poniedziałek, 28 stycznia 2013

(Thousand Words, 2012)

Reżyseria: Brian Robbins

Scenariusz: Steve Koren

Grają (ci istotni): Eddie Murphy, Cliff Curtis

4/10

Eddie Murphy gra siebie samego. Nic czego nie znalibyście z innych filmów z Eddie'm Murphy'm tu nie ma. Ten sam zestaw min, ten sam poziom gagów. Fabuła ciekawa, choć absurdalna. Ot, taka komedia z Eddie'm Murphy'm. Do obejrzenia i zapomnienia.

Właściwie najfajniejszy jest grający dra Sinję Cliff Curtis. Aktor porządny, z tych solidnych aktorów drugoplanowych, których lubi się w filmach. Ale nieco nieszczęśliwy, bo z racji aparycji w dość długiej już karierze grał generalnie Irakijczyków („Złoto Pustyni”), Arabów („Informator”) mieszkańców Kaukazu (miniserial „Traffic”) Hindusów („Tysiąc słów”), Kolumbijczyków („Blow”), etc. A jest – uwaga – Maorysem, cenionym w Nowej Zelandii aktorem teatralnym. Prywatnie kibicem Evertonu. W filmach zaczął grać od roli (niespodzianka) Maorysa właśnie w „Fortepianie” który chwaliłem w poprzednim wpisie. Potem oddalił się nieco „geograficznie” od tej roli bo zagrał jednego z bohaterów „Rapa Nui”. A potem to już cały świat przed nim stanął otworem...

Scena warta uwagi

Po dłuższym zastanowieniu prawie każda, w której bierze udział Kerry Washington, filmowa małżonka Murphy'ego z przepięknym uśmiechem. Innych wartych szczególnego wyróżnienia rzeczy nie zauważyłem.

sobota, 26 stycznia 2013

„The Heart Asks Plesure First” z filmu „Fortepian” - Michael Nyman

Nyman to właściwie twórca jednego utworu, choć „Fortepian” nie jest jedynym filmem, do którego tworzył muzykę. Jest jednym z ulubionych kompozytorów Petera Greenewaya, ma własny zespół dla którego ją pisze, jest nawet autorem opery, w dodatku jego córka, Molly również tworzy muzykę filmową (m.in. do „Drogi do Guantanamo” Michaela Winterbottoma). Ale to właśnie ten utwór przyniósł mu sławę i sprawił, że stał się powszechnie znany. Na całym świecie sprzedano 3 mln płyt z soundtrackiem do filmu o niezbyt szczęśliwym (?) nowozelandzkim małżeństwie

Nie tylko ten utwór ale cała muzyka to świetna ilustracja świetnego filmu. „Fortepian” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, zgarnął Oskary dla Jane Campion (najlepszy scenariusz), Holly Hunter (rola żeńska) i 11-letniej wtedy Anny Pacquin (drugoplanowa rola zeńska). Mógłby i inne, ale w 1994 r. konkurencja była piekielnie mocna. Nagrody za film i reżyserię trafiły do twórców „Listy Schindlera”. Sam Nyman, czy choćby świetnie grający Harvey Keitel i Sam Neil, w ogóle nie dostali nominacji. Choć dla dwóch ostatnich to może i lepiej, bo nagradzający akurat przy okazji drugoplanowej roli męskiej chyba na moment potracili głowy, bo dostał ją Tommy Lee Jones za „Ściganego”.



Muzyka może być przekleństwem filmu. Potrafi go zdominować. Można wyliczać przykłady co najmniej solidnych, jeśli nie wybitnych filmów, z których i tak pamięta się najbardziej muzykę. „Rydwany ognia” nie zrobiły takiej kariery jak tytułowy utwór, w „Deszczowej piosence” sam tytuł sugeruje, że całą reszta jest mniej ważna. „Fortepian” tego uniknął. Campion zrobiłą wyjątkowo plastyczny film, z bajecznymi zdjęciami, czwórka głównych aktorów dała z siebie wszystko, a Nyman dołożył muzykę, która wpada w ucho jak rzadko która. Warto pisać muzykę dla takich filmów i warto oglądać filmy z taką muzyką.



niedziela, 20 stycznia 2013

(Artist, 2011)

Reżyseria: Michel Haznavicius

Scenariusz: Michel Haznavicius

Grają (ci istotni): Jean Dujardin, Berenice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Malcolm McDowell

9/10

Film o końcu niemego kina już był. Co można wymyślić poza „Deszczową piosenką”? Francuz Michel Haznavicius wymyślił niemy film o końcu niemego kina. I bardzo się pomyli ten, kto uzna, że jest zwykłym efekciarzem.

„Artysta” to film wyjątkowy, niezwykle błyskotliwy, niepodobny do czegokolwiek, czego można by się spodziewać. Piekielnie trudny do nakręcenia, a techniczne wzorowy. To trudne do wyobrażenia, że film bez dźwięku i bez koloru, może mieć tak piękne zdjęcia. Żadna ze scen nie jest przypadkowa, każdy szczegół wydaje się być przemyślany, choćby scena na schodach ze statystami chodzącymi we wszystkich kierunkach, to po prostu cudo. Haznaviciusowi udało się jednocześnie złapać czarno-biały klimat filmów z międzywojnia i sprawić, że widz, kompletnie nie zwraca uwagi na to, że czegoś może mu brakować. A poza tym to szalenie pogodna historia, którą ogląda się z przyjemnością. Ten film się chłonie, a z kina, czy sprzed ekranu odchodzi się z „bananem” na twarzy. Ja tak miałem.

Mam sentyment do Oscarów. Oskarżana o komercję i obrzucana błotem przez przeintelektualizowanych wielbicieli wietnamskich filmów obyczajowych i kina nowej fali z Madagaskaru gala to dla mnie zawsze pewien sygnał co jest warte obejrzenia. Bywają pomyłki. Nic bardziej nie denerwuje niż np. kilkanaście lat temu Oscar dla „Zakochanego Szekspira”, który był tak kompletnie przeciętnym filmem, że bardziej chyba nie można. Zwykle jednak nominacje i nagrodę zdobywają te, które są dobre. „Artystę” uznano przed rokiem za najlepszy film. Jest pierwszym filmem niemym, który zdobył Oscara od czasu „Wschodu słońca” i „Skrzydeł” nagrodzonych... na pierwszej gali w 1929 r. W sumie zgarnął pięć Oscarów, m.in. Haznavicius dostał nagrodę za reżyserię, Ludovic Bource za muzykę, a Jean Dujardin za pierwszoplanową rolę męską. O całej szafie Złotych Globów, nagród BAFTA, Cezarów i wielu innych nagród już trudno pamiętać. Rzadko jednak zdarza się film, który na to wszystko tak bardzo zasłużył.

Scena warta uwagi:

Nie będę oryginalny, ale świetna jest scena koszmaru głównego bohatera. Valentin zaczyna słyszeć, a my razem z nim. Wszyscy wokół nagle mówią, tylko on nie może wydobyć z siebie głosu. Haznavicius pokazuje jak genialnie można się bawić kinem.

sobota, 19 stycznia 2013

(This Means War, 2012)

Reżyseria: McG

Scenariusz: Timothy Dowling, Simon Kinberg

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Reese Witherspoon, Chris Pine, Til Schweiger, Angela Bassett

3/10

Tak kuriozalna historia może się obronić tylko w komedii romantycznej. A w tym przypadku ledwo daje radę. No więc jest dwóch serdecznych przyjaciół, w dodatku współpracowników, bo obaj są agentami CIA i obaj zakochują się w tej samej dziewczynie. Ona oczywiście nie wie o tym, że się znają, ale romansuje z jednym i z drugim, Oni wiedzą o sobie wzajemnie i postanawiają rozstrzygnąć rzecz podbijając jej serce, oczywiście na gruncie sportowej, męskiej rywalizacji, czyli bez fauli. W międzyczasie łapią niemieckiego terrorystę-internacjonała, ale żeby nie jeździć po świecie (bo dziewczyna przecież jest na miejscu, budżet filmu ograniczony) fabuła dzieje się w Los Angeles. Nie twierdzę, ze nie jest romantycznie, czasem (rzadko) bywa też śmiesznie. Ale ta historia jest tak głupia, że trudno się skupić na wątku romantyczno-komediowym.

Sam fakt, że najlepiej w filmie gra Til Schwieger (Angela Bassett, która bije ich wszystkich na głowę, ma niestety tylko skromny epizodzik), który w Hollywood nie wyszedł poza role Niemców – terrorystów/bandytów/hitlerowców, świadczy o poziomie. Na „A więc wojna” rzuciłem okiem wyłącznie dla Toma Hardy'ego, którego akurat wyjątkowo lubię i któremu współczuję, że trafił do tej – za przeproszeniem - produkcji. Czasem filmy wybiera się źle. Borys Szyc zagrał np. w „Kac Wawie”. Bywa. Ale należy takie wyskoki ograniczać, panie Tomaszu.

Scena warta uwagi:

Przebiegły Heinrich trafia na trop naszych bohaterów po wizycie u londyńskiego krawca, który wskazuje miejsce pobytu tajnego agenta CIA po rzucie okiem na skrawek garnituru (!). Schweiger wzbija się w tej scenie na wyżyny umiejętności aktorskich. Aż dziw, że w „Bandycie” to jakoś nie przeszkadzało.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

(Margaret, 2011)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Anna Paquin, Matt Damon, Mark Ruffalo, Matthew Broderick, Jean Reno

5/10

Córka nie rozumie się z matką, a po dwóch i pół godzinie filmu już się rozumieją. Tyle historii. W tak zwanym międzyczasie oglądamy szereg problemów społecznych (seks nastolatków, aborcja wśród nastolatków, problemy klasowe, absurdy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości), międzynarodowych (konflikt izraelsko-palestyński jako odbicie konfliktu Ameryki i świata muzułmańskiego) i bardzo osobistych (problemy wieku dorastania, niedojrzałość dorosłych) – czyli wszystko to co tak niezmiernie zajmuje lewicujących nowojorczyków (choć nie ma dla nich większego znaczenia), że gotowi są o tym porozmawiać (oj, tak: w tym filmie każdy z każdym rozmawia). Do tego jeszcze ucięta noga i dwie śmierci. Zastanawiacie się jak to wszystko zmieścić w jednym filmie? No da się. Tylko po co?

„Margaret” nie jest złym filmem, tylko przegadanym. Krótszy o jedną trzecią, bez połowy wątków, za to z intensywną opowieścią o drugiej połowie (to ważne, bo film się wlecze, niemiłosiernie), byłby całkiem znośny. Tak jest ledwie strawny. Głównie dzięki drugoplanowym aktorom, którzy bardzo dobrze wypadają w swoich rolach. Ta główna została skrojona dla Anny Paquin, która pokazuje solidne rzemiosło – taka właśnie ma być grana przez nią Lisa. Ale bez błysku. A szkoda.

Scena warta uwagi:

To że twórcy filmu mają mimo wszystko dobre oko ukazuje choćby scena kłótni w szkole o Syrię. Jeśli młodzi Amerykanie rzeczywiście tak się kłócą w liceach o sprawy międzynarodowe, to jest szansa dla świata. Zresztą chyba właśnie „szkolne” sceny w tym filmie wypadają najciekawiej.

sobota, 12 stycznia 2013

(Moonrise Kingdom, 2012)

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson, Roman Ford Coppola

Grają (ci istotni): Edward Norton, Bruce Willis, Bill Murray, Frances McDormand, Tilda Swinton

8/10

Sporo ostatnio na Filmotatniku ósemek, ale film jest świetny. Na nic niżej nie zasługuje. Wes Anderson zrobił film niezwykle pogodny, choć jakby się bliżej przyjrzeć historii głównych bohaterów, to nie ma się z czego śmiać. I z każdym filmem, w którym rewelacyjnie grają dzieci człowiek się zastanawia gdzie znaleziono tę dziewczynkę, która swego czasu grała Ciri w „Wiedźminie”. Nawet jak na „Wiedźmina” był to skandal.

Film jest stylowy. Nie mniej istotny od opowiadanej historii jest sposób w jaki Anderson, bawiący się konwencją co krok, ją opowiada. Na wpół bajkowy, ale ani na moment nie tracący kontaktu z rzeczywistością, nieco dziecięcy, ale rzecz dzieje się mimo wszystko w świecie dorosłych i na ich zasadach. Malowniczo sfilmowany w starannie dobranych plenerach, ale jednak wszystkie miejsca oglądane na ekranie istnieją naprawdę. Anderson zresztą lokacji szukał przez Google'a, w końcu trafił na Rhode Island. Tylko wnętrze domu Suzy jest stworzone od podstaw.

Scena warta uwagi:

Śmierć Snoopy'ego. - Sukinsyny, trafili go prosto w kark. - Czy był dobrym psem? - Któż mógłby to powiedzieć? Ale nie zasługiwał na śmierć... Po czym zacięta mina, strzała ciśnięta z wściekłością w ziemię i wyjście.

P.S. Warto też zaczekać do końca napisów.

wtorek, 08 stycznia 2013

(True Romance, 1993)

Reżyseria: Tony Scott

Scenariusz: Quentin Tarantino, Roger Avary

Grają (ci istotni): Christian Slater, Patricia Arquette, Gary Oldman, Samuel L. Jackson, Dennis Hopper, Christopher Walken, James Gandolfini, Tom Sizemore, Chris Penn, Val Kilmer, Brad Pitt

8/10

Najlepsze filmy w USA powstawały tak mniej więcej między połową lat osiemdziesiątych, a połową lat dziewięćdziesiątych. Lepszego filmu niż ten Tony Scott nie nakręcił nigdy. Duża w tym zasługa scenariusza napisanego wspólnie przez Quentina Tarantino i Rogera Avary'ego. O filmie przypomniał mi znajomy, który niedawno obejrzał go po raz pierwszy. Aż dziwne, bo ja go widziałem tak z pięć razy, przy różnych okazjach.

Historia jest banalna, nie o nią chodzi, a o zabawę konwencją. I o całą zgraję aktorów i znanych i takich którzy dopiero potem staną się znani. Jak nie lubić filmu, w którym na samym początku giną Samuel L. Jackson i Gary Oldman, Christopher Walken gra gangstera, a Brad Pitt epizodzik. Jakby Tony Scott w całej reszcie filmów nie był taki nad wyraz poważny, robiłby je lepsze.

Scena warta uwagi

Wybór nie był łatwy. Floyd grany przez wspomnianego Brada Pitta leży upalony na kanapie, przychodzą do niego gangsterzy szukając głównych bohaterów. Absolutne mistrzostwo. Najlepsza rola Brada Pitta.

Pytanie-bonusik

Kto spostrzegawczy zgadnie (nie zaglądając wcześniej na wikipedię, czy do imbeda) kogo zgrał w „Prawdziwym romansie” Val Kilmer? Pytanie dla tych, co wiedzą kogo w „Czterech pokojach” grała Salma Hayek.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi