poniedziałek, 24 lutego 2014

(Philomena, 2013)

Reżyseria: Stephen Frears

Scenariusz: Steve Coogan, Jeff Pope (na podstawie "The Lost Child of Philomena Lee" Martina Sixmitha)

Grają (ci istotni): Judi Dench, Steve Coogan

6/10

Wzruszająca historia o Irlandce, która po pięćdziesięciu latach próbuje odnaleźć syna, dawno temu adoptowanego przez parę Amerykanów. Film można oglądać na dwóch co najmniej płaszczyznach. Po pierwsze, najbardziej oczywiste, jako kolejne już pokazanie palcem Kościoła jako instytucji z gruntu zepsutej, postępującej przeciwnie niż wzór moralności, jakim chciałby być. Po drugie, jako bardzo kameralną i intymną próbę ułożenia się głównej bohaterki z własną przeszłością. Co nie jest łatwe, bo Filomena, w niezwykły sposób potrafiła połączyć tęsknotę za synem, głęboką wiarę i bardzo rozsądny ogląd świata. To nie jest zagubiona staruszka, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka i jak długo sądzi drugi z głównych bohaterów, ale twardo stąpająca po ziemi i zdeterminowana osoba. W dodatku koncertowo grana przez Judi Dench.

Ale film ma też parę minusów. Choć Dench jest świetna, to partnerujący jej Steve Coogan co najwyżej przeciętny. Jego Martin Sixsmith jest nijaki, niby inteligentny, a więc w zamyśle pełen flegmatycznego angielskiego humoru, ale tak naprawdę jest w nim wiele jedynie flegmy. Rozczarował mnie zresztą też jako scenarzysta, bo ze spotkania dwóch mocnych, zupełnie nieprzystających charakterów nie wychodzi nic, co powodowałoby jakiekolwiek skoki napięcia. No może parę razy w filmie. Ale to niewiele. Coogan nie wykorzystał historii jaką przelał na papier. Wystarczyło jej na stworzenie świetnej okazji do popisu dla Dench i choćby po to „Tajemnicę Filomeny” obejrzeć warto. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że to mógł być film dużo lepszy.

Scena warta uwagi:

Jednym z kilku momentów wartych zapamiętania jest na przykład rozmowa Filomeny i Martina, gdy ten drugi przypomina sobie, że jednak znał, choć przelotnie, poszukiwanego syna. To jak główna bohatera cieszy się z tych strzępków informacji, chwyta za serce.

P.S. „Tajemnica Filomeny” trafia w moim rankingu na nienajwyższe miejsce. Ale pamiętajcie, że stawka w tym roku jest mocna.

1. „Ona” 8/10

2. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

3. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

4. „Kapitan Phillips” 7/10

5. „Witaj w klubie” 7/10

6. „Tajemnica Filomeny” 6/10

7. „Wilk z Wall Street” 6/10

8. „American Hustle” 6/10

P.P.S. Wiecie... „Sierpień w hrabstwie Osage”...



Tagi: Judi Dench
23:09, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 lutego 2014

(Lincoln, 2012)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Tony Kushner (na podstawie nagrodzonej Pulitzerem książki „Team of Rivals: The Political Genius of Abraham Lincoln” Doris Kearns Goodwin)

Grają (ci istotni): Daniel Day-Lewis, Sally Fields, David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt, Tommy Lee Jones

4/10

Amerykańskie dzieci pędzone do kin na ten film, przeklinają nauczycieli już po pierwszej godzinie (a mają jeszcze półtorej przed sobą). Zresztą nawet nie musiały chodzić do kin, bo Dream Works rozesłało kopie do 37 tys. liceów w całym kraju. Męczą się więc w klasach, bo Spielberg zaserwował im technicznie ładny, politycznie poprawny i niezwykle nudny film, w którym prezydent Lincoln próbuje przepchnąć przez Izbę Reprezentantów trzynastą poprawkę do konstytucji, głównie przez opowiadanie anegdot, zabawy z synem, garbienie się. Niby osią filmu ma być konieczność zdobycia minimum dwudziestu głosów demokratów (przez prośby, groźby i przekupstwo) i pewna wątpliwa moralnie konieczność (trzeba torpedować rozmowy pokojowe, żeby poprawka zyskała poparcie), ale pierwszy z brzegu odcinek „House of Cards” jest siedemnaście razy bardziej emocjonujący niż ten film. Niby miało być wielowymiarowo i niejednoznacznie. No bo jak to? Lincoln kupczy głosami? Przedkłada własną ustawę nad możliwość zakończenia krwawej wojny? Ale od samego początku każdy widz wie, że ma moralną rację, więc nie ma niepokoju. Steven Spielberg nakręcił laurkę. Można pokazać uczniom.

„Lincoln” był faworytem zeszłorocznych Oskarów z dwunastoma nominacjami, co pokazuje, o ile mocniejsza stawka jest w tym roku. Poza scenografią figurkę dostał jeszcze tylko Daniel Day-Lewis. Mam wrażenie, że trochę na wyrost, bo choć niewątpliwie wczuł się w rolę, to jest trochę irytujący. Z wielu świetnych ról, ta akurat była niezła, ale miewał lepsze. Za to w porównaniu z kolegami i koleżankami z planu świetna. Grająca jego żonę Sally Field przyjmując rolę mówiła, że gra jedną z najbarwniejszych i najbardziej złożonych postaci w historii USA. Wyszła z tego kobieta zmęczona i płaczliwa, niespecjalnie skomplikowana. Równie proste role mieli David Strathairn jako sekretarz stanu Seward, czy Joseph Gordon-Levitt jako syn prezydenta. No może na Tommy'ego Lee Jonesa warto popatrzeć. Tyle.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę ładnie skomponowana, trochę jak obraz, jest scena śmierci prezydenta. Można popatrzeć. I przez moment nikt nic nie mówi.

P.S. Pamiętajcie o konkursie. To już 95. film opisany na blogu.

piątek, 21 lutego 2014

(Her, 2013)

Reżyseria: Spike Jonze

Scenariusz: Spike Jonze

Grają (ci istotni): Joaquin Phoenix, Scarlett Johansson, Amy Adams, Rooney Mara, Olivia Wilde

8/10

Joaquin Phoenix zagrał w monodramie, za to Scarlett Johanson w słuchowisku. Naprawdę. Jej rolę dograno już po zakończeniu zdjęć, wcześniej, na planie postać Samanthy grała Samantha Morton zamknięta w pudle. W każdym razie wyszedł film niezwykły, odkrywczy. Spike Jonze wymyślił historię opirając się mocnej pokusie zrobienia po prostu pastiszu, w którym facet zakochuje się w komputerze, więc pokazujemy wszystkie etapy normalnego związku, tylko zamiast kobiety jest komputer i jest śmiesznie. Nic z tych rzeczy. Jonze przemyślał całą relację głównego bohatera i jego ukochanej (?) od początku do końca. Wymyślił jak się będzie rozwijała, jakie będą jej punkty krytyczne, itd. Wyszedł z tego wciągający główny wątek, obudowany fantastycznymi drobiazgami (gra komputerowa „Supermama”, jest po prostu bajeczna). Oskar za scenariusz chyba murowany. Za najlepszy film... zobaczymy.

I druga rzecz, która utkwiła mi w pamięci. Do tej pory za najładniej sfilmowane miasto w nocy uważałem Los Angeles w „Zakładniku” Michaela Manna. Ale miasto w „Niej” jest nie mniej wciągające. Widz nie dowiaduje się gdzie mieszka główny bohater, ale zdjęcia kręcono w Los Angeles i Szanghaju. Wychodzi z tego miasto ciepłe, nowoczesne i fascynujące. Chciałbym mieć takie mieszkanie jak główny bohater (właściwie to trochę takie mam). W każdym razie zestaw oskarowych nominacji – film, scenariusz, scenografia, muzyka i piosenka – absolutnie nie jest przypadkowy.

Scena warta uwagi:

Chyba najkrótsza ze wszystkich wyróżnionych w tej rubryce. Otóż uważam za wybitny pomysł pojedynek na drogowe pachołki.

P.S. Coraz mniej filmów pozostało do obejrzenia z oskarowego peletonu. „Ona”, z tego co widziałem, chyba jest najlepsza.

1. „Ona” 8/10

2. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

3. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

4. „Kapitan Phillips” 7/10

5. „Witaj w klubie” 7/10

6. „Wilk z Wall Street” 6/10

7. „American Hustle” 6/10

P.P.S. Ale „Sierpień w hrabstwie Osage” mimo wszystko podobał mi się bardziej.

P.P.P.S. Pamiętajcie o konkursie.

sobota, 15 lutego 2014

Jeśli Filmotatnik dobrze policzył (prawdopodobnie się pomylił), „American Hustle” jest okrągłym 93. filmem opisanym na blogu. A ponieważ czyta go nieliczna, ale wierna (mam nadzieję) grupa czytelników, więc wpadł na pomysł konkursu. Piszcie – czy to w komentarzach pod notką, czy to na facebooku, generalnie tam, gdzie będę mógł to znaleźć – jaki film powinien trafić na bloga. O czym chcielibyście przeczytać. Zwycięska propozycja będzie setną quasirecenzją.

Konkurs nie ma regulaminu, bo nie chce mi się go wymyślać. Wyboru dokona szerokie grono właścicieli, redaktorów i współpracowników bloga „Filmotatnik”. Jeśli przyjdzie wam do głowy, by propozycję uzasadnić, na pewno pomoże to w wyborze. Zostanie dokonany w sposób subiektywny, wedle kryteriów wziętych z sufitu, nie bez kierowania się prywatnymi sympatiami.

Filmotatnik nie ma pojęcia jaka jest nagroda. Jak będzie zwycięzca, to zastanowi się co się może jej/jemu spodobać.



00:33, kubadybalski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lutego 2014

(American Hustle, 2013)

Reżyseria: David O. Russell

Scenariusz: Eric Warren Singer, David O. Russell

Grają (ci istotni): Christian Bale, Amy Adams, Bradley Cooper, Jennifer Lawrence, Jeremy Renner, Michael Pena, Alessandro Nivola, Robert De Niro

6/10

Trochę się tego bałem, ale chyba musiało do tego dojść. Z dość mocno obsadzonego oskarowego peletonu, ten film rozczarowuje najbardziej. Nie dlatego, że jest słaby. Jest nawet dobry. Ale dziesięć nominacji? Złote Globy dla Amy Adams i Jennifer Lawrence? Naciągane. To film o pewnym przekręcie, luźno opartym na prawdziwej historii. Filmy o szwindlach to osobny rozdział kinematografii. Taki film musi uwodzić, zapadać w pamięć. Albo głównym bohaterem, takim fajnym cwaniaczkiem, którego lubimy od pierwszej sceny. Albo dialogami, które się potem powtarza na imprezach. Albo zaskakującym zwrotem akcji, zakończeniem, którego się nie spodziewaliśmy. W tym wypadku na to nie liczcie. „American Hustle” ogląda się przyjemnie, a dekolt Amy Adams, który właściwie w każdej jej kreacji kończy się poniżej pępka, nawet bardzo przyjemnie. Ale nic ponadto.

David O. Russell zrobił fajny film, ale bez takiego zawadiackiego mrugania okiem jak w przypadku „Złota Pustyni”. Christian Bale gra dobrze, ale gdzie mu do roli w „Fighterze”? Wygląda na to, że lepiej dla niego, jeśli do roli chudnie, a nie tyje. W filmie na dobrą sprawę błyszczą tylko Jennifer Lawrence i absolutnie superprofesjonalny, choć epizodyczny Robert De Niro (niewymieniony w końcowych napisach). Co ciekawe podobno na planie zdarzyło się, że gdy De Niro przywitał się z całą obsadą, podszedł do reżysera i po cichu zapytał „a kto to jest, ten gruby?” To niby powinno działać na korzyść roli Bale'a, ale tak naprawdę pochwały należą się makijażystce.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę fajne są dwie. Obie związane z aktorami, których pochwaliłem. Pierwsza to ta, w której De Niro, jako włoski mafioso znienacka sprawdza czy siedzący przed nim szejk, jest rzeczywiście szejkiem z Abu Zabi. Kto nie oglądał, nie będę zdradzał jak, ale to ponoć zdarzyło się naprawdę. Druga fajna scena to rozmowa Rosenfelda z żoną w sypialni. To jak postać grana przez Jennifer Lawrence potrafi odwracać kota ogonem jest naprawdę przeurocze.

P.S. W rankingu przedoskarowym zmiany niewielkie, bo „American Hustle” trafia na koniec listy. Nawet „Wilk z Wall Street”, nad którym się wyzłośliwiałem, ma coś za co można go polubić na tyle, by wepchnąć do oskarowego wyścigu. Ten film niczego takiego nie ma.

1. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

2. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

3. „Kapitan Phillips” 7/10

4. „Witaj w klubie” 7/10

5. „Wilk z Wall Street” 6/10

6. „American Hustle” 6/10

P.P.S. Będę się powtarzał, ale wygrać powinien, nienominowany (skandal!) „Sierpień w hrabstwie Osage”.

wtorek, 11 lutego 2014

(Saving Mr Banks, 2013)

Reżyseria: John Lee Hancock

Scenariusz: Kelly Marcel, Sue Smith

Grają (ci istotni): Emma Thompson, Tom Hanks, Colin Farrell, Paul Giamatti

7/10

Niezgodność charakterów jest zabójcza dla małżeństwa, ale potrafi napędzić film. W tym mamy do czynienia z taką właśnie opozycją. Z jednej strony Pamela Travers autorka powieści dla dzieci o Mary Poppins, z drugiej Walt Disney, który chciałby zrobić film Mary Poppins. Ale żeby roześmiane, pełne słodyczy uwagi Disneya i jego pomagierów, brutalnie przecinane przez cięte riposty pisarki, stanowiły o błyskotliwości filmu, potrzeba doskonałych aktorów. A Tom Hanks jest tu tylko nieznacznie gorszy od świetnej Emmy Thompson.

Tak naprawdę historia nie jest jakoś wybitnie zaskakująca. Film toczy się w dwóch perspektywach czasowych. Główny wątek w latach sześćdziesiątych, za to poboczny, który odsłania nieco przyczyny zachowania pani Travers, pół wieku wcześniej. Mimo takiego zagmatwania fabuła toczy się bardzo sprawnie. Widz odkrywa tajemnicę po kawałku, choć ta na końcu jest chyba dość przewidywalna. Za to dużym atutem jest klimat. To bardzo pogodny film, a taki jest bardzo trudno zrobić. Uwierzcie mi, potrafi być wielokrotnie bardziej irytujący niż jakiś mroczny albo smutny. Tymczasem „Ratując Pana Banksa” ogląda się z przyjemnością, równie dużą jak patrzy na Emmę Thompson. Coś w mijającym roku świetnych ról kobiecych było multum. Ta nawet nie zmieściła się w oskarowych nominacjach...

Scena warta uwagi:

Jeśli ktoś twierdzi, że Emma Thompson, przerysowała postać, że celowo nadała jej karykaturalny wymiar, to polecam poczekanie do ostatniej sceny. Tej już po napisach. Niesamowite.

P.S. Nie pamiętam czy jakoś ostatnio, może przy okazji „Zniewolonego...” pisałem, że Paul Giamatti to świetny aktor. To świetny aktor.



poniedziałek, 10 lutego 2014

(Looper, 2012)

Reżyseria: Rian Johnson

Scenariusz: Rian Johnson

Grają (ci istotni): Joseph Gordon-Levitt, Bruce Willis, Emily Blunt, Piper Perabo, Jeff Daniels

5/10

Bruce Willis już kiedyś, w „Dwunastu małpach”, podróżował w czasie. W filmie nic dobrego z jego podróży nie wyszło, poza tym że wyszedł dobry film. Tym razem film wyszedł nieco słabszy, ale do obejrzenia. Rzecz w tym, ze gdy jakikolwiek filmowiec zaczyna kombinować z podróżami w czasie, to ma dwa wyjścia. Albo traktuje sprawę nieco z przymrużeniem oka i nie zagłębia się w szczegóły, albo właśnie opiera całą historię na szczegółach, odkrywając przed widzem zagmatwaną do granic możliwości historię. W tym drugim przypadku historia w końcu zaczyna trzeszczeć i wychodzą na jaw jej nielogiczności. W przypadku „Loopera” i tak, choć trzeszczy i jest nielogiczna, to generalnie w głównym wątku w miarę trzyma się kupy. To już pewien sukces.

No więc Rian Johnson, który lubi zagmatwane historie, ale w poprzednich filmach („Brick”, „Niesamowici bracia Bloom”), do których zresztą napisał scenariusze, wyszły mu lepiej, przedstawia widzom pewnego zabójcę. Ofiary do zastrzelenia przysyłają mu z przyszłości, gdy możliwe są już podróże w czasie. No i przysyłają mu Willisa, który jest nim za trzydzieści lat, więc sprawa się gmatwa. Komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Willis chce zabić dziecko, które wyrośnie na szefa mafii, który zalezie za skórę Willisowi. Tak naprawdę film nie jest szczególnie porywający, ale też da się go obejrzeć. Można np. zobaczyć Josepha Gordona-Levitta ucharakteryzowanego na Willisa młodszego o trzydzieści lat. W większości chodzi o to, że po prostu mniej rusza twarzą, niestety nie pomyślano że jeden jest praworęczny, a drugi – leworęczny.

Scena warta uwagi:

W zasadzie każda, w której jest Emily Blunt.



czwartek, 06 lutego 2014

(12 Years a Slave, 2013)

Reżyseria: Steve McQueen

Scenariusz: John Ridley (na podstawie „Twelve Years a Slave” Solomona Northupa”)

Grają (ci istotni): Chiwetel Ejiofor, Michael Fassbender, Benedict Cumberbatch, Paul Giamatti, Paul Dano, Brad Pitt

8/10

Wyszedłem z sali kinowej. Akurat w korytarzu było dużo ludzi, więc trochę czasu zajęło mi by się przez nich przecisnąć. Poszedłem do sklepu (oglądałem film w kinie, w jednej z galerii handlowych), tam kupiłem: chleb, butelkę wina, świeczki zapachowe, tygodnik opinii oraz kilka cytryn. Chwilę zatrzymałem się przed empikiem zastanawiając się czy nie kupić jakiejś książki. Machnąłem ręką („innym razem, mam co czytać”). Wyszedłem na zewnątrz, przeszedłem przez ulicę, dość zatłoczoną. Wolnym krokiem zmierzałem w kierunku metra i wtedy – pół godziny po zakończeniu seansu – przyszło mi do głowy: „gdzie jest patos?”. Amerykański film, podejmujący moralny problem, który w USA roztrząsają na wszelkie sposoby od dziesiątków lat, społeczną i kulturową zadrę i przez bite dwie godziny filmu nic nie zgrzytnęło. Ani przez moment. A na patos jestem uczulony.

A film McQueena nie prześlizguje się łagodnie po temacie. To krwiste, treściwe kino. Brytyjczyk zrobił go w swoim stylu. Poza początkiem i końcem nie ma liniowej historii, ale raczej ciąg sugestywnych obrazów, które z różnych stron, często zaskakujących, pokazują niewolnictwo. Jeśli myśleliście, że to prosty problem sprowadzający się do złych i okrutnych białych i dobrych zgnębionych czarnych, to przygotujcie się na wyjątkowo skomplikowany przegląd postaw i zależności. Spod nich wychodzi na jaw absurdalny, trwający przez dziesięciolecia system, w którym z dwóch ludzi mijających się na ulicy jeden mógł być wolny, a drugi mieć status półzwierzęcia. To ważny głos w temacie i film, który przez następne lata będzie punktem odniesienia, dla każdego, który spróbuje go podjąć. Paradoksalnie McQueen w mojej opinii zrobił swój najsłabszy film, a niewykluczone, że dostanie za niego Oskara. I nie świadczy to o słabości „Zniewolonego...” ale o wartości pozostałych dwóch.

Scena warta uwagi:

O McQueenie trzeba napisać jeszcze jedno – ma absolutne oko do filmu. Talent niezwykle rzadki, który poza umiejętnością takiego kierowania aktorami, by przekazywali temat zamierzony przez reżysera, pozwala na komponowanie uderzających w widza scen, w których słowo jest właściwie niepotrzebne. Fragment filmu, w którym Solomon decyduje się na ucieczkę i trafia na pościg właśnie wieszający innych zbiegów, ma ładunek emocjonalny porównywalny do scen z „Listy Schindlera”.

P.S. No i mam problem. Film McQueena w przedoskarowym rankingu wstawiam, z ogromnymi wątpliwościami, przed „Grawitację”. I nie mogę się tych wątpliwości pozbyć. Gdybym oglądał „Zniewolonego...” bez oskarowego kontekstu i ktoś by mnie spytał, czy zasługuje na nagrodę Akademii, pewnie powiedziałbym, że nie, że czegoś mi w nim brakuje. Ale to świetny film i jeśli wygra, nie zdziwię się. No więc wygląda to tak

1. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

2. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

3. „Kapitan Phillips” 7/10

4. „Witaj w klubie” 7/10

5. „Wilk z Wall Street” 6/10

P.P.S. Oczywiście gdyby „Sierpień w hrabstwie Osage” był nominowany, powinien wygrać.



wtorek, 04 lutego 2014

(Dallas Buyers Club, 2013)

Reżyseria: Jean-Marc Vallee

Scenariusz: Craig Borten, Melisa Wallack

Grają (ci istotni): Matthew McConaughey, Jared Leto, Jennifer Garner, Steve Zahn

7/10

Świeżo po obejrzeniu „Wilka z Wall Street” usłyszałem od znajomego recenzenta, że „od dwóch lat McConaughey jest niesamowitym aktorem”. W tamtym filmie, choć miał ledwie epizodzik, wypadł brawurowo. W tym gra główną rolę i choć najbardziej rzucającym się w oczy zabiegiem aktorskim jest utrata 23 kg żywej wagi (grający drugi plan Jared Leto, poza przebraniem się w damskie ciuchy stracił 14 kg – obaj dostali po Złotym Globie, obaj są nominowani do Oskara), to w jego wykonaniu jest to kawał doskonałego rzemiosła. Oskara może bym mu nie dał (już szybciej mógłby go dostać Leto), ale to rola z której może być dumny. Swoją drogą to ciekawe. Jeśli prześledzi się filmografię McConaugheya, to tak mniej więcej do 2011 r. jest to klasyczna kariera dobrze opłacanego, przeciętnego ulubieńca Hollywood. Ale od 2011 r. nie ma roli, za którą nie dostałby co najmniej kilku nagród. Co się stało?

Sam film opowiada historię teksańskiego elektryka Rona Woodroofa, u którego w 1985 r. zdiagnozowano AIDS. Miał żyć miesiąc. Przeżył siedem lat dzięki dość pogmatwanej intrydze polegającej na podróżach do Meksyku i manewrowaniu między paragrafami. Przeżył nie tylko on, ale też wielu innych. Umożliwił im leczenie, którego nie było im w stanie zapewnić zbiurokratyzowane państwo. Taka historia musiała zainteresować filmowców, ale scenarzyście Craigowi Bortenowi, który spotkał się z Woodroofem jeszcze za jego życia, zajęło dwie dekady, by doprowadzić do ekranizacji. Pół Hollywood miało to kręcić. Dennis Hopper z Woody'm Harrelsonem, Mark Forster z Bradem Pittem, czy Craig Gillespie z Ryanem Goslingiem. Wyszło jak wyszło i dobrze się stało. To nie jest historia, której byście nie znali i której kono by nie opowiadało (choćby od czasów „Filadelfii”). Ale dla aktorstwa warto obejrzeć. Polecam.

Scena warta uwagi:

To film z mocnymi rolami męskimi, ale mnie absolutnie ujęła Jennifer Garner, grająca dr Eve Saks, lekarkę rodem z Teksasu. Wystarczy uważnie obejrzeć scenę kolacji Ronem i przyjrzeć się jak świetnie wypada jako teksańska dziewczyna, taka z Południa. Jak mówi, jak się uśmiecha i jak się zachowuje. Takich ról specjalnie nie miała, dlatego widać kontrast. A przecież Garner urodziła się w Huston i pochodzi z bardzo konserwatywnej rodziny. W jednym z wywiadów wspomniała, że „była krok od tego, by uznano ją za amisza”.

P.S. Oskary coraz bliżej, więc poniżej pierwszy (będzie uaktualniany ranking) filmów zasługujących na Oskara. Ranking ułomny, bo z nominowanych nie widziałem na razie nawet połowy, ale jak wspomniałem, będę uaktualniać. Na razie wygląda to tak:

1. "Grawitacja" (8/10)

2. "Kapitan Phillips" (7/10)

3. "Witaj w klubie" (7/10)

4. "Wilk z Wolf Street" (6/10)

P.P.S. I tak poniższe zestawienie jest mało warte, bo z tego co do tej pory widziałem Oskara za najlepszy film powinien dostać „Sierpień w hrabstwie Osage”, ale ktoś zapomniał o nominacji...



poniedziałek, 03 lutego 2014

„Police 69” z filmu „Ocean's Eleven” - David Holmes

Na pomysł poświęcenia notki Davidowi Holmesowi wpadłem nie z powodu n-tego obejrzenia filmu z Georgem Clooneyem, ale z powodu obejrzenia „Głodu”, do którego Holmes, wraz z Leo Abrahamsem nagrał muzykę. Uderzające jak bardzo ten soundtrack – cichy, ukryty w tle – różni się od muzyki jaką zwykle kompozytor rodem z Belfastu tworzy do filmów. Jest żywa, rytmiczna i dynamiczna. Taka jak „Police 69”. Do filmu Holmesa polecił Danny De Vito. Aktor podsunął go Stevenovi Soderberghowi, gdy ten kręcił „Co z oczu, to z serca” (nawiasem mówiąc całkiem przyjemny film). W kolejnym filmie Soderbergha Holmes nagrał utwór, z którego jest chyba najbardziej znany. Poniżej w wersji teledyskowej.

A to był dopiero początek. Soderbegh korzysta z niego dość regularnie. Holmes pisze też muzykę do innych niezłych filmów, choćby „Buffalo Soldiers”, czy „Standera”. A mimo to mam wątpliwości, czy nazwać go kompozytorem filmowym, czy raczej DJ-em. Bo tak naprawdę pierwsze przejawy sławy zdobył prowadząc klubowe imprezy na uniwersytecie w Belfaście na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Wtedy jeszcze nie zarabiał na życie pisząc muzykę, ale pracował jako fryzjer i kucharz. Podczas jednej z takich uniwersyteckich imprez Orbital zagrał po raz pierwszy utwór „Belfast”. Sam Holmes stworzył w 1995 r. kawałek „No Man's Land”, który trzy lata później trafił do filmu „Pi” (a wiadomo, że to, co wybrzmiało na „Pi” musiało być genialne). Już jako kompozytor filmowy pełną gębą nagrywał muzykę do kampanii reklamowej iPhone'a, Pro Evolution Soccer 2010 i ceremonii otwarcia igrzysk w Londynie. Tak naprawdę, choć notkę zacząłem od „Głodu”, czyli dość antybrytyjskiego filmu, to trudno mi sobie wyobrazić kompozytora, który byłby równie „brytyjski” w brzmieniu. Wystarczy, że posłuchacie „Holly Pictures”. To muzyka ze wspomnianego PES 2010. Albo popatrzycie na te ciemne okulary na zdjęciu...

 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi