niedziela, 26 listopada 2017

(Cicha noc, 2017)

Reżyseria: Piotr Domalewski

Scenariusz: Piotr Domalewski

Grają (ci istotni): Dawid Ogrodnik, Arkadiusz Jakubik, Agnieszka Suchora, Tomasz Ziętek

8/10

Nie da się nie porównywać tego filmu do twórczości Wojciecha Smarzowskiego, bo w cichej nocy jest coś i z „Wesela”, i z „Domu złego”. Zresztą reżyser Piotr Domalewski nie oburza się na takie porównania, a nawet jak sam mówi, bardzo mu schlebiają. „Cicha noc” to jednak film nieco inny. Historia Adama, kilkuletniego już emigranta na saksach w Holandii, który wraca na święta w rodzinne strony głównie po to, by z rodzicami i rodzeństwem załatwić sprawę sprzedaży domu po dziadku i za te pieniądze urządzić się na stałe za granicą, jest jednak dużo bardziej wyważona i intymna. Tam, gdzie u Smarzowskiego alkohol lał by się wartkim strumieniem i w ruch poszłyby siekiery, u Domalewskiego jest jednak rodzina. Nie zawsze fajna, nie jak z obrazka, pełna zawiści, pretensji, wyrzutów i robienia dobrej miny do złej gry, ale jednak rodzina, w której każdy znajdzie mniej lub więcej tego, co zna z własnych Wigilii. Być może Polacy są szaleni, bo są tym jedynym na świecie narodem, którego przedstawiciele co roku spędzają wieczór z ludźmi których nie lubią w sposób, na który nie mają ochoty, ale Domalewski próbuje pokazać dlaczego. I choć ze wszystkich sił stara się zasugerować widzowi sympatię do głównego bohatera, który próbuje się z tego schematu wyrwać, na końcu ten bohater przegrywa. Może inaczej się nie da.

„Cicha noc” zgarnęła niedawno w Gdyni główną nagrodę i choć może nie jest to najlepszy polski film tego roku, to jeden z najlepszych. Niezły główny wątek filmu ma za tło rodzinę, która od lat zmaga się z kłopotem emigracji i na dobrą sprawę, nie ma znaczenia, że główny bohater wyjechał do Holandii, bo mógłby wyjechać choćby do Warszawy. Rzecz w tym, że go nie ma, tak jak nie było jego ojca, a życie w dwóch miejscach naraz jest niewykonalne, co daje tej historii większą uniwersalność, niż się wydaje. Aktorów się chłonie z ekranu. W Gdyni nagrodę, poza tą dla filmu, odebrał też Dawid Ogrodnik, choć może bardziej należałoby wyróżnić Jakubika, a przede wszystkim Domalewskiego za reżyserię. Twórca filmu zwodzi widza. Każe lubić granego przez Jakubika ojca, choć tylko z opowieści dowiadujemy się jakim przez poprzednie lata był nieobecnym pijakiem. Każe widzieć kogoś na kształt krętacza w Adamie, choć może on jako jedyny ma ambicję, pomysł i odwagę, żeby się wyrwać się z mazurskiego grajdołu. Każda z postaci objawia się w trzech wersjach – w opowieściach rodziny, „oficjalnie” przy stole na obraz ogólny i wreszcie prywatnie, gdy coś trzeba załatwić, komuś się zwierzyć, albo po prostu wypłakać. Historii w jednej rodzinie jest multum. Domalewski wybrał tylko kilka.

Scena warta uwagi

Chwytająca za serce jest rozmowa ojca z Adamem w starym domu dziadka.



czwartek, 16 listopada 2017

(Borg/McEnroe, 2017)

Reżyseria: Janus Metz Pedersen

Scenariusz: Ronnie Sandahl

Grają (ci istotni): Sverrir Gudnason, Shia LaBeouf, Stellan Skarsgard

7/10

Przydługi, bezsensownie rozdęty polski tytuł, skrywa jeden z bardziej wciągających filmów sportowych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Rywalizacja Bjoerna Borga i Johna McEnroe to jedna z bardziej wciągających sportowych historii, ale jeśli spodziewacie się opowieści o tym co się działo pomiędzy tymi dwoma, to nie o tym jest ten film. Zresztą obaj główni bohaterowie przez cały film spotykają się tylko trzykrotnie. To zdecydowanie bardziej dwie osobne biografie, dwóch wybitnych tenisistów, które akurat w pewnym momencie się przecięły, więc widz może sobie obu porównać. A jest co porównywać, bo obaj to nienajlepiej przystosowani, marzący o triumfach chłopcy, którzy zwycięstw chcieli tak bardzo, że aż ich rozsadzało. Tyle, że żeby dość do perfekcji wybrali dwie drogi. Amerykanin potrafił wściekłość na całe otoczenie, które nie było wstanie zrozumieć co się dzieje w głowie najlepszego tenisisty na świecie i jaki stres przeżywa, przekuć w furię podczas meczu i to go nakręcało. Borg przeciwnie, wszystko tłumił w sobie, a całą generowaną energię wkładał w najbliższą wymianę. Marcin Piątek w „Polityce” bardzo trafnie porównał jego umowę zawartą w młodości z trenerem Bergelinem („doprowadzę się do mistrzostwa, jeśli już nigdy nie wybuchniesz na korcie”), do paktu Fausta z Diabłem. Obaj zresztą - i Bergelin, i Borg – dotrzymali umowy.

Siłą filmu są obie główne kreacje, choć trudniejszą rolę miał Gudnason, bo musiał pokazać to, czego kibice tenisa, pamiętający grę Szweda, widzieć nie mogli. I może dlatego to on w pewnym sensie kradnie film, bo ze swojej roli wywiązał się perfekcyjnie. Po jego Borgu oglądanym w samotności – w pokoju hotelowym, w szatni, na ulicy – widać w jak potwornym żył stresie i jak z biegiem czasu coraz więcej siły, właściwie do nieludzkich granic, kosztowało go pilnowanie własnych emocji. Strach przed porażką, nieodłączny towarzysz każdego sportowca, w przypadku Borga wydaje się nie do zniesienia, choć zdawać by się mogło, że czterokrotny zwycięzca Wimbledonu już nic nie musi. „Ale jeśli przegram wszyscy zapamiętają mnie jako tego któremu się nie udało wygrać po raz piąty, a nie jako czterokrotnego zwycięzcę” - mówi w pewnym momencie .

Scena warta uwagi

Hipnotyzująca jest jedna z pierwszych w filmie, gdy Borg przechyla się przez krawędź balkonu w swoim mieszkaniu w Monako. W tej jednej chwili widz w mig łapie całą złożoność postaci i co chwilę zmienia zdanie, zastanawiając się czy Szwed jest gotowy skoczyć, czy może właśnie tak doskonale się kontroluje, że może tak ryzykować bez stresu. Scena pozostawia widza bez odpowiedzi, a potem właściwie cały film jej nie daje.

P.S. Co ciekawe w Szwecji ten film nosi tytuł „Borg”.

wtorek, 07 listopada 2017

(Pewnego razu w listopadzie..., 2017)

Reżyseria: Andrzej Jakimowski

Scenariusz: Andrzej Jakimowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Grzegorz Palkowski, Jacek Borusiński

9/10

Najlepszemu polskiemu filmowi tego roku Filmotatnik poświecił już akapit podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale ponieważ właśnie wszedł do kin, zasługuje na osobną notkę. Wprost - Jakimowski nakręcił film ważny i poruszający, a Kulesza zagrała zjawiskowo. Reżyser wziął się za tłumaczenie widzom w jakim kraju żyjemy, a ponieważ mówi o tym co tu i teraz, nigdy nie jest to łatwe. I nic dziwnego, że już dostaje mu się z obu stron. Z jednej, że jest bezczelnym lewakiem, z drugiej, że to wcale nie tak i zamiast pokazać prawdę, zrobił jakąś hollywoodzkopodobną bajkę. Obie opinie są bzdurne. To film mocny, bo prawdziwy. Po seansie na festiwalu widzowie dziękowali reżyserowi za ten film i to nie tak kurtuazyjnie, jak to często bywa, gdy publiczność dorwie się do mikrofonu, ale szczerze.

Historia emerytowanej nauczycielki i jej syna studenta, którzy, "wyczyszczeni" z mieszkania w śródmiejskiej kamienicy szukają dachu nad głowa, to właściwe zestaw scen, z których każda jest treściwa. Z jednej strony bije miedzy oczy tym, co przez ostatnie ćwierć wieku z hakiem poszło w tym kraju źle. Co nie zadziało się samo, ale za co był i jest odpowiedzialny każdy dorosły godząc się na wszechobecny kult pieniądza, i własności. Każdy kto podczas dowolnych świat czy imienin u cioci zachwycał się kuzynem, który sprowadził trzy samochody z Niemiec, a tego, który skończył filologię ale pracuje na kasie w Biedronce, w skrytości ducha uznał za frajera. Ten film jest oskarżycielski jak żaden inny w ostatnich latach.

Z drugiej strony to jednak dająca nadzieję opowieść o tym, że w tym całym nieludzkim chaosie ludzie są z gruntu dobrzy, że tam gdzie jest kłopot znajda się tacy, którzy pomogą, a wreszcie, że warto być po ludzku przyzwoitym. Jakimowski zagląda pod koc, którego przeciętny zjadacz chleba i słuchacz newsów raczej nie odkrywa. Tłumaczy, że żeby stracić dom nie trzeba być menelem, że bieda i kłopoty nie trafiają na tych "którzy sobie zasłużyli" (co niby prawie każdy wie, ale i tak prawie każdy posługuje się stereotypem, dlatego to tak istotne). Przygląda się i pokazuje też przedstawiciela tej zamaskowane zgrai, która podczas listopadowych zadym chce traktować "czerwoną hołotę" akcesoriami robotniczo-rolniczymi. To film z zacięciem edukacyjnym, społecznym, reporterskim i politycznym. Aż dziw, że tak dużo udało się w nim zmieścić. Koniecznie do obejrzenia.

Scena warta uwagi

Jakimowski nagrywał wydarzenia 11 listopada 2013 r. z zamiarem zmontowania dokumentu. Dopiero potem przyszedł pomysł na film fabularny. W efekcie prawdziwe sceny z ulicy są wprzęgnięte w zdjęcia z aktorami. Zrobiono to tak dobrze, że ostatnie pół godziny filmu ogląda się w dużych emocjach. Tu naprawdę czuć narastającą atmosferę zadymy i tylko można się pytać w myślach jak to możliwe, że bydło demolujące miasto i rzucające w ludzi kamieniami może to bezkarnie robić w Warszawie XXI w.

20:12, kubadybalski , obyczajowy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 listopada 2017

(Człowiek z magicznym pudełkiem, 2017)

Reżyseria: Bodo Kox

Scenariusz: Bodo Kox

Grają (ci istotni): Olga Bołądź, Piotr Polak, Arkadiusz Jakubik, Helena Norowicz, Sebastian Stankiewicz

8/10

Po raz ostatni polskie kino miało odwagę robić filmy z fantazją gdzieś tak w latach 80-tych. Chciano wtedy kręcić filmy tak jak w Hollywood i nie zrażano się tym, że się nie da. W efekcie jeśli trafiło na dobrego reżysera, scenarzystę i aktorów, dało się rzecz wynieść na bardzo przyzwoity poziom („Seksmisja”), lub przynajmniej zrobić kultową („Zabij mnie glino!”), a jeśli nie, to się nie dało („Klątwa Doliny Węży”). Bodo Kox, to ukochane dziecko kina offowego, czyli takiego, które się raczej omija, ale na pewno nie można mu zarzucić braku fantazji. Tak się jednak złożyło, że wyszedł mu film porządny. Pomysłowy, wciągający, a przez wspomniany zasób fantazji, świeży i wyróżniający się na tle całej reszty tego, co się dziś kręci w polskim kinie. To po prostu film, jakiego nie było od trzydziestu lat, co wystarczy, żeby ocenę podciągnąć choćby o stopień.

Adam to człowiek bez przeszłości (przynajmniej tak się początkowo wydaje) w niestety nie najlepiej wyglądającej Warszawie niedalekiej przyszłości. Goria to jego miłość, która z racji szeregu czynników (kasa, pozycja społeczna, otoczenie, ble ble...) nie ma prawa się zdarzyć, ale się zdarza. Okazuje się, że historia Adama jest dużo bardziej skomplikowana i sięga lat stalinowskich. Kox czerpie garściami i z właściwą tylko niczego nie bojącym się filmowcom radosną bezczelnością, nie tylko ze wspomnianej „Seksmisji”, ale też – nie bójmy się tych porównań – z „Łowcy Androidów”, „12 małp”, „Brazil” czy „Podziemnego kręgu”. W dodatku wszystko to dzieje się w Warszawie, która jest jednocześnie cyberpunkowo futurystyczna, jak i w sposób oczywisty znajoma. Mrugnięć do widza jest mnóstwo. Fajne jest zarówno śledzenie wymyślnej historii, jak i obserwowanie drobiazgów, jak selekcjonowanie przez żołnierzy pasażerów metra, czy podział miasta na część rządowo-korporacyjną, czy bardziej rebeliancką, prawobrzeżną (po nielegal trzeba się przeprawić na Gocław, korzystając z azjatyckiego przewoźnika na łódce). To wszystko to klasyczny materiał na wtopę, ale zaskakująco ten film ma ręce i nogi, a w dodatku w tle gra muzyka Maanamu. To kozacki film.

Scena warta uwagi:

Podobały mi się pejzaże. Warszawa ze zniszczonymi mostami, wysadzonymi wieżowcami. Tak naprawdę niewiele trzeba było, żeby to miasto przekształcić w metropolię jak z Fallouta.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi