wtorek, 31 grudnia 2013

(World War Z, 2013)

Reżyseria: Mark Forster

Scenariusz: Matthew Michael Carnahan, Drew Goddard, Damon Lindelof na podstawie książki „World War Z” Maxa Brooksa

Grają (ci istotni): Brad Pitt

5/10

Film o zombie, które w tym wydaniu są o tyle niebezpieczne, że biegają niczym Forest Gump i rzucają się na ludzi niczym amerykańscy futboliści. Za to Brad Pitt ratuje świat, który wali się na oczach widza. Jest bardzo efektownie. Nie tylko dlatego, że jest krwawo. Producenci mieli do wydania blisko 200 mln dolarów i w prawie każdej scenie widać, że grosza nie żałowali. Mamy więc wybuch epidemii w Filadelfii, potem podobną, choć moim zdaniem dużo bardziej efektowną scenę oglądamy w Jerozolimie. Jest zaatakowany przez zombie samolot. Strzelanie, wybuchy, wszystko. A skoro od początku wiadomo, że Brad Pitt uratuje świat, to ogląda się bezstresowo. To nie jest złe kino, nawet zabawne. Ale poza wizualnymi, nie oczekujcie wielkich specjalności.

Ciekawostka jest taka, że film luźno oparty na książce pod tym samym tytułem, napisanej przez Maxa Brooksa (syna Mela) miał się kończyć zupełnie inaczej, sceną wielkiej bitwy z zombie na Placu Czerwonym w Moskwie. Pomysł brzmi absurdalnie i chyba dobrze, że kończy się bardziej kameralnie. Ponoć sam Pitt, który jest też głównym producentem filmu doszedł do wniosku, że zakończenie jest idiotyczne i zatrudnił innego scenarzystę, by przepisał ostatnie sceny. Zresztą filmowcy mieli pewien problem z bitwą z zombie. Moskwę miał udawać Budapeszt. Okazało się, że tamtejsza policja zatrzymała blisko sto sztuk broni krótkiej, długiej i automatycznej, która miała być użyta w filmie. Filmowcy przywieźli ją samolotem, nie załatwili pozwolenia, w dodatku wbrew deklaracjom była to w pełni sprawna broń. Potem sprawa jakoś się rozeszła po kościach.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się scena gdy Gerry Lane ląduje w Jerozolimie. Nawet mniej z powodu ładnych ujęć z powietrza, a bardziej z powodu utworu „Isolated System”, który leci w tle. Kawałek Muse jest też w czasie napisów końcowych. Pasuje idealnie. - Kojarzysz ten utwór z „Egzorcysty”? - zapytał dziennikarkę MTV Brad Pitt podczas londyńskiej premiery, tłumacząc skąd pomysł na Muse. - To „Tubular Bells”. Czegoś takiego szukaliśmy do filmu – dodał. W wolnej chwili porównajcie jeden z drugim. Podobnie hipnotyzujące.

Właściwie powinienem napisać jakiś „Filmotatnik muzyczny” o Mike'u Oldfieldzie...

niedziela, 29 grudnia 2013

(Trance, 2013)

Reżyseria: Danny Boyle

Scenariusz: Joe Ahearne, John Hodge

Grają (ci istotni): James McAvoy, Rosario Dawson, Vincent Cassel

5/10

Gdy za kręcenie brytyjskiego kryminału bierze się Danny Boyle, w dodatku mając taką obsadę, można się spodziewać czegoś fajnego, a na pewno lepszego, niż to co zaserwował. Zresztą „brytyjski” kryminał wyszedł trochę z musu, bo „Trans” miał być kręcony w Nowym Jorku, tyle że Boyle nie mógł się ruszyć z Anglii, bo akurat reżyserował ceremonię otwarcia igrzysk. I chyba bardziej się skupił na tym drugim. Mamy na ekranie pogmatwaną historię kradzieży pewnego obrazu, w której to historii widz z każdą minutą coraz bardziej gubi się w domysłach kto z trójki bohaterów jest kim i czyją trzymać stronę. To w filmach fajne. Tyle że transowi brakuje czegoś, co wyróżnia filmy gangsterskie, jakiegoś humoru, jakiegoś zaskakującego zakończenia. Zaskoczenie jest, nie powiem, tylko że jest tak wymyślne, że gdy je odkrywamy, nie ma w tym żadnej przyjemności. Jednym słowem przekombinowane.

Właściwie to strasznie żałuję. Ten film naprawdę ma wszystko, żeby być fajnym filmem. O obsadzie i reżyserze już powiedziałem. Jest bardzo ładnie sfilmowany. Warto wyróżnić muzykę, która świetnie do niego pasuje. Zresztą filmy Boyle'a zawsze są fajnie ilustrowane muzyką niezależnie od tego czy piszę ją do nich jego ulubiony twórca, czyli odpowiedzialny za „Trans” Rick Smith z Underworld, czy ktoś inny. Tutaj muzyka jest w tle i jest w sam raz.

Scena warta uwagi

To jak z przeciętnego filmu wyciągam fajne detale (a jest ich tu sporo) to i taki drobiażdżek. Nie wiem czy macie, tak jak ja, że czasem jedno ujęcie w filmie tak się wam podoba, że warto do niego wrócić. Jest scena na początku, gdy Franck i Simon siedzą w kuchni tego drugiego i Francuz wymyśla, że potrzebny im psychiatra. „A co jak to nie zadziała?” - pyta Simon. Franck się wścieka i zrzuca ze stołu miskę z owsianką. Jedno ujęcie, w którym kamera przelatuje z twarzy Francka na jego rękę, potem na miskę, potem obraz wypełnia rozlane mleko by błyskawicznie przeskoczyć na twarz Simona. Świetne.



piątek, 27 grudnia 2013

(The Butler, 2013)

Reżyseria: Lee Daniels

Scenariusz: Danny Strong

Grają (ci istotni): Forest Whitaker, Oprah Winfrey, David Oyelowo, Cuba Gooding Jr., Terrence Howard, Lenny Kravitz

7/10

Jeśli przymkniecie nieco oczy na patos, okaże się, że to całkiem porządny film, w którym moim zdaniem patosu uniknąć specjalnie się nie dało. Zresztą „patos” i „amerykańskie kino” to dwie rzeczy tak nierozerwalne, że należy nieco ograniczać oczekiwania i cieszyć się niskim poziomem pierwszego w drugim. W „Kamerdynerze” Lee Daniels porwał się zresztą na karkołomną sztukę opowiedzenia historii emancypacji czarnoskórych Amerykanów z perspektywy Cecila Gainesa (postać wzorowana na niejakim Eugene Allenie), kamerdynera, który pracował w Białym Domu przez 30 lat. Choć historia czasem trzeszczy, niektóre sceny są szyte na tyle grubymi nićmi, że widać szwy, to się nie rwie. W dodatku jest świetnie zagrana.

Co do tytułu notki, to muszę wspomnieć, że uwielbiam filmy, gdzie znani aktorzy grają epizody. „Kamerdyner” to cała plejada hollywoodzkich gwiazd, szczególnie pojawiających się na ekranie na chwilkę. Jeśli więc wymienić tylko prezydentów, z którymi miał okazję pracować główny bohater to mamy Eisenhowera, granego przez Robina Williamsa, potem w Kennedy'ego wciela się James Mardsen, a gdy ginie nastaje prezydentura Johnsona, którego gra Liev Schreiber. Ekranowy Nixon to John Cusack, a potem przeskakujemy Forda i Cartera by trafić na Reagana, granego (z wymienionych chyba najlepiej) przez Alana Rickmana. Niezłe są też żony prezydentów (Jane Fonda jako Nancy Reagan). A jak ktoś lubi idoli muzyki pop, to w obsadzie filmu czekają na niego dwie niespodzianki.

Scena warta uwagi:

Jest ich dużo i trudno wybrać. Reżyser uparł się, żeby do filmu władować wiele takich, które mają być znaczące i o dziwo czasem nadawanie im znaczenia mu się udawało. Ale zwróciłbym uwagę na scenę kolacji z udziałem całej rodziny Gainesów, w tym starszego syna i jego dziewczyny. Kończy się kłótnią. Ojciec i syn rwą się do bitki. Matka najpierw rzuca się bronić i tłumaczyć syna przed ojcem, ale gdy młody Louis obraża Cecila, daje mu w twarz. To scena ważna (i ładna) z dwóch powodów. Po pierwsze film to starcie na pozór dwóch kompletnie przeciwnych postaw, z których obie godne są szacunku. Po drugie główną postacią we wspomnianej scenie jest Gloria Gaines grana przez Oprah Winfray i to najlepsza rola w filmie.



niedziela, 22 grudnia 2013

(Michael Clayton, 2007)

Reżyseria: Tony Gilroy

Scenariusz: Tony Gilroy

Grają (ci istotni): George Clooney, Tilda Swinton, Tom Wilkinson, Sydney Pollack

7/10

Bardzo lubię thrillery, które właściwie nimi nie są, bo thriller zakłada jednak jakąś akcję, coś się w nim dzieje, a tu fabuła się wlecze, jest spokój. Bohaterowie są raczej zestresowani i zmęczeni. Ale za to historia wymyślona przez Tony'ego Gilroya trzyma w napięciu i zaciekawia. To cztery dni z życia prawnika od zadań specjalnych dużej firmy, który próbuje posprzątać bałagan wywołany przez swojego współpracownika, kierującego bardzo ważna obroną, w bardzo ważnym procesie, pewnej bardzo ważnej korporacji, a jednocześnie stara się uporządkować kłopoty w prywatnym życiu. Według mnie to raczej popis aktorski grających główne męskie role George'a Clooney'a i Toma Wilkinsona, niż Tildy Swinton, która za nią otrzymała Oscara, ale do niej też nie ma się o co przyczepić.

Film odniósł duży sukces kasowy (kosztował 25 mln dol, zarobił cztery razy tyle) i artystyczny (mnóstwo nominacji do różnych nagród) i dobrze, bo jak Amerykanie robią film zaangażowany, to on nie zawsze się przez kina przebija, nie mówiąc już o tym, że nie każdy jest udany. Ten jest udany i przebił się, choć nie jest łatwy. Tu nie ma prostego podziału na „dobrych” i „złych”. Jeszcze bardziej granicę zaciera poznawanie motywacji jednych i drugich. Bo każdy jakoś swoje działania uzasadnia. To też film o tym gdzie w świecie pieniędzy i interesów jest miejsce na przyzwoitość. I jak bardzo ta przyzwoitość jest efektem altruizmu, bardzo indywidualnej potrzeby i wreszcie przypadku.

Scena warta uwagi:

Świetna jest scena gdy bohaterka grana przez Tildę Swinton rozmawia z wynajętym panem od nie do końca uczciwej działalności. W największym skrócie - chce zlecić zabójstwo. Ale dokonuje niesamowitych ewolucji słownych, żeby nie powiedzieć wprost o co jej chodzi a jednocześnie, zeby dać to do zrozumienia. Jednocześnie jej rozmówca w ten sam sposób nie pyta o przedmiot zlecenia wprost, ale próbuje od swojej rozmówczyni wyciągnąć jane potwierdzenie, że o to jej chodzi. Mocna scena.

czwartek, 19 grudnia 2013

(Ida, 2013)

Reżyseria: Paweł Pawlikowski

Scenariusz: Rebecca Lenkiewicz, Paweł Pawlikowski

Grają (ci istotni): Agata Kulesza, Agata Trzebuchowska, Jerzy Trela, Dawid Ogrodnik

8/10

Jest tak, że oglądając polskich aktorów ma się wrażenie, ze ci naprawdę rewelacyjni, to jednak pokolenie wymierające (Holoubek), czy jednak starsze (Stuhr, Gajos, Janda). Z biegiem czasu można jednak stopniowo dojść do wniosku, że aktorzy młodsi, których oglądamy od pewnego czasu, wskakują na wyższy poziom. Właśnie poziom „rewelacyjny”. Dotyczy to nielicznych, właściwie jednostek. Ale mam wrażenie, że z biegiem czasu to oni będą punktem odniesienia. Kimś takim jest Agata Kulesza. Warto obejrzeć Idę choćby dla tej roli. Jest świetna, w dodatku sprawia wrażenie, jakby mogła zagrać wszystko.

Ale „Ida” ma dużo więcej zalet. To wielowątkowa historia. Mocna. Bardzo mocna. Wzmacniana nie tylko przez świetne role, również na drugim planie (choćby Mariusz Jakus jako barman, czy Joanna Kulig jako piosenkarka), ale też sugestywny obraz. Zdecydowana większość ujęć jest kręcona nieruchomą kamerą, obraz jest czarno-biały, co nadaje mu wyrazistości. To właściwie historia kolejnych pięknych obrazów. Wizualnie „Ida” nie ustępuje w jakości roli Agaty Kuleszy. Warto, bardzo warto.

Scena warta uwagi:

Największą wartością filmu jest – i tak powinno być w każdym filmie – opowiadana historia. Ale jednocześnie „Ida”, o czym wcześniej pisałem, jest zrobiona wzorowo pod względem technicznym. Niezwykle uderzająca jest scena w lesie. Zwróćcie uwagę jak ostry jest obraz. Widać każdą gałązkę każdego drzewa. Jak „zimna” jest ta scena. Aż ciarki przechodzą.



środa, 18 grudnia 2013

(White House Down, 2013)

Reżyseria: Roland Emmerich

Scenariusz: James Vanderbit

Grają (ci istotni): Jamie Foxx, Channing Tatum, Maggie Gyllenhaal, James Woods, Jason Clarke, Richard Jenkins

2/10

Słowo się rzekło. Po obejrzeniu i opisaniu „Olimpu w ogniu” trzeba było obejrzeć drugą amerykańską superprodukcję o tym samym. I choć nie mogłem w to uwierzyć, ten film jest gorszy. Jest głupszy, bardziej absurdalny i jeszcze bardziej wypełniony trudnym do zniesienia patosem. Trudno zresztą się dziwić, bo o ile producenci wydali na „Olimp…” 70 mln dol., to „Świat…” kosztował 150 mln dol. Można te pieniądze naprawdę wydać dużo lepiej, niż kręcić film o byłym, żołnierzu, teraz ochroniarzu, który przypadkiem znalazł się w Białym Domu podczas ataku terrorystów i w pojedynkę ratuje prezydenta, a także własną córkę, która również przypadkiem tam się znalazła. Robi to na tyle brawurowo, że nie zostaje kamień na kamieniu. Można było te pieniądze np. przepuścić.

Osobnym tematem jest tematyczna zbieżność niektórych amerykańskich superprodukcji, kręconych w tym samym czasie, przez konkurencyjne studia filmowe. Nigdy właściwie tematu nie zgłębiłem, ale to szalenie ciekawe, dlaczego oni to robią? Pamiętam lata temu gdy w tym samym czasie powstały „Misja na Marsa” i „Czerwona planeta”. Szczyt osiągnięto wypuszczając do kin w tym samym czasie dwa filmy – oba świetnie obsadzone – o Trumanie Capote. Ale „Olimp…” i „Świat…” to już mistrzostwo świata w tym temacie. Poza kolorem skóry prezydenta i spikera Izby Reprezentantów (parytet zachowany), obecnością żony/córki odpowiednio na zewnątrz Białego Domu i w nim, a także narodowością zamachowców (Koreańczycy/mieszana)  historia jest właściwie identyczna. Nawet sceny są takie same. I oczywiście w obu filmach wspomina się, że po raz ostatni Biały Dom spalili Brytyjczycy w 1814 r. No to teraz już nie.

Scena warta uwagi:

Żeby pokazać jak bardzo twórcy filmów traktują widzów jak kretynów, zadałem sobie trud wykonania drobnych obliczeń. W jednej ze scen haker-zamachowiec dostaje się do centrum komputerowego i zaczyna przy nim majstrować. Nieważne co robi, ale jak w każdej takiej scenie na głównym ekranie pojawia się pasek kopiowania danych. A konkretnie liczba, która rośnie, zmierzając nieuchronnie do 100 proc. wzmaga wewnętrzne napięcie u widza. Otóż wspomniana liczba składa się z dwóch zer, przecinka i wielu miejsc po przecinku. Coś mnie tknęło. Otóż mniej więcej co sekundę zmieniała się czwarta cyfra po przecinku. Jak łatwo policzyć dojście do 100 proc. powinno więc zająć naszemu hakerowi 1000000 sekund. To lekko licząc 11 dni (nawet bliżej 12). Tymczasem liczenie skończyło się po kilku godzinach. Cud panie! Cud matematyczny!

P.S. Reżyserem tego cuda jest Roland Emmerich, ten sam, który jest odpowiedzialny za „Dzień Niepodległości”. Znamy gagatka.

P.P.S. Do ujednolicenia obu filmów twórczo dołożyli się polscy tłumacze angielskich tytułów, do obu wsadzając „ogień”. Zresztą nie ma to wielkiego znaczenia, bo po angielsku też są podobne.

piątek, 13 grudnia 2013

(Oldboy, 2013)

Reżyseria: Spike Lee

Scenariusz: Mark Protosevich

Grają (ci istotni): Josh Brolin, Sharito Copley, Elizabeth Olsen

5/10

Nie chodzi tylko o to, że gdzieniegdzie można poczuć azjatyckie kino. To nic dziwnego, w końcu Spike Lee zrobił remake koreańskiego „Oldboya”. Rzecz w tym, że Lee zrobił azjatycki film. Cała absurdalnie pokręcona historia, brutalność, Josh Brolin z dwiema minami przez cały film (cierpiącą i wściekłą), schemat postaci – mściciel, wariat, dziewczyna, przyjaciel-pomagier, stado łotrów, którzy giną dziesiątkami w wymyślny sposób – jest do szpiku kości stereotypowo japońsko/koreański. Gore Verbinski przerabiając „The Ring” na „The Ring” zrobił z filmu japońskiego, amerykański. Lee z koreańskiego zrobił koreański. Tyle że z amerykańskimi aktorami.

I zrobił niedobrze, bo to co w azjatyckim horrorze, czy thrillerze jeszcze ujdzie (taka konwencja), w tym wypadku mnie zmęczyło i znudziło. Tak naprawdę to film przeciętny, ciekawy może dla kogoś, kto nie widział oryginału i nie spodziewa się rozwiązania zagadki. Jeśli widział, może sobie darować. No może Sharito Copley w roli Adriana Pryce'a jest wart uwagi. Tyle.

Scena warta uwagi:

Sceny walki są nakręcone sprawnie. Choćby ta na boisku futbolowym. Szybka, dynamiczna, efektowna. Ale przyznam, ze sceny wartej uwagi szukałem na siłę.



21:50, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 grudnia 2013

(Les Miserables, 2012)

Reżyseria: Tom Hooper

Scenariusz: William Nicholson, Alain Boublil, Claude-Michel Schönberg i Herbert Kretzmer (na podstawie musicalu „Les Miserables”)

Grają (ci istotni): Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne, Helena Bonham Carter, Sacha Baron Cohen

8/10

Na wstępie zaznaczę, że film jest świetny i bardzo mi się podobał, żebym potem z czystym sumieniem mógł wymieniać wszystkie wpadki, mimo których warto go obejrzeć. Ale od jakiegoś czasu jak coś trafia na krótką oskarową listę, to jest zwykle warte obejrzenia. Nie inaczej jest tym razem. Co więc można mu zarzucić? Choćby to, że Hugh Jackman, a zwłaszcza Russell Crowe nie powinni śpiewać, co w tym przypadku jest trudne, bo film nie jest ekranizacją powieści, ale musicalu z 1985 r. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że najgorzej temu filmowi robi to, że jest śpiewany. Owszem, niektóre sceny (np. w tkalni, czy podczas pogrzebu generała Lamarque'a) wypadają świetnie, ale wspomniani panowie wyciągając wysokie C wyraźnie się męczą. A i tak „Nędznicy” zasłużyli na bardzo wysoką ocenę. Technicznie jest zrobiony perfekcyjnie. Urzeka muzyką i zdjęciami. Reżyserowi Tomowi Hooperowi udało się przenieść widowisko teatralne na taśmę filmową bez uszczerbku dla spójności fabuły. Wręcz przeciwnie, film na tym zyskuje, bo poszczególne sceny są malownicze, zanurzone w dopracowanej do perfekcji scenografii dają pole do popisu dla aktorów.

A z odtwórcami ról głównych i epizodów brytyjscy producenci trafili w dziesiątkę. Tu nie ma złej roli. Crowe jako Javert i Jackman jako Valjean, pomijając ich brak umiejętności śpiewu, wypadają bardzo dobrze. W epizodach błyszczą Sacha Baron Cohen i (jakżeby inaczej) Helena Bonham Carter. Świetny jest młody Daniel Huttlestone jako Gavroche i Samantha Barks w roli Eponine, która zresztą tę samą postać grała w adaptacji w Queens Theatre. Ale rewelacyjnie, powtarzam – zjawiskowo – zagrała Anne Hathaway w roli Fantine. Stosunkowo krótki występ, dał jej absolutnie zasłużonego Oskara za drugoplanową rolę żeńską. W dodatku ona, w przeciwieństwie do kolegów z planu, śpiewać umie.

Scena warta uwagi:

Za co Anne Hathaway dostała statuetkę? Choćby za scenę, w której śpiewa piosenkę „I Dreamed a Dream”. Rewelacja.



czwartek, 05 grudnia 2013

(Behind the Candelabra, 2013)

Reżyseria: Steven Soderbergh

Scenariusz: Richard LaGravenese

Grają (ci istotni): Michael Douglas, Matt Damon, Dan Aykroyd, Rob Lowe, Scott Bakula

4/10

Pożegnalny film Stevena Soderbergha niestety jest nad wyraz kiczowaty. Trochę miał taki być, bo opowiada o Walterze Liberace, uosobieniu kiczowatości. Ale Soderbergh w pewnym momencie traci nad tą kiczowatością kontrolę. Żaden producent nie chciał na ten film wyłożyć pieniędzy, sfinansowało go w całości HBO. Opłaciło się, zgarnął 11 nagród Emmy, ale ja się na nim wynudziłem. Żałuję, bo Soderbergh jest jak znak jakości. Robił filmy nad wyraz porządne. Żaden może nie rzucał na kolana, ale wszystkie trzymały bardzo wysoki poziom. Oskara dostał za „Traffic”, świetny był „Intrygant”, „Ocean's Eleven” (następne części już mniej mi się podobały), czy ostatnio wysoko na tym blogu ocenione „Panaceum”. Przede wszystkim miał jednak olbrzymią determinację do robienia filmów według własnego gustu (Hollywood nie mogło czepiać się jego warsztatu, często jednak czepiało się tematyki) i na każdy temat, w każdym rodzaju. Kręcił komedie romantyczne, thrillery, filmy zaangażowane, gangsterskie, obyczajowe, science-fiction, kryminały noir, biograficzne... Wszystko.

„Wielkiego Liberace”, o ile się da, ratują aktorzy – bardzo dobrzy Michael Douglas i Matt Damon, oraz rewelacyjny w epizodzie Rob Lowe. To już nie te czasy gdy o skandal ocierali się dwaj kowboje, ocierając się o siebie w „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Douglas z Damonem ochoczo baraszkują nago w łóżku. Ten pierwszy w dodatku swoje lata już ma. Tyle że pod całą masą różu, piór, luksusu i gejowskiej miłości, mamy historię o zadufanym w sobie gwiazdorze i zapatrzonym w niego chłopaku, dla którego wszystko źle się kończy. Historia jakich wiele.

Scena warta uwagi:

Niestety w filmie nie ma sceny, która w jakiś sposób zapadałaby w pamięć. Ja zapamiętałem ostatnią. Pogrzeb Liberace. Właśnie z powodu kiczowatości.



poniedziałek, 02 grudnia 2013

(Warm Bodies, 2013)

Reżyseria: Jonathan Levine

Scenariusz: Jonathan Levine (na podstawie powieści „Warm Bodies” Isaaca Mariona)

Grają (ci istotni): Nicholas Hoult, Teresa Palmer, John Malkovich

5/10

Komedia o miłości niemożliwej. W zwykłej niczym nie wyróżniającej się dziewczynie zakochuje się R, który jest zombie. To nawet trudniejsza miłość niż Romea z Julią, bo oba środowiska, w których się obracają, wzajemnie do siebie nie przystają. Pierwsi nie marzą o niczym innym, poza tym by rozwalić tym drugim głowy, a celem tych drugich jest tylko i wyłącznie zjedzenie tych pierwszych. W dodatku miłość nie trafia ich równocześnie, R musi rozkochać w sobie Julie, a nie będzie mu łatwo, bo trudno nazwać go „gorącym chłopakiem”.

Komedia z pomysłem na całą historię, tylko trochę bez pomysłu w szczegółach. Żartów w sumie mało, miejsc w których można się zaśmiać jeszcze mniej. Oglądając miałem wrażenie, że twórcy zdali sobie sprawę, że trafiła w ich ręce historia z olbrzymim potencjałem i nie wiedzą jak z niej skorzystać. To jest sympatyczna komedia, tylko taka trochę mało śmieszna, szkoda. No i myślę, że Nicholasa Houlta rola trochę przerosła. Fakt, ze nie była łatwa.

Scena warta uwagi:

Gdzieś na początku filmu R opowiada o swoim życiu (życiu?). Że jest nudne, nie za bardzo może z kimkolwiek pogadać. Dni mijają mu na szwendaniu się bez celu. To nawet zabawne.



 
1 , 2
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi