sobota, 30 listopada 2013

(Rush, 2013)

Reżyseria: Ron Howard

Scenariusz: Peter Morgan

Grają (ci istotni): Daniel Bruhl, Chris Hemsworth, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara

5/10

Na plakacie można przeczytać „Wart Oscara”. Nie bardzo jednak znajduję dla niego kategorię, bo to film ze wszech miar przeciętny. Natężenie emocji między Nikim Laudą a Jamesem Huntem, które teoretycznie powinno być motorem napędowym filmu, osiąga w porywach poziom baterii do telewizyjnego pilota. I mam wrażenie, ze nie jest to wina aktorów, bo Daniel Bruhl gra dobrze a Chris Hemsworth poprawnie, ale miernoty scenariuszowej. Gadki pomiędzy oboma antagonistami są o niczym, zresztą niewiele jest w tym filmie wymian zdań wart uwagi. Kolejne sceny niespecjalnie się kleją, właściwie nie wiadomo co mają wnosić do fabuły. Stworzenie dla obu historii „od zera, do bohatera” też się specjalnie twórcom filmu nie udało. „Wyścigu” nie ogląda się źle, ale nudzi.

Co więc powinno ten film ratować. Oczywiście sceny wyścigów, w końcu to film o F1. I tu niestety kolejny zawód. Twórcom filmu jako wzór nakręcenia wyścigu, polecam ten film, opisywany zresztą na Filmotatniku. A jeśli chodzi o konkretne sceny prędkości, wyprzedzeń, zakrętów, itp., czyli czystych emocji, polecam ten film. W „Wyścigu” takich scen nie zobaczycie, pięknych, inteligentnych ujęć slow motion (to nie jest wcale takie łatwe) w nim po prostu nie ma. Ostatnio poczułem się tak oglądając serial „Rzym” (skądinąd świetny) i czekając na sceny bitewne.

Scena warta uwagi:

Kilka się mimo wszystko znalazło. Konkretnie dwie. Scena zebrania kierowców przed wyścigiem na Nurburgringu, zakończona bon motem Hunta jest w porządku. A zabawna jest scena gdy Lauda i świeżo poznana przez niego Marlene łapią stopa gdzieś na włoskiej prowincji. To był jeden z niewielu momentów filmu, który mi się bardzo podobał.

niedziela, 24 listopada 2013

(Beasts of the Southern Wild, 2012)

Reżyseria: Benh Zeitlin

Scenariusz: Lucy Alibar, Ben Zeithlin (na podstawie sztuki „Juicy and Delicious”)

Grają (ci istotni): Quvenzhane Wallis, Dwight Henry

4/10

Dawno z żadnym filmem nie miałem takiego kłopotu. „Bestie...” choć świetnie zagrane, kuleją fabularnie. No bo o czym są? O dorastaniu? O śmierci? O niezależności? Jaką rolę w filmie spełniają bestie? Dlaczego bohaterowie postępują tak a nie inaczej? Nie wiadomo. Często się gubiłem, nie wiedząc o co chodzi. To bajka z niezwykłą scenografią, zahaczająca o realizm magiczny. Niejednemu ta poetyka się spodoba. Mnie nie poruszyła.

„Bestie...” zgarnęły szereg nagród ze Złotą Kamerą w Cannes i czterema nominacjami do Oscara (Quvenzhane Wallis jest najmłodszą nominowaną do nagrody za pierwszoplanową rolę żeńską, gdy kręcono film miała siedem lat). Furorę wywołały na zeszłorocznym festiwalu w Sundance. Ale recenzje były bardzo różne. Od entuzjastycznych – np. Barack Obama nazwał film „spektakularnym” - po miażdżące. W Stanach to na pewno film wieloznaczny. Aktorzy, w większości naturszczycy, są żywcem wyjęci ze społeczności, która przeżyła huragan Kathrina. Film musiał zmagać się z oskarżeniami o rasizm, pokazuje biedę, porusza problem granic wolności. I to wszystko są ważne pytania. Ale w filmie jest sens je zadawać tylko jeśli fabuła jest wciągająca, bo w słabym filmie nikt nie zwróci na nie uwagi. W tym wypadku twórcy popełnili właśnie ten błąd.

Scena warta uwagi:

Jeśli potraktujemy „Bestie...” jako film o dorastaniu – to jedna z opcji - w którym mała Hushpuppy uczy się stawiać czoła światu (co dla przeciętnego widza, który w dzisiejszych czasach wyprowadza się z domu przed trzydziestką, a rodzice finansują go jeszcze dłużej, może wydać się szokujące – nawiasem mówiąc Hushpuppy mieszka sama jako sześciolatka, dopóki nie spali swojego lokum), to scen w których ojciec uczy ją dorosłości jest wiele. Jest scena w której dziewczynka uczy się rozkrajać kraby. Ojciec widząc to każe jej rozerwać go zamiast bawić się w rozkrajanie go nożem. Hushpuppy, dopingowanej przez cały bar, w końcu to się udaje. Zrobiła kolejny krok ku niezależności.



13:36, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 listopada 2013

(Thin Ice, 2011, bez polskiej premiery kinowej i DVD)

Reżyseria: Jill Spercher

Scenariusz: Jill Spercher, Karen Spercher

Grają (ci istotni): Greg Kinnear, Alan Arkin, Billy Crudup

8/10

Nigdy nie porzucam filmu w połowie, tak samo jak prawie nigdy nie zdarza mi się to z książkami (nie doczytałem do końca „Czarodziejskiej góry” i „Syzyfowych prac” - te dwie sobie przypominam). Jedno z moich najbardziej traumatycznych przeżyć w kinie to seans „Wiedźmina” kilkanaście lat temu. Nie wyszedłem, dotrwałem do końca. Dlaczego? Film trzeba oglądać do ostatniej sceny, bo właśnie ona może być warta tego, by do niej doczekać. Może być zaskakująca i sprawić, że długo się o niej nie zapomni.

„Thin Ice” ma dwa fenomenalne elementy. Pierwszym jest zakończenie. Dawno nie widziałem filmu z taką niespodzianką na końcu. Mało, że takiego finału się nie spodziewamy. On w zasadzie zmienia cały film. Spodziewalibyście się dramatu. Coś jak „Fargo”, albo „Zły porucznik”. A tu taka niespodzianka... Drugi atut to genialnie grający Alan Arkin. Ma 79 lat. W „Thin Ice” zagrał mając 77 lat. Oskara dostał mając 72 lata (za drugoplanową rolę w „Małej Miss”). Oby grał jak najdłużej.

Scena warta uwagi:

No wspomniałem już, że jedna z ostatnich, w której odsłania się tajemnica całej fabuły. Nie chcąc zdradzać historii, nie mogę jej opisać. Ale oglądając wiele tego typu filmów dawno nie czułem się tak przyjemnie gdy przelatywały napisy końcowe. Dlaczego takich filmów nie ma w polskich kinach?



sobota, 16 listopada 2013

(Killing Them Softly, 2012)

Reżyseria: Andrew Dominik

Scenariusz: Andrew Dominik na podstawie powieści "Cogan's Trade" George'a V. Higginsa

Grają (ci istotni): Brad Pitt, James Gandolfini, Ray Liotta, Richard Jenkins, Ben Mendelsohn, Scoot McNairy

4/10

Żal filmu, w którym poszczególne sceny są bardzo dobrze zagrane i nieźle pomyślane, ale całość kompletnie się nie klei, rozłażąc się już na samym początku, gdy widz za bardzo nie wie, o co chodzi, kto jest głównym bohaterem (bohaterami), czy główny motyw ma jakieś drugie dno, pod pierwszym polegającym na tym, że jest morderca i trzech ludzi do zastrzelenia. Ciekawe czy powieść George'a V. Higginsa, na podstawie której nakręcono film też jest tak marna? Oglądamy dość ospałą historię gangsterską, przetykaną co jakiś czas cytatami z Baracka Obamy i (rzadziej) innych amerykańskich polityków. Po co? Nie pytajcie. Nie mam pojęcia. Teoretycznie ma to wyjaśnić ostatnia scena, ale wyjaśnienie jest tak banalne, że niewarte półtorej godziny filmu.

Szkoda mi Brada Pitta, bo od pewnego czasu nie widziałem go w żadnej zapadającej w pamięć roli. A okazje do dobrego grania ma. Wyzwania podejmuje zróżnicowane i ciekawe, jak choćby „Moneyball”, czy „Drzewo życia” (no, może jest do zapamiętania z tego ostatniego filmu). Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jak spodobało mu się granie uśmiechniętego łajdaka w „Ocean's Eleven” to ten uśmiech nie schodzi mu z ust, niezależnie od roli. To niedobrze. To aktor który potrafi grać rewelacyjnie, w dodatku najlepiej wypada... na drugim planie. Przypomnijcie sobie Jeffreya w „Dwanaście małp”, Mickey'a w „Przekręcie”, czy – moim zdaniem najlepszą rolę w karierze Pitta – epizod Floyda w „Prawdziwym romansie”. Niech ktoś mu da taką rolę.

Scena warta uwagi:

Dobra jest scena napadu na turniej pokerowy. Ale najlepsza w filmie jest ta, gdy Jackie i Mickey rozmawiają w pokoju hotelowym. Jeden potrzebuje partnera do roboty, drugi jest na skraju załamania nerwowego, skacowany, obsztorcowuje prostytutkę, która właśnie wychodzi. W powietrzu latają grube słowa, Jackie sam do końca nie wie (a widz razem z nim), czy to jeszcze gadka dwóch kumpli, czy może powinien wytargać tego drugiego za uszy i kazać wziąć mu się w garść. I żeby była jasność – scenę niestety ratuje Gandolfini.



poniedziałek, 11 listopada 2013

(La migliore offerta, 2013)

Reżyseria: Giuseppe Tornatore

Scenariusz: Giuseppe Tornatore

Grają (ci istotni): Geoffrey Rush, Sylvia Hoeks, Jim Sturgess, Donald Sutherland

9/10

Ile ja przeczytałem opinii, że to nie film dla każdego, że tylko specyficznemu, wyrobionemu widzowi się spodoba. Bzdura. „Koneserem” można się zachwycać na wielu płaszczyznach. Można być urzeczonym jego wizualną stroną, bajeczną kompozycją scen. Niektóre ujęcia (Virgil w pokoju z portretami, Claire przeglądająca się w lustrze) z powodzeniem mogłyby same być obrazami wielkich mistrzów. Można z wytężoną uwagą śledzić wciągającą intrygę, przypominając sobie potem szczegóły, które nabierają nowego znaczenia, gdy znamy zakończenie, albo np. skupić się na nawiązaniach do historii sztuki, których twórca dawkuje widzom sporo. Można docenić kunszt Tornatore. Wyjątkowo wyraźnie w „Koneserze” widać sposób panowania reżysera nad filmem, który wszystko (łącznie ze schowaną w tle, ale perfekcyjnie ilustrującą całą historię muzyką Ennio Morricone) podporządkował nadaniu mu odpowiedniego tempa. Akcja toczy się spokojnie, rozwija się ostrożnie, podobnie jak znajomość Virgila i Claire. Główny bohater, który zjadł zęby na rozróżnianiu fałszu i autentyczności, nagle wpada w konieczność takiej właśnie oceny w sytuacji z którą styka się pierwszy raz w życiu. Jest fascynująco, a zarazem niebezpiecznie. No i rewelacyjnie, powtarzam – rewelacyjnie – gra Geoffrey Rush. Jest w historii kina ileś tam ról, które są warte obejrzenia nie mniej, a nawet bardziej niż film. Jack Nicholson w „Lśnieniu”, Robert De Niro i Al Pacino w „Gorączce”, Rush w „Koneserze” to jedna z takich kreacji.

Tornatore zrobił film o słabych punktach, które ma każdy człowiek. Bo każdy z filmowych bohaterów taki ma, ale nie każdy i nie w każdym momencie potrafi go dostrzec. Każdy z bohaterów, to wyjątkowa, specyficzna, bardzo silna osobowość, a między nimi toczy się gra, którą widz odkrywa stopniowo. Zrobił też fascynujący film o emocjach i o piekielnie trudnej sztuce manipulowania nimi. Tak naprawdę to niezwykły, niepowtarzalny film gangsterski. Tyle że bez broni.

I na koniec mała dygresja. Uwielbiam książki Arturo Pereza Reverte. I te wojenne, i te które są powieściami, nazwijmy to „przygodowymi”. Za jeden z najbardziej nieszczęśliwych splotów przypadków w kinie uważam ten, że ekranizacja „Klubu Dumas” trafiła w ręce Romana Polańskiego, który – stwierdzam z żalem – zmasakrował literacki pierwowzór i na poziomie scenariusza (wywalając pół książki) i już na poziomie kręcenia „Dziewiątych wrót”. Co z tego, że świetnie obsadził Johnny'ego Deppa, jeśli na Emmanuelle Seigner nie da się patrzeć. Mam wrażenie, że gdyby „Klub Dumas” trafił w ręce Tornatore, powstałby film na miarę „Konesera”.

Scena warta uwagi:

Wszystkie. Od filmu nie odrywa się wzroku. Już pierwsza rozmowa telefoniczna Virgila i Claire intryguje. Piękne jest ostatnie ujęcie filmu. Trudno wyróżnić jedną z nich.



niedziela, 03 listopada 2013

(Promised Land, 2012)

Reżyseria: Gus Van Sant

Scenariusz: Matt Damon, John Krasinski

Grają (ci istotni): Matt Damon, Frances McDormand, John Krasinski

5/10

Film o nierównej walce wielkiej korporacji wydobywającej gaz łupkowy, dysponującej 9-miliardowym budżetem (kilka razy powtarzane w filmie) o dusze mieszkańców małego miasteczka na amerykańskiej prowincji, których ziemie chce wykupić, by rozpocząć przemysłowe odwierty. Nierównej, bo film wyreżyserował Gus Van Sant, a Matt Damon jest współautorem scenariusza i zagrał główną rolę. Nie będę więc zdradzał zakończenia, ale możecie się domyślić, kto na końcu dostaje po głowie.

W filmie brakuje skrajności jeśli chodzi o postacie, co akurat jest fajne. Ani dwoje pracowników korporacji nie jeździ po miasteczku w garniturach, z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi, ani sami mieszkańcy to nie zastraszeni półanalfabeci, którzy o gazie łupkowym nigdy nie słyszeli. Wszystko czego moglibyście się po filmie z takim tematem spodziewać, czyli łapówki, zastraszanie, z drugiej strony ludzie postawieni pod ścianą, sprzedający ziemię z biedy, owszem tu jest, ale gdzieś ukryte, wspomniane mimochodem. To duży atut. Niestety historia rozczarowuje, bo ona akurat jest grubymi nićmi szyta. Nie twierdzę, że nie mogła się zdarzyć, ale jednak Damon i drugi ze scenarzystów John Krasinski (który też gra jedną z głównych ról) pisząc scenariusz do pomysłu Davida Eggersa, bardziej zahaczyli o lobbing niż skorzystali z okazji opowiedzenie ciekawej historii w ciekawym otoczeniu. Małe miasteczko w Pensylwanii, gdzie toczy się akcja, jako pole bitwy Steve'a i Sue z jednej strony i ekologa Dustina z drugiej o ludzi, którzy tam mieszkają? Brzmi nieźle, ale w filmie ta walka nie ma specjalnej temperatury, a postać grana przez Damona, też specjalnych emocji nie budzi. Zwłaszcza tego ostatniego żałuję, bo to świetny aktor i jeszcze lepszy scenarzysta.

Scena warta uwagi:

Podobała mi się pierwsza rozmowa Steve'a z burmistrzem w restauracji. Trochę, choć niedużo, było w niej tego „brudu”, którego brakuje w filmie. Trochę emocji i bardzo ludzkiego pomieszania uczciwości i oszustwa. Szkoda, że jedna z niewielu.

P.S. Jeszcze dwa zdania w kwestii tytułów, fatalnie tłumaczonych na polski. Polski dystrybutor tego tytułu nie przetłumaczył dosłownie i trudno mu się dziwić. Inna sprawa, że nie przetłumaczył go w ogóle. Akurat tutaj mógł się wysilić i coś wymyślić. Polacy nie gęsi...



sobota, 02 listopada 2013

(The Great Gatsby, 2013)

Reżyseria: Baz Luhrmann

Scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce

Grają (ci istotni): Leonardo DiCaprio, Tobey Maguire, Carey Mulligan, Joel Edgerton

7/10

Ścieżka dźwiękowa jest rewelacyjna. Warto ten film obejrzeć choćby tylko po to, by zachwycić się tym, jak muzycznie został zilustrowany. Baz Luhrmann ma doświadczenie w robieniu widowisk na ekranie. Jest odpowiedzialny i za „Romeo i Julię” (tych z Di Caprio i Claire Danes) i za „Moulin Rouge”. W „Wielkim Gatsbym” też wszystko tańczy, śpiewa i gra. Ale Luhrman moim zdaniem dokonał majstersztyku. Trudno nakręcić film, w którym śpiewający Jay Z, will.i.am czy XX (fenomenalna piosenka „Together”) będą pasować do historii z lat 20-tych. A tu pasują. Jeśli potraktować film jako połączenie obrazu i muzyki, to Luhrmann znalazł perfekcyjną formułę.

Przeczytałem „Wielkiego Gatsby'ego” niedawno, właśnie dlatego, że miałem film w perspektywie. To mi się co jakiś czas zdarza. Po „Władcę Pierścieni” też sięgnąłem dopiero, gdy usłyszałem o ekranizacji, bo mimo wszystko wolę najpierw sam ułożyć sobie historię w głowie, niż poddawać się sugestiom filmowców. Do interpretacji Luhrmanna, pomimo pewnych koniecznych ograniczeń i skrótów w stosunku do książki (właściwie broszury, to ledwie dwieście kilka stron) Fitzgeralda, trudno mieć zastrzeżenia. „Wielki Gatsby” to opowieść o początkach współczesnej Ameryki. Tych widzianych z punktu widzenia tamtejszej „arystokracji”, co tam oznaczało zamiast błękitnej krwi, wypchane portfele. Trochę takie ichniejsze... hm... „Przedwiośnie”. Gdyby to był film polski, o polskich początkach, stadami prowadzano by do kin gimnazjalistów. Za oceanem raczej do tego nie dojdzie. Ale może szkoda. Tak między setką historii o Dzikim Zachodzie, potem kilkunastoma o I Wojnie Światowej, a wreszcie setką o Wielkim Kryzysie, warto obejrzeć ten jeden romans, o USA gdzieś pomiędzy.

Scena warta uwagi:

Było o muzyce, to teraz trochę o zdjęciach (w obu kategoriach to murowany kandydat do Oscarów w przyszłym roku). Najbardziej malownicza jest chyba scena gdy Gatsby i Carraway jadą na obiad do Nowego Jorku. Przejeżdżają mostem mijając gangsterów pewnie z Harlemu, potem pod torami miejskiej kolei. Wszystko aż wiruje. Taki jest cały film.



piątek, 01 listopada 2013

„L'Estasi Dell'Oro” z filmu „Dobry, zły i brzydki” - Ennio Morricone

Ennio Morricone to taki Kraszewski muzyki filmowej. Jeśli chodzi o ilość rzecz jasna. Lista filmów kinowych, telewizyjnych i seriali, do których tworzył muzykę liczy (posiłkując się IMDb) 518 pozycji. Do tego trzeba doliczyć dziesiątki płyt, niezliczoną ilość przeróbek. Skomponował nawet oficjalny hymn MŚ 1978 w Argentynie. Ale nie tylko dzięki gigantycznemu dorobkowi, jeśli dziś ktoś mówi: „kompozytor filmowy”, to przychodzi na myśl Morricone. Jego praca to kawał historii kina. A znany stał się głównie dzięki współpracy z królem „spagetti westernów”, czyli Sergiem Leone. Kowboje mówiący po włosku najpierw podbili kina w Europie, dopiero po paru latach, w 1967 r., trafili do dystrybucji w USA. Filmy odniosły za oceanem gigantyczny sukces kasowy, podobnie jak muzyka Morricone. „L'Estasi Dell'Oro”, czyli „Gorączka złota” to fragment ścieżki dźwiękowej z najpopularniejszego z filmów Włocha, kończącego tzw. „trylogię dolarową” (zaliczane są do niej też wcześniejsze „Za garść dolarów” i „Za kilka dolarów więcej”). Soundtrack sprzedał się na całym świecie w 3 mln egzemplarzy. Warto dodać, że filmy przyniosły popularność, pewnemu bliżej dotąd nieznanemu aktorowi, grającemu w nich główną rolę Clintowi Eastwoodowi.

Leone był w muzyce Morricone zakochany. Część utworów nagrano jeszcze przed nakręceniem zdjęć, potem reżyser specjalnie przedłużał sceny, by zmieścił się cały kawałek. Kompozytor żartował, że nic dziwnego, że te filmy niemiłosiernie się ciągną. Sama „Gorączka złota” to trzy i pół minuty pod koniec, gdy Tuco Ramirez szuka grobu z zakopanymi dolarami. Westerny Leone dały Morricone możliwość pracy z najlepszymi reżyserami i hollywoodzkimi i europejskimi. Wymieniać wszystkich nie ma sensu. Z kilkoma pracowało mu się na tyle dobrze, że zilustrował muzycznie kilka ich filmów. Tak było np. z Rolandem Joffe (rewelacyjna, bardzo znana ścieżka dźwiękowa do „Misji”, ale też m.in. do „Projektu Mahattan”, czy „Vatela”), czy ze wszystkimi najważniejszymi filmami Giuseppe Tornatore.

85-letni dziś Morricone na Hollywood patrzy z daleka. Dosłownie, bo nigdy nie wyprowadził się z Włoch, nigdy też nie nauczył się angielskiego. Gdy w 2007 r. otrzymał Oscara za całokształt twórczości, przygotowaną przez niego mowę tłumaczył z włoskiego na angielski Eastwood, który wcześniej wręczył mu statuetkę. Paradoksalnie to jedyny Oscar Morricone. Jakiś czas temu w rozmowie z „Guardianem” stwierdził nawet, że został okradziony w 1986 r. gdy nie dostał nagrody za „Misję” (z czym absolutnie się zgadzam). Przegrał wtedy z Bertrandem Tavernierem, który nie tyle skomponował muzykę do „Około północy”, ale przearanżował utwory Herbie Hancocka. Morricone dźwięki wymyśla sam. Nominowany był też za „Niebiańskie dni” Terrence'a Malicka, „Nietykalnych” Briana De Palmy, „Bugsy'ego” Barrego Levinsona i „Malenę” Tornatore. Plotka głosi, że w 1984 r. amerykański dystrybutor „Pewnego razu w Ameryce” (kolejny film Leone, do którego stworzył muzykę), zapomniał wysłać zgłoszenie do Akademii i dlatego Włoch nie dostał nominacji, choć soundtrack do tego filmu jest uznawany za jeden z najlepszych w jego karierze.

P.S. Muzyka Morricone jest ponadczasowa. Jakiś czas temu w Filmotatniku muzycznym był fragment ścieżki dźwiękowej z „Ostatniego Mohikanina” użyty w reklamie Nike. Amerykański producent butów lubi chyba sięgać po muzykę filmową, bo i „L'Estasi Dell'Oro” zremiksowana przez Bandiniego, znalazła się w reklamie. Też zresztą nakręconą przez bardzo porządnego reżysera...



P.P.S. I jeśli jeszcze nie zalajkowaliście Filmotatnika na Facebooku, zróbcie to.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi