego można się po niej spodziewać. [faworytka – Viola Davis]

Viola Davis „Fences”, Naomie Harris „Moonlight”, Nicole Kidman „Lion. Droga do domu”, Octavia Spencer „Ukryte działania”, Michelle Williams „Manchester by the Sea”

Najlepszy scenariusz oryginalny

Tak jak za reżyserię, Damien Chazelle mógłby dostać nagrodę za scenariusz „La La Land” – misterną konstrukcję z wielu klocków. Ale w tej kategorii Filmotatnik daje mu jednak mniejszą przewagę, również z powodu mocnej i wyrównanej konkurencji. Przy zastrzeżeniu, że nie widział „20th Century Woman”. [faworyt – „Manchester by the Sea”]

Taylor Sheridan „Aż do piekła”, Damien Chazelle „La La Land”, Jorgos Lantimos i Efthimis Fillippou „Homar”, Kenneth Lonergan „Manchester by the Sea”, Mike Mills „20th Century Woman”

Najlepszy scenariusz adaptowany

Eric Heisserer za „Nowy początek”, a w nim wzorowe prowadzenie widza przez historię. Nie ma dyskusji, tym bardziej że w tej kategorii brakuje Toma Forda za „Zwierzęta nocy”. [faworyt - „Moonlight”]

Eric Heisserer „Nowy początek”, na podstawie opowiadania „Historia twojego życia” Teda Chianga, August Wilson „Fences”, na podstawie sztuki teatralnej „Płoty” własnego autorstwa, Allison Schroeder i Theodore Melfi „Ukryte działania”, na podstawie powieści „Hidden Figures” Margot Lee Shetterly, Luke Davis „Lion. Droga do domu”, na podstawie powieści „A Long Way Home” Saroo Brierly i Larry’ego Buttrose’a, Barry Jenkins i Tarell Alvin McCraney „Moonlight”, na podstawie sztuki „In Moonlight Black Boys Look Blue” McCraneya

Najlepsze zdjęcia

Piekielnie wyrównana kategoria (łącznie z „Milczeniem” którego Filmotatnik nie widział, ale widział zwiastun, zna filmy Prieto i raczej nie spodziewa się fuszerki). Ale nagroda należy się Bradfordowi Youngowi za magnetyzm w „Nowym Początku”. Fraser (za obraz który jest równorzędnym ze scenariuszem narzędziem opowieści w „Lion. Droga do domu”) też mógłby ją dostać. [faworyt - „La La Land”]

Linus Sandgren „La La Land”, Greig Fraser „Lion. Droga do domu”, Rodrigo Prieto „Milczenie”, James Laxton „Moonlight”, Bradford Young „Nowy początek”

Najlepsza muzyka

Jedyna, która zostaje w uszach po filmie, to ta Dustina O’Hallorana i Volkera Bertelmanna w „Lion. Droga do domu”. Średni film ze świetnymi zdjęciami i muzyką. [faworyt - „La La Land”]

Mica Levi „Jackie”, Justin Hurwitz „La La Land”, Dustin O’Halloran i Volker Bertelmann „Lion. Droga do domu”, Nicholas Britell „Moonlight”, Thomas Newman „Pasażerowie”

Najlepszy montaż

Płynie się przez „Nowy początek”. Ten film jest jak mecz, w którym przerwa nadchodzi zaskakująco szybko. [faworyt - „La La Land”]

Jake Roberts „Aż do piekła”, Tom Cross „La La Land”, Joi McMillon i Nat Sanders „Moonlight”, Joe Walker „Nowy początek”, John Gilbert „Przełęcz ocalonych”

P.S. Na końcu trzeba dodać, że choć Filmotatnik nie odróżnia kategorii „najlepszy dźwięk” i „najlepszy montaż dźwięku” to jedno i drugie podobało mu się w „Nowym początku”.

P.P.S. Najbardziej zaskakujące w tegorocznych Oscarach jest to, że Filmotatnik nie oglądał żadnego (!) filmu nominowanego w kategorii „najlepsze efekty specjalne”.



16:28, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2017

(Captain Fantastic, 2016)

Rezyseria: Matt Ross

Scenariusz: Matt Ross

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Frank Langella, Steve Zahn

8/10

Film spinają klamrą dwie rodzinne sceny. Pierwsza to rodzinne polowanie na jelenia. Ostatnia, to rodzinne śniadanie, przed pójściem dzieci do szkoły. Spokojnie, ani jedna ani druga nie wygląda tak, jak moglibyście się tego spodziewać. Albo inaczej. Wygląda, ale cały ich kontekst nie odpowiada waszym wyobrażeniom. Wszystko co pomiędzy, co prowadzi od jednej sceny do drugiej, to fascynująca podróż między tym co generalnie uważa się za dobre życie, a tym, co w skrytości ducha każdy z (nas?) pracujących w korporacjach/firmach/urzędach/instytucjach rozumie przez stwierdzenie „rzucić w p...du i wyjechać w Bieszczady”. Główny bohater, za którego Viggo Mortensen dostał oscarową nominację, budzi sympatię, bo robi to, czego prawie każdy chciałby spróbować. Tylko on nie próbuje. Robi to na całego, w dodatku mu to wychodzi.

Nie dziwcie się pewnemu chaosowi w poprzednim akapicie, bo „Capitain Fantastic” to jeden z tych filmów – i to jego olbrzymia zaleta - którego na dobrą sprawę nie da się opowiedzieć, trzeba go zobaczyć. Nie da się, bo film wywraca do góry nogami stereotypy, a gdyby zacząć o nim opowiadać słuchacz, właśnie przez nie próbowałby sobie wyobrazić o co chodzi. I uznałby, że to jakaś bzdura. Tymczasem to wzorowo poprowadzona konfrontacja dwóch światów. Coś jak „Tańczący z wilkami”, albo serial „Szogun”, tyle że dzieje się w sercu dzisiejszej Ameryki. Dla Matta Rossa przyniosło to nagrodę za reżyserię w sekcji Un Certain Regard na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, a powinno nominację (lub dwie) do złotego ludzika.

Scena warta uwagi:

Bardzo ich dużo. Ale najbardziej reprezentatywne dla całego filmu są te w domu wujostwa całej rodziny Cashów – i ta przy stole i ta związana z pytaniem o „Bill of Rights”.

P.S. W Polsce film ma wejść do kin 10 marca, czyli rok z kwartałem po premierze na festiwalu w Sundance. To skandal.

poniedziałek, 20 lutego 2017

(Moonlight, 2016)

Reżyseria: Barry Jenkins

Scenariusz: Barry Jenkins, Tyrell Alvin McCraney na podstawie sztuki „In Moonlight Black Boys Look Blue” McCraneya

Grają (ci istotni): Naomie Harris, Mahershala Ali, Janelle Monae, Andre Holland

7/10

Film, który przekonuje, że nawet handlarze narkotyków mogą być dobrymi ludźmi o głębokim wnętrzu. Tematy są dwa. Pierwszy to właśnie narkotyki i ten jest poruszający, w czym duża zasługa nominowanej do Oscara Naomie Harris. Filmotatnik nie spodziewał się, że Brytyjka jest w stanie wyjść poza role kapłanki z „Piratów z Karaibów” czy Moneypenny z najnowszych „Bondów”. A grając matkę głównego bohatera jest najjaśniejszym punktem filmu. Drugi temat, żeby nie zdradzać za dużo, określmy jako dorastanie. I ten choć niezły, czasami sprawia wrażenie nieco naciąganego.

Życie Chirona, nazywanego też „Małym”, albo „Czarnym” widz ogląda w trzech odsłonach, z których każda zatytułowana jest imieniem lub jednym z dwóch przezwisk małomównego chłopaka, głównego bohatera. Chiron w żadnej z trzech odsłon nie radzi sobie specjalnie dobrze, ale ma to szczęście, że trafia na dobrych ludzi, którym na nim zależy. Na dobrą sprawę w „Moonlight” nie ma sensacji czy skrajności. Chłopak ani nie stacza się na samo dno, choć ma ku temu wszelkie warunki, ani całość nie kończy się górą pieniędzy i życiem długo i szczęśliwie. Ot tak, gdy jest naprawdę źle zdarza się coś dobrego, a gdy wszystko wygląda dobrze, trafia się jakaś mała katastrofa. W sumie jak w życiu. Choć na dobrą sprawę przypadki Chirona starczyłyby na pokaźną książkę (albo film) efektem jest dość zwyczajna historia. I ten brak sensacji jest chyba największą zaletą ”Moonlight”. Trzyma widza przy ziemi.

Scena warta uwagi:

Ostatnia scena najlepszej z części filmu, czyli pierwszej. Wszystko prowadzi w jej kierunku i szczerze mówiac nie pamiętam filmowego handlarza narkotyków, który stanąłby przed takim dylematem.

P.S. Wszystkie filmy z nominacją obejrzane. Sprawa jasna. Według Filmotatnika Oscara powinien dostać „Nowy początek”, choć jeśli dostałby go „Manchester by the Sea” nie byłoby wstydu.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Moonlight” - 7/10

6. „Ukryte działania” - 6/10

7. „Lion. Droga do domu” - 6/10

8. „Fences” - 6/10

9. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

22:32, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

(Fences, 2016)

Reżyseria: Denzel Washington

Scenariusz: August Wilson na podstawie własnej sztuki pod tym samym tytułem

Graja (ci istotni): Denzel Washington, Viola Davis

6/10

Denzel Washington wyreżyserował sam siebie w ekranizacji nagrodzonej, m.in. Pulitzerem, sztuki teatralnej pod tym samym tytułem. Przenoszenie sztuk teatralnych na ekran wiąże się z ryzykiem, że jeśli scenarzysta nie będzie chciał zbyt wiele zmieniać, efekt końcowy za bardzo będzie przypominał przedstawienie, a za mało film. A to jednak dwa zupełnie odmienne rodzaje sztuki, przeznaczone do opowiadania innych historii, oferujące inne narzędzia, a skoro tak, to i wymagające od twórców, by z nich korzystać. Jeśli jednak scenariusz pisze autor sztuki, to trudno się dziwić, że potem oglądamy na ekranie teatr telewizji. Prawie wszystko dzieje się w trzech miejscach - ogródku za domem głównego bohatera, w jego kuchni i dużym pokoju, a także na ganku. August Wilson się nie wysilił, a szkoda, skoro dostał zupełnie inne możliwości niż, te które daje scena. Oglądając to przez dwie godziny, ma się olbrzymie poczucie ograniczenia (tytuł, w tym względzie, pasuje) i bardzo to przeszkadza.

Historia nie jest skomplikowana. Główny bohater to głowa rodziny, żyjąca w uporządkowanym świecie, na który zresztą przez całe, niełatwe życie solidnie zapracował. Rzecz w tym, że ta rodzina zaczyna mu się rozłazić. A jak się potem okaże, również z jego winy. Jest to więc typowy amerykański film obyczajowy o konflikcie pokoleń w czasach zmian społecznych i kulturowych (rzecz dzieje się na przełomie lat 50-tych i 60-tych). Tyle tylko, że nie jest to biała, bogata nowojorska rodzina, ale Afroamerykanie z przedmieść Pittsburga. Ani to dobre, ani złe. Z oscarową nominacją nieco na wyrost, choć film ratują dwie główne role. Ale, jak już wspomniano na początku. Washington i Davis zasłużyli bardziej na nagrody teatralne niż filmowe.

Scena warta uwagi:

Właściwie wszystkie z Denzelem Washingtonem. Nie ma tam niczego, czego nie pokazałby w innych filmach, ale i tak jest fajne.

P.S. "Fences" zbytnio nie zmieniły klasyfikacji oscarowej

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Fences” - 6/10

8. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Moonlight”.

sobota, 11 lutego 2017

(Hidden Figures, 2016)

Reżyseria: Theodore Melfi

Scenariusz: Throdore Melfi, Allison Schroeder na podstawie „Hidden Figures” Margot Lee Shetterly

Grają (ci istotni): Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Janelle Monae, Kevin Costner, Kirsten Dunst, Jim Parsons

6/10

Nominowany do Oscara, bardzo sympatyczny film edukacyjny o tym, że segregacja rasowa w USA była, nawet nie tyle zła, co absurdalna. Bohaterkami są trzy matematyczki pracujące w siedzibie NASA w Langley w Wirginii (tam to było, zanim się przeniosło do Houston) nad amerykańskim programem kosmicznym Mercury, czyli tym poprzednikiem Apollo, który miał doprowadzić do wysłania Amerykanina w kosmos. Mają podwójnie przerąbane, bo nie tylko są kobietami, ale w dodatku są czarnoskóre, więc w Wirginii – jednym ze stanów południowych – muszą nie tylko jeździć z tyłu autobusu, ale też np. korzystać z łazienek „dla kolorowych”. Historia jest oparta na trzech prawdziwych pracowniczkach NASA, choć na potrzeby filmu została mocno udramatyzowana i pozmieniana. Tak, żeby można było pokazać, że siłą woli, ciężką pracą i z pomocą dobrych ludzi, można sięgnąć gwiazd, dosłownie i w przenośni. I żeby amerykańskie rodziny mogły obejrzeć film przy niedzielnym obiedzie.

Nie liczcie na sceny i emocje takie jak w świetnej „Selmie”, która o statuetkę walczyła przed rokiem, a też mierzyła się z problemem segregacji rasowej, który USA trawiły przed pół wiekiem. „Ukrytym działaniom” bliżej do filmu familijnego niż dramatu. Nie ma tu rasistów, nie ma brutalności. Wirginijczycy raczej w segregacji rasowej widzą coś oczywistego, skoro ktoś jest biały, a ktoś czarny, a nie sadystyczny sposób na gnębienie drugiego człowieka („Ja naprawdę nic do ciebie nie mam”, „Wierzę. Wierzę, że pani wierzy w to co powiedziała”). Twórcy filmu taką postawę wyśmiewają, a gdy trzeba interweniują bohaterowie ultrapozytywni (szef programu kosmicznego Al Harrison czy astronauta John Glenn), którym w głowie się nie mieści coś takiego jak dzielenie ludzi z powodu koloru skóry. Ogląda się dobrze, ale trochę to cukierkowe.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna najważniejsze zdanie filmu – biorąc pod uwagę, że nakręcono go tak, by prowadzać nań szkolne wycieczki – pada z ust Harrisona, który demolując znak „toaleta dla kolorowych” mówi: „W NASA wszyscy sikami w tym samym kolorze”.

P.S. „Ukryte działania” nie zrobiły wielkiego zamieszania w filmotatnikowej klasyfikacji oscarowej.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „La La Land” - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Ukryte działania” - 6/10

6. „Lion. Droga do domu” - 6/10

7. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Moonlight”.

piątek, 10 lutego 2017

(Jackie, 2016)

Reżyseria: Pablo Larrain

Scenariusz: Noah Oppenheim

Grają (ci istotni): Natalie Portman, Peter Sarsgaard, John Hurt, Billy Crudup

4/10

Prawdopodobnie Natalie Portman wymyśliła sobie, że jeśli pójdzie w ślady Leonardo DiCaprio i uzewnętrzni się na ekranie do granic absurdu, to Oscara ma gwarantowanego. W efekcie oglądamy film o płaczącej przez dwie godziny żonie zamordowanego prezydenta, która mówi z irytującą manierą przeciągania samogłosek. Szkoda, bo tak naprawdę każdy film o zabójstwie Kennedy'ego ma potencjał, podobnie jak pomysł, by pokazać, że trzpiotka która zajmowała się głównie meblowaniem Białego Domu i graniem idiotki, która nie wie o licznych romansach męża, w ciągu kilku dni po zabójstwie w Dallas stała się ulubienicą współczującej Ameryki z bardzo wyostrzonym i twardym zmysłem politycznym. To mogło się udać, ale się nie udało. Film składa się z losowo porozrzucanych scen z pogrzebu i retrospekcji z dnia zamachu, a także niezwiązanych specjalnie ze sobą rozmów Jacqueline z dziennikarzem, bratem prezydenta Robertem, a także jakimś księdzem.

Ale nie to jest najsłabsze. Reżyser Pablo Larrain, który w Chile kręci filmy historyczno-polityczne (zwykle z Gaelem Garcią Bernalem), które są etatowymi chilijskimi kandydatami do Oscara, postanowił zrobić film z przesłaniem. Niestety. Choć generalnie całkiem nieźle udaje mu się unikać patosu, to w tych kilku momentach gdy mu się nie udaje, od poważnych słów boli głowa. Ewidentnie Larrain chciałby, żeby „Jackie” była filmem na miarę „JFK” Olivera Stone'a. A że Stone swoje poglądy polityczne ma, i że przy jednym stole z Clintem Eastwoodem czy Melem Gibsonem nie siada, to wszyscy wiedzą i nikogo jego filmy nie dziwią. Gdy jednak Bobby'emu Kennedy'emu w „Jackie” bierze się na przemowę, albo sama wdowa rzuca w dziennikarza aforyzmami ze sztambucha, widz ziewa i przysypia.

Scena warta uwagi:

Najbardziej absurdalna, gdy Bobby rozmawia z Jackie w pokoju sypialnym, omawiając pogrzeb i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna mówić, że jego bratu zabrakło czasu by zmienić Amerykę, że to misja, którą należy kontynuować, ble, ble, ble, chrrrr...



sobota, 04 lutego 2017

(La La Land, 2016)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Damien Chazelle

Grają (ci istotni): Emma Stone, Ryan Gosling, John Legend

8/10

Bardzo efektowny film, który garściami czerpie z olbrzymiej tradycji amerykańskich musicali, i to mniej nawet z tych w okolicach „Moulin Rouge”, a bardziej z tych zbliżonych do „Deszczowej piosenki”. „La La Land” już od początku równa poziomem rozśpiewania i roztańczenia z finałowymi scenami z Bollywood, operator kamery dokonuje przez dwie godziny cudów ekwilibrystyki, a przez samą historię płynie się swobodnie. Reżyser po mistrzowsku kieruje uwagą widza. Jeśli spodziewacie się czegoś na zasadzie „pięć minut gadania, pięć minut piosenki” to dostaniecie coś zupełnie przeciwnego. Chazelle nadał filmowi własną konstrukcję. Im relacje Mii i Sebastania robią się poważniejsze, tym mniej serwuje wesołego muzykowania, aż do finału, który w takich filmach musi być tąpnięciem. I jest. Filmotatnik nie byłby zawiedziony, gdyby dostał Oscara za reżyserię. Bo za najlepszy film, to chyba jednak nie.

Rzecz w tym że jeśli ktoś idzie do kina po rozrywkę (w jak najbardziej pozytywnym i poważnym znaczeniu tego słowa), po to, żeby się zachwycić tym o na ekranie, to „La La Landem” się istotnie zachwyci. Jeśli jednak chodzi do kina by posłuchać i obejrzeć historię, opowieść, to w gronie nominowanych są po prostu filmy lepsze. Filmotatnik chodzi do kina i po to pierwsze, i po to drugie, ale jednak bardziej po to drugie. Nie znaczy to, że film Chazelle'a jest głupi i banalny. Niby młody reżyser zrobił film kompletnie inny od kameralnego przecież „Whiplash”, ale tak naprawdę znów opowiada o tym że młodzież nie potrafi odpuścić, tam gdzie powinna to zrobić. Tyle, że nie jest pod tym względem zaskakujący. Ona i on się zakochują, chcą gonić marzenia, chcą być perfekcyjni, życie weryfikuje ich plany. Nawet wspomniany w poprzednim akapicie efektowny koniec filmu, też już amerykańskie kino wypróbowało (tytułu nie podam, żeby nie zdradzać co się stało). Jeśli więc zastanawiacie się czy iść – tak, zdecydowanie. To świetny film. Jeśli zastanawiacie się, czy powinien dostać Oscara – nie.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna ta z piosenką. Najlepsza to chyba ta, gdy Mia i Sebastian śpiewają razem przy fortepianie.

P.S. Amerykańscy bukmacherzy zwykle się nie mylą, ale „Zjawa” też miała zgarnąć nagrodę, a przegrała z prostym filmem o dziennikarzach, no to może teraz też się pomylą. Klasyfikacja oscarowa Filmotatnika wygląda więc tak (tytuły to linki kierujące do notek):

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. "La La Land" - 8/10

4. „Aż do piekła” - 7/10

5. „Lion. Droga do domu” - 6/10

6. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „Moonlight”.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

(Manchester by the Sea, 2016)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Casey Affleck, Lucas Hedges, Kyle Chandler, Michelle Williams, Gretchen Mol

8/10

„Najtrudniej sfilmować pustkę” - napisał w swojej recenzji dziennikarz filmowy „Guardiana” Mark Kermode. Lonerganowi i młodemu Affleckowi udało się to wybitnie. Grany przez Caseya Afflecka Lee Chandler to postać, która na każdym kroku wygląda jakby chciała wywrzeszczeć tragedię, która jej się zdarzyła, a o której widz dowiaduje się dopiero z biegiem filmu. Chandler jest na pozór spokojny, wręcz wygląda na lesera, ale pod skórą aż buzuje, by w nielicznych momentach wybuchnąć. Choć cały czas w sposób kontrolowany, bo tylko Lee wie, a widz dowiaduje się stopniowo, że żaden wybuch nie byłby wystarczająco potężny, by go choć trochę uspokoić. Casey Affleck, którego umiejętności aktorskie Filmotatnik do tej pory sytuował gdzieś między Dolphem Lundgrenem, a Benem Affleckiem, otrzymał rolę wręcz stworzoną dla siebie i zagrał ją koncertowo. Przechodzą dreszcze.

Ale nie tylko na odtwórcy głównej roli „wisi” ten film. Co warte podkreślenia – bardzo męski film. Lonergan napisał pasjonującą historię o radzeniu sobie z tragedią. Mężczyźni nie rwą sobie włosów z głowy, nie wpadają w czarną rozpacz, ani nie szukają pomocy „trenerów mentalnych”, tylko muszą rzecz jakoś w środku przetrawić i ją sobie ułożyć. W „Manchester...” robią to, każdy na swój sposób, Lee i jego siostrzeniec Patrick. Lonergan wymyślił niby dość banalny punkt wyjścia wokół którego snuje całą historię, ale robi to z taką uwagą i dbałością o szczegóły, że film ogląda się z zapartym tchem. Stopniowo zagłębia się w głowę Lee, aż do wstrząsającej sceny z dwiema małymi córkami głównego bohatera. Mało któremu reżyserowi to się udaje. A jeśli do tego wszystkiego dodać gdzieś w tle przepiękne zdjęcia z wybrzeża gdzieś na dalekich przedmieściach Bostonu, wychodzi świetny film.

Scena warta uwagi:

Trzy razy, co najmniej, w tym filmie Affleck pokazał, że Złoty Glob nie był, a Oscar nie będzie wobec niego żadnym nadużyciem. W scenie na posterunku, oraz w dwóch scenach rozmowy z byłą żoną – przez telefon i na ulicy.

P.S. Nominacje do Oscarów już są znane. Filmotatnik obejrzał póki co pięć z dziewięciu nominowanych i na ten moment statuetkę dałby „Nowemu początkowi”.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „Aż do piekła” - 7/10

4. „Lion. Droga do domu” - 6/10

5. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „La La Land”, „Moonlight”.

19:20, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi