czwartek, 29 listopada 2012

(Hysteria, 2011)

Reżyseria: Tanya Wexler

Scenariusz: Jonah Lisa Dyer, Stephen Dyer, Howard Gensler

Grają (ci istotni): Hugh Dancy, Jonathan Pryce, Rupert Everett, Maggie Gyllenhaal

6/10

Konstatacja będzie niestety smutna, choć film fajny, polecam.

Brytyjczycy jak robią kostiumowe komedie, to robią je dobrze. To są filmy lekkie, pogodne i sympatyczne. Tak samo jest z tym. Niby nic prostszego zrobić komedię, której atut to balansowanie na granicy tego co obyczajowo dopuszczalne i niedopuszczalne. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś był w stanie w Polsce zrobić coś takiego. Bo do takich filmów niestety potrzeba dystansu do tej obyczajowości. Dystansu twórców, o co generalnie łatwiej, i dystansu odbiorców, o co trudniej. Wyobraźcie sobie te demonstracje przed kinami, zatroskane miny prowadzących telewizje śniadaniowe, etc. Gdyby „Romantyczną historia wibratora” ktoś nakręcił w Polsce. Za sam tytuł stróże moralności by twórców zlinczowali. Oczywiście uprzednio tego świństwa nie oglądając.

Scena warta uwagi:

Wszystkiego (prawie) o klimacie filmu można dowiedzieć się ze sceny w której para kochanków (platonicznych), niedługo małżonków (zapewne), przechadza się po parku. Ptaki śpiewają, słońce przygrzewa, rzeczka płynie, nad rzeczką mostek, na rzeczce baraszkują kaczki. Niestety (stety?) kaczki wychodzą poza ramy romantyzmu.



poniedziałek, 26 listopada 2012

(Essential Killing, 2010)

Reżyseria: Jerzy Skolimowski

Scenariusz: Jerzy Skolimowski, Ewa Piaskowska

Grają (ci istotni): Vincent Gallo, Emmanuelle Seigner

8/10

Ten film mógłby być fenomenalną reklamą polskiej agroturystyki. Oczywiście w przypadku, gdyby ktokolwiek przyznał, że nad Wisłą istniały tajne więzienia CIA. Ale, że nikt się nie przyznaje, oficjalnie rzecz się dzieje w niezidentyfikowanym kraju w Europie Środkowo-Wschodniej, w którym wszyscy mówią po polsku. Dzieje się, bo trudno mówić o opowiadanej historii. Bohater ucieka byle dalej, dzięki mieszaninie zwierzęcego uporu, szczęścia i przypadku. Ucieka choć w pewnym momencie ucieczka staje się bezsensowna – nie wie przed kim, nie wie gdzie jest, nie wie wreszcie gdzie iść. Widać jakaś głęboko tkwiąca w człowieku cząstka zmusza go - przynajmniej do czasu - do działania zamiast do załamania rąk.

Skolimowski zrobił film, w którym wbrew częstym komentarzom polityki jest bardzo mało. Ot, kawałek tła, w gruncie rzeczy mało istotnego, na którym umieścił szalenie prostą historię. „Essential Killing” to przede wszystkim zjawiskowe zdjęcia Adama Sikory, świetnie zilustrowane muzyką Pawła Mykietina (szczególnie piękny jest fragment przy napisach końcowych) i wyjątkowa rola Vincenta Gallo. Amerykanin nie wypowiada w filmie żadnego słowa, ale gra koncertowo. Nie wykonuje żadnego zbędnego ruchu, mógłby grać samymi oczami, w których widać jednocześnie strach i determinację. Tylko proporcje się zmieniają.

Scena warta uwagi:

Po napaści na rowerzystkę (co to za rowerzystka, co to za dziecko, co się z nią stało - reżyser nie wyjaśnia, zresztą nie pierwszy raz w filmie, zresztą słusznie, bo nie ma to żadnego znaczenia) Mohammed idzie przez las, patrzy wokół na drzewa identyczne jak wszystkie drzewa, które do tej pory mijał, pada na kolana i płacze. Najbardziej przejmująca scena filmu. Wcześniej mieliśmy kogoś kto szybko podejmował decyzje, potrafił sprytnie zmylić pogoń. Walczącego człowieka. Ten człowiek w tym momencie się skończył.

poniedziałek, 19 listopada 2012

(Man on a Ledge, 2012)

Reżyseria: Asger Leth

Scenariusz: Pablo F. Fenjves

Grają (ci istotni): Sam Worthington, Ed Harris, Jamie Bell, Edward Burns, Elizabeth Banks, Kyra Sedgwick

5/10

Wszyscy sympatycy filmów o skokach, takich czy owakich, amatorzy uśmiechu Elizabeth Banks, a także wielbiciele talentu Edwarda Burnsa (w tym filmie grającego jako Ed Burns) powinni być po napisach zadowoleni. Ci, którzy chcieliby filmu jednak bardziej zaskakującego, niech obejrzą np. „Inside Job”. Mniej będą zwracać uwagę na nielogiczności fabuły i przedziwne wybory głównych bohaterów.

„Człowiek na krawędzi” to nie strata czasu. Akcja jest wartka, zdjęcia przyzwoite. Gra kilku fajnych aktorów, którzy zwykle występują w epizodach, co najwyżej w krótkich rolach drugoplanowych. No i Ed Harris. Film nie denerwuje (a to ważne i nieczęste). Ale jednak bez rewelacji.

Scena warta uwagi:

Angie ma wejść do szybu wentylacyjnego. Żeby to zrobić musi się ubrać w kostium, czy jakiś skafander, czy coś. Tej sceny w filmie być nie musiało. W zasadzie – im dłużej się nad tym zastanowić, tym bardziej staje się to jasne – że jedynym powodem nagrania tej sceny, jedynym co skłoniło scenarzystę do napisania, reżysera do nagrania, producentów do pilnowania, a montażystów do pominięcia w wycinaniu, był fakt rozebrania Angie. Słusznie zresztą.

piątek, 16 listopada 2012

(Kirot, 2009) bez polskiej premiery kinowej

Reżyseria: Danny Lerner

Scenariusz: Danny Lerner

Grają (ci istotni): Olga Kurylenko, Ninet Tayeb

7/10

Olga Kurylenko zdecydowanie nie chce być zaszufladkowana jako dziewczyna Bonda ze wschodniej Europy. I wybierając role, nawet te gdzie się strzela, wybiera ciekawie. Filmów izraelskich za wiele nie oglądam, ale ten mi się podobał. Prosta historia o dwóch kobietach. Jedna pozornie twarda jak stal zabójczyni, druga uzależniona od męża sadysty. W rzeczywistości z zaskakująco podobnym problemem i marzeniem by uciec. Właściwie obie mogłyby to zrobić w każdej chwili, ale jakoś nie mogą. Dopiero potrzebują siebie nawzajem, żeby podjąć decyzję. Jak na thriller to niezwykle cichy film. Warto

Kurylenko, z wielkimi oczami i bez uśmiechu, pasuje do roli wyjątkowo dobrze. Równie dobrze pasuje partnerująca jej Ninet Tayeb, która... jest bardzo popularną w Izraelu piosenkarką, zwyciężczynią pierwszej edycji tamtejszego „Idola”. Debiut filmowy bardzo na plus

Scena warta uwagi:

Galia i Elinor siedzą w bożnicy (chyba) i wypełniają kupon totka. Takiego piłkarskiego. Beer Sheva z kimś tam. „Mają dobry sezon” - mówi Elinor. Ale w końcu przyznaje, że to i tak kwestia przypadku. Ma rację, też nigdy nie trafiłem kuponu.

P.S. Gdzieś już wcześniej wspominałem o moim ciągłym zaskoczeniu festiwalem w Toronto. No to właśnie tam "Kirot" miał premierę.



00:30, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 listopada 2012

(Raven, 2012) bez polskiej premiery kinowej

Reżyseria: James McTeigue

Scenariusz: Hannah Shakespeare, Ben Livingston

Grają (ci istotni): John Cusack, Brendan Gleeson, Luke Evans, Kevin McNally

5/10

Thrillery kostiumowe mają swój ogromny urok. The Raven trzyma poziom (ledwo), choć niekoniecznie trzyma w napięciu. Plus, że choć John Cusack zdecydowane lepiej wypada w rolach lżejszych niż poważniejszych, to tu nie irytuje zbyt często. Akurat w tym filmie, jako znany skądinąd Edgar Allan Poe, ma na głowie pocięte gardła, latające wnętrzności, osoby zamurowane w ścianie etc. Wszystko z sensem i logiką godną umysłu mordercy-wariata. Ogląda się to przyjemnie, choć po „Siedem” każdy tego rodzaju film wypada blado. Mroczności prozy i poezji Poe jest w nim mało.

Nieźle gra Luke Evans, który co ciekawe za filmy wziął się około trzydziestki, czyli ledwie kilka lat temu. Wcześniej rozbijał się po londyńskich teatrach. Od tego czasu ma już na koncie kilka ról w hollywoodzkich superprodukcjach, zaklepaną rolę Barda Łucznika w „Hobbicie” Petera Jacksona i wszelkie przymioty, by stać się idolem nastolatek. Czy się stanie nie wiadomo, bo lata temu (jak twierdzi wikipedia) otwarcie wyznał, że jest gejem, choć ponoć (jak twierdzi internet) tylko żartował. Może idol nastolatków?

Scena warta uwagi:

Łatwo nie było, ale jest scena, w której Emily wygrzebuje się z trumny. Po kilku dniach w pozycji horyzontalnej i nieco potarganej fryzurze, mimo wszystko z puszystymi włosami i w niejakim negliżu. Więcej rzeczy wartych szczególnej uwagi nie zauważyłem.

poniedziałek, 05 listopada 2012

"Mombasa" z filmu "Incepcja" - Hans Zimmer

Dziś o czymś innym. Zwykle melodie siedzą mi w głowie tydzień, dwa. Tej słucham od kilku tygodni i nie mogę przestać. „Mombasa” ze ścieżki dźwiękowej do „Incepcji” w dodatku w wersji na żywo. To nagranie z koncertu przy okazji premiery filmu (Zimmer nie koncertuje zbyt często). Chyba najfajniejszy fragment, szalenie energetyczny. Poza Johnnym Marrem (moment gdy zaczyna solo na gitarze - bajeczny!), fenomenalne skrzypaczki i genialny Hindus na bębnach (skąd Zimmer wziął tego perkusistę - geniusz!). Naprawdę warto.

To zresztą niejedyny kawałek z filmu wart odsłuchania. wpada w ucho główna melodia z filmu, świetny jest „Time” z końcówki. Warte podkreślenia tym bardziej, że Hans Zimmer to solidny plagiator, który chętnie plagiatuje sam siebie. Jeśli słuchając muzyki do „Piratów z Karaibów” usłyszeliście fragment z „Gladiatora” to nie, nie przesłyszeliście się. To ta sama muzyka, podobnie jeśli muzycznie wspomniani „Piraci...” pomylą wam się z np. z „Królem Arturem”, a Krwawy diament” z „Łzami słońca”. Linfting muzyki do „Rain Mana” słychać np. w „Prawdziwym romansie”. Można wymieniać.

Do „Incepcji” się przyłożył, choć i tu słychać gdzieniegdzie np. motyw z „Cienkiej czerwonej linii”. Ale generalnie jego muzyka nadaje filmowi klimat, jest nowa, trudna do pomylenia. Słyszymy trąby, myślimy „Incepcja”. To jedna z funkcji takiej muzyki, a Zimmerowi wyszła w tym wypadku perfekcyjnie.

P.S. Mnóstwo osób, jak im mówię o „Mombasie” nie kojarzy tego kawałka z filmu. Dla mnie to zaskakujące, ale dlatego poniżej scena z Mombasy. Też dobra.

P.P.S. Takie kawałki o muzyce w filmach na Filmotatniku co jakiś czas będą się pojawiać. Bo dlaczego nie?

czwartek, 01 listopada 2012

(Green Lantern, 2011)

Reżyseria: Martin Campbell

Scenariusz: Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim i Michael Goldenberg

Grają (ci istotni): Ryan Reynolds, Peter Sarsgaard, Mark Strong, Tim Robbins, Angela Basset

2/10

To że film jest o latającym zielonym człowieku, jeszcze go nie dyskwalifikuje. To, że jest schematyczny też jeszcze nie, choć Christopher Nolan każdym Batmanem udowadnia, że można zrobić fajny i nieschematyczny film o superbohaterze. Ale jeśli z każdym kolejnym zdaniem wypowiadanym przez bohaterów człowiek łapie się za głowę i zastanawia się, dlaczego oni nie mogli rzucić scenariusza w p... i wypowiedzieć jakąś ciekawą kwestię, tak z głowy. Tak żeby powiedzieć reżyserowi "a może ja powiem to, może będzie fajniej"...

Nie mówią. Amerykanie robią taśmowo filmy o superbohaterach. Lepsze i gorsze. Ten jest najgorszy. Szczytem skandalu są dialogi miedzy głównym bohaterem a jego wielką miłością: "Nie pokonasz go, zginiesz", "Coś wymyślę", "Jak chcesz to zrobić?" "Nie wiem". Potem buziak i poleciał.

Scena warta uwagi:

- Nie miałam okazji, by Panu podziękować za uratowanie życia. Mojego i nas wszystkich
- To nic takiego. Wykonywałem swoją pracę
- Hal?
- Tak.
- ...
- ...
- O Boże Hal! Znam cię całe życie! Widziałam cię nago! Myślałeś, że nie rozpoznam cię, bo masz maskę? Dlaczego jesteś zielony? Dlaczego się świecisz?

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi