niedziela, 31 stycznia 2016

(Anomalisa, 2015)

Reżyseria: Charlie Kaufman

Scenariusz: Charlie Kaufman na podstawie własnego scenariusza teatralnego

Grają (ci istotni): Dawid Thewlis, Jennifer Jason Leigh, Tom Noonan

7/10

Są trzy główne rodzaje animacji. Ta dziś najpopularniejsza to animacja 3D. Najpopularniejsza kiedyś to rzecz jasna animacja obrazkowa. Trzecia wreszcie, chyba najtrudniejsza, bo wymagająca najwięcej pracy to technologia poklatkowa, czyli robimy zdjęcie, przesuwamy ludziki, robimy następne zdjęcie, itd. Jest piekielnie upierdliwa, ale trudno sobie wyobrazić, że np. Wallace i Gromit, albo Colargol mieliby biegać po ekranie w 3D. Charlie Kaufman wybrał dla swojej historii, pierwotnie sztuki teatralnej, właśnie taką formę i zdaje się, że lepiej wybrać nie mógł, choć na pierwszy rzut filmowanie dość specyficznego dramatu psychologicznego, nie bez scen łóżkowych, za pomocą plastikowych figurek jest pomysłem co najmniej wątpliwym. Ale, nie zdradzając fabuły, z różnych powodów najsensowniejszym.

Bo Kaufman serwuje kolejną pokręconą, ale bardzo efektowną historię, z których zresztą jest znany. To ten człowiek, który zanim zaczął reżyserować własne scenariusze, pisał je m.in. dla Spike'a Jonze'a („Być jak John Malkovich”, „Adaptacja”), a gdy tylko coś napisze, to spada na niego deszcz nagród, (Oscara dostał za „Zakochanego bez pamięci”). W tym roku brak nominacji scenariuszowej dla „Anomalisy” (jest nominowana w kategorii „animacja”, choć wcześniej szereg nagród dostała za scenariusz lub jako film, m.in. Nagrodę Jury w Wenecji) to jedna z bardziej komentowanych wpadek Akademii. Anomalisa to błyskotliwa mieszanka komedii i dramatu, z ciekawym i przewrotnym spojrzeniem na samotność człowieka sukcesu. Z wnioskami raczej pesymistycznymi. Film szczególnie dla tych, którzy w kinie szukają czegoś inteligentnego i nieklasycznego.

Scena warta uwagi:

Świetna jest ta gdy Michael wygłasza odczyt, a Kaufman m.in. naśmiewa się z korporacyjno-marketingowej nowomowy i paru innych rzeczy. W teatrze musi wyglądać świetnie.



czwartek, 28 stycznia 2016

(Danish Girl, 2015)

Rezyseria: Tom Hooper

Scenariusz: Lucinda Coxon na podstawie "The Danish Girl" Davida Ebershoffa

Grają (ci istotni): Eddie Redmayne, Alicia Vikander, Amber Heard, Ben Whishaw

7/10

Jest w filmie scena, w Paryżu, gdy Gerda wraca do domu po wcześniejszej kłótni, a tam czeka na nią Lili. Ubrana w ciuchy Einara, ale siedzi na sofie po kobiecemu. W tej jednej scenie Eddie Redmayne zmieścił naraz obie osobowości, które zagrał. To kolejna jego wybitna rola, chyba nawet trudniejsza niż zeszłoroczny, oscarowy Stephen Hawking, a Anglik staje się powoli aktorem do zadań superspecjalnych (swoja drogą, kto by pomyślał). Tak jak wtedy, tak i tym razem, to rola niezwykle „fizyczna”. Redmayne gra całym ciałem, ale ponieważ kamera właściwie cały czas pokazuje go na zbliżeniach, musi pilnować każdego nerwu i mięśnia. I robi to perfekcyjnie. Mnie przekonał. Po wyjściu z kina miałem wrażenie, że dwa lata temu Jared Leto, grający transwestytę w „Witaj w klubie” odebrał Oscara głównie za przebranie się w kolorowe falbanki i schudnięcie. Redmayne podjął się piekielnie trudnego zadania, na którym wyjątkowo łatwo było się wyłożyć, a znów kradnie film, choć obsadę dookoła ma wyśmienitą. Drugiego Oscara z rzędu pewnie nie dostanie, ale gdyby jednak dostał to (sorry Leo) skandalu by nie było.

Sam film nominacji nie dostał, chyba słusznie (historia jest przewidywalna, jeśli widzieliście zwiastun, to właściwie wiecie co się w nim dzieje), choć to film ważny, bo szczerze mówiąc jeszcze takiego nie widziałem. Takich o tematyce „trans” trochę już było, ale tym razem Einar uczy się i przekonuje do swojej kobiecości, a widzowie śledzą to razem z nim/nią. Równolegle z sytuacją próbuje sobie radzić jego żona, co jest drugim, osobnym wątkiem. Hipnotyzujący jest i Redmayne i grająca Gerdę Weneger Alicia Vikander (też z nominacją), choć ona tak trudnego zadania nie miała. Opowieść jest w gruncie rzeczy dość kameralna, rozgrywa się głównie między nimi dwojgiem. Trochę mi brakowało, choćby tego jakie prawne przeboje miał Einar/Lili, jak reagowało otoczenie, itp. Całej zewnętrznej części historii. Ale i tak warto obejrzeć.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą na wstępie, efektowna jest rozmowa na przyjęciu o tym jak zawstydzić małżonków i jak zawstydzić niezamężnych.

piątek, 22 stycznia 2016

(Saul Fia, 2015)

Reżyseria: Laszlo Nemes

Scenariusz: Laszlo Nemes, Clara Royer

Grają (ci istotni): Geza Rohrig

9/10

Film węgierskiego debiutanta Laszlo Nemesa przed chwilą zdobył Złotego Globa, a jakiś czas temu Grand Prix w Cannes i musiałby trafić na piekielnie mocną konkurencję, żeby nie zdobyć niedługo Oscara. Jest arcydziełem. To najbardziej wstrząsający film o holokauście od czasu „Listy Schindlera”. Obóz koncentracyjny widziany oczami Szawła, węgierskiego Żyda i członka sonderkommanda, to rzeczywistość absurdalna, niezrozumiała. Przerażająca podwójnie. Wielokrotnie w czasie filmu reżyser przekracza granicę, za którą obozowy świat staje się tak oderwany od najbardziej pierwotnych zasad społecznych, że wręcz nierzeczywisty. I wtedy włąśnie, w tych momentach, ekranowe okrucieństwo przestaje przerażać, bo przerażać może tylko co wyobrażalne. A to co Szaweł widzi i z czym codziennie się styka wyobrażalne nie jest. Niby nie ma w filmie niczego, o czym nie wiedziałby średnio zainteresowany historią XX wieku licealista, ale czym innym wiedzieć, a czym innym widzieć. A już po pierwszej scenie wiadomo, że taryfy ulgowej nie będzie. „Wierzyłem, że dzięki temu filmowi nauczę się czegoś sam. A nabrałem tylko pewności, że nie da się Holocaustu zrozumieć” - mówił Nemes w rozmowie z „Gazetą”.

Reżyser nie daje widzowi odpocząć. Zmusza go do wejścia w skórę głównego bohatera. Nie „zachęca”, ale właśnie „zmusza”, bo przyjemne to nie jest. I stosuje przy tym doskonałe zabiegi techniczne (operator wykonał pracę wzorowo, dźwiękowiec też). Szaweł niewiele widzi, niewiele rozumie z miejsca do którego trafił przed kilkoma miesiącami i właściwie dobrze nie zna, niewiele wreszcie może zrozumieć, skoro obóz to prawdziwa Wieża Babel. Podejmuje się bezsensownego z pozoru zadania, tylko czy jakikolwiek plan może być bardziej bezsensowny od zjawiska jakim były hitlerowskie obozy koncentracyjne?

To film niesamowicie ważny. Wychowawczo. Jak mało który, przypomina o czasie, który zapamiętać trzeba na zawsze. Ludzie wyrzynali się od zarania dziejów. Z nerwów, z zawiści, zazdrości, dla pieniędzy, przypadkiem, lub bez konkretnego powodu. Ale w latach 40-tych ubiegłego wieku Niemcy stworzyli przemysł, który zabijaniem zajął się w sposób pozbawiony emocji, masowy i zorganizowany, czyli coś co jest niepojęte, ale się zdarzyło.

„Człowiek jest niespotykanie silną istotą. Umie się dostosować do pogarszających się warunków życia” - w recenzji filmu napisał z kolei Tomasz Raczek. „Umie żyć nawet, gdy warunki właściwie już nie pozwalają na życie. Człowiek potrafi oswoić to, co nieludzkie i zaakceptować to, co nieakceptowalne. Nie każdy, nie zawsze, nie ciągle – ale potrafi!”. To spostrzeżenie słuszne, ale tylko pozornie optymistyczne. Co to za istota, która umie oswoić to co nieludzkie?

Scena warta uwagi:

Pierwsza w filmie i jednocześnie jedna z najmocniejszych, choć trudno je pod tym względem wartościować. Filmowy majstersztyk w każdym elemencie.



23:41, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2016

(Hateful Eight, 2015)

Reżyseria: Quentin Tarantino

Scenariusz: Quentin Tarantino

Grają (ci istotni): Samuel L. Jackson, Kurt Russel, Jennifer Jason Leigh, Tim Roth, Channing Tatum, Michael Madsen

4/10

„Nienawistna ósemka” jest filmem pełnym błyskotliwych dialogów, wyrazistych postaci, odważnego wyśmiewania poprawności politycznej, zahaczającej o filmową erudycję zabawy konwencją, eksperymentów fabularnych, kompozycyjnych i operatorskich, a także pełnym sentymentalnych nawiązań, z zatrudnieniem Ennio Morricone na czele. I trudno z tym wszystkim wytrzymać w kinie bite trzy godziny wiedząc, że to samo ogląda się po raz ósmy, o czym twórca filmu informuje stosownym napisem już na wstępie (swoją drogą wychodzi na to, że oba „Kill Bille” traktuje jak jeden film). „Nienawistna ósemka” to powtarzanie motywów zgranych przez Tarantino wielokrotnie, a kompozycyjnie to właściwie klon „Wściekłych psów” - zerżnięty z samego siebie pomysł zamknięcia grupy bad-assów w jednym miejscu, w którym będą się wzajemnie wyrzynać w poszukiwaniu zdrajcy. Tamten pełnometrażowy debiut Tarantino, był świeży i odkrywczy. „Pulp Fiction” było zjawiskowe i okazało się jednym z najważniejszych filmów w historii kina. „Nienawistna ósemka” jest nudna.

Tarantino to fenomen, podrabia w sposób niepodrabialny. Tylko, że wszystko co miał do powiedzenia, przekazał widzowi dwie dekady temu, tak między „Od zmierzchu do świtu” a „Jackie Brown”. Potem jego fenomenalność polega na zarabianiu pieniędzy na odgrywanym po raz kolejny tym samym temacie w różnych okolicznościach przyrody. Za dwa albo trzy lata nakręci film o piratach, albo dziejący się w kosmosie (albo o piratach w kosmosie), w którym znów wszyscy będą do siebie gadać, krew będzie tryskała na wszystkie strony i będzie tam Samuel L. Jackson. To się już pewnie nigdy nie zmieni. Wojciech Orliński w recenzji w „Gazecie” dał wyraz swojemu zachwytowi nad „typowym filmem Tarantino dla wielbicieli Tarantino”, choć napisał, że rozumie tych, którym się film nie spodoba. Mam odwrotnie. Film mi się nie podoba, choć zatwardziali wielbiciele „Wściekłych psów”, którzy ten film mogą oglądać wielokrotnie, równie dobrze mogą obejrzeć „Nienawistną ósemkę”. I w tym właśnie kłopot. Wszyscy już ten film widzieliście, nawet jeśli jeszcze nie byliście w kinie.

Scena warta uwagi:

Wszystkie nie tylko są warte, ale wymagają uwagi.

P.S. Zafascynowanym tytułem polecam dać sobie spokój z liczeniem głównych bohaterów. Zdaniem Filmotatnika to chodzi o liczbę filmów reżysera...

sobota, 16 stycznia 2016

(Bridge of Spies, 2015)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Matt Charman, Joel Cohen, Ethan Cohen

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Mark Rylance, Amy Ryan

5/10

Gdyby tylko problem polegał na tym, że Tom Hanks w co drugiej scenie macha amerykańską flagą i śpiewa „Gwiaździsty Sztandar”, rzecz byłaby do przełknięcia. Amerykanie mają ten przykry feler, że bardzo trudno im zrobić film historyczny bez patosowatego zadęcia. Spielberg nie jest od tego feleru wolny, choć akurat jemu zdarzają się filmy bez patosu, podczas gdy wielu jego kolegom z branży się nie zdarzają. W każdym razie „Most szpiegów” jasno daje do zrozumienia, że w czasie Zimnej Wojny byliśmy dobrzy („my” w sensie – Amerykanie, młodszym czytelnikom Filmotatnika warto wyjaśnić, że wtedy to nie byliśmy „my”), a oni byli źli. A jak wymienialiśmy szpiegów, to oni – źli ludzie ze wschodu - chcieli nas wydymać, ale ponieważ jesteśmy inteligentniejsi, piękniejsi i mamy rację moralną, to my wydymaliśmy ich. Wszystko to w bardzo ładnie sfilmowanej rzeczywistości przełomu lat 50-tych i 60-tych, ale dbałość o szczegóły wizualne to akurat duży atut Spielberga. A Wrocław udający na ekranie Berlin Wschodni podobał mi się szczególnie. Tylko, że jeśli weźmiemy w nawias machanie amerykańską flagą, to to co zostaje, wcale na kolana nie rzuca. Historia, na pierwszy rzut oka ciekawa, jest mało emocjonująca, w przegródce z filmami szpiegowskimi to nie będzie film na czele stosiku, bo choć ładny, to niespecjalnie wciągający. Bardzo mi brakowało jakiegokolwiek napięcia, a główny bohater w największym niebezpieczeństwie znajduje się w momencie gdy w Berlinie grupa wyrostków kroi go z płaszcza i portfela. Nikomu rzecz jasna nie życzę, ale rozumiecie...

Najjaśniejszym elementem filmu jest za to rola Marka Rylance'a, który kradnie film Hanksowi. Jako radziecki szpieg Rudolf Abel jest świetny. Jeśli gdziekolwiek szukać jakiejkolwiek próby pracy aktora nad postacią, stworzenia z niej czegoś niejednoznacznego, to właśnie w tym przypadku. Abel jest jednocześnie inteligentny i opanowany, a jego spokój podczas kolejnych zdarzeń każą zastanowić się co nim kieruje. Odpowiedzi drogi widzu na to pytanie rzecz jasna od twórców filmu nie dostaniesz, podobnie jak na kilka innych, pojawiających się w dość mocnych scenach (kilkuletni syn głównego bohatera tłumaczy ojcu sens wyprzedzającego uderzenia nuklearnego – uczyli go o tym w szkole). Przecież nie chodziło o roztrząsanie moralnych postaw w czasach zimnowojennych, tylko nakręcenie filmu o dobrych Amerykanach i złych Sowietach. Ale na Brytyjczyku jednak warto zawiesić oko. I choć oscarowa nominacja dla filmu jest pomyłką, to akurat nominacja dla Rylance'a, który jest zresztą póki co faworytem bukmacherów, jest słuszna.

Scena warta uwagi:

Bardzo fajne są wszystkie kręcone we Wrocławiu. Cóż, takie już Filmotatnikowe skrzywienie...

P.S. Skoro są już nominacje, to tradycyjnie filmotatnik bierze się za ranking filmów, które powinny dostać nagrodę (przez ostatnie dwa lata trafiał bez pudła). Będzie łatwo o tyle, że połowa nominowanych już została na blogu opisana. „Most szpiegów” nie zasłużył ani na nagrodę, ani na nominację. Poniżej ranking na dziś z linkami do poprzednich notek.

1. „Big Short” - 8/10
2. „Marsjanin” - 5/10
3. „Most szpiegów” - 5/10
4. „Mad Max: Na drodze gniewu” - 4/10

Do ocenienia: „Zjawa”, „Spotlight”, „Brooklyn”, „Room”



piątek, 15 stycznia 2016

(Creed, 2015)

Reżyseria: Ryan Coogler

Scenariusz: Ryan Coogler, Aaron Covington

Grają (ci istotni): Sylvester Stallone, Michael B. Jordan

7/10

Generalnie, według wielu opinii, najlepszy aktorsko i fabularnie sequel filmu o Rockym (Filmotatnik ledwo pamięta większość serii, którą oglądał dawno). Historia w której podstarzały Rocky trenuje syna Apollo Creeda to może nie jest film wybitny (fabuła jest co nieco naciągana i co nieco łzawa) ale na pewno dobry. Z dwiema gigantycznymi zaletami. Po pierwsze to bardzo dobry film sportowy. Sport na ekranie można dość łatwo spartolić, sprawić, że jest niewiarygodny. Tymczasem w tym filmie to co się dzieje w ringu jest efektowne, wciągające i emocjonujące. To co się dzieje poza nim również wygląda dobrze. Amerykanie co umieli zrobili dobrze. Spartolili rzecz jasna tylko wątek, nazwijmy go: „futbolowy”. Tak się bowiem składa, że główny ringowy adwersarz Adonisa Creeda to rodowity liverpoolczyk, noszący się na niebiesko, wchodzący do ringu z herbem Evertonu na piersiach, a finałowa walka odbywa się na Goodison Park. Jakoś koślawo wygląda łączenie kibicowania boksowi i futbolowi, a twórcy filmu dają pokaz ignorancji, gdy przeciskający się w stronę ringu przez niebieski tłum na wspomnianym Goodison Park Adonis, mija roześmianego człowieka machającego szalikiem z napisem „You'll Never Walk Alone”. Pewnie dla zjadaczy hamburgerów Liverpool to Liverpool, jeden pies. Wale to szczegół. Można przeżyć.

Po drugie "Creed" to rewelacyjny film o starości. Coś, co mogłoby się wydawać największym kłopotem dla twórców, czyli zdziadziały Sylvester Stallone, przekuwają w atut. Co więcej przy gigantycznym udziale samego aktora, który przecież na żywo trzyma się nad wyraz solidnie, mimo prawie 70 lat na karku. Na ekranie gra porywająco. To odwrotność Harrisona Forda, który w ostatnich „Gwiezdnych wojnach” skakał, biegał i strzelał, ale widz bał się co chwila, że mu zaraz coś strzeli w krzyżu. Stallone przed chwilą odebrał za tę rolę Złotego Globa, a na rozstrzygnięcie czeka oskarowa nominacja. Wbrew mojemu pierwotnemu załamaniu rąk i przy zastrzeżeniu, że tegoroczne Oscary raczej zaniżają poziom niż go podnoszą, nie jest to nominacja na wyrost.

Scena warta uwagi:

Rocky i nowoczesne technologie. Rozbrajająca jest scena, w której Adonis tłumaczy Rocky'emu, że nie potrzebuje kartki z rozpisanym dla niego treningiem, bo zrobił jej fotkę i już ma ją „w chmurze”.

P.S. Tegoroczna nominacja to... trzecia oscarowa nominacja Sylvestra Stallone. Dwie poprzednie dostał za pierwszego „Rocky'ego” - za rolę i scenariusz. Wtedy też był w obu kategoriach nominowany do Złotych Globów i przegrał tu i tu. Teraz Złotego Globa zgarnął, więc...

P.P.S. Żeby jednak wam uzmysłowić co oznacza ta nominacja. Stallone był 17 razy nominowany do Złotej Maliny, w tym między 1985 a 1993 rokiem dziewięć razy z rzędu, w tym za role w Rockym IV i Rockym V.



środa, 13 stycznia 2016

(Joy, 2015)

Reżyseria: David O. Russell

Scenariusz: Annie Mumolo, David O Russell

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Robert De Niro, Edgar Ramirez, Isabella Rossellini, Bradley Cooper, Virginia Madsen

5/10

Russel nakręcił film dla Jennifer Lawrence. To bardzo ładnie z jego strony. O tym, że ma grupę ulubionych aktorów wiadomo od dawna. To ten sam model co w przypadku Smarzowskiego, który kręci filmy stale z tą samą grupą, w dodatku w każdym filmie jednego ze swoich ulubionych aktorów robi tym głównym. Amerykański reżyser, który ostatnio co kręci, to startuje po Oscary, postanowił napisać film dla Lawrence, co się tym bardziej chwali, że to akurat aktorka, która na takie rzeczy zasługuje. Problem tylko w tym, że film który dostała w prezencie, jest przeciętny, a rola, co najwyżej poprawna. W dodatku nie z jej winy. Gdyby reżyser powiedział „graj dziewczyno jak chcesz”, pewnie zagrała by brawurowo. Ale niestety wymyślił sobie bohaterkę, której główną cechą jest spokój w każdej sytuacji. W efekcie tytułowa Joy Magnano płacze mało, choć ma powody (a Lawrence płakać umie świetnie), nie wścieka się w ogóle, choć ma powody (a Lawrence wściekać się umie jeszcze lepiej) i wychodzi z tego, zagrana najlepiej jak się da, letnia mameja.

W „Joy” nie ma tak naprawdę niczego wartego zapamiętania. To historia kobiety, na której głowie leży cała, toksyczna rodzina, która jednak jest zaradna i inteligentna na tyle, że wymyśla samowyciskającego się mopa. Mimo przeciwności losu wynalazek patentuje i zarabia na nim krocie. W temacie bohatera obciążonego dysfunkcyjną rodziną amerykańskie kino od „Co gryzie Gilberta Grape'a” nie wymyśliło nic lepszego. „Joy” w tej kwestii nawet nie sięga pięt tamtemu filmowi. W temacie self-made mana nakręcono z kolei tyle rzeczy, że „Joy” tonie wśród tych przeciętnych. Niestety coraz bardziej wygląda na to, że tegoroczna ceremonia oscarowa („Joy” pewnie się tam znajdzie, bo był nominowany do Złotego Globa za musical lub komedię – nawiasem mówiąc film nie jest śmieszny i nie ma śpiewania – a Lawrence dostała nagrodę za rolę), po dwóch świetnie obsadzonych latach, będzie polegała na wybieraniu między nudą, przeciętnością a Leonardo DiCaprio.

Scena warta uwagi:

Gdy Joy rozmawia z ojcem na pogrzebie babci o biznesowych kłopotach, trochę wyglądało mi to na pastisz kina gangsterskiego. Ale chyba niestety nie było to zamierzone...

sobota, 09 stycznia 2016

(The Big Short, 2015)

Reżyseria: Adam McKay

Scenariusz, Adam McKay, Charles Randolph na podstawie książki Michaela Lewisa pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Christian Bale, Steve Carell, Ryan Gosling, Brad Pitt, Marisa Tomei, Melissa Leo

8/10

Efektowny, doskonale zagrany i niezwykle dynamiczny film, który oglądać trzeba uważnie, żeby nadążyć za gnającym na złamanie karku rozwojem wypadków i nie pogubić się w subprime, swapach, CDO i BBB i orientować się kiedy postaci mówią do siebie, a kiedy do kamery, czyli do widza. Ale warto nadążać, bo McKay zrobił chyba najlepszy do tej pory film o kryzysie finansowym. Nie tylko opisuje jego mechanizm i próbuje go tłumaczyć widzowi (jeśli pójdziecie do kina to kucharz w jednej z restauracji wytłumaczy wam na przykładzie zupy rybnej jak w jednym instrumencie finansowym mieszano kredyty bezpieczne i toksyczne, a Selena Gomez, grając w kasynie w black jacka opisze jak tworzy się bańka finansowa), ale w dodatku pokazuje jego moralne aspekty. To film o finansistach i bankowcach, ale na kryzys spojrzymy też od strony wynajmujących mieszkania w Miami, czy brokerów, którzy udzielali kredytów nawet... psom.

To film, który czeka na rozstrzygnięcia jeśli chodzi o Złote Globy, w kategorii „musical or comedy” (nominacje dostali też – absolutnie zasłużenie - Bale i Carell za role, oraz McKay z Randolphem za scenariusz), a powinien chyba w kategorii dramat, bo wnioski jakie z niego płyną są dość ponure. Każdy z głównych bohaterów, którzy wcześniej niż inni przewidzieli, lub uwierzyli w nadchodzący krach na rynku kredytów hipotecznych, ma inną motywację by na tym zarobić, ale cały film udowadnia, że choć kryzys wziął się z piramidalnej bezczelności, i oczywistego oszustwa konkretnych osób, karmiących się tym, że los milionów ludzi zależał od zasad, które mało kto rozumiał, to i tak zapłaciły za niego właśnie te miliony. Do więzienia poszedł jeden bankowiec. Jeśli więc właśnie walą się giełdy w Chinach, to ten film jest dobrą przestrogą. Polecam.

Scena warta uwagi:

Świetna jest scena, w której Mark Baum spotyka się w Standard and Poor's z tamtejszą podstarzałą i ledwo widzącą analityczką. Uderzająca.

P.S. Amerykański plakat jest dużo fajniejszy niż ten polski.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi