piątek, 27 lutego 2015

(Kingsman: The Secret Service, 2014)

Reżyseria: Matthew Vaughn

Scenariusz: Jane Goldman, Matthew Vaughn

Grają (ci istotni): Colin Firth, Taron Egerton, Michael Caine, Mark Strong, Samuel L. Jackson, Sofia Boutella

7/10

Colin Firth jest aktorem, o którym powiedzieć, że może zagrać wszystko, to nic nie powiedzieć. On wszystko co gra, gra w ten sam sposób, na jedno kopyto i w każdej roli – niezależnie czy to król-jąkała w „Jak zostać królem”, chłopak Bridget Jones w „Dzienniku...” czy szpieg-dżentelmen w „Kingsman...” wypada dobrze. A że to w dodatku wybitnie brytyjski aktor, w tym wybitnie brytyjskim filmie (oprócz Firtha, są tu przecież jeszcze i Michael Caine i Mark Strong), który wyśmiewa wybitnie brytyjskie kino, to czego chcieć więcej? Oczywiście, przyznaję bez bicia: idąc do kina akurat na ten film – ekranizację komiksu o tajnych agentach, tajnej organizacji, którzy zabijają każdego i rozwalają wszystko - trochę przypadkiem i z braku laku, spodziewałem się czegoś złego i na zapas żałowałem zmarnowania tak fajnej obsady.

W dodatku „Kingsman...” jest reklamowany jako film reżysera „X-Manów” i „Kick-Ass”. Jest to rzecz jasna potwarz dla Matthew Vaughna, że mniej zorientowany kinoman nie dowie się z plakatu, że jest on przede wszystkim scenarzystą „Porachunków” i „Przekrętu” (tak, tak, to ten człowiek napisał te filmy dla Guya Ritchie'go), w ostatnich latach napisał scenariusz do świetnego, choć mało znanego „Długu”, a gdy sam stanął za kamerą to zrobił choćby bardzo fajny „Przekładaniec” i najlepszą filmową baśń jaką w życiu oglądałem, czyli „Gwiezdny pył”. I to głównie dzięki niemu z banalnej fabuły w stylu „od zera do bohatera”, w banalnym filmie będącym pastiszem Jamesa Bonda, robi się całkiem zabawna historia, w licznych momentach rzeczywiście śmieszna, pełna dość zaskakujących zwrotów akcji i wreszcie – ponieważ brytyjska, a nie amerykańska – pozbawiona irytującej poprawności politycznej. Jest tam choćby (przypominam – w filmie będącym pastiszem z Bonda – w USA takie filmy mają właściwie charakter familijny) jedna z najbardziej krwawych jatek jakie widziałem w kinie, w której jednoosobowo i ze szczegółami zostaje wymordowany cały kościół baptystów. Mrugnięć do widza jest równie wiele, co ciosów obuchem. Ja tam bawiłem się bardzo dobrze. Polecam.

Scena warta uwagi:

To oczywiście szczegół, drobiazg, ale tylko faceci z jajami kibicują Millwall...

P.S. Rzecz jasna nie mogę pominąć, że absolutnie zajebista i błyszcząca z ekranu jest latynoska dziewczyna z szablami zamiast nóg (Gazelle), która tak naprawdę jest francuską tancerką z Algierii, okazjonalnie aktorką i nazywa się Sofia Boutella i możecie ją kojarzyć choćby z tej reklamy Nike. A tu biega ze Zlatanem, Torresem i kimś tam jeszcze.

wtorek, 24 lutego 2015

(Still Alice, 2014)

Reżyseria: Richard Glatzer, Wash Westmoreland

Scenariusz: Richard Glatzer, Wash Westmoreland na podstawie powieści „Still Alice” Lisy Genovy

Grają (ci istotni): Julianne Moore, Alec Baldwin, Kirsten Stewart

7/10

Oscarowa rola Julianne Moore, która zresztą za występ w tym dość kameralnym filmie otrzymała też Złotego Globa i nagrodę BAFTA. Gra akademicką wykładowczynię, u której tuż po 50. urodzinach odkryto pierwsze symptomy choroby Alzheimera. Ludzi w tym wieku choroba zwykle nie dopada, ale to się zdarza. I trudno wyobrazić sobie osobę, którą mogłoby to dotknąć bardziej, niż specjalistkę od lingwistyki, która jeździ po konferencjach z wykładami, uprawia jogging i z córką gra przez smartfona w Scrabble, układając słowa za 60-70 punktów. Ale nie tylko Moore jest tu do oglądania. To zrobiony z niezwykłym wyczuciem, prosty film pokazujący postępującą chorobę. Nie ma w nim efekciarstwa, a byłoby o nie bardzo łatwo, choć są momenty niezwykle przejmujące i chwytające za gardło. Tylko że wynikają z niecodziennej sytuacji w jakiej znalazła się bohaterka, a nie z szybującej w chmurach wyobraźni scenarzysty. Filmu nie da się oglądać na zimno. Co chwilę trąca widza i każe mu się zastanawiać jak sam by się zachował.

W „Teorii wszystkiego” - filmie, który z kolei przyniósł w tym roku Oscara najlepszemu aktorowi – grający Stephena Hawkinga Eddie Redmayne pyta stawiającego diagnozę lekarza „A co z mózgiem?”. Gdy słyszy, że z tym jednym wszystko będzie w porządku, wyraźnie odczuwa ulgę. Tytułowa Alice znajduje się w sytuacji odwrotnej. Powoli traci wspomnienia, uczucia, zdolność swobodnego myślenia. Fizyczna ułomność to już tylko konsekwencja tego pierwszego. W głównej bohaterce z biegiem czasu jest coraz mniej „Alice”, choć kiedy jeszcze może, każde swojemu otoczeniu, a zwłaszcza rodzinie pamiętać, że tam w środku to cały czas ona. Taki zresztą jest sens oryginalnego tytułu, który na polski został przetłumaczony nieco bezmyślnie.

Scena warta uwagi:

Alice przygotowuje się na to co ją czeka. Szczególnie jeden z kroków jest poruszający, równie poruszająca jest sytuacja, gdy przygotowany wcześniej plan przyjdzie Alice zrealizować. Nie zdradzając istotnych elementów fabuły więcej napisać nie mogę, ale każdy oglądający się zorientuje.

sobota, 21 lutego 2015

(American Sniper, 2014)

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Jason Hall na podstawie książki „American Sniper” Chrisa Kyla, Scotta McEwena i Jima DeFelice'a

Grają (ci istotni): Bradley Cooper, Sienna Miller

5/10

Jestem bardzo, ale to bardzo rozczarowany. Głównym atutem tego filmu miał być Clint Eastwood, czyli niezwykły przypadek przeciętnego, choć charakterystycznego aktora, z którego krok po kroku powstał fenomenalny reżyser. Tu nie chodzi tylko o to, że Eastwood robi dobre filmy. „Za wszelką cenę” czy „Gran Torino” to jedne z najlepszych amerykańskich filmów w ciągu ostatnich lat (z naciskiem an ich amerykańskość). „Rzeka Tajemnic”, „Oszukana” czy „Medium”, to niezwykle wciągające historie, a ich tematyczna różnorodność pokazuje, jak dobrze Eastwood czuje się niezależnie od rodzaju historii którą kręci. „Invictus” jest fenomenalnym połączeniem filmu sportowego, laurki i filmu z przesłaniem. I choć niezbyt lubię filmy dydaktyczne, to ten lubię bardzo. Nie mam więc pojęcia dlaczego reżyser z takim doświadczeniem zrobił takiego – jak na siebie – gniota.

„Jak na siebie”, bo „Snajper” jest strawny, nawet efektowny, ale w wielu miejscach łopatologicznie wychwalający „naszych” bohaterów i piętnujący irackie „zwierzęta”. Fabularnie to film dość banalny, o bohaterze wojennym z trudem radzącym sobie (ale radzącym – to bohater) z PTSD. Takie połączenie „Wroga u bram” z „Helikopterem w ogniu”, przy czym z tego ostatniego wzięte są te gorsze elementy. Amerykanie się wzruszą, weterani może i popłaczą, ja ziewałem. Filmotatnik po wyjściu z kina przeprowadził długą rozmowę z jednym z sympatyków bloga. Zgodził się z rozmówcą, że po Eastwoodzie, który jak wiadomo raczej nie należy do sympatyków tęczy z Placu Zbawiciela, trudno się było spodziewać filmu w stylu Olivera Stone'a, ale raczej nie takiej propagandówki. Sympatyk zresztą podzielił się z Filmotatnikiem historią o tym, że ponoć scenariusz na podstawie książki początkowo trafił do Stevena Spielberga. Ten jednak chciał trochę pozmieniać scenariusz, więcej uwagi poświęcić Mustafie, czyli syryjskiemu snajperowi, lustrzanemu odbiciu głównego bohatera. Ale okazało się, że studio nie ma pieniędzy na pomysły Spielberga i gdy ten machnął ręką, scenariusz przekazano Eastwoodowi. Ten zrobił film bez lewackich udziwnień i zmieścił się w budżecie.

Scena warta uwagi:

Jest taka, dość istotna scena w filmie, która akurat mi się spodobała. Kyle leży na dachu i celuje do dzieciaka, który próbuje podnieść stingera, trzymanego przed chwilą przez zastrzelonego rebelianta. Chłopiec nie wygląda na więcej niż 8 lat, ledwo jest w stanie utrzymać broń i zaczyna celować w amerykański transporter, a Kyle tylko szepcze: „rzuć to”...

P.S. „Snajper to ostatni z tegorocznych filmów nominowanych do Oscara opisany na Filmotatniku. Za dużo w filmotatnikowej klasyfikacji nie namieszał. A efekt jest oczywisty. Go „Birdman”!

1. Birdman 9/10
2. Boyhood 8/10
3. Grand Budapest Hotel 7/10
4. Whiplash 7/10
5. Selma 7/10
6. Teoria wszystkiego 7/10
7. Gra tajemnic 5/10
8. Snajper 5/10

sobota, 14 lutego 2015

(Ziarno prawdy, 2015)

Reżyseria: Borys Lankosz

Scenariusz: Borys Lankosz i Zygmunt Miłoszewski na podstawie powieści Miłoszewskiego

Grają (ci istotni): Robert Więckiewicz, Magdalena Walach, Jerzy Trela, Krzysztof Pieczyński, Andrzej Zieliński

5/10

Wiedząc, że w końcu trzeba będzie pójść na ten film w poniedziałek kupiłem książkę, do środy ją przeczytałem, w czwartek poszedłem do kina. I źle się stało dla filmu, bo pewnie gdybym „Ziarna Prawdy” nie przeczytał, w kinie podobałoby mi się bardziej. Co do wersji literackiej, to spodziewałem się nędznych popłuczyn po Krajewskim, w dodatku dziejących się tu i teraz, a nie w przedwojennym Wrocławiu. A tu niespodzianka, bo to czytadło łatwo strawne i wciągające, w dodatku barwne jeśli chodzi o szczegóły. Miłoszewski ma talent do obudowywania historii w pozornie niezwiązane z głównym wątkiem drobiazgi, odnoszące się do rzeczywistości w której żyjemy (np. bohaterowie, całość dzieje się w Sandomierzu, co najmniej kilka razy żartują z „Ojca Mateusza”, w filmie tych wszystkich nawiązań nie ma). Łatwo w tym wypadku o kicz, a jemu wychodzi to bardzo naturalnie. Z filmem jest gorzej. Miłoszewski z Lankoszem dokonali prostej przeróbki książki na scenariusz przez ucięcie tego, czego było za dużo. Tego, że kilka szczegółów zmieniono, się spodziewałem. To konieczność. Tyle, że tego co ucięto bardzo mi brakowało, to co zostało często nie jest nijak związane z treścią i właściwie nie wiadomo po co jest w filmie (po co Teodor Szacki gapi się na cycki Basi Sobieraj jeśli – spojluję – ta znajomość nie skończy się tak jak w książce?). W dodatku zdania, którymi bohaterowie mówią w książce i tam brzmią bardzo naturalnie, w filmie wypadają sztucznie.

Problem mam też z samym Lankoszem. Ja wiem, że on robi dobre filmy. „Ziarno prawdy” to jest generalnie całkiem solidny thriller, jakich się w Polsce raczej nie kręci. I wiem, że dobrym filmem był „Rewers”. Tylko, że nie podzielałem powszechnych zachwytów nad nim, bo mi się nie do końca podoba styl Lankosza, który lubi filmy wystylizowane, ucharakteryzowane (tak, wiem, że „Rewers” miał taki być”), ładne. I „Ziarno prawdy” momentami, mimo tematu, bohaterów, itp., było właśnie za ładne, jak na mroczny thriller. Właśnie taki, może brutalniejszy, „Ojciec Mateusz”. Animowane wstawki są efektowne, ale czy nie lepiej byłoby, gdyby te sceny zostały zagrane?

Scena warta uwagi:

Tym razem scena, której w filmie nie ma. Gdy czytałem książkę, po przeczytaniu tego fragmentu pierwsza myśl była taka, że szkoda będzie, jeśli to nie trafi do scenariusza. A trafić nie musiało, bo to wątek zupełnie poboczny. No i nie trafiło. Otóż w książce, Basia odwiedza w szpitalu umierającego ojca, dawną gwiazdę prokuratury, który doprowadził do skazania i wykonania na początku lat 80-tych ostatniego podwójnego wyroku śmierci w Polsce. Stary prokurator opowiada Szackiemu tamtą zbrodnię, śledztwo i proces. Miłoszewski opisuje to tak sugestywnie i wstrząsająco, że czytając te kilka stron, czułem się jakbym oglądał „Dom zły”...

P.S. No właśnie, szkoda, że „Ziarna prawdy” nie nakręcił Smarzowski...

P.P.S. Jeszcze jedno. Zastanawiałem się, czy można „Ziarno prawdy” postawić obok jakoś dość często ostatnio kręconych u nas filmów z antysemityzmem w tle - „Pokłosia”, „Idy”, itp. Otóż nie można i dotyczy to i książki i filmu. To po prostu bardzo efektowne tło, ale nie temat. Co ciekawe różne „środowiska” z prawa i lewa chyba się na ten film jakoś specjalnie nie rzuciły. A to dziwne, bo trochę – jedni i drudzy – mogliby dla siebie w tym filmie znaleźć.

niedziela, 08 lutego 2015

(Gone Girl, 2014)

Reżyseria: David Fincher

Scenariusz: Gillian Flynn na podstawie własnej powieści „Gone Girl”

Grają (ci istotni): Ben Affleck, Rosamund Pike, Tyler Perry

8/10

Bardzo fincherowski film, po którym reżyser powinien zdać sobie ostatecznie sprawę, że nie jest od tego, żeby robić jakieś filmy o Facebooku, czy innych Benjaminach Buttonach, tylko jego powołaniem jest kręcenie mrocznych thrillerów. Bo nikt w świecie filmu nie robi tego lepiej. „Zaginiona dziewczyna” jest może nieco zbyt długa, ale trzyma w napięciu. Przez większość filmu nie daje komfortu zaufania komuś z dwójki głównych bohaterów i co najmniej dwa, a może trzy razy wywraca fabułę do góry nogami. Niby trochę tego co się stanie można się spodziewać, ale tak nie do końca i w ogóle to niewiele wiadomo. Jeśli ktoś nie czytał książki, to będzie się oglądając dobrze bawił, zresztą nawet jak czytał, to podobno zakończenie w filmie jest inne.

Ciekawe z Fincherem jest to, że od jakiegoś czasu co kręci film, to ten jest zaraz obsypywany deszczem nominacji i nagród. Jest reżyserem, który nigdy żadnego nie „położył”, każdy który wyreżyserował zarobił duże pieniądze, więc zapewne hollywoodzcy producenci całują go po rękach. Za to jego trzy filmy, które mógłbym oglądać na okrągło, z których co najmniej dwa weszły do filmowego kanonu (żeby nie napisać, że stały się „kultowe”), czyli kolejno: „Siedem”, „Gra” i „Podziemny krąg”, przez różne nagradzające gremia zostały kompletnie pominięte. A to jego najlepsze filmy, to one zrobiły z niego reżyserską gwiazdę i w „Zaginionej dziewczynie” można wyczuć choć trochę tamtego klimatu. Najbliżej mu do „Gry”, która jednak miała pozytywne zakończenie. Ten film... hm... trudno powiedzieć... raczej nie...

Scena warta uwagi:

Jedna z pierwszych w filmie, jeszcze gdy lecą napisy, Fincher pokazuje kilka ujęć miasteczka w Missouri, świta, na ulicach jeszcze nie ma ludzi, w tle leci muzyka Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Od pierwszej chwili wiadomo co to będzie za historia...



sobota, 07 lutego 2015

(Theory of Everything, 2014)

Reżyseria: James Marsh

Scenariusz: Anthony McCarten na podstawie „Traveling to Infinity: My Life with Steven” Jane Wilde Hawking

Grają (ci istotni): Eddie Redmayne, Felicity Jones, David Thewlis, Emily Watson, Charlie Cox

7/10

To oczywiste, że głównym motywem w komentarzach dotyczących tego filmu będą porównania kreacji Eddie'ego Redmayne'a z rolą (oscarową przecież) Daniela Day Lewisa w „Mojej lewej stopie). Akademia lubi nagradzać aktorów za występy pokazujące czyjąś ułomność. W ostatnich latach statuetkę dostał umierający Matthew McConaughey, jąkający się Colin Firth, psychopata Forest Whitaker, ślepy Jamie Foxx, alkoholik Nicolas Cage (tak, tak, Cage dostał kiedyś Oskara, też byłbym dziś w szoku), nieprzystosowany społecznie Tom Hanks, czy ślepy Al Pacino. A rok przed nagrodą dla Daniela Day Lewisa nagrodę za „Rain Mana” dostał Dustin Hoffman. Co ciekawe, jeśli prześledzić nagrody drugoplanowe, to Akademia raczej docenia mocne charaktery. W każdym razie Redmayne jest poruszająco przekonujący. Do roli przygotowywał się pół roku, wiele razy spotykał się ze Stephenem Hawkingiem. Dopiero gdy przeczytałem, że największą trudność sprawiło mu to, że zdjęcia nie były kręcone chronologicznie, zdałem sobie sprawę jak wiele pracy włożył w rolę. Na ekranie widać przecież postępującą chorobę genialnego fizyka. Redmayne, który jest aktorem brytyjskim (to zawsze zaleta), ale jednak drugiego planu (ja go pamiętam głównie z dość nieobyczajnej roli syna zakochanego we własnej matce w „Uwikłanych” i z malowniczej masakry na paryskiej barykadzie w „Nędznikach”), gra bez jednej fałszywej nuty.

Sam film jest ładny, choć może nie tak chwytający za serce jakbym, się spodziewał. To znaczy chwytający, ale raczej nie na Oscara. To historia małżeństwa i rozstania Hawkinga i jego żony Jane, nakręcony na podstawie wspomnień pani Hawking. Jego dużą zaletą jest to, że nie ogranicza się wyłącznie do punktu widzenia Jane, ale jednak bije między oczy sytuacją w jakiej znalazł się Hawking – piękny umysł, który w pewnym momencie dowiaduje się, że ciało za nim nie nadąży. Niesamowicie sugestywna, przynajmniej dla mnie wstrząsająca opowieść o stopniowej utracie niezależności, jest całkowicie bezpretensjonalna. To jest tak naprawdę niezwykle pozytywny film. Podobał się zarówno Stephenowi, jak i Jane. Dobra ilustracja piekielnie trudnego tematu.

Scena warta uwagi

Dla struktury filmu świetne są końcowe sceny. Najpierw Hawking wypowiada słowa „zobacz co stworzyliśmy”, a po chwili mamy piękne, zahaczające o poetyckie, nawiązanie do naukowej teorii Hawkinga. Prosty filmowy zabieg, a mnie niesamowicie ujął.

P.S. Fajny film, ale jak już wcześniej wspomniałem, nagrody dostać nie powinien. Tylko boję się o Oscara dla najlepszego aktora, bo wciąż jestem w stu procentach przekonany, że jak psu buda statuetka należy się Michaelowi Keatonowi za „Birdmana” (fenomen! - widziałem już dwa razy).

1. Birdman 9/10
2. Boyhood 8/10
3. Grand Budapest Hotel 7/10
4. Whiplash 7/10
5. Selma 7/10
6. Teoria wszystkiego 7/10
7. Gra tajemnic 5/10

poniedziałek, 02 lutego 2015

(Selma, 2014)

Reżyseria: Ava DuVernay

Scenariusz: Paul Webb

Grają (ci istotni): David Oyelowo, Tom Wilkinson, Giovanni Ribisi, Tim Roth

7/10

Wzruszająca historia jednego z bardziej znanych fragmentów życia Martina Luthera Kinga. Czarnoskóry pastor i lider ruchu non-violence domagającego się respektowania praw obywatelskich, prowadzi protest przeciwko nielegalnemu odmawianiu czarnoskórym wyborcom prawa do rejestracji w niewielkim miasteczku Selma w Alabamie (tak, tak, w tym dzikim kraju za oceanem, żeby głosować, trzeba się zarejestrować). Uderzający jest pokazany krok po kroku proces walki o obywatelskie swobody w warunkach bądź co bądź demokracji, bo akurat filmów o zmaganiach dobrych ludzi z dyktaturą jest na pęczki, a tu mamy jednak coś innego. King z jednej strony przemawia na wiecach, z drugiej gości w Białym Domu negocjując z prezydentem Johnsonem. Z jednej strony demonstranci są bici, a nawet zabijani, z drugiej obrazki z atakowania bezbronnych ludzi pokazywane w mediach wywołują niezwykłą reakcję społeczną. Główny bohater co chwilę musi zastanawiać się czy nie posuwa się za daleko, jednocześnie nie będąc zbytnio zachowawczym. Cała jego walka to próba wpasowania się w grę interesów i stworzenia takiej sytuacji, w której jego cel okaże się do przełknięcia dla decydentów. To dużo trudniejsze niż porwanie tłumu na barykady i doprowadzenie do malowniczej masakry i wymaga wybitnego zmysłu politycznego.

Olbrzymim atutem filmu jest grający głównego bohatera David Oyelowo, który niestety nie zmieścił się w startującej po Oscara piątce aktorów (co akurat pokazuje jak mocna jest w tym roku ta kategoria). Jego interpretację Martina Luthera Kinga „kupiłem” w mig, w pierwszej scenie, ale prawdziwie perfekcyjne są przemówienia, które w „Selmie” nie lecą z dokumentalnych nagrań, a są odgrywane przez aktora. I ten robi to wybitnie. Film, który jest przepełniony górnolotnymi słowami, rozmowami, w których co chwilę słychać takiej wagi określenia jak „wolność”, „prawo”, „obywatele”, czy „godność”, ani przez moment nie zgrzytał patosem. A takie kino naprawdę przyjemnie się ogląda.

Scena warta uwagi:

Jest ich wiele, ale najbardziej wzruszająca i jednocześnie przepiękna jest ta, w której King składa w kostnicy kondolencje dziadkowi Jimmie Lee Jacksona, aktywisty zastrzelonego przez policjanta. Niesamowicie mocna.

P.S. Nie mogę pominąć brylancika jakim w tym filmie jest Tim Roth grający w kilku ledwie scenach gubernatora Alabamy Georga Wallace'a. Brytyjczyk z akcentem amerykańskiego południowca. No niesamowity jest, po prostu...

P.P.S. Selma jest dobra, ale nie na Oscara. Tyle. Musicie mi zaufać, bo zdaje się w Polsce żaden dystrybutor nie planuje wpuszczać tego filmu do kin...

1. Birdman 9/10
2. Boyhood 8/10
3. Grand Budapest Hotel 7/10
4. Whiplash 7/10
5. Selma 7/10
6. Gra tajemnic 5/10



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi