piątek, 31 stycznia 2014

(August: Osage County, 2013)

Reżyseria: John Wells

Scenariusz: Tracy Letts (na podstawie własnej sztuki pod tym samym tytułem)

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Julia Roberts, Chris Cooper, Ewan McGregor, Juliette Lewis, Benedict Cumberbatch, Sam Shepard

8/10

Doskonały film, na którą to doskonałość składa się kombinacja dwóch elementów. Po pierwsze Tracy Letts stworzył fascynujący tygiel z tuzinem wyjątkowych charakterów. Prawie wszystkich w tym filmie poznajemy jako osoby, które zasługują na szacunek, ale i mają się czego wstydzić. Wymyślenie postaci to jedno. Skomponowanie z nich sieci wzajemnych zależności, uczuć, pretensji, etc. to drugie. Nie ufam historiom napisanym na deski teatru, które potem są przenoszone na ekran. Ale scenarzysta, a wcześniej dramatopisarz, stworzył wciągającą fabułę. I nawet jeśli w pewnym momencie rodzinne tajemnice robią się niepotrzebnie zbyt sensacyjne, to jest to drobiazg. Spośród dziewięciu nominowanych do Oskara filmów, widziałem póki co trzy. „Sierpień...” który nominacji nie dostał, jest lepszy od każdego z nich.

Za to dam sobie rękę uciąć, że za miesiąc statuetkę odbierze Meryl Streep. Bo drugim elementem, który w kombinacji z pierwszym tworzy jeden z najlepszych, a może najlepszy film mijającego roku, są aktorzy. Streep, jako uzależniona od leków matka rodziny błyszczy, lśni, hipnotyzuje. Nie skradła całego filmu tylko dlatego, że świetną rolę gra też Julia Roberts (też nominowana), a pozostali trzymają wysoki poziom. Ale „Sierpień...” to jej fenomenalny popis i choćby (ale nie tylko) warto iść do kina.

Scena warta uwagi:

Zanotujcie sobie, jeśli jeszcze nie widzieliście filmu. Modlitwa przed obiadem w czasie stypy po pogrzebie Beverly'ego Westona. Ta scena, jednocześnie zabawna i uderzająca, jest wzorowym połączeniem gry aktorskiej, prowadzenia aktorów przez reżysera, zdjęć i montażu. Powinna być pokazywana studentom na reżyserii, jako materiał szkoleniowy.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

(Who Framed Roger Rabbit, 1988)

Reżyseria: Robert Zemeckis

Scenariusz: Jeffrey Price, Peter S. Seaman (na podstawie „Who Censored Roger Rabbit” Gary'ego K. Wolfa)

Grają (ci istotni): Bob Hoskins, Christopher Lloyd

8/10

Co prawda obejrzałem po raz pierwszy, ale to na tyle znany film, że nie ma co opisywać, o co chodzi. W każdym razie to film jedyny w swoim rodzaju, który zapoczątkował renesans animacji. Warto tylko wspomnieć, ze zgarnął zestaw oskarów w kategoriach technicznych (nie mogło być inaczej) a zainwestowane 70 mln dol zwróciło się producentom prawie pięciokrotnie. Co najważniejsze, ten film to kopalnia historii związanych z jego kręceniem. Wszystkie się tu nie zmieszczą. Mnie bardzo zdziwiło, że głównym producentem nie było Warner Bros., choć to animki w stylu tej wytwórni odgrywają w filmie główną rolę, ale wytwórnia Walta Disneya. To oni namówili do współpracy wytwórnię Amblin Entertainment, z kolei jej główny udziałowiec Steven Spielberg pogadał z kilkoma wytwórniami w tym Warnerem (Królik Bugs, itd.), MGM (m.in. Droopy), czy Universalem (m.in. Woody Woodpecker). Wytwórnie nie miały wpływu na kształt filmu, ale w kilku przypadkach negocjowano charakter epizodów z konkretnymi postaciami, np. to, że we wspólnych scenach pojawią się Kaczor Donald i Duffy, oraz Myszka Miki i Królik Bugs. Ostatecznie do filmu nie trafili m.in. dobry duszek Kacper, Popeye, czy Tom i Jerry.

Samo pisanie scenariusza, luźno opartego na powieści „Who Censored Roger Rabbit”, też pełne jest ciekawych historii. Wątek wykupywania firm tramwajowych przez „Cloverfield” został wzięty z nigdy nie nakręconej, ostatniej części trylogii, na którą miały się składać „Chinatown” i „Dwóch Jake'ów” (ten drugi film – wyreżyserowany przez Jacka Nicholsona - okazał się klapą). Price i Seaman nie mogli się zdecydować, kto będzie „czarnym charakterem” więc powstały różne wersje scenariusza, w których jest nim Jessica albo Herman. Postać sędziego Dooma dopisano na końcu. Początkowo miał być myśliwym, który zastrzelił jelonka Bambi, ale wytwórnia Disneya nie zgodziła się na to.

Scena warta uwagi:

Właściwie każda, w której aktorzy grają z animkami. Film nakręcono przed erą komputerów, więc najpierw aktorzy grali do manekinów, następnie animki „domalowywano”. Czasem zgrywają się dobrze, czasem gorzej. Robert Fleischer, którego głosem mówi Królik Roger, podczas nagrań przebierał się w swoją postać, by lepiej wejść w rolę.



niedziela, 26 stycznia 2014

(Gangster Squad, 2013)

Reżyseria: Ruben Fleischer

Scenariusz: Will Beall (na podstawie „Tales from the Gangster Squad” Paula Liebermana)

Grają (ci istotni): Sean Penn, Ryan Gosling, Josh Brolin, Giovanni Ribisi, Nick Nolte, Emma Stone, Michael Pena

5/10

Jeśli podobali wam się „Wrogowie publiczni” to w tym wypadku znowu zobaczycie facetów w kapeluszach z tommy-gunami i sceny strzelanin kręcone w wysokiej rozdzielczości. Na tym podobieństwa zaczynają się kończyć, bo o ile Michael Mann zrobił swój film z dbałością o szczegóły, to tu mamy komiksową historię o policjancie-mścicielu, co się go kule nie imają, i o jego wesołej gromadce. Razem rozprawiają się z szefem mafii w Los Angeles. Główni bohaterowie mieli swoje odpowiedniki w rzeczywistości, ale nie powiedziałbym, że to historia oparta na faktach. To po prostu taki film sensacyjny z gwiazdorską obsadą (np. Sean Penn naprawdę się stara, na niego warto popatrzeć), który z nudów można obejrzeć. Ale nie trzeba. Jak ktoś ma ochotę na film w tym klimacie, niech obejrzy „Tajemnice Los Angeles”, „Hollywoodland”, albo odgrzebie „Chinatown”.

Niestety scenariusz, a przede wszystkim cała zgraja fajnych aktorów, trafił w ręce reżysera od reklamówek i teledysków. To trzeci pełnometrażowy film Ruben Fleischera. Dwa poprzednie były komediami. I choć ten pierwszy – „Zombieland” – był całkiem fajny, to człowiek za kamerą nie rokował zbyt dobrze. I wyszło to, czego można się było spodziewać.

Scena warta uwagi:

Ciekawe, że „Gangster Squad. Pogromcy mafii” miał trafić do kin w połowie 2012 r. A trafił dopiero w styczniu 2013 r. Wszystko z powodu strzelaniny w kinie w Aurora w stanie Kolorado. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w oryginale główna strzelanina w filmie miała się odbywać właśnie w kinie. Twórcy woleli poczekać pół roku, przemontować film i dograć główne sceny, żeby tylko uniknąć skojarzeń z prawdziwą jatką. Ostatecznie główna strzelanina odbywa się w Chinatown.



czwartek, 23 stycznia 2014

(I, Frankenstein, 2013)

Reżyseria: Stuart Beattie

Scenariusz: Stuart Beattie (na podstawie komiksu Kevina Grevioux)

Grają (ci istotni): Aaron Eckhart, Bill Nighy, Yvonne Strahovski, Miranda Otto

2/10

W kinie emocje wzbudził moment, w którym wszystko zmierzało do sceny miłosnej. Było to emocjonujące, gdyż byłaby to scena z udziałem standardowej w tego typu filmach ładnej dziewczyny i zwłok, gdyż główny bohater, jak sam zresztą o sobie wspomniał, składa się z ośmiu ciał. Scenarzyści jednak najpewniej doszli do wniosku, że nekrofilia na ekranie zakwalifikowałaby film w USA do kategorii NC-17, dzieci nie poszłyby na film i nic by nie zarobili. Skończyło się na nagim od pasa w górę Eckharcie z widocznym szwem.

Więcej skoków ciśnienia film nie wzbudza. Nie liczcie że zobaczycie cokolwiek, czego nie widzielibyście w tego typu produkcjach dziesiątki razy. To właściwie skrzyżowanie „Underworld” z „Matrixem”. Standardowy superbohater, tutaj nieżywy, choć przeżywajacy – Eckhart, ładna dziewczyna – Strahovski, zły – Nighy. I właściwie tylko tego ostatniego trochę żałuję, ale już się przyzwyczaiłem, że porządne role, na miarę talentu, przeplata chałturzeniem. W każdym razie „Ja, Frankenstein” zaczął mnie nudzić po pięciu minutach. Jeśli macie zamiar wybrać się na to do kina, idźcie do parku, gdziekolwiek. Stanowczo odradzam.

Scena warta uwagi:

Laboratorium, białe fartuchy, oświetlenie ledowe. W plątaninie kabli martwy szczur, przez którego płynie prąd. - Dwa razy więcej mocy! - Nie mogę! - Zrób to! - Ale to go zabije! - I tak jest martwy!



niedziela, 19 stycznia 2014

(Captain Phillips, 2013)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenarusz: Billy Ray (na podstawie „A Captain's Duty” Richarda Phillipsa)

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Barkhad Abdi

7/10

Główny bohater świetnej książki Arturo Pereza Reverte „Cmentarzysko bezimiennych statków”, kapitan Coy, raczej pesymista, dowodzi, że romantyzm żeglugi po oceanach dawno zginął. Statki mają wyznaczone kursy, których kapitanowie muszą po prostu pilnować wioząc towar z punktu A do punktu B. Ale w filmie statki trzymają się mocno i prezentują bardzo fotogenicznie. Kto nie wierzy, polecam obejrzeć choćby „Kontrabandę”, albo jej islandzki pierwowzór „Reykjavik-Rotterdam”. „Kapitan Phillips” też wyróżnia się zdjęciami i muzyką. To ładny film.

Sama historia jest wciągająca, również dlatego, że scenarzysta i reżyser zastosowali chwyt, który zwykle się sprawdza, tzn. pokazali historię z dwóch punktów widzenia. To nie jest „Helikopter w ogniu, gdzie dzielni żołnierze wyrzynają pół Mogadiszu (fakt, ze efektownie). Tutaj mamy dwóch głównych bohaterów – Phillipsa i herszta piratów Abduwali'ego Muse – i obserwujemy dwugodzinną grę nerwów między jednym i drugim. Co prawda piraci mają karabiny, ale jest ich tylko czterech, więc całą zawierucha może się skończyć źle dla każdej ze stron. W istocie to dość sprawnie sfilmowana historia o zdobywaniu przewagi. Jeśli mam się do czegoś przyczepić to tylko do tego, że nie sądzę, by piraci z Puntlandu nazywali samych siebie „Somalijczykami”, ale może się mylę.

Scena warta uwagi:

Na samym końcu jest dość długa scena gdy Phillips trafia do lekarza. Na pierwszy rzut oka banalna, ale ta jedna scena wskazuje, mistrzostwo Toma Hanksa. Zawsze w takiej sytuacji wyobrażam sobie aktora, który przyjeżdża na plan, pije kawę, a potem gdy jest ujęcie momentalnie zmienia się w roztrzęsionego kapitana statku, który przed chwilą umknął niebezpieczeństwu. Hanks jest w tym filmie świetny. Nominacji do oskara nie dostał, otrzymał ją za to za rolę drugoplanową Barkhad Abdi, ale to raczej Hanks powinien walczyć o statuetkę.



Tagi: Tom Hanks
16:25, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »

(Enen, 2009)

Reżyseria: Feliks Falk

Scenariusz: Feliks Falk, Agnieszka Holland

Grają (ci istotni): Borys Szyc, Grzegorz Wolf, Krzysztof Stroiński, Magdalena Walach

6/10

Jak to jest, że jak zdarzy się w Polsce film z dobrym pomysłem, a mam wrażenie, że po kilkuletnim okresie posuchy od jakiegoś czasu jest ich coraz więcej, to wiele z nich ma problem z zakończeniem? „Enen” bardzo mnie rozczarował, bo choć Feliks Falk rozwija ciekawą historię, to w którymś momencie kończy się ona jak ucięta nożem i co? I nic. Widz zostaje z rozłożonymi rękami. A tu akurat mamy historię pacjenta szpitala psychiatrycznego, o którym nie wiadomo skąd się wziął. Młody lekarz bierze się za rozwiązanie zagadki. Taki film szpitalno-detektywistyczny. I w końcu odkrywa tożsamość tytułowego enena, tylko co z tego wynika, to już się, widzu, nie dowiesz.

Falk zapewnił sobie miejsce w polskiej historii kina i status jednego z głównych reżyserów nurtu moralnego niepokoju „Wodzirejem”. Właściwie po tym filmie nie musiałby już kręcić żadnego innego, każdy zresztą z tamtych reżyserów ma swój film manifest (Kieślowski „Amatora”, Holland „Aktorów prowincjonalnych”, Zanussi „Barwy ochronne”, itd.). „Enen”, według słów samego reżysera, miał być również filmem o człowieku w nieprzyjaznym otoczeniu. W tym wypadku o nietolerancji wobec chorego. I trochę jest, ale bez takiego bicia po oczach jak w przypadku „Wodzireja”. Tutaj dużo ciekawszy jest wątek detektywistyczny, wciągający, tyle że zmarnowany zakończeniem. Ale nie wynudziłem się. Do obejrzenia.

Scena warta uwagi:

Niezła i dobrze zagrana jest scena pierwszego spotkania Grota i Ambroziaka. Bardzo naturalna, głównie dzięki Krzysztofowi Stroińskiemu, który gra tego drugiego. Stroiński to dobry aktor, bez dobrej roli. No ale cóż. Marian Dziędziel musiał czekać na „swojego” reżysera, to może i jemu się trafi?

czwartek, 16 stycznia 2014

(Nymph()maniac, 2013)

Reżyseria: Lars von Trier

Scenariusz: Lars von Trier

Grają (ci istotni): Charlotte Gainsbourg, Stellan Skarsgard, Shia LaBeouf, Uma Thurman, Stacy Martin, Christian Slater

5/10

Scena warta uwagi jest zwykle na końcu notki, ale tym razem od niej zacznę, bo rzuca na kolana. Fragment filmu z udziałem Umy Thurman jest świetny. Scena jest tak absurdalna i groteskowa, że choćby dla niej warto „Nimfomankę” zobaczyć. To nie tylko popis aktorki, ale też doskonale wyreżyserowany epizod. Zostaje w pamięci, bo granica między tym co tam komediowe, a tragiczne jest bardzo cienka, a widz zostaje w konfuzji, jak właściwie powinien zareagować.

Co do reszty to jest już gorzej. A najgorzej jest na końcu, który jest właściwie środkiem filmu, co jest irytujące (by nie użyć innego słowa, które ciśnie się na usta). Nie podejrzewam, że to zabieg Von Triera, by wyciągnąć od widzów w kinach dwa razy więcej pieniędzy, choć np. Peter Jackson stosuje go z pasją. Raczej nieumiejętność reżysera do skrócenia materiału filmowego, tak by złożyć z niego jeden, strawny dla widza trzygodzinny film. Akurat umiejętność skracania własnego dzieła, jest dość istotna i przydatna również w kinie, a akurat z pięciu historii, które składają się na część pierwszą „Nimfomanki”, z dwóch można by swobodnie zrezygnować, bez szkody dla ciekawej skądinąd fabuły. Tymczasem Duńczyk nie tylko serwuje dwie części filmu, ale jeszcze straszy wersją reżyserską, przygotowaną na festiwal w Berlinie, która ponoć zawiera to, co kazano mu wyrzucić, żeby skrócić materiał do dwóch filmów.

Scena warta uwagi:

Wskazałem ją już na początku, więc tu niewielka dygresja. W jednym z ostatnich wydań „Polityki” jest rozmowa z reżyserem Lechem Majewskim, który narzeka nieco na współczesne kino. Według niego zamiast prosto opowiadać historie, poszło w efekciarstwo. Wymienia reżyserów, m.in. Almondovara, Lyncha i właśnie Von Triera. Z tym ostatnim przyznaję mu rację. Trier cyzeluje sceny (jednak sporo w tym filmie jest perwersji i dosłowności, nie tylko jeśli chodzi o seks, co ciekawe – zaskoczyło mnie to - genitalia aktorów, zostały dodane cyfrowo), są dopracowane. Ale ich dokładność niewiele wnosi do fabuły. Ot, przerost formy nad treścią. Mnie „Nimfomanka” nie zachwyciła.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

(The Host, 2013)

Reżyseria: Andrew Niccol

Scenariusz: Andrew Niccol (na podstawie powieści Stephenie Meyer „The Host”)

Grają (ci istotni): Diane Kruger, William Hurt, Saoirse Ronan

3/10

Film na podstawie powieści Stephenie Meyer, tej od „Zmierzchów” i innych takich wampirzych rzeczy. Jakoś do tej pory zarówno wspomniane filmy jak i tym bardziej twórczość literacka pani Meyer mnie ominęła i po seansie raczej nie będę jej szukał z wypiekami na twarzy. Zmarnowałem dwie godziny. „Intruz” to przenudne, absurdalne romansidło, w którym logiki w postępowaniu głównych bohaterów trzeba szukać z lupą, i do którego nie wiedzieć jakim cudem zaangażowano Diane Kruger i Williama Hurta, czyli aktorów których lubię, a także Andrew Niccola. Ten ostatni wyreżyserował choćby całkiem przyzwoitą „Gattacę”, bardzo lubianego przeze mnie „Pana życia i śmierci”, i napisał „Truman Show”.

Co go podkusiło, by się zająć tą historią, nie wiem. W skrócie. Ziemię opanowali kosmici, którzy traktują ludzi jak pasożyty żywicieli. Garstka się opiera. M.in. główna bohaterka Melanie, która jednak zostaje złapana i „przemieniona”. Okazuje się że „obca” o imieniu Wanda wciąż ma w sobie Melanie, która do niej mówi. Splot rozmaitych przypadków powoduje, że kosmitka zakochuje się w niejakim Ianie, ale siedząca jej w głowie Melanie wciąż kocha niejakiego Jareda (ciekawe ile miłości potrafi zmieścić pisarka Meyer w jednej bohaterce?). Wszyscy oczywiście bardzo to przeżywają wewnętrznie i zewnętrznie, scena łóżkowa odbywa się w bieliźnie, przez bite dwie godziny romantyzm podkreśla spokojna, usypiająca muzyka i wszystko kończy się dobrze dzięki miłości i dobru które tkwi w każdym człowieku i wielu kosmitach.

Omijajcie.

Scena warta uwagi:

Gdy kończy się film, na napisy końcowe rozbrzmiewa piosenka „Radioactive” Imagine Dragons. Ta sama, która była w trailerze, i dla której w zasadzie zdecydowałem się na obejrzenie filmu. Ten moment seansu jest przyjemny z dwóch powodów. Po pierwsze gra fajna muzyka, po drugie film się kończy.

niedziela, 12 stycznia 2014

(Gravity, 2013)

Reżyseria: Alfonso Cuaron

Scenariusz: Alfonso Cuaron, Jonas Cuaron

Grają (ci istotni): Sandra Bullock, George Clooney, Ed Harris

8/10

„Cuaron (i jego syn) każą bowiem swojej bohaterce pokonywać kolejne przeszkody nie do pokonania, mnożą trudności i zagrożenia zgodnie z formułą 'jak już jest OK, to zaraz musi być fatalnie' (na końcu brakuje tylko rekina)” - pisał w recenzji „Grawitacji” Paweł Mossakowski, po czym i tak – mimo wytkniętego nienadzwyczajnego scenariusza – dał filmowi pięć gwiazdek. I słusznie, a scenariusza czepiał się niepotrzebnie, bo to świetny film. Wciągający jeśli chodzi o fabułę i olśniewający jeśli chodzi o stronę techniczną (co zresztą recenzent „Gazety” zauważył). Słyszałem o nim wiele dobrego i się nie zawiodłem. Do zdjęć jakich w kinie sobie nie przypominam dodano doskonałą muzykę (lepiej powiedzieć „efekty dźwiękowe”). Choć Cuaron przyznawał, że jego film to nie dokument, to za realizm dostał pochwały od ekspertów, nawet byłych astronautów. Wytknięte błędy albo są drobiazgami, albo można je na kilka sposobów zinterpretować.

Nie ukrywam, że patrzyłem na „Grawitację” trochę przez pryzmat szans oskarowych, bo to w końcu jeden z faworytów. I co z tego patrzenia wynikło? Statuetka za efekty specjalne i za zdjęcia zupełnie mnie nie zaskoczy (za muzykę już jakiś czas temu przyznałem ją „Wielkiemu Gatsby'emu”). Nie wiem czy zasłużyła na nagrodę za najlepszy film, ale stawianie pieniędzy na to, że Cuaron dostanie Oskara za reżyserię, a Bullock za rolę żeńską może być stosunkowo bezpieczne. Zobaczymy. Tę notkę piszę zresztą na kilka godzin przed rozdaniem Złotych Globów i jestem bardzo ciekawy efektu. Nominację dostał film, autor muzyki Steven Price, Cuaron za reżyserię i Bullock.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę najbardziej wzruszająca jest ta gdy pani dr Ryan Stone siedząc w Sojuzie rozmawia sama ze sobą i płacze, a łzy – jak to w kosmosie – nie płyną jej po policzku. Spokojna, cicha i hipnotyzująca. Właściwie prawie cały film jest taki. Można siedzieć i chłonąć.



(The Insider, 1999)

Reżyseria: Michael Mann

Scenariusz: Eric Roth, Michael Mann

Grają (ci istotni): Al Pacino, Russell Crowe, Christopher Plummer

8/10

Michael Mann i wszystko jasne. Trudno mi wskazać film tego reżysera, któremu dałbym ocenę niższą niż 7 czy 8. „Informator” jest świetny choćby dlatego, że prawie każda scena w ciągu ostatnich 30-40 minut, mogłaby być sceną kończącą. Każda szarpie istotny nerw, zawiera pytanie czym są media, jaką pełnią rolę i jak powinien zachować się dziennikarz. W dodatku fabuła jest skonstruowana tak, by odpowiedzi na powyższe pytania nie były, ani łatwe, ani jednoznaczne. Mann zrobił film o sprawach ważnych, bez zadęcia, a to piekielnie trudne. A najbardziej poruszające jest to, że prosta w sumie historia - o tym, że mówienie prawdy, istotnej społecznie, może w kraju uchodzącym za ostoję wolności być powstrzymywane przez najbardziej perfidne działania - jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Pacino, Crowe i Plummer grają rzeczywiste postacie, pod ich rzeczywistymi nazwiskami, głównych bohaterów afery tytoniowo-medialnej z połowy lat 90-tych. „Informator” poniósł finansową klapę, młodzieży zapełniającej kina nie zachwycił (ktoś policzył, że widownia w USA miała średnio ponad 40 lat), ale krytyków porwał. Dostał siedem nominacji do Oskara, choć żadnej statuetki.

Osobny akapit należy się Alowi Pacino. Zwierzę filmowe. Po prostu aktor, który mógłby grać doniczkę pod pelargonią i to wystarczy, by dla tej roli iść na film do kina. Takich nie jest wielu. Pierwszoligowiec, który mimo swojego statusu jest moim zdaniem niedoceniany. Aż mnie zaskoczyło, gdy sprawdziłem, że dopiero ósma (!) nominacja do Oskara dała mu statuetkę (w 1992 r. dostał ją za główną rolę w „Zapachu kobiety”). W przypadku „Informatora” nominację dostał Crowe. Pominięcie Pacino, to błąd i niesprawiedliwość.

Scena warta uwagi:

Jak wspomniałem film należy oglądać uważnie, bo im bliżej końca, tym ich więcej. Mi się podobała ta w biurze Donna Hewitta, gdy Bergman już wie, że wywiad z Wigandem nie zostanie wyemitowany, ale zaskakuje go „zdrada” ze strony Wallace'a. Ta scena musiała mieć miejsce naprawdę. Pewnie nie różniła się prawie niczym od tego, co zostało zagrane.



 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi