niedziela, 22 października 2017

„Zabić arbuza”

(„To Kill a Watermelon”, reż. Zehao Gao, Chiny 2017)

Plus dla filmu, który docenili główną nagrodą jurorzy tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, a stołeczna impreza staje się powoli festiwalem, który docenia filmy zaangażowane politycznie. Zehao Gao zrobił bowiem film wprost wywrotowy. Skromny hodowca arbuzów na początku zastanawia się dlaczego tak wiele owoców pęka. Z biegiem filmu i rozmaitych zdarzeń, które mu się przytrafiają, dowiaduje się, że te owoce nad którymi pracuje się za mocno, nawozi, podlewa i nie daje im odetchnąć, tego nie wytrzymują. Traktowanie wszystkich tak samo nie ma sensu, bo każdy jest inny, rosną na nieco innej ziemi, w nieco innym nasłonecznieniu. Dzikie arbuzy, małe, raczej nie słodkie, nigdy nie pękają. Nie są idealne, ale nigdy nie są wadliwe.

Nie jest to może metafora tak wysublimowana jak w kinie moralnego niepokoju, ale dajmy Chińczykom robić filmy po ichniemu. Arcyciekawe było zresztą spotkanie reżysera z publicznością po filmie. Uznał co prawda, że film nie jest chyba tak wywrotowy jak się wszystkim wydaje, ale przyznał, że chcąc pokazać go u siebie, będzie musiał dokonać pewnych korekt. Zresztą pytany o to jak pozwolono mu wyjechać z tym filmem na festiwal tłumaczył się tak, że wynika z tego, że zgoda cenzury była taka... hmm, powiedzmy... dorozumiana.

- Ten film oglądało kilku cenzorów w wersji, którą wy też widzieliście i nie mieli dużych uwag – wyjaśniał chiński reżyser. - Po pierwsze jednym cenzorom przeszkadza coś, a innym coś innego, a po drugie ci bardziej znani, którzy do kin przyciągną miliony widzów, są jednak bardziej pilnowani – dodał z uśmiechem. Na zadane po chińsku pytanie, pewnej pani w marynarce siedzącej z boku, czy sądzi że jego film wygrał, bo się podobał, czy może dlatego, że w Europie generalnie jak wygrywa jakiś film, to musi źle mówić o chińskim rządzie i władzy (poważnie, takie pytanie padło), odpowiedział, że nie wie. Że trzeba zapytać jurorów i publiczność.

„Zabić arbuza” to film zdecydowanie lepszy niż zeszłoroczny zwycięzca festiwalu z Iranu, choć można żałować, że jurorzy w żaden sposób nie docenili doskonałego „Pewnego razu w listopadzie...” Andrzeja Jakimowskiego. Tym bardziej, że nagroda za reżyserię powędrowała do Joan Chemli za chaotyczny film o trudnej miłości Gaela Garcii Bernala i Marine Vacth. Chińczyk przyjechał z filmem prostym, pełnym pięknych zdjęć. Niewątpliwie wpływ na nagrodę miał kraj z którego przyjechał, a konkretniej powiązanie tematu filmu z tymże krajem, ale to też zwyczajnie ciekawe dzieło. Trzeba mu życzyć, żeby nagroda w Warszawie była dla niego impulsem do dalszej kariery i żeby te życzenia nie miały wyłącznie wymiaru kurtuazyjnego.

20:52, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »

„Dziennik gangstera”

(„Maste Gitt”, reż. Ivica Zubak, Szwecja 2017)

Plus, za wciągającą historię Metina ze sztokholmskiej dzielnicy Josbro, który jest lokalnym bandziorem, a jednocześnie utalentowanym pisarzem. Co prawda jak człowiek naoglądał się filmów o gangsterach w USA, Rosji, Algierczykach z Marsylii, czy choćby o bandziorach z Polski, to szwedzki gang to jednak trochę dziecinada, ale nie odbiera to filmowi fajnego realizmu i licznych zabawnych sytuacji wynikających ze skonfrontowania Metina ze szwedzką klasą wyższą. To jednak film na poważnie, o dorastaniu. Drugim plusem jest to, że Zubak zrobił film za małe pieniądze (szwedzki instytut filmowy nie dał na niego ani korony, bo uznał go za niepoprawny politycznie), naturszczyków przemieszał z profesjonalnymi aktorami, a na ekranie w ogóle nie widać fuszerki. Warto.

„Balkan Noir”

(„Balkan Noir”, reż. Drażen Kuljanin, Szwecja 2017)

Wielki minus. Reżyser wymyślił sobie film, w którym bohaterowie wypalają dwadzieścia papierosów, czyli tyle ile jest w paczce, w dwadzieścia scen. Wychodzi z tego zwykłe efekciarstwo, które jest obudowane banalną i nieciekawą historią małżeństwa, które na wakacjach w Czarnogórze straciło córkę, a teraz matka wraca na Bałkany, bo pojawił się nowy ślad. Efekciarstwa w tym filmie jest zresztą więcej, np. obraz mruga, gdy ktoś próbuje zapalniczką zapalić papierosa, a sceny są przerywane starymi amerykańskimi reklamami lucky strike'ów, cameli i malboro. Nie ma to żadnego głębszego sensu poza tym, że reżyserowi wydało się fajne. Mnóstwo w tym filmie nielogiczności, jeszcze więcej zbędnych scen. Największe rozczarowanie festiwalu.



11:39, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 października 2017

„Harpun”

(„Arpon”, reż. Tom Espinoza, Wenezuela/Argentyna 2017)

Minus, za argentyński film o dyrektorze szkoły z kłopotami i buntującej się uczennicy. Na dobrą sprawę nie wiadomo o co głównym bohaterom chodzi, zakończenie niczego nie wyjaśnia. Niby reżyser chciał pokazać dwoje ludzi na krawędzi, ale dyrektor w szkole stosuje takie metody wychowawcze, że nie tyle ryzykuje wyrzuceniem (jak w filmie), ale już dawno nie powinien tam pracować, a pewnie siedzieć w więzieniu. Niewiele się w „Harpunie” trzyma kupy, właściwie nie ma historii. Szkoda czasu.

„Syndrom pustego siodła”

(„Tureckoje siedlo”, reż. Yusup Razykow, Rosja 2017)

Plus za film, którego reżyser dość zawile tłumaczył tytuł (to schorzenie przysadki mózgowej, które może powodować zmiany w zachowaniu), ale w sumie jest to historia byłego kagiebisty, który na emeryturze niespecjalnie umie zerwać z przeszłością i dawnymi nawykami. Mógłby to być film o starości, ale jedna nasz bohater jest niezwyczajnym emerytem, wciąż ma pewne umiejętności i wciąż może liczyć na opiekę dawnych kolegów. Tłem jest bardzo ciekawa historia związana z młodą sąsiadką i zaskakujące zakończenie. Tak się powinno opowiadać historie filmowe.

„Bantyta, który pachniał whiskey”

(„A Viszkis”, Nimrod Antal, Węgry 2017)

Plus, za węgierską wersję „Życia Carlita”, albo „Człowieka z blizną”. Nimrod Antal nakręcił film na podstawie prawdziwej historii największego tamtejszego bandyty, który w latach 90-tych napadł na prawie trzydzieści banków, a gdy go złapano, uciekł z więzienia i jeszcze przez jakiś czas się ukrywał. Choć sama historia momentami jest rysowana dość grubą kreską, a próba przypisania głównemu bohaterowi jakiś innych motywów niż po prostu kasa, raczej się nie udała, to Antal zadbał by był to film ładny wizualnie, a przede wszystkim ze świetną, dudniącą muzyką. No i jedna z pierwszych kwestii w filmie „Dzień dobry państwu, to jest napad”, jest ewidentnym nawiązaniem do „Pulp Fiction”, a to fajne.

„Schronienie”

(„Shelter”, reż. Eran Riklis, Izrael 2017)

Minusik raczej, bo choć ten izraelski thriller szpiegowski został nakręcony ze wszelkimi dobrymi praktykami dla sensownych filmów tego rodzaju (tzn. więcej tu groźby strzelania niż samego strzelania), to jednak John Le Carre nawet by na to coś nie spojrzał. Za dużo tu mielizn fabularnych, za dużo nielogiczności w poczynaniach głównej bohaterki, za bardzo to wszystko naciągane. W dodatku aktorki są nierówne Neta Riskin jako agentka Mossadu bardzo mi się podobała. Znana skądinąd Golshifteh Fahrani, jako ochraniana przez nią libanka, wypada zdecydowanie blado.

„Zabicie świętego jelenia”

(„Killing of a Sacred Deer”, reż. Yorgos Lanthimos)

Duży plus, bo to chyba najlepszy film Lanthimosa, jaki Filmotatnik widział. Grek zastanawia się co to jest sprawiedliwość i co się stanie jeśli do współczesnej, europejskiej społeczności, przyzwyczajonej do tego, że sprawiedliwe jest ukaranie sprawcy, dopasujemy prawa rządzące w społeczności innej pewnie bardziej pierwotnej, gdzie sprawiedliwe jest wyrównanie krzywdy, w dodatku rozumiane dosłownie. Dodatkowo „Jeleń” pokazuje jak cienka jest granica między człowiekiem nowoczesnym, a kimś kto niebezpiecznie zbliża się do zwierzęcia, w czym przypomina trochę „The Square” Rubena Ostlunda. Tyle tylko że film Lanthimosa trzyma w napięciu zdecydowanie bardziej.

12:06, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 października 2017

„Kłamstewko”

(„La Mentirita Blanca”, reż. Tomas Alzamora, Chile)

Duży minus. Nieśmieszna komedia o dziennikarzu upadającej gazety w upadającym miasteczku, który, żeby periodyk sprzedawał się lepiej, zaczyna wymyślać newsy. Morał z tej historii jest taki, żeby tego nie robić, bo to nieładnie. Film jest nieciekawy, działania głównych bohaterów bezsensowne, miałem wrażenie, że oglądam historię wymyśloną przez gimnazjalistę. Na jego korzyść działa tylko to, że przy ograniczonym budżecie, tego ograniczenia nie widać. Operator nie macha kamerą, a aktorzy nie udają, że grają, ale to oczywiste minimum. Reżyser przed seansem powiedział, że film zaczął się jako projekty studencki. Poza ten poziom nie wyszedł. Trzy na szynach, przy dobrym humorze profesora.



00:09, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 października 2017

„Gdybyś mu zajrzał w serce”

(„Si tu voyais son coeur”, reż Joan Chemla, Francja)

Minusik, bo reżyserka Joan Chemla dość poważnie odjechała ekranizując nagradzaną powieść kubańskiego pisarza Guillermo Rosalesa „The Halfway House”. Historia drobnego cygańskiego złodzieja, który nie może dojść do siebie po śmierci najlepszego przyjaciela, zaczyna się jak słaby kryminał, ale z biegiem czasu coraz bardziej pogrąża się w metaforycznym romansie, który toczy się w murach przedziwnego hotelu. Niby z takim klimatem to opowieść (wspomniany pisarz cierpiał na schizofrenię, w 1993 r. popełnił samobójstwo a większość swojej pracy spalił, przetrwały tylko dwie powieści), ale miałem wrażenie, że za dużo tu niedopowiedzeń, za dużo emocji, a za mało treści. Kwestia gustu, mi do niego nie przypadł.



00:23, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 października 2017

„Urodziny”

(„Aniversarea”, reż. Dan Chisu, Rumunia)

Plusik, bo to jednak ciekawe. Nietypowa rodzina zbiera się na uroczystości 94. urodzin dziadka. I jak to w rodzinie, podczas spotkania wychodzą na jaw rozmaite tajemnice, pretensje i cele. Wszelkie podobieństwa z „Sieranevada” są... przypadkowe, choć nawet reżyser przyznawał po seansie, że jak się dowiedział, że Puiu robi film z takim samym pomysłem, to obaj byli zaskoczeni. Film Chisu jest jednak nieco bardziej toporny niż film jego kolegi. A przede wszystkim w połowie kręcenia umarł główny aktor, więc efekt na ekranie znacząco się różni od tego co było w scenariuszu. Gdy Chisu opowiadał, jak film miał się skończyć, brzmiało to jak całkiem dobry film. Bo ten, który ostatecznie zmontowano, sprawia wrażenie, jakby urwał się w połowie.

„Górnik”

(„Rudar”, reż. Hanna Slak, Słowenia/Chorwacja)

Plus, choć mógłby być większy. Ale to bardzo ciekawa historia dotykająca mrocznej przeszłości Słowenii, która dla nas może być krainą słoneczną, górzystą, nowoczesną, w której wojny prawie nie było, ale, jak wynika z filmu, jest narodem podzielonym, jak, nie przymierzając Hutu i Tutsi, czy Hiszpanie po wojnie domowej i rządach Franco. Górnik odkrywa w szybie kopalni tajemnicę sięgającą jeszcze czasów II Wojny Światowej. Wszyscy dookoła boją się kopać, ale on ma motywację, bo sam jest Bośniakiem ze Srebrenicy. Słoweński kandydat do Oscara, oparty na prawdziwej historii, jest filmem bardziej filmem zrobionym dla Słoweńców, niż z uniwersalnym przesłaniem. Ale obejrzeć warto.



23:45, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 października 2017

„Pewnego razu w listopadzie...”

(„Pewnego razu w listopadzie...”, reż. Andrzej Jakimowski, Polska)

Plus to za mało. Doskonałe, poruszające kino, które powinno być mocnym faworytem do głównej nagrody festiwalu. Jakimowski zrobił bardzo ważny film o współczesności i po seansie sam się dziwił, dlaczego polscy reżyserzy tak rzadko robią filmy o tym co dzieje się dookoła. Historia studenta Marka i jego mamy, z dziejącymi się w tle wydarzeniami z 11 listopada 2013 r., to z jednej strony wypunktowana z wyjątkowym wyczuciem lista tych rzeczy, które spieprzyli nasi rodzice, ale powoli my też przykładamy ręce i nogi do tej destrukcji, a z drugiej strony hipnotyzujące połączenie zdjęć dokumentalnych z fabułą, Której nie powstydziłoby się Hollywood. Na dokładkę wybitne role - Agaty Kuleszy (co jest standardem) i Grzegorza Palkowskiego (co cieszy). Film jednocześnie kameralny i fundamentalny, bo nikt jeszcze w polskim kinie nie próbował odpowiedzieć, dlaczego w centrum Warszawy faszyści demonstrują z "kotwicą"i krzyżem celtyckim na jednym rękawie. Do obejrzenia koniecznie!

„Pomiędzy słowami”

(„Pomiędzy słowami”, reż. Urszula Antoniak, Polska)

Plusik, bo mimo wszystko ciekawe spojrzenie na temat emigracji, przez przykład Polaka, który zrobił karierę w Niemczech (reżyserka tłumaczyła, że miała problemy ze znalezieniem finansowania po obu stronach Odry, bo i tu i tam nikt nie wierzył, że tacy Polacy w ogóle istnieją). Przez większość filmu syn i ojciec rozmawiają w Berlinie o życiu. Mogą to robić, bo syn jest dziany, zrobił karierę w kancelarii prawniczej, więc mają czas i pieniądze. A widz dowiaduje się, że emigrant zawsze pozostanie choć trochę obcy, choćby nie wiem jak się starał, niezależnie od umiejętności, ambicji i motywacji. Mało to odkrywcze, choć nie ogląda się źle. Film wyjechał przed miesiącem z Gdyni z nagrodą za dźwięk i za zdjęcia. Trochę na wyrost.



21:52, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »

„Spotkanie na Szczycie”

("La Cordillera", reż. Santiago Mitre, Argentyna)

Minus, bo ten argentyński, filmowy "House of Cards" miał gigantyczny potencjał, a ostatecznie sprowadza się do jednej decyzji, którą podejmuje główny bohater i ona decyduje, czy jest człowiekiem dobrym, czy złym. Końcówka kładzie cały film, nie pozostawia niczego domysłom i wszystko wykłada jak kawę na ławę. A szkoda, bo jest w "Spotkaniu na Szczycie" wiele ciekawych rzeczy - zdjęcia, muzyka Alberto Iglesiasa, temat, czyli wielka polityka od kuchni, a wreszcie aktorzy, jak Ricardo Darin, czyli najbardziej rozchwytywana z argentyńskich twarzy, a w epizodach Elena Anaya i Christian Slater.

„Czuwaj”

(„Czuwaj”, reż. Robert Gliński, Polska)

Minus dla reżysera, który po seansie przekonywał, że chciał zaprezentować obraz współczesnej polskiej młodzieży, ale wygląda na to, że ma o nim mgliste pojęcie i więcej mu się wydaje, niż rzeczywiście wie. Świetny pomysł na film został położony gdzieś na etapie pisania scenariusza. Mógłby to być bardzo dobry thriller o ginących uczestnikach obozu harcerskiego, ale na to za dużo w tym filmie fabularnych mielizn, nielogiczności i braku konsekwencji (ginie dziecko, ale rzecz udaje się utrzymać w tajemnicy przez kilka dni, aha...). Mógłby to być fascynujący film o uporządkowanej strukturze, która stopniowo się rozpada, a główny bohater traci nad nią kontrolę. Ale wspomniany główny bohater, druh obozowy, którego poznajemy jako odpowiedzialnego i rozsądnego, nagle zaczyna postępować jak rozemocjonowany przedszkolak, czyli zupełnie bez sensu. Rujnującym szczegółem jest zestaw „kurew” i „chujów”, których natężenia nie powstydziłby się Pasikowski, ale które padają najczęściej nie wtedy gdy trzeba i brzmią fałszywie. Mam wrażenie, że niewielu polskich twórców filmowych zdaje sobie sprawę, że sensowne wplecenie klnięcia w film to co najmniej umiejętność, a może i kawałek sztuki. Nie wystarczy wrzucić kilku wulgaryzmów do dialogów, to tu, to tam.

„Łagodna”

(„Krotkaya”, reż. Sergiej Łoźnica, Francja/Rosja)

Plus, i to bardzo duży, za wstrząsający film Łoźnicy, który postanowił pokazać przekrój rosyjskiego (właściwie radzieckiego, a można by i sięgnąć do czasów caratu) społeczeństwa i to nie jest przekrój, który wygląda dobrze. W najbardziej powierzchownym przesłaniu ten, pokazywany w Cannes film, to historia kobiety, która ściera się z rosyjską biurokracją, próbując się dowiedzieć co się dzieje z jej mężem, zamkniętym w więzieniu. Głębiej to już próba wytłumaczenia dlaczego w Rosji jest źle, a reżyser próbuje tłumaczyć, że to społeczeństwo już tak ma, samo jest sobie winne, a nawet jest skażone jakąś masochistyczną skłonnością do wpychania się pod but i pod bat. Jeszcze głębiej to zestaw odwołań, wprost, ale też alegorycznych, do literackich pierwowzorów. Sam film jest luźno oparty na twórczości Dostojewskiego.



01:39, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 października 2017

"Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach"

("How to Talk to Girls at Parties", reż. John Cameron Mitchell, Wielka Brytania/USA)

Plusik, bo to sympatyczny i miły w oglądaniu film, wbrew tytułowi, o kosmitach. Ekranizacja prozy Neila Gaimana, czyli dość odjechana historia o (bardzo) trudnej miłości dwojga nastolatków (chyba). Coś pomiędzy "Zmierzchem", "E.T.", a "Porachunkami". Jeżeli mimo tego co napisałem i tak nie możecie sobie wyobrazić co to za film (co wielce prawdopodobne), to dodam tylko, że warto go zobaczyć choćby dla Elle Fanning, a zwłaszcza dla Nicole Kidman, która żadnej roli się nie boi i bardzo jej to służy.

 

"Szachowa rozgrywka"

("La Defensa del Dragon", reż. Natalia Santa, Kolumbia)

Minus, bo choć debiut reżyserski kolumbijki Natalii Santy (podobnie jak film powyżej premierę miał w Cannes) spodoba się miłośnikom szachów, to jednak wlecze sie niemiłosiernie. Główny bohater szachami żyje. Trochę za bardzo bo sam wobec siebie zastosował tytułowy defensywny wariant gry. Rzecz kończy się optymistycznie, ale nie każdy dotrwa do tego końca. Spodobać się może, że pomysł na zdjęcia wziął się z fotografii Bogoty zrobionych przez męża reżyserski. Nie podoba mi się za to (choć to szczegół), że tłumaczący tytuł na język polski nie wysilili się specjalnie.



23:49, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 października 2017

(Blade Runner 2049, 2017)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Sylvia Hoeks, Robin Wright, Jared Leto, Carla Juri

8/10

35 lat temu Ridley Scott nakręcił film o człowieku, który w androidach znalazł tyle człowieczeństwa, że zaczął się zastanawiać, czy sam nim nie jest. Film... nie wzbudził wielkiego poklasku. Dopiero z biegiem lat (i po kilku przemontowaniach przez reżysera) okazało się, że Scott stworzył arcydzieło, które całej kinematografii, ale też innym rodzajom sztuki, wyznaczyło sposób myślenia o przyszłości i rozwoju technologii. Teraz Villeneuve – też reżyser z zadatkami na jednego z najlepszych w historii – nakręcił film o androidzie, do którego powoli dociera, że jest w nim coś więcej niż efekt pracy inżynieryjnej. Drugi „Blade Runner” był skazany na katastrofę. Zmierzyć się z legendą pierwszego filmu i udźwignąć ją wobec tych, którzy tamten film cenią, a z drugiej strony zrobić coś, co zaciekawi widzów, którzy tamtego filmu nie widzieli, wydawało się niemożliwe. A jednak się udało. Film Villeneuve'a, ale nad którym przecież Scott czuwał jako producent, nie tylko ładnie ciągnie wątki z pierwowzoru, ale też intryguje nowymi, z których część przez te trzy i pół dekady kino rozważało. Czy życie potrzebuje ciała („Ona” Spike'a Jonze'a)? Czy istota obdarzona świadomością to już człowiek? Czy etyka obowiązuje roboty („Ex Machina” Alexa Garlanda)? Czy dzieło jest własnością stwórcy? Czy technologia to kontynuacja ewolucji („Matrix” rodzeństwa Wachowskich)? Czy tylko człowiek może stracić zmysły?

„Blade Runner 2049” to nie tylko sensowna i wciagająca historia, co w filmach s-f nie jest częste, ale dzieło dopracowane w każdym szczególe. Trudno powiedzieć czy lepszą prace wykonał twórca zjawiskowych zdjęć Roger Deakins, garściami czerpiący z oryginalnego soundtracku Vangelisa Hans Zimmer i Benjamin Wallfish, czy może osoby odpowiedzialne za casting, bo odtwórcy głównych ról zostali dobrani wzorowo. Sylvia Hoeks jako Luv mrozi krew w żyłach (a przecież równie świetną, choć zupełnie inną rolę zagrała w „Koneserze” Giuseppe Tornatore), hipnotyzujące role zagrały też Ana de Armas (co za pomysł na postać!), a zwłaszcza Carla Juri. Twórcy utrzymali klimata pierwszego filmu, co chyba dla fanów pierwszego „Łowcy androidów” było najważniejsze. Nawet w tym jednym momencie, gdy już wydaje się, że film skręci w stronę kolejnej franczyzy obliczonej na pięć kolejnych „Blade Runnerów” na poziomie, mniej więcej „Igrzysk śmierci”, szybko okazuje się, że widza inteligentnie zwiedziono. To pewnie byłby jeden z najwybitniejszych filmów science-fiction, gdyby tylko... nie było tego pierwszego filmu sprzed 35 lat. A tak jest rewelacyjną kontynuacją tamtejszej historii.

Scena warta uwagi:

Jest wiele fajnych i nowych pomysłów. Ale być może najbardziej warto delektować się pejzażami świata za trzydzieści dwa lata. Hipnotyzujące choć też przerażające.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi