niedziela, 28 stycznia 2018

(Darkest Hour, 2017)

 

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Stephen Dillane, Lily James

3/10

Tępo ciosana propagandówka o tym, że Winston Churchill z Hitlerem walczył choćby nie wiadomo co i przez większość filmu, chlejąc na umór i paląc jak smok, łazi w te i we wte i pokazuje hart ducha i że się nie podda, potem nachodzą go wątpliwości, potem wysiada z limuzyny i jedzie jeden przystanek metrem (co trwa dziesięć minut) z brytyjskim ludem i pyta się ludu, czy będą walczyć do końca, a lud odpowiada mu, że do końca i „prowadź wodzu”, więc wraca mu hart ducha. Przy okazji scenariusz jest tak toporny, że pasowałby, przy przymknięciu oka na mielizny, do „Sensacji XX wieku” i niczego więcej. W drugiej scenie filmu jeden z polityków tłumaczy swoim kolegom, że Halifax to minister spraw zagranicznych, choć wszyscy w pokoju doskonale wiedzą kim jest Halifax. Ale widz nie wie, więc trzeba mu to powiedzieć, tylko dlaczego w ten sposób? Zaplecze polityki wygląda w „Czasie mroku” jak sztuka teatralna i to marna.

Byłoby niezmiernie ciekawe obejrzeć w kinie podwójny rewers. Podwójny, bo „Czas mroku” to nie tylko spojrzenie z drugiej strony na, również nominowaną do Oscara, „Dunkierkę”, ale też na zekranizowaną dekadę temu przez Joe Wrighta „Pokutę”. Niestety wyszła filmowa szmira, którą podciąga za uszy głównie Gary Oldman w roli tytułowej. Tak jak sam film jest zły, tak Oldman (który nie wygląda jak Oldman, nie mówi jak Oldman, a czasem nawet nie patrzy jak Oldman) jest świetny i akurat Oscar dla niego nie będzie żadną niespodzianką. Akurat przemówienia Oldmana-Churchilla nie są toporne, a wręcz porywające. Promyczków w filmie jest jeszcze kilka, choćby muzyka, czy Ben Mendelsohn jako „król-jąkała”, ale mizeria scenariuszowa odrzuca. To jeden z najgorszych filmów które mają szansę na Oscara, w ostatnich latach.

Scena warta uwagi:

Kilkakrotnie w filmie operator pokazuje scenę z góry, co wygląda niezwykle malowniczo. Zwłaszcza pierwsza, z widokiem na Izbę Gmin, robi wrażenie.

P.S. Oscarowe nominacje są znane. Na razie, spośród obejrzanych przez Filmotanik, średnia ocen nie rzuca na kolana. Ranking wygląda jak poniżej i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Kształt wody” 4/10

4. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Czwarta władza”, „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 21 stycznia 2018

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017)

 

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Peter Dinklage, John Hawkes, Abbie Cornish

7/10

Nie jest to film pogodny, choć widownia co i rusz wybucha śmiechem. Nie jest to dreszczowiec, choć cała historia oparta jest na brutalnej śmierci i nie jest ona jedyną w tym filmie. Nie jest to też film obyczajowy, o życiu w małym mieście na Środkowym Zachodzie USA, bo jednak podpalenia, pobicia, wyrzucanie przez okno, przemoc domowa, rasizm, etc. to jednak dość sporo na zwykły „obyczaj”. To jest jakiś taki miks wszystkiego co powyżej, w dodatku miks bardzo sprawnie opowiedziany i z nieoczywistym zakończeniem. McDonagh po mistrzowsku bawi się z widzami, każąc im śmiać się gdy za chwilę sprawy przybierają śmiertelnie poważny obrót i zadumać się, gdy sytuacja robi się w zasadzie absurdalna. Nie pozwala polubić żadnego z głównych bohaterów, ale też nie pozwala żadnego znienawidzić. Dawno nie było filmu, który tak umiejętnie zmusza do wstrzymania się z ocenami, a jednocześnie ewidentnie wciąga. Bo każdy chce wiedzieć jak skończy się batalia Mildred o to, by ktoś ruszył tyłek i znalazł zabójców jej córki.

Wygląda na to, że „Trzy billboardy…” to jeden z głównych oscarowych faworytów, bo zgarnął cztery Złote Globy w ważnych kategoriach (film dramatyczny, scenariusz, główna rola żeńska, drugoplanowa rola męska) . Może się Akademii spodobać, bo jest w każdym calu „amerykański”. Fajne jest też to, że McDonagh oparł obsadę na starszych aktorach, a główną rolę dał być może najbardziej niedocenianej (przez widzów i media, bo raczej nie przez reżyserów) amerykańskiej aktorce, czyli Frances McDormand, która mimo, że kiedyś tam zagrała w „Fargo”, przewija się zwykle gdzieś na drugim planie. Jednego Oscara już ma (właśnie za „Fargo”). Rzecz w tym, że sam film, choć bardzo dobry, z doskonałymi rolami i świetnie napisany, jest właśnie - bardzo dobry, ale nie świetny. Ani przełomowy, ani innowacyjny, ani olśniewający jakimś elementem. Na statuetkę Akademii jednak chyba nie zasługuje. Jeśli wygra, to dzięki słabej konkurencji, a tego bym nie chciał.

Scena warta uwagi:

Gdy Charlie, były mąż Mildred, wpada do ich domu, zrobić awanturę o billboardy. Ta jedna scena, w której uczestniczą cztery osoby, mogłaby być egzaminem na każdej aktorskiej uczelni. Każda z postaci musi w mig zmienić nastrój, emocje, tempo i ton mówienia. W filmie wychodzi majstersztyk.

niedziela, 14 stycznia 2018

(Shape of Water, 2017)

 

Reżyseria: Guillermo del Toro

Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor

Grają (ci istotni): Sally Hawkins, Michael Shannon, Richard Jenkins, Octavia Spencer

4/10

Niczym się niewyróżniający horror o niemej sprzątaczce w tajnym kompleksie wojskowym, która zakochuje się w potworze z wody. Rzecz się dzieje na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych więc główne przesłanie to prawo do życia, wolności, szacunku i miłości dla wszelkich dziwactw, którym ówcześnie, ale też i dziś takich praw się odmawia. W „Kształcie wody” tym uciśnionym jest człowiek-ryba, ale nie zapomniano też o Afroamerykanach, kobietach, jest też jeden radziecki szpieg, ale o dobrym sercu. Oczywiście złym charakterem jest pozbawiony uczuć wojskowy-naukowiec, który się nie uśmiecha. Choć w tym filmie nie zobaczycie niczego, czego nie widzielibyście w kinie już wiele razy, z jakiegoś powodu dostał siedem nominacji i dwa Złote Globy (w tym za muzykę dla Alexandre'a Desplata, która niczym nie wyróżnia się od innych ilustracji muzycznych do filmów, napisanych przez Desplata), no i czekają go pewnie jakieś nominacje oscarowe.

Guillermo del Toro, który w pokazywaniu na ekranie różnych obrzydlistw lubuje się równie mocno jak Tim Burton, miał całkiem niezły pomysł na film. Nauczyć widza tolerancji i empatii pokazując mu na ekranie coś tak przedziwnego i innego, że naturalnie ma się wrażenie, że to przesada. Bo „inni” w tym filmie są wszyscy (główna bohaterka to niemowa, jej przyjaciel – gej, jej przyjaciółka z pracy – czarna, lekarz który im pomaga – Rosjanin), ale Amfibiaman wszystkich bije o kilka długości. Tyle, że nie ma umiaru w przerysowywaniu, więc film momentami ociera się, chyba niezamierzenie, o pastisz. W efekcie mamy dość banalną bajkę, choć wizualnie efektowną.

Scena warta uwagi:

Nietypowo będą to sceny, które ciągną film w dół. Z niewyjaśnionego powodu reżyser kazał swoim aktorom, Amerykanom, mówić po rosyjsku. I mówią, a przynajmniej próbują, całą energię zużywając na próby artykulacji. Wychodzi to fatalnie. Kilka scen w filmie jest więc zagrana na poziomie szkolnych jasełek, w których aktorzy z najwyższym trudem skupiają się po prostu na wypowiedzeniu kwestii.

15:27, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 stycznia 2018

(Molly’s Game, 2017)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Chris O’Dowd

 4/10

Jeśli w „Steve Jobs” przysypialiście na bezsensownie długich, bilateralnych rozmowach kilkorga głównych bohaterów o ich własnych uczuciach, a akcja posuwała się do przodu dzięki zmianie konfiguracji rozmawiających i przeskakiwaniu o kilka lat wte i we wte, to przeżyjecie deja vu. Historię Molly Bloom, która przez kilka lat organizowała grę w pokera najbardziej znanym i najmajętniejszym Amerykanom napisał i debiutancko wyreżyserował Aaron Sorkin, czyli scenarzysta tamtego filmu. To zresztą scenarzysta kilku bardzo udanych filmów, dlatego boli, że właśnie scenariusz w „Grze o wszystko” kuleje tak, że bolą zęby. Do końca filmu nie dowiedziałem się, czy oglądam film gangsterski, dramat psychologiczny, film biograficzny. Nie dowiedziałem się też, czy to co robiła pani Bloom, a co jest główną osia filmu, właściwie jest legalne, czy nielegalne.

Bo historia trafiła się Sorkinowi absolutnie fascynująca i rzecz jasna jest oparta na faktach i na książce, którą prawdziwa Molly napisała. Dziewczyna, niedoszła olimpijka w narciarstwie organizowała grę w pokera w Los Angeles, gdzie znani aktorzy (m.in. Tobey Maguire, Ben Affleck czy Leonardo DiCaprio) w wynajętym przez nią pokoju hotelowym przegrywali i wygrywali duże sumy, a także w Nowym Yorku, gdzie z jej usług korzystali rosyjscy mafiosi. Co z tego, kiedy zamiast krwisty film o pokerze, oglądamy, jedna za drugą, rozmowy o życiu, przerywane scenami w których Molly przeżywa rozmaite rozterki a z offu opowiada, że je przeżywa. Ponieważ do filmu zatrudniono niezłych aktorów, a oni się starają, wychodzi czasem przedziwnie. W jednej ze scen, gdy Molly rozmawia z ojcem, co w założeniu miało być najbardziej wzruszającą sceną w filmie, publiczność w kinie się śmiała.

Scena warta uwagi:

Pierwsza, wprowadzająca do filmu. To najlepsza jaką w życiu widziałem, kilkuminutowa sekwencja nagrana głównie po to, bo na końcu powiedzieć „fuck you!”. To akurat twórcom filmu wyszło.

Scena warta uwagi

niedziela, 03 grudnia 2017

(Mother!, 2017)

Reżyseria: Darren Aronofsky

Scenariusz: Darren Aronofsky

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Javier Bardem, Ed Harris, Michelle Pfeiffer, Domhnall Gleeson

8/10

Efektowny traktat filozoficzny od Darrena Aronofsky’ego, który zadaje pytania fundamentalne (kim jesteśmy? dokąd zmierzamy?) i na nie odpowiada (jesteśmy chuliganami, zmierzamy do katastrofy). Mamy więc piękny, stary, drewniany dom pośrodku rajskiej sielanki, a w nim małżeństwo. Ona opiekuje się domem, On tworzy. Szybko jednak w domu pojawiają się goście, w których ona – słusznie – widzi zagrożenie, ale On, co wiadomo od tysięcy lat i pod każdą szerokością geograficzną, nie może bez nich żyć. Wszystkie najważniejsze wydarzenia reżyser błyskotliwie zamyka w przestrzeni domu i okolic. To oczywiście film, w którym dużo symboliki, niezbyt trudnej do rozpoznania, za to bardzo miłej do odgadywania. Widz będzie się dobrze bawił, nie tylko oglądając, ale też rozkminiając, o co chodzi. Taka kinowa szarada.

Można „Mother!” oglądać jako film ekologiczny i nie byłaby to interpretacja naciągana, jak w przypadku poprzedniego filmu Aronofsky’ego. Greenpeace mógłby spokojnie dołożyć się do produkcji. Można go oglądać jak horror, choć szybko widz zda sobie sprawę, że to nie jest zwykły horror, ale gdzieś pod spodem ma drugie znaczenie. Można też podziwiać aktorskie duety, bo Amerykaninowi udało się zgromadzić na planie aktorów, którzy mają na koncie albo Oscara, albo po wiadrze nominacji, albo – jak młody Gleeson – przynoszą oscarowe szczęście filmom, w których grają. To co Filmotatnik cieszy najbardziej, to fakt, że Aronofsky - reżyser, który po filmach które nakręcił („Pi”, „Czarny łabędź”), mógłby już w życiu nic nie robić, a i tak byłby jednym z najfajniejszych w historii – wciąż ma pomysły, wciąż próbuje i nawet jeśli nie zawsze wychodzi mu najlepiej, to się nie zraża. Tym razem mu wyszło.

Scena warta uwagi

Nie jedna, ale cała sekwencja od momentu uroczystej kolacji, gdy Matka jest w ciąży, do narodzin dziecka. Coś hipnotyzującego. I tylko można się zastanowić, w którym miejscu jesteśmy. Zdaniem Filmotatnika właśnie wyrwaliśmy telefon.

niedziela, 26 listopada 2017

(Cicha noc, 2017)

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Grają (ci istotni): Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Tomasz Ziętek

8/10

Nie da się nie porównywać tego filmu do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, bo w cichej nocy jest coś i z „Wesela”, i z „Domu złego”. Zresztą reżyser Piotr Domalewski nie oburza się na takie porównania, a nawet jak sam mówi, bardzo mu schlebiają. „Cicha noc” to jednak film nieco inny. Historia Adama, kilkuletniego już emigranta na saksach w Holandii, który wraca na święta w rodzinne strony głównie po to, by z rodzicami i rodzeństwem załatwić sprawę sprzedaży domu po dziadku i za te pieniądze urządzić się na stałe za granicą, jest jednak dużo bardziej wyważona i intymna. Tam, gdzie u Smarzowskiego alkohol lał by się wartkim strumieniem i w ruch poszłyby siekiery, u Domalewskiego jest jednak rodzina. Nie zawsze fajna, nie jak z obrazka, pełna zawiści, pretensji, wyrzutów i robienia dobrej miny do złej gry, ale jednak rodzina, w której każdy znajdzie mniej lub więcej tego, co zna z własnych Wigilii. Być może Polacy są szaleni, bo są tym jedynym na świecie narodem, którego przedstawiciele co roku spędzają wieczór z ludźmi których nie lubią w sposób, na który nie mają ochoty, ale Domalewski próbuje pokazać dlaczego. I choć ze wszystkich sił stara się zasugerować widzowi sympatię do głównego bohatera, który próbuje się z tego schematu wyrwać, na końcu ten bohater przegrywa. Może inaczej się nie da.

„Cicha noc” zgarnęła niedawno w Gdyni główną nagrodę i choć może nie jest to najlepszy polski film tego roku, to jeden z najlepszych. Niezły główny wątek filmu ma za tło rodzinę, która od lat zmaga się z kłopotem emigracji i na dobrą sprawę, nie ma znaczenia, że główny bohater wyjechał do Holandii, bo mógłby wyjechać choćby do Warszawy. Rzecz w tym, że go nie ma, tak jak nie było jego ojca, a życie w dwóch miejscach naraz jest niewykonalne, co daje tej historii większą uniwersalność, niż się wydaje. Aktorów się chłonie z ekranu. W Gdyni nagrodę, poza tą dla filmu, odebrał też Dawid Ogrodnik, choć może bardziej należałoby wyróżnić Jakubika, a przede wszystkim Domalewskiego za reżyserię. Twórca filmu zwodzi widza. Każe lubić granego przez Jakubika ojca, choć tylko z opowieści dowiadujemy się jakim przez poprzednie lata był nieobecnym pijakiem. Każe widzieć kogoś na kształt krętacza w Adamie, choć może on jako jedyny ma ambicję, pomysł i odwagę, żeby się wyrwać się z mazurskiego grajdołu. Każda z postaci objawia się w trzech wersjach – w opowieściach rodziny, „oficjalnie” przy stole na obraz ogólny i wreszcie prywatnie, gdy coś trzeba załatwić, komuś się zwierzyć, albo po prostu wypłakać. Historii w jednej rodzinie jest multum. Domalewski wybrał tylko kilka.

Scena warta uwagi

Chwytająca za serce jest rozmowa ojca z Adamem w starym domu dziadka.



czwartek, 16 listopada 2017

(Borg/McEnroe, 2017)

Reżyseria: Janus Metz Pedersen

Scenariusz: Ronnie Sandahl

Grają (ci istotni): Sverrir Gudnason, Shia LaBeouf, Stellan Skarsgard

7/10

Przydługi, bezsensownie rozdęty polski tytuł, skrywa jeden z bardziej wciągających filmów sportowych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Rywalizacja Bjoerna Borga i Johna McEnroe to jedna z bardziej wciągających sportowych historii, ale jeśli spodziewacie się opowieści o tym co się działo pomiędzy tymi dwoma, to nie o tym jest ten film. Zresztą obaj główni bohaterowie przez cały film spotykają się tylko trzykrotnie. To zdecydowanie bardziej dwie osobne biografie, dwóch wybitnych tenisistów, które akurat w pewnym momencie się przecięły, więc widz może sobie obu porównać. A jest co porównywać, bo obaj to nienajlepiej przystosowani, marzący o triumfach chłopcy, którzy zwycięstw chcieli tak bardzo, że aż ich rozsadzało. Tyle, że żeby dość do perfekcji wybrali dwie drogi. Amerykanin potrafił wściekłość na całe otoczenie, które nie było wstanie zrozumieć co się dzieje w głowie najlepszego tenisisty na świecie i jaki stres przeżywa, przekuć w furię podczas meczu i to go nakręcało. Borg przeciwnie, wszystko tłumił w sobie, a całą generowaną energię wkładał w najbliższą wymianę. Marcin Piątek w „Polityce” bardzo trafnie porównał jego umowę zawartą w młodości z trenerem Bergelinem („doprowadzę się do mistrzostwa, jeśli już nigdy nie wybuchniesz na korcie”), do paktu Fausta z Diabłem. Obaj zresztą - i Bergelin, i Borg – dotrzymali umowy.

Siłą filmu są obie główne kreacje, choć trudniejszą rolę miał Gudnason, bo musiał pokazać to, czego kibice tenisa, pamiętający grę Szweda, widzieć nie mogli. I może dlatego to on w pewnym sensie kradnie film, bo ze swojej roli wywiązał się perfekcyjnie. Po jego Borgu oglądanym w samotności – w pokoju hotelowym, w szatni, na ulicy – widać w jak potwornym żył stresie i jak z biegiem czasu coraz więcej siły, właściwie do nieludzkich granic, kosztowało go pilnowanie własnych emocji. Strach przed porażką, nieodłączny towarzysz każdego sportowca, w przypadku Borga wydaje się nie do zniesienia, choć zdawać by się mogło, że czterokrotny zwycięzca Wimbledonu już nic nie musi. „Ale jeśli przegram wszyscy zapamiętają mnie jako tego któremu się nie udało wygrać po raz piąty, a nie jako czterokrotnego zwycięzcę” - mówi w pewnym momencie .

Scena warta uwagi

Hipnotyzująca jest jedna z pierwszych w filmie, gdy Borg przechyla się przez krawędź balkonu w swoim mieszkaniu w Monako. W tej jednej chwili widz w mig łapie całą złożoność postaci i co chwilę zmienia zdanie, zastanawiając się czy Szwed jest gotowy skoczyć, czy może właśnie tak doskonale się kontroluje, że może tak ryzykować bez stresu. Scena pozostawia widza bez odpowiedzi, a potem właściwie cały film jej nie daje.

P.S. Co ciekawe w Szwecji ten film nosi tytuł „Borg”.

wtorek, 07 listopada 2017

(Pewnego razu w listopadzie..., 2017)

Reżyseria: Andrzej Jakimowski

Scenariusz: Andrzej Jakimowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Grzegorz Palkowski, Jacek Borusiński

9/10

Najlepszemu polskiemu filmowi tego roku Filmotatnik poświecił już akapit podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale ponieważ właśnie wszedł do kin, zasługuje na osobną notkę. Wprost - Jakimowski nakręcił film ważny i poruszający, a Kulesza zagrała zjawiskowo. Reżyser wziął się za tłumaczenie widzom w jakim kraju żyjemy, a ponieważ mówi o tym co tu i teraz, nigdy nie jest to łatwe. I nic dziwnego, że już dostaje mu się z obu stron. Z jednej, że jest bezczelnym lewakiem, z drugiej, że to wcale nie tak i zamiast pokazać prawdę, zrobił jakąś hollywoodzkopodobną bajkę. Obie opinie są bzdurne. To film mocny, bo prawdziwy. Po seansie na festiwalu widzowie dziękowali reżyserowi za ten film i to nie tak kurtuazyjnie, jak to często bywa, gdy publiczność dorwie się do mikrofonu, ale szczerze.

Historia emerytowanej nauczycielki i jej syna studenta, którzy, "wyczyszczeni" z mieszkania w śródmiejskiej kamienicy szukają dachu nad głowa, to właściwe zestaw scen, z których każda jest treściwa. Z jednej strony bije miedzy oczy tym, co przez ostatnie ćwierć wieku z hakiem poszło w tym kraju źle. Co nie zadziało się samo, ale za co był i jest odpowiedzialny każdy dorosły godząc się na wszechobecny kult pieniądza, i własności. Każdy kto podczas dowolnych świat czy imienin u cioci zachwycał się kuzynem, który sprowadził trzy samochody z Niemiec, a tego, który skończył filologię ale pracuje na kasie w Biedronce, w skrytości ducha uznał za frajera. Ten film jest oskarżycielski jak żaden inny w ostatnich latach.

Z drugiej strony to jednak dająca nadzieję opowieść o tym, że w tym całym nieludzkim chaosie ludzie są z gruntu dobrzy, że tam gdzie jest kłopot znajda się tacy, którzy pomogą, a wreszcie, że warto być po ludzku przyzwoitym. Jakimowski zagląda pod koc, którego przeciętny zjadacz chleba i słuchacz newsów raczej nie odkrywa. Tłumaczy, że żeby stracić dom nie trzeba być menelem, że bieda i kłopoty nie trafiają na tych "którzy sobie zasłużyli" (co niby prawie każdy wie, ale i tak prawie każdy posługuje się stereotypem, dlatego to tak istotne). Przygląda się i pokazuje też przedstawiciela tej zamaskowane zgrai, która podczas listopadowych zadym chce traktować "czerwoną hołotę" akcesoriami robotniczo-rolniczymi. To film z zacięciem edukacyjnym, społecznym, reporterskim i politycznym. Aż dziw, że tak dużo udało się w nim zmieścić. Koniecznie do obejrzenia.

Scena warta uwagi

Jakimowski nagrywał wydarzenia 11 listopada 2013 r. z zamiarem zmontowania dokumentu. Dopiero potem przyszedł pomysł na film fabularny. W efekcie prawdziwe sceny z ulicy są wprzęgnięte w zdjęcia z aktorami. Zrobiono to tak dobrze, że ostatnie pół godziny filmu ogląda się w dużych emocjach. Tu naprawdę czuć narastającą atmosferę zadymy i tylko można się pytać w myślach jak to możliwe, że bydło demolujące miasto i rzucające w ludzi kamieniami może to bezkarnie robić w Warszawie XXI w.

20:12, kubadybalski , obyczajowy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 listopada 2017

(Człowiek z magicznym pudełkiem, 2017)

Reżyseria: Bodo Kox

Scenariusz: Bodo Kox

Grają (ci istotni): Olga Bołądź, Piotr Polak, Arkadiusz Jakubik, Helena Norowicz, Sebastian Stankiewicz

8/10

Po raz ostatni polskie kino miało odwagę robić filmy z fantazją gdzieś tak w latach 80-tych. Chciano wtedy kręcić filmy tak jak w Hollywood i nie zrażano się tym, że się nie da. W efekcie jeśli trafiło na dobrego reżysera, scenarzystę i aktorów, dało się rzecz wynieść na bardzo przyzwoity poziom („Seksmisja”), lub przynajmniej zrobić kultową („Zabij mnie glino!”), a jeśli nie, to się nie dało („Klątwa Doliny Węży”). Bodo Kox, to ukochane dziecko kina offowego, czyli takiego, które się raczej omija, ale na pewno nie można mu zarzucić braku fantazji. Tak się jednak złożyło, że wyszedł mu film porządny. Pomysłowy, wciągający, a przez wspomniany zasób fantazji, świeży i wyróżniający się na tle całej reszty tego, co się dziś kręci w polskim kinie. To po prostu film, jakiego nie było od trzydziestu lat, co wystarczy, żeby ocenę podciągnąć choćby o stopień.

Adam to człowiek bez przeszłości (przynajmniej tak się początkowo wydaje) w niestety nie najlepiej wyglądającej Warszawie niedalekiej przyszłości. Goria to jego miłość, która z racji szeregu czynników (kasa, pozycja społeczna, otoczenie, ble ble...) nie ma prawa się zdarzyć, ale się zdarza. Okazuje się, że historia Adama jest dużo bardziej skomplikowana i sięga lat stalinowskich. Kox czerpie garściami i z właściwą tylko niczego nie bojącym się filmowcom radosną bezczelnością, nie tylko ze wspomnianej „Seksmisji”, ale też – nie bójmy się tych porównań – z „Łowcy Androidów”, „12 małp”, „Brazil” czy „Podziemnego kręgu”. W dodatku wszystko to dzieje się w Warszawie, która jest jednocześnie cyberpunkowo futurystyczna, jak i w sposób oczywisty znajoma. Mrugnięć do widza jest mnóstwo. Fajne jest zarówno śledzenie wymyślnej historii, jak i obserwowanie drobiazgów, jak selekcjonowanie przez żołnierzy pasażerów metra, czy podział miasta na część rządowo-korporacyjną, czy bardziej rebeliancką, prawobrzeżną (po nielegal trzeba się przeprawić na Gocław, korzystając z azjatyckiego przewoźnika na łódce). To wszystko to klasyczny materiał na wtopę, ale zaskakująco ten film ma ręce i nogi, a w dodatku w tle gra muzyka Maanamu. To kozacki film.

Scena warta uwagi:

Podobały mi się pejzaże. Warszawa ze zniszczonymi mostami, wysadzonymi wieżowcami. Tak naprawdę niewiele trzeba było, żeby to miasto przekształcić w metropolię jak z Fallouta.

niedziela, 22 października 2017

„Zabić arbuza”

(„To Kill a Watermelon”, reż. Zehao Gao, Chiny 2017)

Plus dla filmu, który docenili główną nagrodą jurorzy tegorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, a stołeczna impreza staje się powoli festiwalem, który docenia filmy zaangażowane politycznie. Zehao Gao zrobił bowiem film wprost wywrotowy. Skromny hodowca arbuzów na początku zastanawia się dlaczego tak wiele owoców pęka. Z biegiem filmu i rozmaitych zdarzeń, które mu się przytrafiają, dowiaduje się, że te owoce nad którymi pracuje się za mocno, nawozi, podlewa i nie daje im odetchnąć, tego nie wytrzymują. Traktowanie wszystkich tak samo nie ma sensu, bo każdy jest inny, rosną na nieco innej ziemi, w nieco innym nasłonecznieniu. Dzikie arbuzy, małe, raczej nie słodkie, nigdy nie pękają. Nie są idealne, ale nigdy nie są wadliwe.

Nie jest to może metafora tak wysublimowana jak w kinie moralnego niepokoju, ale dajmy Chińczykom robić filmy po ichniemu. Arcyciekawe było zresztą spotkanie reżysera z publicznością po filmie. Uznał co prawda, że film nie jest chyba tak wywrotowy jak się wszystkim wydaje, ale przyznał, że chcąc pokazać go u siebie, będzie musiał dokonać pewnych korekt. Zresztą pytany o to jak pozwolono mu wyjechać z tym filmem na festiwal tłumaczył się tak, że wynika z tego, że zgoda cenzury była taka... hmm, powiedzmy... dorozumiana.

- Ten film oglądało kilku cenzorów w wersji, którą wy też widzieliście i nie mieli dużych uwag – wyjaśniał chiński reżyser. - Po pierwsze jednym cenzorom przeszkadza coś, a innym coś innego, a po drugie ci bardziej znani, którzy do kin przyciągną miliony widzów, są jednak bardziej pilnowani – dodał z uśmiechem. Na zadane po chińsku pytanie, pewnej pani w marynarce siedzącej z boku, czy sądzi że jego film wygrał, bo się podobał, czy może dlatego, że w Europie generalnie jak wygrywa jakiś film, to musi źle mówić o chińskim rządzie i władzy (poważnie, takie pytanie padło), odpowiedział, że nie wie. Że trzeba zapytać jurorów i publiczność.

„Zabić arbuza” to film zdecydowanie lepszy niż zeszłoroczny zwycięzca festiwalu z Iranu, choć można żałować, że jurorzy w żaden sposób nie docenili doskonałego „Pewnego razu w listopadzie...” Andrzeja Jakimowskiego. Tym bardziej, że nagroda za reżyserię powędrowała do Joan Chemli za chaotyczny film o trudnej miłości Gaela Garcii Bernala i Marine Vacth. Chińczyk przyjechał z filmem prostym, pełnym pięknych zdjęć. Niewątpliwie wpływ na nagrodę miał kraj z którego przyjechał, a konkretniej powiązanie tematu filmu z tymże krajem, ale to też zwyczajnie ciekawe dzieło. Trzeba mu życzyć, żeby nagroda w Warszawie była dla niego impulsem do dalszej kariery i żeby te życzenia nie miały wyłącznie wymiaru kurtuazyjnego.

20:52, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi