poniedziałek, 30 stycznia 2017

(Manchester by the Sea, 2016)

Reżyseria: Kenneth Lonergan

Scenariusz: Kenneth Lonergan

Grają (ci istotni): Casey Affleck, Lucas Hedges, Kyle Chandler, Michelle Williams, Gretchen Mol

8/10

„Najtrudniej sfilmować pustkę” - napisał w swojej recenzji dziennikarz filmowy „Guardiana” Mark Kermode. Lonerganowi i młodemu Affleckowi udało się to wybitnie. Grany przez Caseya Afflecka Lee Chandler to postać, która na każdym kroku wygląda jakby chciała wywrzeszczeć tragedię, która jej się zdarzyła, a o której widz dowiaduje się dopiero z biegiem filmu. Chandler jest na pozór spokojny, wręcz wygląda na lesera, ale pod skórą aż buzuje, by w nielicznych momentach wybuchnąć. Choć cały czas w sposób kontrolowany, bo tylko Lee wie, a widz dowiaduje się stopniowo, że żaden wybuch nie byłby wystarczająco potężny, by go choć trochę uspokoić. Casey Affleck, którego umiejętności aktorskie Filmotatnik do tej pory sytuował gdzieś między Dolphem Lundgrenem, a Benem Affleckiem, otrzymał rolę wręcz stworzoną dla siebie i zagrał ją koncertowo. Przechodzą dreszcze.

Ale nie tylko na odtwórcy głównej roli „wisi” ten film. Co warte podkreślenia – bardzo męski film. Lonergan napisał pasjonującą historię o radzeniu sobie z tragedią. Mężczyźni nie rwą sobie włosów z głowy, nie wpadają w czarną rozpacz, ani nie szukają pomocy „trenerów mentalnych”, tylko muszą rzecz jakoś w środku przetrawić i ją sobie ułożyć. W „Manchester...” robią to, każdy na swój sposób, Lee i jego siostrzeniec Patrick. Lonergan wymyślił niby dość banalny punkt wyjścia wokół którego snuje całą historię, ale robi to z taką uwagą i dbałością o szczegóły, że film ogląda się z zapartym tchem. Stopniowo zagłębia się w głowę Lee, aż do wstrząsającej sceny z dwiema małymi córkami głównego bohatera. Mało któremu reżyserowi to się udaje. A jeśli do tego wszystkiego dodać gdzieś w tle przepiękne zdjęcia z wybrzeża gdzieś na dalekich przedmieściach Bostonu, wychodzi świetny film.

Scena warta uwagi:

Trzy razy, co najmniej, w tym filmie Affleck pokazał, że Złoty Glob nie był, a Oscar nie będzie wobec niego żadnym nadużyciem. W scenie na posterunku, oraz w dwóch scenach rozmowy z byłą żoną – przez telefon i na ulicy.

P.S. Nominacje do Oscarów już są znane. Filmotatnik obejrzał póki co pięć z dziewięciu nominowanych i na ten moment statuetkę dałby „Nowemu początkowi”.

1. „Nowy początek” - 9/10

2. „Manchester by the Sea” - 8/10

3. „Aż do piekła” - 7/10

4. „Lion. Droga do domu” - 6/10

5. „Przełęcz ocalonych” - 2/10

Do obejrzenia: „Fences”, „Ukryte działania”, „La La Land”, „Moonlight”.

19:20, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 stycznia 2017

(Toni Erdmann, 2016)

Reżyseria: Maren Ade

Scenariusz: Maren Ade

Grają (ci istotni): Peter Simonischek, Sandra Huller, Vlad Ivanov

7/10

Nikt, w żadnym oglądanym do tej pory przez Filmotatnik filmie, tak radykalnie nie obnażył absurdu pracy w korporacji. Ines Conradi, jedna z bohaterek filmu, robi karierę w managemencie średniego szczebla za granicą i jest konsultantem w outsourcingu, a jej praca polega na tworzeniu raportów, przygotowywaniu prezentacji i networkingu na rautach. Tyle że „za granicą” oznacza „w Bukareszcie”, a jej praca, która nie ma sensu i na dobrą sprawę nie jest nikomu potrzebna, nie jest specjalnie ceniona przez nikogo, ani nie sprawia jej przyjemności, a jej życie towarzyskie to wydmuszka. Choć oczywiście Ines opowiada, że to co robi jest bardzo ważne i nawet udaje rozmowy biznesowe przez telefon, a jej szef oficjalnie mówi jej, że jest świetna, tak samo jak ona oficjalnie mówi swojej asystentce, że jest świetna. Reżyserka i scenarzystka nawet nie musiała specjalnie wymyślać. Film jest pod tym względem uderzający, bo każdy, kto się o ten temat otarł nie raz i nie dwa przeżyje deja vu.

„Toni Erdmann”, nie ukrywajmy, to film dość bolesny i trudny nie tylko dlatego, że każdy zastanawia się ile w nim jest Ines. Winfried to nie jest klasyczny bohater, którego można jeść łyżkami, a tylko głupia i zaślepiona karierą córka nie dostrzega jaki on fajny. Winfried jest irytujący, ale rodziny się nie wybiera. Próbuje pokazać Ines jak bardzo jest nadęta tak jak umie i stąpa (a wraz z nim film) po cieniutkiej granicy, po przekroczeniu której Ines wybuchnie, a widz razem z nią stwierdzi, że to wcale nie jest śmieszne. Ale warto czekać na scenę urodzin Ines, która jest żywcem wyjęta z Monthy Pythona, tyle że na poważnie.

Scena warta uwagi:

Wspomniana wyżej. Kwintesencja całego filmu. Coś pięknego.

15:43, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 stycznia 2017

We wtorek dowiemy się jakie filmy i jacy twórcy będą w tym roku nominowani do Oscarów. Filmotatnik postanowił z grubsza wyjaśnić jak film dostaje nominację i dlaczego filmy mające niezbyt liczną, ale zmotywowaną widownię mogą zostać w ten sposób wyróżnione.

Jaki film może dostać Oscara

Kandydatem do Oscara może być każdy film, wyświetlany między 1 stycznia a 31 grudnia, przez siedem kolejnych dni (trzy projekcje dziennie, przynajmniej jedna między 18. a 22.), w przynajmniej jednym kinie w okręgu Los Angeles. W roku 2016 takich filmów było 336.

Kandydatów do Oscara w kategorii „najlepszy film” jest od pięciu do dziesięciu. Wybierają ich na przełomie grudnia i stycznia, głosując internetowo (najczęściej) lub listownie, członkowie amerykańskiej Akademii Filmowej (Academy of Motion Pictures Arts and Sciences). Kategoria jest specyficzna nie tylko dlatego, że nominacji jest więcej niż w innych kategoriach (przeważnie pięć). W tym wypadku głosować mogą wszyscy członkowie akademii. W innych kategoriach jest tak, że scenarzyści wybierają nominowanych (a potem zwycięzców) w kategoriach scenariuszowych, aktorzy – aktorskich, a charakteryzatorzy – najlepsze charakteryzacje. Wyjątki, w których obowiązują nieco inne zasady, dotyczą kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, dokumentów i animacji.

Ale wróćmy do najlepszych filmów. Wybór nominowanych jest skomplikowany i bynajmniej nie polega na tym, że każdy członek Akademii pisze na karteczce swój ulubiony tytuł. Prawo do głosowania ma ok. 6,5 tys. osób. (Akademia, co ciekawe, nie publikuje liczby swoich członków, ale od kilku lat, co roku, publikuje listę osób zapraszanych do członkostwa – w 2016 było ich ponad sześćset). Nie wszyscy, ale zdecydowana większość głosuje. Wybierając nominowanych każdy z głosujących wskazuje proponowany przez siebie film, ale też w kolejności następne, które również mu się podobają. Maksymalnie dziesięć. De facto sporządza więc ponumerowaną listę, choć, jeśli chce, może też wskazać tylko jeden tytuł.

Jak się liczy głosy

Pierwszą rzeczą, którą robią segregujący głosy (od lat jest to firma Pricewaterhuose Coopers), to wskazanie dwóch liczb.

Pierwsza, nazwijmy ją „pierwszym progiem”, to liczba głosujących podzielona przez liczbę maksymalnych możliwych nominacji plus 1. Czyli w tym wypadku będzie to większość z 6,5 tys. członków akademii podzielona przez 11. Zwykle wychodzi nieco powyżej 500. Druga liczba, nazwijmy ją „progiem 5 procent”, to 5 proc. głosujących, czyli coś ok. 300.

I teraz zaczyna się poważne liczenie. Rachmistrze liczą filmy wskazane przez głosujących na pierwszym miejcu. Te filmy, które przekraczają „pierwszy próg”, zyskują nominację. Zwykle jest ich kilka.

Następnie rachmistrze odrzucają te filmy, które zebrały mniej niż 1 proc. pierwszych wskazań. Te głosy są rozdzielane na pozostałe filmy, według drugich wskazań (a jeśli głosujący na drugim miejscu wskazał film, którego już nie ma w stawce, albo zdobył nominację, liczy się trzeci głos, itd.).

Równocześnie tym filmom, które przekroczyły „pierwszy próg” o co najmniej 10 proc. liczy się te nadprogramowe głosy i rozdziela proporcjonalnie między filmy które głosujący wskazali na drugim miejscu.

Po tych machinacjach sprawdza się, które filmy przekroczyły „próg 5 procent”. One uzupełniają stawkę nominowanych. Gdyby jakimś cudem zdarzyło się, że wciąż nie będzie pięciu filmów (tyle co najmniej musi być nominowanych), odrzuca się kolejne filmy z najsłabszymi wynikami, a ich głosy przekazuje się na wskazane na drugim miejscu.

Przykład

Załóżmy roboczo, że zagłosowało 6 tys. członków Akademii. „Pierwszy próg” to w tym przypadku, po zaokrągleniu w górę, 546, „próg 5 procent” to 300. Głosujący jako ich zdaniem najlepsze wymienili 20 filmów: A – 1200, B – 800, C – 700, D – 590, E – 400, F – 400, G – 400, H - 200, I - 200, J – 200, K - 200, L - 200, Ł - 200, M - 100, N - 70, O - 70, P - 50, R - 20, S - 5, T -5

A, B, C i D dostają nominację. Teraz trzeba rozdać drugie głosy tych, którzy zagłosowali na P, R, S i T (mniej niż 1 proc. pierwszych głosów), a także rozdzielić na pozostałe w stawce filmy 654 głosy oddane na A, 254 głosy oddane na B i 154 głosy oddane na C – otrzymają je proporcjonalnie ci, którzy zostali wskazani na drugich miejscach przez głosujących na te trzy filmy. Tu uwaga. D też przekroczył „pierwszy próg” ale nie o 10 proc., więc te głosy nie są rozdzielane po raz drugi.

Teraz sprawdzamy które filmy przekroczyły „drugi próg”. E, F i G, to jasne, ale też np. I oraz N. W sumie mamy dziewięć nominowanych filmów.

Ten skomplikowany system, jeśli was to interesuje, nazywany jest „pojedynczym głosem przenoszonym” (single transferable vote, STV) i jest powszechnie stosowany w wyborach m.in. w Australii i w Irlandii. W głosowaniu akademików, wykorzystywany jest pewien jego wariant.

Co z tego wynika

W praktyce efektów takiego sposobu głosowania jest kilka. Po pierwsze dość łatwo zdobyć wyróżnienie, bo wystarczy ok. 300 członków akademii, którzy wskażą twój film na pierwszym miejscu i masz nominację. To preferuje filmy gatunkowe, które nie muszą się podobać wszystkim, nawet niektórym się wyjątkowo nie podobają, ale mają mocną grupę admiratorów. Dobrym przykładem sprzed roku był „Mad Max: Na drodze gniewu”, czy „Brooklyn”. Z drugiej strony system blokuje drogę do Oscara blockbusterom. Filmy które wszyscy znają, lubią, ale niekoniecznie uznają je za warte wskazania w pierwszej trójce, na nominację nie mają szans.

Z pewnymi zmianami ten system dotyczy też pozostałych kategorii. Przy czym tu trzeba mieć w pamięci, że tam wybierających jest znacznie mniej (specjalistów od montażu dźwięku, czy scenografów jest w Akademii pewnie nie więcej niż 30), a np. nominując aktora za rolę, jego koledzy nie wskazują kategorii (główna, czy drugoplanowa), ale to temat na inną notkę...

Więcej na ten temat można przeczytać na stronie akademii, oraz w artykule magazynu "Vox".

14:37, kubadybalski , pitu pitu
Link Komentarze (2) »
środa, 18 stycznia 2017

(Konwój, 2016)

Reżyseria: Maciej Żak

Scenariusz: Maciej Żak

Grają (ci istotni): Janusz Gajos, Robert Więckiewicz, Łukasz Simlat, Ireneusz Czop, Przemysław Bluszcz

6/10

Po seansie ma się nadzieję, że jednak polskie służby mundurowe mają nieco mocniejszy kręgosłup moralny, bo jeśli jest tak, jak w filmie Żaka, to trochę strach. „Konwój” to krwiste kino gatunkowe, za oceanem zresztą kręcone dość regularnie, w którym grupa bandziorów podejmuje jakieś wspólne przedsięwzięcie. A ponieważ są ludźmi uwikłanymi w rozmaite ciemne sprawki, a wśród nich też zawsze zaplącze się jeden uczciwy, w pewnym momencie zaczynają się tłuc między sobą. W tym wypadku mamy przypadek więźnia, który ma zostać przewieziony przez pół Polski, ale różnym osobom zależy, żeby do miejsca przeznaczenia nie dojechał.

Wielkiej filozofii czy artyzmu w „Konwoju” nie ma. Nie dostał żadnej nagrody i nie był na żadnym festiwalu. Są klasyczne klisze filmowych thrillerów. Jest też jednak bardzo porządny warsztat, który sprawia, że film ogląda się spokojnie i z zadowoleniem. Historia rozwija się tak jak trzeba, tajemnice zasygnalizowane na początku, odsłaniają się powoli z biegiem filmu, a na końcu jest kilka niespodziewanych rozstrzygnięć. Postacie są wyraziste. Więckiewicz rolę nawalonego, przetrąconego przez życie frustrata przećwiczył już w „Pod Mocnym Aniołem”, a Gajos w rolę cynicznego człowieka u władzy wdrażał się w „Układzie zamkniętym”, czy dużo wcześniej w „Psach”. Zdjęcia są dynamiczne gdy takie mają być, a muzyka dudniąca, gdy trzeba dudnić. Wielkie kino to nie jest, ale bardzo solidne.

Scena warta uwagi:

Jest scena – oszczędzę szczegółów – gdy się wzdrygnąłem. To scena podobna do sytuacji w czasie meczu piłkarskiego, gdy piłkarz dozna krótkotrwałej, ale bardzo bolesnej i nieszczęśliwej kontuzji. Jakby co, to ostrzegałem.

niedziela, 15 stycznia 2017

(I, Daniel Blake, 2016)

Reżyseria: Ken Loach

Scenariusz: Paul Laverty

Grają (ci istotni): Dave Johns, Hayley Squires

9/10

Fenomenalny, poruszający i uniwersalny film Kena Loacha, nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, to opowieść nie tylko o bezduszności brytyjskiego systemu pomocy społecznej. Tematy wykraczają daleko poza Wielką Brytanię – tę, której zwykle w filmach się raczej nie pokazuje – i daleko poza sam problem z zasiłkami. Dan, próbując załatwić prostą wydawałoby, się sprawę w urzędzie, trafia na każdym kroku na absurdy, które tylko początkowo wydają się zabawne, bo ostatecznie okazuje się, że system, który z zasady ma pomagać, przede wszystkim upadla ludzi, pozbawia ich godności. To nie jest tak, że do brytyjskich urzędów trafia margines społeczny. Trafić tam może, na dobrą sprawę każdy. Jest za to tak, że to cały schemat pomocy jest skonstruowany w ten sposób, że ludzi na margines wypycha. To szokujące spostrzeżenie. Ale tak jest. Loach przedstawia to wzorowo - w sposób jasny, prosty i bez żadnej fałszywej nuty.

Wybitnym osiągnięciem Loacha jest klarowne pokazanie, że to właśnie cała konstrukcja jest wadliwa, a nie ludzie źli. Daniel i Katie spotykają wielu bardzo uczynnych i pomocnych ludzi, czy to w banku żywności, czy w samym urzędzie. Właściwie jednym z głównych tematów, poza oskarżeniem systemu, jest tu też gigantyczna międzyludzka solidarność. Ale jednocześnie procedury dają bezapelacyjne prawo do umycia rąk tym, którzy po drugiej stronie biurka (a częściej - telefonu) nie chcą, lub nie umieją dostrzec człowieka. Jest w tym filmie sporo z Barei (na połączenie telefoniczne z urzędnikiem Dan czeka dwie godziny wysłuchując idiotycznej muzyczki), sporo z „Paragrafu 22” (Dan nie może odwołać się od decyzji „organu decyzyjnego” (sic!), dopóki ten nie zadzwoni do niego, by poinformować że dostanie list z decyzją, który już dostał – to nie błąd w procedurze, ale sama procedura), ale też mnóstwo z Orwella.

Raz za razem widz łapie się za głowę i w pierwszym odruchu myśli „co za absurd, jak to możliwe”, by po chwili przypomnieć sobie, że możliwe, bo być może i jego coś podobnego spotkało. Dan, wysłany na kurs pisania CV, spotyka tam jednego z klasycznych szarlatanów „rozwoju osobistego”, którzy niczym się od siebie nie różnią niezależnie od tego, czy „nauczają” w Newcastle, Warszawie, czy Bytomiu. Wszędzie plotą te same bzdury. W jednej z wielu świetnych scen Dan próbuje wytłumaczyć niewytłumaczalne, czyli wyjaśnić przez telefon człowiekowi, który chce go zatrudnić, że nie może u niego pracować. „To po co w ogóle do mnie przyszedłeś? F...ck You!” - słyszy w końcu i trudno się rozmówcy dziwić.

Film jest wzruszający. Loach nie wymyśla, po prostu stawia bohaterów przed codziennymi decyzjami, takimi jak co zrobić gdy do Katie przychodzi córka i tłumaczy, że w szkole się z niej śmieją bo jej buty się rozpadają, albo gdy trzeba zapłacić rachunek a nie masz pieniędzy bo nie możesz podjąć pracy. Ale pamiętajcie, to nie jest przygnębiający film o biedzie i marginesie, jak moglibyście się spodziewać. To krystalicznie precyzyjne kino społeczne.

W Wielkiej Brytanii film wywołał gorącą debatę. Dwa miesiące temu Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy, radził w parlamencie premier Theresie May, by go sobie obejrzała. Loach przez kilka tygodni na łamach mediów spierał się z ministrem pracy Damianem Greenem, który film określił jako „niesprawiedliwy”, przyznając jednocześnie, że go nie widział. Jego konserwatywni poprzednicy zgodnie go skrytykowali, podobnie jak publicystka „Timesa”, która nie mogła się nadziwić, jakim cudem został nagrodzony w Cannes, z drugiej strony „Guardian” (Mark Kermode dał mu 5 na 5 gwiazdek) drukuje listy czytelników, których spotkało to samo, co głównego bohatera.

Obejrzenie „Ja, Daniel Blake” jest obowiązkowe. To prawdopodobnie najlepszy film zeszłego roku.

Scena warta uwagi:

W banku żywności...

14:34, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2017

(Powidoki, 2016)

Reżyseria: Andrzej Wajda

Scenariusz: Andrzej Mularczyk

Grają (ci istotni): Bogusław Linda, Bronisława Zamachowska, Zofia Wichłacz, Krzysztof Pieczyński, Szymon Bobrowski, Mariusz Bonaszewski

5/10

Andrzej Wajda dał ponoć Bogusławowi Lindzie wolną rękę, jeśli chodzi o zbudowanie postaci i lindowy Strzemiński to najjaśniejszy element filmu. Tak to z nim jest, że za każdym razem gdy jest na ekranie, w pierwszych kilku minutach filmu widz spodziewa się, że zaraz komuś powie „w imię zasad, skurwysynu...”, ale potem jego postać „kupuje” się bez wahania. Gorzej, że to co się dzieje na ekranie dookoła Liny, już takie dobre nie jest. Zofia Wichłacz (to ta blondynka z „Miasta 44”) grająca zakochaną w Strzemińskim studentkę, stworzyła postać płaską jak flądra. Kilkunastoletnia Bronisława Zamachowska radzi sobie jak umie, ale ewidentnie będzie lepiej umiała w przyszłości, choć trzeba dodać, że rolę – córki takich rodziców w samym środku stalinizmu – miała arcytrudną.

Wajda – zdaniem Filmotatnika bezwzględne „naj” w historii polskiej kinematografii – żegna się ze światem filmem niezłym, ale trochę zmarnowanym, który rwie się w drobiazgach, takich jak wyżej wymienione role, czy dość drętwe sceny wykładów (poza doskonałą sceną przerwanego wykładu o Van Goghu). Pytania o to, gdzie są (jeśli w ogóle), granice obrony artystycznej wolności, przestrogi przed milczeniem gdy władza wkracza w tematy do których wstępu mieć nie powinna i wreszcie pokazanie, że żeby człowieka upodlić i zniszczyć wcale nie trzeba było go wsadzić do więzienia i tam skatować, są ważne. Tylko, że Wajda już je poruszał wiele razy i w „Powidokach” nie znajdzie się nic świeżego. Owszem, można spytać, dlaczego Filmotatnik chce czegoś świeżego od 90-letniego reżysera, ale od kogo jak nie od Wajdy?

Scena warta uwagi

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cały ten film, to półtorej godziny nakręcone głównie po to, by pokazać na końcu scenę z manekinami – świetną, symboliczną, bardzo „wajdowską”. Ta jedna scena może być tematem bardzo długiej dyskusji. Tylko ten półtoragodzinny wstęp mógłby być lepszy.

16:11, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2017

(Hell or High Water, 2016)

Reżyseria: David Mackenzie

Scenariusz: Taylor Sheridan

Grają (ci istotni): Chris Pine, Ben Foster, Jeff Bridges

7/10

Wciągający, pięknie sfilmowany i zilustrowany muzyką Nicka Cave'a western. Bo choć dzieje się w Teksasie współcześnie, to na dobrą sprawę relacje między ludźmi i działania zdają się niewiele zmienić przez ostatnie półtora wieku. Niby główni bohaterowie piją kawę w restauracji i jeżdżą samochodem, ale gdyby nagle wymienić to na saloon, konie i ubrać ich nieco inaczej, film mógłby z powodzeniem toczyć się dalej. O ile jednak John Wayne i jego kumple wiedli proste życie – ktoś był dobry, ktoś zły, ktoś obrabował bank, ktoś z kimś wychodził na ulicę i strzelali z biodra – to bohaterów Mackenziego bardzo długo trudno jednoznacznie ocenić. Czarny charakter i dobry bohater kształtują się w czasie filmu każdą kolejną decyzją, do końca nic tu nie nie będzie jednoznaczne, a na pytanie jak bardzo obu braci usprawiedliwiają okoliczności, odpowiedzi nie będzie. W westernie twardy facet, gdy działa się krzywda jemu, lub jego rodzinie, brał rewolwer albo strzelbę i szedł strzelać, a tego złego, często dosięgała sprawiedliwość. Dziś nie wiadomo co z tą sprawiedliwością – jak, komu ją wymierzać, czy ten ktoś w ogóle to poczuje? Współcześni sprawiedliwi mają przerąbane.

Osobny akapit należy się Jeffowi Bridgesowi, który z wiekiem błyszczy na ekranie coraz bardziej, a do ról doświadczonych kowbojów nadaje się idealnie. Bridges w jednej chwili potrafi zmienić spojrzenie z gorącego, na mrożące krew w żyłach. Szeryf Hamilton w jego wykonaniu jest osią filmu. W leniwy sposób posuwa śledztwo do przodu i jest być może najbardziej krwistą postacią w całym tym zestawie. Przydałaby mu się jakaś nagroda. Złotego Globu nie dostał. Trochę szkoda.

Scena warta uwagi

Ostatnia w filmie. Bardzo, ale to bardzo westernowa.

czwartek, 05 stycznia 2017

(Bacalaureat, 2016)

Reżyseria: Cristian Mungiu

Scenariusz: Cristian Mungiu

Grają (ci istotni): Adrian Titieni, Vlad Ivanov

8/10

Doskonały film, który z tegorocznego festiwalu w Cannes wyjechał z nagrodą za reżyserię, mogłby z powodzeniem zostać nakręcony 40 lat temu w Polsce przez jakiegoś Kieślowskiego, Zanussiego, czy inną Holland. Mógłby zresztą opowiadać też o współczesnej Polsce, a przynajmniej tych jej fragmentach, które przebijają spod tego, czym je przyprószono przez ostatnie dwadzieścia kilka lat (choć klimat, tak od półtora roku, się ociepla). Córka Romeo, głównego bohatera, poważanego lekarza, właśnie zdaje maturę. To formalność, by za kilka miesięcy świetna uczennica zaczęła studia w Cambridge, gdzie egzaminy już dawno ma za sobą. Ale po wypadku, ta formalność staje się problemem. Tata więc postanawia pomóc losowi i wikła się w system przysług, w których lekarz pomaga urzędnikowi, ten z kolei policjantowi, a policjant nauczycielowi, itd. Pieniędzy tu właściwie nie ma, jest system „przysługa za przysługę”. Nie ma też, co mniej oczywiste, a Mungiu to świetnie uchwycił, zamkniętego kręgu znajomych, „kliki”, „układu”, czy jakbyśmy to chcieli nazwać. „Pomagają” sobie ludzie, którzy się nawet nie znają, ale „pan dziś mnie, a kiedyś może i ja będę w kłopocie”. A widz ogląda to z nieprzyjemnym uczuciem, czy jego kraj jest bardziej, czy może jednak mniej podobny, do prowincjonalnego rumuńskiego Kluża.

„Egzamin” jest pod pewnymi względami nawet bardziej poruszający, niż klasyka polskiego kina moralnego niepokoju. Tam np. zawsze był jaki wyjątkowo czarny charakter, taki skurwysyn, którego widz mógł wziąć za uosobienie najgorszych cech systemu. Czasem, jak w „Wodzireju”, był nim nawet główny bohater. W rumuńskim filmie... nikogo takiego nie ma. To wszystko są spokojni, zwykli, uprzejmi ludzie. Każdy ma swoje mniejsze lub większe kłopoty, urzędnik boi się operacji, szef policji jest po długotrwałym załamaniu związanym z rozwodem. Nikt nikomu nic złego nie zrobił, bo też Mungiu – zapewne z rozmysłem – nie pokazuje tych, którzy nie zdadzą egzaminu, bo nie ściągali, którzy nie zdążą na przeszczep wątroby, bo nie byli przesuwani na liście, albo stracili pracę w urzędzie, bo nie mieli znajomego, który by ich z powrotem zatrudnił. Idę o zakład, że niejeden widz po wyjściu z kina pomyśli, że „...właściwie o co chodzi, w czym problem?”. A to sprawia, że film jest o wiele bardziej niepokojący. Jeśli więc sądzicie, że o kinie moralnego niepokoju wiecie wszystko i nic więcej na ten temat wymyślić nie można, to jesteście w błędzie. Można. Idźcie do kina.

Scena warta uwagi

Niejedna. Ostatnia zdaje się sugerować, że reżyser jest optymistą. Że o ile pokolenie Romeo jest stracone, to to jego córki jeszcze nie. Znad Wisły można tylko kibicować i zazdrościć. Bardziej optymizmu, niż pokolenia...

22:54, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

(Paterson, 2016)

Reżyseria: Jim Jarmush

Scenariusz: Jim Jarmush

Grają (ci istotni): Adam Driver, Golshifteh Farahani

8/10

Filmotatnik ma znajomego, który prawdopodobnie kilkanaście razy, jeśli nie więcej, oglądał „Ghost Doga”, czyli ten film o płatnym zabójcy, w którym główny bohater chyba najmniej pasuje do roli płatnego zabójcy. To u Jima Jarmusha zresztą dość powszechne i przyciągające, że niezaleznie od tego, czy robi film o rzeczy tak efektownej jak mafijny zabójca, czy wampiry, albo o tak przyziemnej jak kawa i papierosy, to i tak akcja jest na tyle leniwa, że pozwala dostrzec piękno i poezję w drobiazgach, na które w życiu nie zwrócilibyście uwagi. „Paterson” to przeuroczy film, w którym Jarmush wspina się na wyżyny tego stylu. Teoretycznie wszystko jest tu na opak. Miasto, według statystyk jedno z najniebezpieczniejszych w USA, to oaza spokoju, gdzie z gangsterami można pogawędzić o psach, a rapującego Method Mana można spotkać w pralni. W filmie Jarmusha to miasto poetów i poezji, której źródła można znaleźć w najdrobniejszym, i co nie mniej istotne – najzwyklejszym – szczególe, takim jak zapałki na stole, czy przechodniu na ulicy. Sam główny bohater jest uosobieniem tej poetyckiej zwyczajności miasta, zresztą i on, i miasto nazywają się tak samo.

Jest w filmie przepiękna scena, w której nie pada ani jedno słowo. Paterson siedzi w barze, do którego wpada wieczorami na piwo, wyprowadzając psa. Rozgląda się po różnych szczegółach miejsca w którym się znalazł, a kamera wodzi za jego wzrokiem. A to ściana za barem ze zdjęciami i wycinkami z gazet o sławnych mieszkańcach miasta, a to barman opowiadający dowcip jakiejś klientce, a to dwóch braci bliźniaków pogrążonych w rozmowie, z której słychać tylko szept. Każdy z tych obrazków, z powodzeniem mógłby być osobnym tematem filmu, albo początkiem opowiadania jakiegoś amerykańskiego pisarza z połowy ubiegłego stulecia. „Paterson”, choć opowiada historię najzwyklejszą ze zwykłych, jest nasycony „literackością” (z braku lepszego słowa...). Warto.

Scena warta uwagi:

Ponieważ została opisana wyżej, to zwróciłbym waszą uwagę, na wszystkie sceny z udziałem psa Marvina, który jest głównym czarnym charakterem tej opowieści. Otóż grająca Marvina suczka Nellie została podczas ostatniego festiwalu w Cannes uhonorowana Palm Dog Award, czyli przyznawaną od 15 lat przez międzynarodowe jury krytyków filmowych, nagrodą dla najlepszego psa-aktora (lub stada psów). Nellie jest pierwszym psem nagrodzonym pośmiertnie. Zmarła kilka miesięcy temu.

18:20, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi