niedziela, 28 stycznia 2018

(Darkest Hour, 2017)

 

Reżyseria: Joe Wright

Scenariusz: Anthony McCarten

Grają (ci istotni): Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Stephen Dillane, Lily James

3/10

Tępo ciosana propagandówka o tym, że Winston Churchill z Hitlerem walczył choćby nie wiadomo co i przez większość filmu, chlejąc na umór i paląc jak smok, łazi w te i we wte i pokazuje hart ducha i że się nie podda, potem nachodzą go wątpliwości, potem wysiada z limuzyny i jedzie jeden przystanek metrem (co trwa dziesięć minut) z brytyjskim ludem i pyta się ludu, czy będą walczyć do końca, a lud odpowiada mu, że do końca i „prowadź wodzu”, więc wraca mu hart ducha. Przy okazji scenariusz jest tak toporny, że pasowałby, przy przymknięciu oka na mielizny, do „Sensacji XX wieku” i niczego więcej. W drugiej scenie filmu jeden z polityków tłumaczy swoim kolegom, że Halifax to minister spraw zagranicznych, choć wszyscy w pokoju doskonale wiedzą kim jest Halifax. Ale widz nie wie, więc trzeba mu to powiedzieć, tylko dlaczego w ten sposób? Zaplecze polityki wygląda w „Czasie mroku” jak sztuka teatralna i to marna.

Byłoby niezmiernie ciekawe obejrzeć w kinie podwójny rewers. Podwójny, bo „Czas mroku” to nie tylko spojrzenie z drugiej strony na, również nominowaną do Oscara, „Dunkierkę”, ale też na zekranizowaną dekadę temu przez Joe Wrighta „Pokutę”. Niestety wyszła filmowa szmira, którą podciąga za uszy głównie Gary Oldman w roli tytułowej. Tak jak sam film jest zły, tak Oldman (który nie wygląda jak Oldman, nie mówi jak Oldman, a czasem nawet nie patrzy jak Oldman) jest świetny i akurat Oscar dla niego nie będzie żadną niespodzianką. Akurat przemówienia Oldmana-Churchilla nie są toporne, a wręcz porywające. Promyczków w filmie jest jeszcze kilka, choćby muzyka, czy Ben Mendelsohn jako „król-jąkała”, ale mizeria scenariuszowa odrzuca. To jeden z najgorszych filmów które mają szansę na Oscara, w ostatnich latach.

Scena warta uwagi:

Kilkakrotnie w filmie operator pokazuje scenę z góry, co wygląda niezwykle malowniczo. Zwłaszcza pierwsza, z widokiem na Izbę Gmin, robi wrażenie.

P.S. Oscarowe nominacje są znane. Na razie, spośród obejrzanych przez Filmotanik, średnia ocen nie rzuca na kolana. Ranking wygląda jak poniżej i miejmy nadzieję, że będzie lepiej.

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Kształt wody” 4/10

4. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Czwarta władza”, „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

niedziela, 21 stycznia 2018

(Three Billboards Outside Ebbing, Missouri, 2017)

 

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Frances McDormand, Sam Rockwell, Woody Harrelson, Peter Dinklage, John Hawkes, Abbie Cornish

7/10

Nie jest to film pogodny, choć widownia co i rusz wybucha śmiechem. Nie jest to dreszczowiec, choć cała historia oparta jest na brutalnej śmierci i nie jest ona jedyną w tym filmie. Nie jest to też film obyczajowy, o życiu w małym mieście na Środkowym Zachodzie USA, bo jednak podpalenia, pobicia, wyrzucanie przez okno, przemoc domowa, rasizm, etc. to jednak dość sporo na zwykły „obyczaj”. To jest jakiś taki miks wszystkiego co powyżej, w dodatku miks bardzo sprawnie opowiedziany i z nieoczywistym zakończeniem. McDonagh po mistrzowsku bawi się z widzami, każąc im śmiać się gdy za chwilę sprawy przybierają śmiertelnie poważny obrót i zadumać się, gdy sytuacja robi się w zasadzie absurdalna. Nie pozwala polubić żadnego z głównych bohaterów, ale też nie pozwala żadnego znienawidzić. Dawno nie było filmu, który tak umiejętnie zmusza do wstrzymania się z ocenami, a jednocześnie ewidentnie wciąga. Bo każdy chce wiedzieć jak skończy się batalia Mildred o to, by ktoś ruszył tyłek i znalazł zabójców jej córki.

Wygląda na to, że „Trzy billboardy…” to jeden z głównych oscarowych faworytów, bo zgarnął cztery Złote Globy w ważnych kategoriach (film dramatyczny, scenariusz, główna rola żeńska, drugoplanowa rola męska) . Może się Akademii spodobać, bo jest w każdym calu „amerykański”. Fajne jest też to, że McDonagh oparł obsadę na starszych aktorach, a główną rolę dał być może najbardziej niedocenianej (przez widzów i media, bo raczej nie przez reżyserów) amerykańskiej aktorce, czyli Frances McDormand, która mimo, że kiedyś tam zagrała w „Fargo”, przewija się zwykle gdzieś na drugim planie. Jednego Oscara już ma (właśnie za „Fargo”). Rzecz w tym, że sam film, choć bardzo dobry, z doskonałymi rolami i świetnie napisany, jest właśnie - bardzo dobry, ale nie świetny. Ani przełomowy, ani innowacyjny, ani olśniewający jakimś elementem. Na statuetkę Akademii jednak chyba nie zasługuje. Jeśli wygra, to dzięki słabej konkurencji, a tego bym nie chciał.

Scena warta uwagi:

Gdy Charlie, były mąż Mildred, wpada do ich domu, zrobić awanturę o billboardy. Ta jedna scena, w której uczestniczą cztery osoby, mogłaby być egzaminem na każdej aktorskiej uczelni. Każda z postaci musi w mig zmienić nastrój, emocje, tempo i ton mówienia. W filmie wychodzi majstersztyk.

niedziela, 14 stycznia 2018

(Shape of Water, 2017)

 

Reżyseria: Guillermo del Toro

Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor

Grają (ci istotni): Sally Hawkins, Michael Shannon, Richard Jenkins, Octavia Spencer

4/10

Niczym się niewyróżniający horror o niemej sprzątaczce w tajnym kompleksie wojskowym, która zakochuje się w potworze z wody. Rzecz się dzieje na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych więc główne przesłanie to prawo do życia, wolności, szacunku i miłości dla wszelkich dziwactw, którym ówcześnie, ale też i dziś takich praw się odmawia. W „Kształcie wody” tym uciśnionym jest człowiek-ryba, ale nie zapomniano też o Afroamerykanach, kobietach, jest też jeden radziecki szpieg, ale o dobrym sercu. Oczywiście złym charakterem jest pozbawiony uczuć wojskowy-naukowiec, który się nie uśmiecha. Choć w tym filmie nie zobaczycie niczego, czego nie widzielibyście w kinie już wiele razy, z jakiegoś powodu dostał siedem nominacji i dwa Złote Globy (w tym za muzykę dla Alexandre'a Desplata, która niczym nie wyróżnia się od innych ilustracji muzycznych do filmów, napisanych przez Desplata), no i czekają go pewnie jakieś nominacje oscarowe.

Guillermo del Toro, który w pokazywaniu na ekranie różnych obrzydlistw lubuje się równie mocno jak Tim Burton, miał całkiem niezły pomysł na film. Nauczyć widza tolerancji i empatii pokazując mu na ekranie coś tak przedziwnego i innego, że naturalnie ma się wrażenie, że to przesada. Bo „inni” w tym filmie są wszyscy (główna bohaterka to niemowa, jej przyjaciel – gej, jej przyjaciółka z pracy – czarna, lekarz który im pomaga – Rosjanin), ale Amfibiaman wszystkich bije o kilka długości. Tyle, że nie ma umiaru w przerysowywaniu, więc film momentami ociera się, chyba niezamierzenie, o pastisz. W efekcie mamy dość banalną bajkę, choć wizualnie efektowną.

Scena warta uwagi:

Nietypowo będą to sceny, które ciągną film w dół. Z niewyjaśnionego powodu reżyser kazał swoim aktorom, Amerykanom, mówić po rosyjsku. I mówią, a przynajmniej próbują, całą energię zużywając na próby artykulacji. Wychodzi to fatalnie. Kilka scen w filmie jest więc zagrana na poziomie szkolnych jasełek, w których aktorzy z najwyższym trudem skupiają się po prostu na wypowiedzeniu kwestii.

15:27, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 stycznia 2018

(Molly’s Game, 2017)

Reżyseria: Aaron Sorkin

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Jessica Chastain, Idris Elba, Kevin Costner, Chris O’Dowd

 4/10

Jeśli w „Steve Jobs” przysypialiście na bezsensownie długich, bilateralnych rozmowach kilkorga głównych bohaterów o ich własnych uczuciach, a akcja posuwała się do przodu dzięki zmianie konfiguracji rozmawiających i przeskakiwaniu o kilka lat wte i we wte, to przeżyjecie deja vu. Historię Molly Bloom, która przez kilka lat organizowała grę w pokera najbardziej znanym i najmajętniejszym Amerykanom napisał i debiutancko wyreżyserował Aaron Sorkin, czyli scenarzysta tamtego filmu. To zresztą scenarzysta kilku bardzo udanych filmów, dlatego boli, że właśnie scenariusz w „Grze o wszystko” kuleje tak, że bolą zęby. Do końca filmu nie dowiedziałem się, czy oglądam film gangsterski, dramat psychologiczny, film biograficzny. Nie dowiedziałem się też, czy to co robiła pani Bloom, a co jest główną osia filmu, właściwie jest legalne, czy nielegalne.

Bo historia trafiła się Sorkinowi absolutnie fascynująca i rzecz jasna jest oparta na faktach i na książce, którą prawdziwa Molly napisała. Dziewczyna, niedoszła olimpijka w narciarstwie organizowała grę w pokera w Los Angeles, gdzie znani aktorzy (m.in. Tobey Maguire, Ben Affleck czy Leonardo DiCaprio) w wynajętym przez nią pokoju hotelowym przegrywali i wygrywali duże sumy, a także w Nowym Yorku, gdzie z jej usług korzystali rosyjscy mafiosi. Co z tego, kiedy zamiast krwisty film o pokerze, oglądamy, jedna za drugą, rozmowy o życiu, przerywane scenami w których Molly przeżywa rozmaite rozterki a z offu opowiada, że je przeżywa. Ponieważ do filmu zatrudniono niezłych aktorów, a oni się starają, wychodzi czasem przedziwnie. W jednej ze scen, gdy Molly rozmawia z ojcem, co w założeniu miało być najbardziej wzruszającą sceną w filmie, publiczność w kinie się śmiała.

Scena warta uwagi:

Pierwsza, wprowadzająca do filmu. To najlepsza jaką w życiu widziałem, kilkuminutowa sekwencja nagrana głównie po to, bo na końcu powiedzieć „fuck you!”. To akurat twórcom filmu wyszło.

Scena warta uwagi

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi