poniedziałek, 26 stycznia 2015

(Birdman or [The Unexpected Virtue of Ignorance], 2014)

Reżyseria: Alejandro Gonzalez Inarritu

Scenariusz: Alejandro Gonzalez Inarritu, Nicolas Giacobone, Alexander Dinelaris, Jr., Armando Bo

Grają (ci istotni): Michael Keaton, Edward Norton, Emma Stone, Naomi Watts, Andrea Risenborough, Zach Galifianakis, Amy Ryan

9/10

Rewelacja! Rewelacja! Rewelacja! Nie tylko powinien otrzymać Oscara za najlepszy film, najlepszą reżyserię, scenariusz, zdjęcia, role, ale nawet za najlepszy montaż dźwięku, cokolwiek to znaczy. Już dawno nie siedziałem w kinie z takim uśmiechem na twarzy, tylko czekając co się zdarzy za chwilę. Ten film to czysta przyjemność!

Wyobraźcie sobie, że nagle macie coś do zrobienia i nie musicie się niczym przejmować, możecie sami sobie wymyślić jak zadanie zrealizujecie, a waszym ograniczeniem jest wyłącznie wasza wyobraźnia. Oglądając „Birdmana” nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że producent powiedział do Inarritu: „masz tu Meksykaninie tyle pieniedzy ile chcesz, weź sobie do obsady kogo chcesz, kręć gdzie chcesz, tylko wymyśl coś fajnego i sky is the limit”. No i ten wymyślił film, który po napisaniu scenariusza wydawał się tak odjechany, że nie do zrealizowania. Ale to nie wszystko. Aktorzy, którzy mieli szczęście w nim zagrać dostali role, dzięki którym mogli poszaleć i to wykorzystali. Nie tylko Michael Keaton. Bajeczny jest Edward Norton, równie świetna jest uwielbiana przeze mnie Emma Stone. Zjawiskowa jest praca kamery, dzięki której film wydaje się nakręcony jednym ujęciem. Świetnie dopasowana do scen i całego klimatu filmu jest muzyka, która składa się głównie z dzwięków perkusji („Whiplash”? A co to jest „Whiplash”?). Nie dostała nominacji tylko dlatego, że akademia dopatrzyła się zbyt dużej ilości klasycznych kawałków, a nie napisanych wyłącznie dla filmu.

Historia byłego gwiazdora Hollywood, który wreszcie chce zrobić coś aktorsko rzeczywiście wartościowego, więc za własne pieniądze wystawia na Broadwayu literaturę Raymonda Carvera, to coś dużo głębszego niż prosta satyra. To perfekcyjnie poprowadzona fabuła (pamiętajcie – jedno ujęcie), z błyskotliwymi dialogami, ciągłym manipulowaniem tym co rzeczywiste, a tym co siedzi w głowie bohatera i wreszcie z dziesiątkami odwołań do popkultury, sztuki wysokiej i tej trochę niższej. Keaton gra samego siebie - co wie już chyba każdy, kto gdzieś tam cokolwiek o „Birdmanie” słyszał. A 45-letni Norton, dość regularnie w tym filmie się obnażający, który w którymś momencie, po kolejnej kłótni z głównym bohaterem krzyczy za nim „kogo weźmiesz na moje miejsce? Ryana Goslinga?”, to niby nie?

Scena warta uwagi:

Wszystkie. A mi najbardziej podobają się dwie na dachu/tarasie teatru. W obu jest Emma Stone, sam taras jest super fajny (chciałbym mieć taki taras), i jeszcze padają tam istotne słowa.

P.S. Oscarowe odliczanie właściwie można by chyba skończyć. Nie wyobrażam sobie, żeby to, co zostało było lepsze od „Birdmana”...

1. Birdman 9/10
2. Boyhood 8/10
3. Grand Budapest Hotel 7/10
4. Whiplash 7/10
5. Gra tajemnic 5/10

czwartek, 22 stycznia 2015

(Imitation Game, 2014)

Reżyseria: Morten Tyldum

Scenariusz: Graham Moore

Grają (ci istotni): Benedict Cumberbatch, Keira Knightley, Mark Strong

5/10

Ze wszech miar przeciętny film. Nie w znaczeniu „zły”, ale właśnie taki, któremu brakuje czegokolwiek, by się wyróżnić. Cumberbatch gra (bardzo porządnie) genialnego matematyka Alana Turinga, który w czasie wojny zbudował maszynę łamiącą kod Enigmy, a przy okazji był gejem, co nieco przeszkadzało mu w pracy, ale to dobry aktor i niczego innego bym się nie spodziewał. Na tym kończą się ewentualne fajerwerki. „Gra tajemnic” okazała się kasowym sukcesem, bo to bardzo porządnie zrobione, lekkie, łatwe i przyjemne kino. Pełne spokojnego angielskiego humoru, które jednocześnie trzyma widza w przekonaniu, że właśnie ogląda coś poruszającego szereg istotnych problemów, takich np. jak dyskryminacja ze względu na orientację seksualną, miłość bez przyszłości, czy geniusz przy pracy nieprzystosowany do społeczeństwa. Tylko że filmów o tym było mnóstwo, a tematy są tak oklepane, że aż nudne. Obejrzyjcie „Piękny umysł”, dodajcie wątek geja, zabierzcie wszelkie dwuznaczności i ciekawe wątki poboczne – wyjdzie wam „Gra tajemnic”.

Nawet najciekawszy wydawałoby się pomysł na poprowadzenie historii, czyli próba odkrycia gdzie kończy się mechanizm nazywany „człowiekiem”, a zaczyna „myśląca” maszyna i czym, jeśli czymkolwiek, różni się mózg od komputera, gdzieś się w filmie gubi. Turing, geniusz, choć emocjonalnie upośledzony, wydawałby się idealnym bohaterem takiej opowieści. Tymczasem dostajemy letnią opowieść o szyfrantach walczących z Hitlerem oraz niezrozumianym i skrzywdzonym po wojnie geniuszu. W sam raz do TVN-u w piątkowy wieczór.

Scena warta uwagi:

Jedna z kilku rzeczywiście interesujących rozgrywa się tuż po złamaniu kodu, gdy nagle zespół Turinga posiadł de facto boską możliwość decydowania o życiu i śmierci i znalazł się w sytuacji, której się nie spodziewał. To całkiem dobra scena. Szkoda, że jest ich w tym filmie tak mało.

P.S. W oscarowym odliczaniu „Gra tajemnic” ląduje na samym końcu, bo wg Filmotatnika to pomyłka, że w ogóle się w tej stawce znalazła.

1. Boyhood 8/10
2. Grand Budapest Hotel 7/10
3. Whiplash 7/10
4. Gra tajemnic 5/10

wtorek, 20 stycznia 2015

(Boyhood, 2014)

Reżyseria: Richard Linklater

Scenariusz: Richard Linklater

Grają (ci istotni): Patricia Arquette, Ethan Hawke

8/10

To bardzo amerykański film. Taki, w którym wielu widzów z tamtej strony oceanu może zobaczyć kawałek swojego życia. Już to stawia go wśród faworytów do zdobycia Oscara (Złotego Globa już zgarnął), choćby nie był najlepszy w stawce. Ale to też film brawurowy, który robi wrażenie zarówno pomysłem, jak i ogromem pracy jaki w niego włożono. Takiego filmu po prostu wcześniej nie było. Linklater zaczął zdjęcia mając zarys tego jak historia powinna się potoczyć i jak się ma skończyć, ale przecież mnóstwo rzeczy przez 12 lat zdjęć mogło spowodować, że to się nie uda. Od najbardziej prozaicznych, jak śmierć kogoś z ekipy (sam reżyser wymógł na Ethanie Hawke'u, że ma go skończyć, gdyby coś mu się stało), bankructwo wytwórni, po sytuację gdy grający Masona juniora Ellar Coltrane powiedziałby w którymś momencie, że mu się znudziło i więcej nie gra. Obsada nie podpisała kontraktów, bo amerykańskie prawo zabrania podpisywać umów dłuższych niż siedmioletnie. Tymczasem nic takiego się nie stało. W dodatku powstał film niesamowicie spójny, płynny, po którym nie widać, że był kręcony raz na pół roku, a kolejne sceny Linklater rozpisywał zwykle wieczorem przed zdjęciami.

Nie ukrywam, że wydawało mi się, że pomysł na sfilmowanie życia rodziny przez kilkanaście lat jest efekciarski. Ale wyszedł. Im dłużej oglądałem „Boyhood” tym bardziej mi się podobał. To naprawdę niezwykłe móc obserwować grającą Olivię Patricię Arquette rozmawiającą z siedmioletnim synem o tym skąd się biorą osy, a potem tę samą (czy raczej właśnie – nie tę samą) Arquette gdy jej filmowy syn stoi na granicy dorosłości i rozmawiają o sprzedaży domu. Nie tylko dzieci w tym filmie się zmieniają. A zmieniają się w sposób niesamowity. Arquette i Hawke też. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oglądam swoją przeszłość i jednocześnie przyszłość, a to wszystko w ciągu niecałych trzech godzin i to fascynujące. Nie wiem, czy „Boyhood” to film na Oscara, w stawce zeszłorocznej pewnie byłby gdzieś w środku rankingu, ale zdecydowanie ma coś, czym się wyróżnia. Polecam.

Scena warta uwagi:

Nie jestem w stanie wyróżnić jednej. Cały film składa się ze scen, które robią gigantyczne wrażenie w odniesieniu do pozostałych. Jeśli przez moment zapomnicie o przyglądaniu się głównym bohaterom, to zwróćcie uwagę, jak przez 12 lat zmieniała się Ameryka. To nie jest film akurat o tym, ale to też widać.

P.S. Trzy z ośmiu nominowanych filmów już widziałem, więc można ruszyć z rankingiem, podobnym jak w zeszłym roku, a więc kogo Filmotatnik wyróżniłby Oscarem za najlepszy film, gdyby go przyznawał. Rzecz jasna do ceremonii Filmotatnik spróbuje obejrzeć wszystkie nominowane. „Boyhood” na razie na pierwszym miejscu. A wygląda to tak:

1. Boyhood 8/10
2. Grand Budapest Hotel 7/10
3. Whiplash 7/10

niedziela, 18 stycznia 2015

(Relatos salvajes, 2014)

Reżyseria: Damian Szifron

Scenariusz: Damian Szifron

Grają (ci istotni): Dario Grandinetti

7/10

„Gniew i zemsta fatalnie wpływają na ciśnienie i trawienie. Wybaczenie jest dobre dla zdrowia” - mawiał ponoć biskup Desmond Tutu i taka postawa zapewniła mu trzydzieści lat temu pokojowego Nobla. Bohaterowie filmu Szifrona tych słów do serca sobie nie wzięli i taka postawa zwykle kończy się dla nich źle, niekiedy tragicznie. „Dzikie historie” to sześć niezwiązanych ze sobą opowieści, których wspólnym mianownikiem jest zemsta, a przy okazji furia jaką mogą w zwykłym zjadaczu chleba wywołać najzwyklejsze drobnostki, jak niemiły kierowca na drodze, czy odholowanie samochodu. Wychodzi z tego niezwykle zabawna, niezwykle inteligentna i niezwykle czarna komedia (właściwie sześć), w czasie której można sobie obejrzeć do czego prowadzi przekroczenie granicy zwykłego zdenerwowania i szału. I jak cienka ta granica potrafi być.

Fajne w tym filmie jest to, jak świetnie przemyślane są wszystkie historie. Każda to nieco przypadkowy, mniej lub bardziej absurdalny splot rozmaitych przypadków, który mógłby być początkiem osobnego filmu, nakręconego przez Woody'ego Allena, albo Pedro Almodovara (ten drugi jest jednym z producentów). Z jednej strony są mocno wczepione w rzeczywistość pokryzysowej Argentyny, z drugiej, mogłyby się zdarzyć wszędzie. Dawno nie widziałem tak dużej dbałości o fabularne szczegóły. Widza przygotowuje na to już pierwsza, najkrótsza historia, o niejakim Pasternaku, który ciałem się we wspomnianym epizodzie nie pojawia, ale odgrywa kluczową rolę przy jego zakończeniu. W literaturze w odwrocie jest szlachetna sztuka pisania opowiadań, które zdecydowanie przegrywają popularnością z powieściami. W kinie też filmy złożone z kilku lub kilkunastu etiud zdarzają się rzadko, choć są wśród nich najlepsze z najlepszych, żeby tylko przypomnieć „Pulp Fiction”. Akurat film Quentina Tarantino przyszedł mi do głowy podczas seansu. Oba mają ze sobą sporo wspólnego.

Scena warta uwagi:

W epizodzie numer trzy, chyba najfajniejszym, główny bohater w którymś momencie odjeżdża samochodem z miejsca kłopotów. I w pewnym momencie błyszczy mu w oczach ta mała iskierka szaleństwa, która powoduje, że zamiast machnąć ręką i zostawić wszystko za sobą, zawraca. Nie w każdej historii ten błysk widać, ale w każdej gdzieś tam się pojawia.

P.S. Film okazał się niesamowitym hitem w Argentynie, gdzie obejrzało go ponad 3,5 mln widzów, okazał się najbardziej dochodowym filmem w historii kraju, a most na trasie między Salta i Cafayate, który pojawia się w jednej z historii, stał się turystyczną atrakcją. No i warto nadmienić, że to rywal „Idy” w wyścigu po tegorocznego Oscara...

20:34, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 stycznia 2015

(Foxcatcher, 2014)

Reżyseria: Bennett Miller

Scenariusz: E. Max Frye, Dan Futterman

Grają (ci istotni): Steve Carell, Channing Tatum, Mark Ruffalo, Sienna Miller, Vanessa Redgrave

7/10

Piekielnie przygnębiający film o różnych wersjach samotności. Johna du Ponta doprowadza ona do szaleństwa, Maxa Schultza do zaprzepaszczenia ogromnego talentu. Obaj niestety wzajemnie się niszczą, choć na różne sposoby. Dość niezwykła znajomość milionera i mistrza olimpijskiego (Miller oparł film na prawdziwych wydarzeniach) mogłaby pewnie przynieść wiele korzyści każdemu z nich, gdyby tym drugim był ktoś inny. Np. ktoś taki jak brat głównego bohatera, Dave, który do pewnego momentu wydaje się równoważyć dwie przedziwne osobowości.

Film tak naprawdę jest dość prostą historią, ale jednocześnie fenomenalnym popisem gry aktorskiej. O ile w Hollywood przeważnie robi się wszystko, żeby aktor na ekranie wyglądał ładniej niż w rzeczywistości, w tym filmie wszystkich oszpecono (łącznie z grającą żonę Dave'a Sienną Miller, choć w tym przypadku lepiej napisać „próbowano”, bo jej oszpecić się nie da), ale fizyczne różnice to zaledwie drobny szczegół. Carell, przez całe życie komik, nigdy nie zagrał takiej roli, Tatum przyznał, że to najtrudniejszy film w jego karierze. Oglądanie najlepszego z nich, Ruffalo, to czysta przyjemność, nie tylko tego jak się porusza, ale jakie ma gesty, tiki, mimikę... Najlepsze role pozwalają widzowi zapomnieć przez dwie godziny filmu, że ten aktor kiedykolwiek grał cokolwiek innego. Coś jak Javier Bardem w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, czy Jack Nicholson w „Lśnieniu”. To jest właśnie taka rola.

Scena warta uwagi:

Choć dość powszechnie za najlepszy film sportowy tego sezonu zaczyna uchodzić... „Whiplash” (nieco na wyrost moim zdaniem), to w „Foxcatcherze” świetnie wypadają właśnie sceny sportowe, choć przecież ani Tatum, ani tym bardziej Ruffalo zapaśnikami nie są. Tymczasem to momentami niezwykle poetycki film o najprostszym ze sportów. Jest na początku świetna, długa scena, prawie bez słów, za to pełna emocji, rozgrywająca się w zapyziałej sali treningowej, gdzie dwaj bracia najpierw przygotowują się do treningu, a potem trenują. Piękna, po prostu.

P.S. Od „Foxcatchera” miało się zacząć na Filmotatniku oscarowe odliczanie, ale niespodziewanie nie dostał nominacji jako „najlepszy film”. Więc odliczanie jeszcze się nie zacznie.



czwartek, 08 stycznia 2015

(Whiplash, 2014)

Reżyseria: Damien Chazelle

Scenariusz: Damien Chazelle

Grają (ci istotni): Miles Teller, J.K. Simmons

7/10

Długo po wyjsciu z kina nie miałem pomysłu jak ubrać w słowa to, co nie pasuje mi w tym filmie. „Słyszałem głosy, że błyskotliwie opowiadany "Whiplash" aż nadto lubuje się w okrucieństwie (sceny z zakrwawionymi pałkami perkusyjnymi), a patologiczny przypadek próbuje na siłę ubrać w przypowieść o tym, jak "robi się" muzykę. Kompletnie się z tym nie zgadzam” - pisał w „GW” Paweł T. Felis. No właśnie rzecz w tym, że ja się z tym zgadzam (tzn. z tym, z czym nie zgadza się Felis). Krew na bębnach jest kiczowata. Główny bohater nie wysyła do siedmiu diabłów sympatycznego nauczyciela, choć powinien to zrobić już po pierwszym wspólnym muzykowaniu, bo jest słaby. I tę słabość potwierdza pod koniec filmu. Pal licho, że nie czerpie przyjemności z gry (zwróćcie uwagę, że jedyną osobą w całym filmie, która gra z przyjemnością jest Fletcher – w klubie jazzowym). On zdaje się nie czerpać przyjemności nawet z tego, że jest częścią najzajebistszego uniwersyteckiego zespołu jazzowego w USA, choć o tym wie, bo się tym chwali. Jeśli więc nie gra dla przyjemności, ani dla ambicji, to gra po, to by coś komuś udowodnić (quatrum non datur), a to nie jest ani mądre, ani zdrowe.

Ktoś powie, że się czepiam. Rzeczywiście, bo podobnie jak „Wolny strzelec” (oba filmy pewnie dostaną oskarową nominację), „Whiplash” jest dobry, ale mógłby być lepszy. Może idąc do kina miałem zbyt duże oczekiwania. Kto wybierze się na ten film nie pożałuje, bo to mimo wszystko ciekawa historia owinięcia sobie wokół palca młodego marzyciela, przez tyrana na skraju psychozy. W dodatku z doskonałą muzyką, nie tylko w tle, ale na pierwszym planie. Jest niezwykle efektowny. Ale w kinie fajne są starcia dwóch mocnych osobowości. Zestawienie mocnej i słabej to coś dużo bardziej powszedniego.

Scena warta uwagi:

Poza niewątpliwie efektownymi scenami grania (Miles Teller wcielający się w Neimana sam od dziecka gra na perkusji) właściwie cały sens filmu zawiera się w scenie kolacji z rodziną Neimana.

P.S. To dość niecodzienne, ale mimo że „Whiplash” to film z kompletnie innej bajki, niż np. „Władca Pierścieni” czy „Incepcja” to jednak moim zdaniem jest mocniejszy swoją efektownością niż treścią.

P.P.S. Poza muzyką i świetnym J.K. Simmonsem jeszcze plakat jest genialny.



23:31, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 stycznia 2015

(La Vie d'Adele – chapitre 1&2, 2013)

Reżyseria: Abdellatif Kechiche

Scenariusz: Abdellatif Kechiche, Ghalya Lacroix

Grają (te istotne): Adele Exarchopoulos, Lea Seydoux

7/10

„To wspaniała love story, która daje każdemu widzowi przywilej obserwowania jej z perspektywy muchy na ścianie” - tłumaczył przyznanie „Życiu Adeli” Złotej Palmy szef jury na zeszłorocznym festiwalu w Cannes Steven Spielberg. Nagrodę dla wyróżnionego filmu – co niezwykłe - przyznano nie tylko reżyserowi, ale też obu głównym aktorkom. Bo też bez ich perfekcji tak intymny film nie miał prawa się udać. Adela to najzupełniej przeciętna dziewczyna, zawieszona gdzieś między młodością a dorosłością. Reżyser, a z nim widz, przygląda się jej w kolejnych zwykłych sytuacjach i od pierwszej sceny nie może oderwać od niej wzroku. Kechiche niektóre sceny kręcił po kilka dni, szukał w aktorkach tych momentów, gdy przestawały być aktorkami i ma się wrażenie, że wielokrotnie mu się udawało (wystarczy popatrzeć na zapłakaną Adelę gdy Emma wyrzuca ją z domu). W przypadku „Życia Adeli” ma się rzadką możliwość zapomnienia o tym, że siedzi się przed ekranem i jednocześnie złudzenie, że aktorki zapomniały, że stoją przed kamerą i to gigantyczna zaleta filmu.

We Francji „Życie Adeli” przemaglowano na wszelkie sposoby, widząc w nim manifest społeczny w każdej wersji. Klasowy, pokoleniowy, ale też rzecz jasna seksualny, choć sam Kechiche wspomniał – i trudno się z nim nie zgodzić – że to mogłaby być równie dobrze historia kobiety i mężczyzny. Można film oglądać wpatrując się przez trzy godziny w Exarchopoulos, można przyglądać się dorastaniu młodej dziewczyny, można wreszcie szukać symboli i mrugnięć do widza, takich jak np. zabawa kolorami (powieść graficzna Julie Maroh, która jest jedną z inspiracji filmu, ale też sam film w krajach anglojęzycznych, noszą tytuł „Blue Is The Warmest Color”/”Le bleu est une couleur chaude”). Adela jest ewidentnie zabujana w niebieskim, ale ubiera się (przybiera kolory?), w zależności od nastroju. Czasem czarny, czasem czerwony, itd. Te trzy godziny spokojnie można oglądać kilka razy.

Scena warta uwagi:

Nie ma jednej, na której warto zawiesić wzrok, bo wszystkie ciekawią. Wspomniana scena awantury między Emmą i Adelą jest chyba najbardziej poruszająca.



17:31, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 stycznia 2015

(Pani z przedszkola, 2014)

Reżyseria: Marcin Krzyształowicz

Scenariusz: Marcin Krzyształowicz

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Krystyna Janda, Karolina Gruszka, Adam Woronowicz, Marian Dziędziel, Łukasz Simlat

2/10

Znów zacznę od rzeczy dobrych. Krystyna Janda jako babcia jest rewelacyjna. Janda to Janda. Choć w sumie generalnie do aktorów trudno mieć jakieś pretensje. W Agacie Kuleszy jestem wściekle zakochany od czasów „Idy” i nie mam jej nic do zarzucenia. Woronowicz to klasa. Dziędziel nie umie zagrać źle i choć psychiatrę wyobrażam sobie zupełnie inaczej, to i tak jego rola mi się podoba. Nawet mały główny bohater jest taki, że można go jeść łyżką. A to uważam za gigantyczny sukces, bo wciąż uznaję za przekleństwo polskiego kina zdanie, które przy (prawie) zupełnie niezwiązanej z tym okazji wypowiedział Andrzej Mleczko, że „trudno dziś znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, a jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko”. Polskie kino cierpi na brak dobrych dzieci, z czego nie mogę się otrząsnąć od czasów Ciri z „Wiedźmina”. A mały główny bohater w „Pani z przedszkola” wygląda fajnie.

No i paradoksalnie, choć aktorzy stanęli na wysokości zadania, to film leży. Po pół godzinie zacząłem się zastanawiać jaki będzie finał i jaki jest sens filmu. Otóż go nie ma (ani finału, ani sensu). Nie wiadomo, czy to komedia, czy obyczaj. To zestaw – teoretycznie – śmiesznych scen, które nie prowadzą do żadnego podsumowania. Niektóre są nawet fajne (taką wigilię znam z autopsji, strażak palący papierosa podczas gaszenia płonącego przedszkola był śmieszny), ale co z tego jak nie ma historii. Film wymaga historii. Bez niej nie ma sensu. Moje towarzystwo w którymś momencie ukryło twarz w dłoniach, a mi było głupio, bo to ja wymyśliłem ten akurat film. Przestrzegam.

Scena warta uwagi:

Wspomniana wigilia, albo Janda odprowadzająca wnusia do przedszkola. Albo Janda, która strofuje wnusia w piaskownicy. Każda z Jandą.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi