niedziela, 27 stycznia 2019

(Green Book, 2018)

Reżyseria: Peter Farrelly

Scenariusz: Peter Farrelly, Brian Currie, Nick Vallelonga

Grają (ci istotni): Viggo Mortensen, Mahershala Ali

8/10

Czarnoskóry wirtuoz fortepianu, dr Don Shirley jedzie w trasę koncertową do południowych stanów USA. Jest początek lat 60-tych. „Będą z tego kłopoty" – mówi mu Tony Vallelonga, zatrudniony przez niego kierowca, choć też trochę ochroniarz, a trochę asystent. Tony jest Włochem z Bronxu, który właśnie na parę miesięcy stracił zatrudnienie jako wykidajło w klubie „Copacabana", bo trwa tam remont. Nie wiadomo początkowo po co dr Shirley pcha się na południe, ale z biegiem czasu widać, że Tony miał rację. To nie jest film tylko o tym, że amerykański rasizm sprzed pół wieku był okrutny, czy nieludzki. „Green Book" pokazuje jak kompletnie był on nielogiczny i absurdalny. To chyba tradycja (bo co innego?) skłaniało ludzi by artyście, którego przed momentem szczerze oklaskiwali, pokazywać sławojkę pod drzewem, gdy pytał o toaletę. Shirley na południu narażał się na to, by dostać w barze po pysku tylko dlatego, że jest Murzynem. Ale to w kinie nic nowego. Filmów o amerykańskim apartheidzie i stojącym za nim szowinizmie było na pęczki. Uderzający jest rasizm na salonach i obelgi wypowiadane z przepraszającym uśmiechem przez właścicieli sal koncertowych i melomanów z wyższych sfer. Raz czy dwa, ogląda się to ze zdziwieniem. Gdy widać taką scenę po raz kilkunasty, można powoli domyślić się w jakim świecie żył Don.

Farrelly'emu, który do tej pory zajmował się kręceniem średniej jakości komedii, takich pełnych żartów o cyckach, wyszedł tym razem film zbilansowany i przezabawny. Po tym co powyżej możecie się spodziewać, że „Green Book" to smutny dramat z jakimś tragicznym zakończeniem. Nic z tego, to arcypogodny film, który wzorowo rozgrywa niezgodność charakterów między dwoma głównymi bohaterami. Zasługa obu aktorów jest niezaprzeczalna. O ile Ali pasuje do roli dystyngowanego, wykształconego artysty, to Filmotatnik nigdy by nie pomyślał, że Mortensen mógłby zagrać włoskiego cwaniaczka z Nowego Jorku. A robi to brawurowo. Cała sala w kinie, sądząc po reakcjach, świetnie się bawiła. Jeden żart o cyckach się ostał, ale też jest zabawny. „Green Book" to pewnie nie jest film na Oscara, chciałoby się, żeby statuetkę dostał jakiś bardziej zjawiskowy film, ale nominacja jest całkowicie zasłużona.

Scena warta uwagi:
Fragmencik zmieścił się do zwiastunu, ale w całości rewelacyjne jest scena, gdy Tony i Don jedzą kurczaka w panierce w samochodzie. Sposób w jaki Ali wyrzuca za okno obgryzione udko jest kameralnym arcydziełem aktorstwa.

P.S. Znane są już nominacje Oscarowe. Filmotatnik, jak co roku, podsumuje wam nominowane filmy i wyjaśni, co powinno wygrać (zwykle rzecz jasna wygrywa coś zupełnie innego, jak np. film o człowieku-rybie, ech...). W każdym razie póki co obejrzane filmy trzymają wysoki poziom.

1. Roma 8/10
2. Green Book 8/10
3. Narodziny gwiazdy 7/10

Do obejrzenia: „Bohemian Rhapsody", „Czarna pantera", „Czarne bractwo. BlacKkKlansman", „Faworyta", „Vice". 

sobota, 12 stycznia 2019

(Roma, 2018)

Reżyseria: Alfonso Cuaron

Scenariusz: Alfonso Cuaron

Grają (ta istotna): Yalitza Aparicio

 

8/10

Czarno-biały, efektowny, choć toczący się w powolnym tempie film o tym, że gdyby nie kobiety, to cały ten świat by się zawalił i rozpadł. Mężczyzna to element destrukcyjny, ewentualnie kuriozalnie bezsensowny, co w efekcie i tak prowadzi do destrukcji. To kobiety trzymają rzeczywistość (na każdym poziomie - indywidualnych relacji, rodziny, w końcu państwa) w kupie. Na tyle, na ile są w stanie. Szczególnie główna bohaterka, Cleo (ale dotyczy to w większym, lub mniejszym stopniu wszystkich kobiet, które pojawiają się na ekranie) która niezmiennie, dzień za dniem, tworzy, otacza opieką, wychowuje, sprząta, pilnuje, czasem ratuje życie, choć w świecie zarządzanym przez mężczyzn to nie jest łatwe, bo gamonie bez przerwy rzucają kłody pod nogi.

I choćby z powodu tego feministycznego charakteru filmu, który Cuaron napisał, wyreżyserował, jest autorem zdjęć, a na dodatek jeszcze zmontował (a w ogóle w nawiasie trzeba dodać, że to film częściowo autobiograficzny, Cuaron mieszkał w meksykańskiej dzielnicy Colonia Roma w domu naprzeciwko tego, w którym nakręcił większość scen) szanse „Zimnej wojny” na Oscara wyglądają marnie. Nie dlatego że film Pawlikowskiego jest gorszy (na gust Filmotatnika nawet lepszy), ale „Roma” to właśnie film głęboko feministyczny, a takie ostatnio w Hollywood lubią nagradzać, w dodatku Amerykanie mogą się co nieco dowiedzieć o swoim bliskim sąsiedzie (poza tym feminizmem, „Roma” to języku filmu opowieść takiego rodzaju, jak fenomenalna „Rozmowa w Katedrze” w języku literatury), a jak wiadomo, bliska ciału koszula sąsiada, niż koszula gdzieś na wschodzie Europy. Ale może nie będzie źle. „Ida” też nie miała szans by wygrać.

Scena warta uwagi:

Polecam obejrzenie każdej sceny właśnie mając w pamięci to ciekawe rozróżnienie – mężczyźni bez wyjątku zachowują się destrukcyjnie, tchórzliwie lub bezsensownie. Kobiety, wręcz przeciwnie.

20:40, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 stycznia 2019

(A Star is Born, 2018)

Reżyseria: Bradley Cooper

Scenariusz: Eric Roth, Bradley Cooper, Will Fetters

Grają (ci istotni): Bradley Cooper, Lady Gaga, Sam Elliott

7/10

Bradley Cooper wziął się za reżyserowanie i są pewne przesłanki, że kiedyś może z niego być “nowy Clint Eastwood” (swoją drogą to właśnie Eastwood miał początkowo robić “Narodziny gwiazdy“). Rozumie, że dobry film musi targać widzem. I ten film targa. Jeszcze przed nim zrozumienie, że najlepiej dla filmu, jeśli tym źródłem targania nie są wielkie rzeczy - wspaniała kariera, wielka miłość, bezdenny nałóg - ale rzeczy drobne, codzienne. Jeśli nauczy się opowiadać historie, które mają właśnie takie podłoże, ale z porównywalnymi emocjami, jak w tym filmie, będzie git. Trochę tu tego jest. Jack jest trochę zazdrosny o karierę Ally, Ally trochę wstydzi się, tego co śpiewa. Awantura, która wybucha w pewnym momencie jest trochę karczemna. Ta “trochowatość” jest bardzo fajna, ale jednak w tym filmie bardzo dużo jest “naj”.

Mamy więc Jacka Maine’a, uwielbianego przez publiczność piosenkarza, muzyka, tekściarza i kompozytora (nie wiedzieć czemu określanego w recenzjach jako muzyk country), chlejącego na potęgę i odkrytą przez niego w jakiejś zapadłej dziurze Ally, która z biegiem filmu robi karierę jako pop-gwiazda. Duet się wzajemnie zakochuje na zabój. Problem w tym, że ona stąpa twardo po ziemi, ale nie ma na tyle kośćca, by być uczciwą wobec siebie artystką, on jest uczciwym wobec siebie artystą, ale nie ma na tyle kośćca, by stąpać twardo po ziemi. Historia melodramatu stara jak świat, ale w górę za uszy wyciąga ją fenomenalny Bradley Cooper (chyba dobrze mu zrobiło, że reżyserował sam siebie), bardzo przyzwoita - dużo bardziej niż moglibyście się spodziewać - Lady Gaga, a także świetna warstwa muzyczna. Te momenty, gdy na ekranie śpiewają, są chyba najfajniejsze w całym filmie. A jest ich sporo.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianymi piosenkami - zarówno na koncertach, jak i przy fortepianie, albo na parkingu tamtejszego Lidla - scena kłótni. W tym kierunku Cooper scenarzysta i reżyser powinien iść.

21:57, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi