sobota, 28 listopada 2015

Dla wszystkich śledzących nieudolnie reklamowany przez Filmotatnik maraton z Michaelem Fassbenderem (tak, tak, notka o „Makbecie” też będzie), mały bonusik. Na pewno pamiętacie genialną scenę z filmu „Głód”, w której Fassbender rozmawia z grającym księdza Liamem Cunninghamem. Scenę która w większości składa się z jednego, kilkunastominutowego ujęcia. Otóż nie pierwszy raz obaj panowie gadają ze sobą na ekranie. Cztery lata temu zagrali w krótkometrażowym, czarno-białym filmie „Pitch Black Heist” ("Czarna robota") o dwóch złodziejach napadających na bank. Nieco ponad dziesięciominutowa etiuda zgarnęła nagrodę BAFTA dla najlepszego krótkiego metrażu w 2012 r. „Guardian” napisał, że może współpraca Fassbendera z reżyserem tamtego filmu to jeszcze nie to samo co współpraca De Niro/Scorsese, ale to dobry początek.

A kim był ten reżyser? Otóż to John Maclean, czyli reżyser i scenarzysta opisywanego ostatnio na Filmotatniku „Slow West”, który był jego długometrażowym debiutem. Wcześniej kręcił tylko etiudy, a wcześniej, czyli tak mniej więcej z piętnaście lat temu (to w ogóle jest bardzo ciekawa postać więcej o nim przeczytacie choćby w tym artykule) był członkiem jednego z lepszych brytyjskich zespołów rockowych. Wcale nie takiego garażowego, ale takiego z który Radiohead zabrało w trasę koncertową, a Oasis twierdzili, że się nimi inspirowali. Ale Maclean muzyką się znudził i zaczął się bawić kamerą. Filmotatnik płakać z tego powodu nie ma zamiaru.



18:11, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 listopada 2015

(Slow West, 2015)

Reżyseria: John Maclean

Scenariusz: John Maclean

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Kodi Smit-McPhee, Ben Mendelsohn

7/10

Zapomnijcie wszystko, czego, oglądając przez lata westerny, dowiedzieliście się o Dzikim Zachodzie. O zbirach, bohaterach, rewolwerowych pojedynkach i innych bzdetach. Zachód był miejscem złym, w którym nie było za grosz romantyzmu. Był brud, prawo silniejszego, a przede wszystkim wszechobecna śmierć. To nie jest film, w którym główny bohater, mimo przeciwności losu zabija wszystkich bandziorów i żyje długo i szczęśliwie. Na tym Dzikim Zachodzie można zginąć będąc bandytą, można mając gołębie serce, można przez nieuwagę, można przypadkiem, można wreszcie szlachetnie lub z gołym tyłkiem na wierzchu co w pierwszej chwili wydaje się marną perspektywą, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że co za różnica...?

Jeśli więc liczycie na lekką komedię, to jesteście w błędzie. Zrobiony w koprodukcji nowozelandzko-brytyjskiej western jest opowieścią snutą bardzo na poważnie, nierzadko bardzo brutalnie i nie chodzi tylko o stos trupów, ale o sytuacje w których na sentymenty nie ma miejsca. Trudno powiedzieć czy to one są bardziej wstrząsające, czy może to, że na nikim w filmie nie robią specjalnego wrażenia. Nie, żeby nie było w „Slow West” akcentów humorystycznych. Cała idea podróży młodzianina, który przebył ocean i przemierza Stany Zjednoczone, by spotkać miłość swojego (krótkiego) życia - która z jego powodu musiała razem z ojcem uciekać ze Szkocji – ale bez spotkanego przypadkiem opiekuna nie przeżyłby nawet jednego dnia budzi uśmiech. Ale on szybko schodzi z ust. Granice między komedią a tragedią są płynne. Nie wiadomo którą scenę do której kategorii zaklasyfikować, czasem trzeba by było do obu. Szczęśliwie ktoś kiedyś wymyślił termin „tragikomiczny”, co może się wydawać konstrukcją podobną do „piesokota” do momentu gdy trafi się na właśnie taką historię. Do niej trudno znaleźć lepsze określenie. To dobry film, który trudno oglądać obojętnie.

Scena warta uwagi:

Rozważania Jaya i Silasa nad zwłokami (resztkami?) pewnego pechowca, które zahaczają o sensowność teorii Darwina są całym filmem w pigułce.

poniedziałek, 23 listopada 2015

(Ronaldo, 2015)

Reżyseria: Anthony Wonke

3/10

Z filmu „Ronaldo” - o najlepszym piłkarzu świata - można się dowiedzieć, że wszystko jest możliwe, że bez rodziny byłoby ciężko, że liczy się tu i teraz, a nie to co będzie w przyszłości, bo nie można cały czas myśleć, że kiedyś to zrobię, kiedyś mi się uda, i że zwycięstwo jest najważniejsze, bo za dziesięć lat wszyscy będą pamiętać tylko kto wygrał. I jeszcze, że Cristiano Ronaldo jest najlepszym piłkarzem świata, i że do wszystkiego doszedł ciężką pracą, bo z każdym dniem, z każdym meczem, walczy o to żeby stać się lepszym. Bo jego ambicją jest zawsze wygrywać więcej i być jeszcze bardziej najlepszym, niż jest teraz, choć już teraz jest najlepszy. I jeszcze, żebym nie zapomniał, że Ronaldo jest najlepszym piłkarzem na świecie. Tego wszystkiego widz dowiaduje się w ciągu pierwszych pięciu minut filmu. Potem jest jeszcze półtorej godziny i w tym czasie to wszystko będzie mu powtarzane wielokrotnie. Głównym bohaterem filmu jest Cristiano Ronaldo. Poza nim występuje jeszcze Ronaldo, Ronaldo i Ronaldo. W rolach drugoplanowych mały Cristiano Ronaldo (syn), brat Ronaldo, mama Ronaldo, Jorge Mendes (najlepszy agent piłkarski świata, agent Ronaldo), jacyś piłkarze. Przewija się jakiś uśmiechnięty kurdupel z grzywką, który przed uroczystością przyznania Ronaldo Złotej Piłki zawstydza syna Ronaldo.

Za Cristiano Ronaldo długo ciągnęła się opinia gwiazdeczki, której głównym zmartwieniem jest własna fryzura. Aż w końcu przy jakiejś okazji, już nie pamiętam jakiej, o Portugalczyku opowiedział Jerzy Dudek, który po pierwsze grał z nim w Realu Madryt, po drugie sprawia wrażenie sensownego jegomościa. Z opowieści polskiego bramkarza wyłonił się obraz kogoś, kto jest przede wszystkim tytanem pracy. Pierwszy na treningu, ostatni z niego wychodzi, je posiłki składające się ze składników odmierzanych do ostatniego grama, w łóżku leży przed dziesiątą, etc. Innymi słowy miało się wrażenie, że to istotnie ktoś niezwykły, kto starannie planuje swoje mistrzostwo. Po filmie można by się więc było spodziewać jakiejś prawdy objawionej, tłumaczącej, jak to się robi. Tymczasem widz dostaje zestaw banałów wymienionych na wstępie. Ronaldo ewidentnie jest tytanem pracy, jest piekielnie ambitny i samodzielnie wspiał się na szczyt. I komu, jak nie jemu, wolno zrobić o sobie taki film, jaki zrobił? Tylko, że to nic ciekawego.

Scena warta uwagi:

Ronaldo z rodziną i przyjaciółmi świętuje wygraną 3:1 w El Clasico. Jorge Mendes składa życzenia bratu, mamie, a w końcu samemu Ronaldo. Doskonale widać, że tak jak Cristiano urodził się, żeby być piłkarzem, tak Mendes urodził się, żeby być handlarzem. Gdyby los sprawił, ze przyszedłby na świat na warszawskiej Pradze, byłby dziś królem Bazaru Różyckiego.

20:37, kubadybalski , dokumentalny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 listopada 2015

(Steve Jobs, 2015)

Reżyseria: Danny Boyle

Scenariusz: Aaron Sorkin

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Kate Winslet, Seth Rogen, Jeff Daniels

4/10

Wydawało się, że film Danny'ego Boyla już na wstępie ma szansę być ciekawszym, niż ten „Jobs” sprzed paru lat, z Ashtonem Kutcherem, który był dość prostą historią życia głównego bohatera rok po roku, wzlot-upadek-wzlot, itd. Tym razem pomysł, by pokazać trzy kluczowe momenty z kariery współtwórcy Appla, czyli trzy chwile przed premierą trzech nowych komputerów wymyślonych przez Jobsa, zaciekawia. Teatralna konstrukcja porządkuje film. „Teatru” zresztą jest tu więcej, czy to jeśli chodzi o zamknięty krąg postaci, oparciu filmu na rozmowach między nimi, czy choćby miejscu w jakim dzieją się kolejne odsłony. Główny bohater w trzech kompletnie różnych momentach swojego życia konfrontuje się z tymi samymi osobami. On się zmienia, oni się zmieniają, a Macintosh, NeXT i iMac, są tylko tłem do pokazania tej zmiany. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że treść którą wtłoczono w tę ciekawą konstrukcję jest banalna do bólu i właściwie można się zastanawiać, czy dla opowiedzenia takiej historii w ogóle warto zawracać sobie głowę kręceniem filmu. Jobs odmalowywany przez Boyle'a i Fassbendera najpierw jest genialnym marketingowcem bez serca, a potem się okazuje, że trochę tego serca ma. Tyle.

Sorkin jako scenarzysta wziął się za opowiadanie widzom o komputerowym geniuszu już po raz drugi. Jakiś czas temu napisał scenariusz do „Social Network” o pomysłodawcy Facebooka Marku Zuckerbergu. I o ile tamten film jest jednym z lepszych w pięknym dorobku reżyserskim Davida Finchera (a Sorkin dostał za niego oscara), o tyle Boyle – który legitymuje się nie mniej efektownym zestawem zrobionych filmów – na współpracy z Sorkinem dobrze nie wyszedł. Nieco napuszone rozmowy bohaterów „o ważnych sprawach” nawet nie brzmią źle, przynajmniej nie wszystkie, tylko kompletnie nie tworzą żadnego spójnego ciągu zdarzeń, a napięcie i temperatura przez cały film są na zerowym poziomie. Jedyny efekt jaki twórcy filmu osiągnęli jest taki, ze wyszedłem z kina z przeświadczeniem, że Jobs jest zwyczajnie nieciekawy. A chyba nie o to chodziło.

Scena warta uwagi:

Kluczowa dla filmu jest ta, w której Steve Jobs przyznaje, że ma córkę. Bardziej prostacko nie dało się jej napisać.

P.S. Filmotatnik rusza z małym maratonem z Michaelem Fassbenderem. Jakoś tak wyszło, że do kin wchodzi kilka filmów, w których gra główne role. Nie, żeby był z tego powodu zmartwiony, bo na „Makbeta” czeka od lata. Ale pierwszy punkt, nienajlepszy...



środa, 11 listopada 2015

(Spectre, 2015)

Reżyseria: Sam Mendes

Scenariusz: John Logan, Neal Purvis, Robert Wade, Jez Butterworth

Grają (ci istotni): Daniel Craig, Christoph Waltz, Lea Seydoux, Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Monica Belucci

2/10

Gigantyczna porażka. W porównaniu z poprzednimi „bondami” to film o klasę, albo o dwie klasy gorszy. W każdym elemencie. Pierwsza scena – w Meksyku – jest efektowna, ale nie jakoś tam szczególnie wymyślna. Potem jest gorzej. Piosenka z czołówki mogłaby co najwyżej buty czyścić tej, którą w „Skyfall” śpiewała Adele. Miejsca na świecie, które odwiedza Bond, zawsze robiły olbrzymie wrażenie (wyspa Hashima w „Skyfall”!). Tym razem – Rzym, austriackie góry, jakaś pustynia, dużo Londynu - nie zainteresowałyby żadnego średnio rozgarniętego backpackersa. Najbardziej wymyślny gadżet jaki Q przygotował dla swojego najlepszego agenta to wybuchający zegarek. Ucieczka z głównej siedziby czarnego charakteru zajmuje dziesięć sekund (gdzie te stare „bondy”, w których wszystko się waliło, paliło, zalewało wodą i wybuchało przez pół godziny, Bond rozstrzeliwał armię wrogów, ratował dziewczynę i rozbrajał ładunek nuklearny w tym samym czasie?). Film jest pełen nielogiczności. Nie chodzi mi o takie klasyczne, że 007 zabija pół świata, bo to w końcu film o Bondzie, ale takie najzwyklejsze bzdury, które biją w oczy (scena tortur poprzedzająca wspomnianą ucieczkę jest bezsensowna – o co tam chodzi?).

Poprzednie „bondy” z Danielem Craigiem musiały jakoś tchnąć życie w ciągnięty przez dziesięciolecia wątek brytyjskiego agenta z licencją na zabijanie, który już dawno powinien się widzom znudzić. I to się udało, bo po prostu robiono efektowne, ale przede wszystkim ciekawe filmy. Tam były pomysły, których tutaj nie ma za grosz. Zachowując konwencję, jednocześnie się z nią bawiono, trochę naginano. Bond stał się ciekawy jako osoba, a Craig dał tej postaci cechy jakich wcześniej nie miała – trochę brutalności, trochę melancholii – i widzowie to kupili. Ja kupiłem. W „Spectre” tego nie ma. Dialogi są tak drewniane, że bolą zęby. Bond, który zawsze był przykładem stonowanego, brytyjskiego humoru, tym razem bije się o tytuł „króla sucharów”. Scenariusz momentami staje się karykaturą bondowskiej serii. Jego jakość sugerowałaby obsadzenie w głównej roli raczej Dolpha Lundgrena, albo Michaela Dudikoffa. Bliżej mu do „Komando Foki 2”, a nie do wspomnianego „Skyfall”. A sam Craig – tak na dokładkę - niestety się zestarzał i to widać.

Pewnie i tak na ten film pójdziecie, ale gdybym miał radzić, to nie idźcie, bo nie warto. „Casino Royale”, „Skyfall”, nawet „Quantum of Solace” to „bondy”, które się pamięta. „Spectre” mogłoby nie być, serii by to nie zaszkodziło.

Scena warta uwagi:

Scena tortur, której najzwyczajniej w świecie nie rozumiem. Po co wierci, jeśli nic z tego nie wynika? Po co siedzi tam dr Swann, a jeśli już siedzi, to dlaczego potem jak niby nigdy nic wstaje i się przechadza? Dokąd uciekają? O co chodzi?

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi