niedziela, 28 grudnia 2014

(Spring Breakers, 2012)

Reżyseria: Harmony Korine

Scenariusz: Harmony Korine

Grają (ci istotni): James Franco, Selena Gomez

2/10

Zacznijmy od rzeczy dobrych, żeby mieć z głowy. Film trafił do głównego konkursu w wyścigu o Złotego Lwa w Wenecji (!). Zdobył sporo rozmaitych nagród i nominacji. Połowę z tych nagród i nominacji zgarnął James Franco za rolę Aliena i nie da się ukryć, że do roli się przyłożył. Ale to dobry aktor, a tacy generalnie do ról się przykładają. Druga rzecz warta wyróżnienia to muzyka złożona z kompozycji Cliffa Martineza i Skrillexa, która mi się podoba, a jeśli komuś się nie podoba, to niech przynajmniej weźmie pod uwagę, że pasuje do filmu.

A teraz do rzeczy. Film jest nieprzeciętnie kiczowaty. To z grubsza historia czterech koleżanek ze studiów, które podczas ferii postanawiają zaszaleć, kumają się z jednym gangsterem i niektóre po drodze rezygnują, niektóre idą na całość. Selena Gomez była tu tylko po to, by napędzić nastolatków do kin, ale nie odkrywa nawet kawałka piersi, choć tych jest w filmie sporo. Fabuła nie ma sensu. Poszczególne sceny nie mają ze sobą specjalnego związku i nie do końca wiadomo o co twórcom chodzi. Gangsterzy to jakieś fircyki. Całość ma wygląd teledysku średniej klasy rapera. Najbardziej żenujące są telefony głównych bohaterek do babci/mamy i natchnione rozmowy rodem z „Cienkiej czerwonej linii” (zachód słońca, morze, muzyka, te rzeczy). Jak tylko ma się wrażenie, ze to pastisz, to twórcy jednak widza trącają, żeby mu powiedzieć, że to na poważnie. Trochę się do tego filmu zbierałem i zmarnowałem fragment wieczoru.

Scena warta uwagi:

Niestety trzeba ich szukać tam gdzie jest James Franco. Na przykład ta, gdy przedstawia się małolatom siedząc na stole w jakiejś plażowej jadłodajni. Pokazuje, że zagra każdą rolę, żeby tylko mógł się w niej zawadiacko uśmiechnąć.



01:30, kubadybalski , sensacyjny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 grudnia 2014

(Левиафан, 2014)

Reżyseria: Andriej Zwiagincew

Scenariusz: Andriej Zwiagincew, Oleg Negin

Grają (ci istotni): Aleksiej Serebriakow, Jelena Liadowa

7/10

Rosyjski rywal „Idy” w wyścigu po Złotego Globa i prawdopodobny rywal w wyścigu po Oskara, daje dużą nadzieję na nagrody właśnie dla „Idy”. Bo choć film Zwiagincewa to poruszające kino o beznadziejnym losie choć trochę przyzwoitego człowieka we współczesnej Rosji, który w starciu z rzeczywistością opartą na prawie silniejszego jest skazany na porażkę, to jest to sto siedemnasta historia na ten sam temat. Co prawda dla amerykańskiego widza luźno oparta i uwspółcześniona Księga Hioba (główny bohater kilka razy wygraża Bogu i, co by nie mówić, ma powody) może się okazać ciekawa. Równie ciekawa jak parabola Rosji, przynajmniej tej brzydkiej, więc skorumpowanej, pijącej na umór, ale też bardzo emocjonalnej i pięknej. Ale naprawdę... w Rosji kręcą o tym filmy jeden za drugim... Zresztą „Lewiatan” już swoje nawygrywał. Dostał nagrodę za scenariusz w Cannes.

Zresztą oskarowy start „Lewiatana” jest szalenie ciekawy, co opisał w „GW” Wacław Radziwinowicz. W Rosji nikt filmu nie widział, bo jest „półkownikiem”, wysłanym do magazynu za zawoalowaną krytykę stosunków w putinowskim kraju (oficjalnie za to, że się w nim przeklina). Komitet złożony z dziesięciu reżyserów nie miał jednak wyjścia bo Andriej Konczałowski, czyli pewny tegoroczny kandydat, w ostatniej chwili zrobił woltę, stwierdził, że Hollywood nie ceni, nie chce, żeby jego film startował po statuetkę. Trzeba było więc nominować „Lewiatana”. Rosyjska premiera odbędzie się 5 lutego, czyli tuż przed ceremonią oskarową. W ocenzurowanej wersji, bez przekleństw.

Scena warta uwagi:

Pejzaże w tym filmie, dziejącym się gdzieś na wybrzeżu Morza Barentsa, są bajeczne. Zarówno te, którymi poprzetykana jest fabuła, jak i te które ją ilustrują, np. urodzinowy kamping odbywa się w jakiejś fenomenalnej dolinie, a syn głównego bohatera, gdy ucieka z domu to siada na jakimś pniu drzewa obok wielkiego szkieletu wieloryba (co zresztą trafiło na plakat filmu). Tym bardziej uderzające są ostatnie ujęcia w filmie, gdy widzowi wydaje się, że w tym kawałku świata, w którym ludzie potrafią sobie zgotować piekło, przynajmniej przyroda pozostanie nienaruszona...



19:01, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 grudnia 2014

(Lone Survivor, 2013)

Reżyseria: Peter Berg

Scenariusz: Peter Berg (na podstawie książki Lone Survivor Marcusa Luttrella i Patricka Robinsona)

Grają (ci istotni): Mark Wahlberg, Emile Hirsch, Eric Bana, Ben Foster

5/10

Ociekająca patosem ekranizacja prawdziwej historii związanej z operacją „Red Wings”, która zdarzyła się w 2005 r. w Afganistanie. Marines mieli zastrzelić jakiegoś talibskiego watażkę, nie wyszło, zrobiłą się jatka i uratował się tylko jeden (zdradzę, że uratował się Mark Wahlberg, zresztą już na początku filmu widz się o tym dowiaduje, zresztą kto miałby się uratować, jak nie on). Film zaczyna się zdjęciami ze szkolenia marines, kończy zdjęciami rodzinnymi prawdziwych żołnierzy, którzy brali udział we wspomnianej akcji. Jest więc podniośle i łzawo. Oczywiście po drodze giną setki złych Afgańczyków, ale główny bohater zostaje uratowany przez dobrych Afgańczyków, którzy zgodnie z honorowym kodeksem, będą bronić swojego gościa aż po grób. Jest więc w każdym calu politycznie poprawnie.

To bardzo efektowny film (choć najbardziej efektowny mimo wszystko jest chyba plakat). Dużo strzelania. „Ocalony” był w tym roku nominowany do Oskarów za najlepszy dźwięk i montaż dźwięku (zabijcie mnie nie wiem, czym różnią się obie kategorie, ale fakt, że efekty dźwiękowe w tym filmie są niezłe). Rzecz w tym, że jeśli uznamy za osobną kategorię film, polegający na wrzuceniu w stado krwiożerczych wrogów niewielkiego oddziału (amerykańskich) żołnierzy, którzy potem zabijają dziesiątkami i albo ratują się wszyscy, albo niektórzy, to pewnie przez długie lata nie da się zrobić lepszego filmu niż „Helikopter w ogniu”. „Ocalony” nie jest nawet w połowie tak dobry. Nawet przez moment nie próbuje zaskoczyć czymś więcej niż bohaterstwem głównych postaci. A wiele filmów, które można by zaliczyć do tego gatunku, próbowały. Z lepszym lub gorszym skutkiem.

Scena warta uwagi:

Dla wielbicieli strzelanek najbardziej emocjonująca jest chyba ta, gdy zaczyna się bitwa i Wahlberg zabija dwóch pierwszych Talibów. Jest energetyczna, trochę przeciągnięta. Ale tak naprawdę trudno którąś wyróżnić.



wtorek, 16 grudnia 2014

Na Filmotatniku do tej pory nie było wpisów literackich i raczej w przyszłości ich nie będzie, ale w tym wypadku warto rozszerzyć oglądanie ostatniego opisanego filmu o lekturę książki Janusza Głowackiego „Przyszłem czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy”, do czego zachęcam, co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze zawsze warto przyjrzeć się jak coś powstaje od kuchni. Bismarck mówił że ludzie nie chcą wiedzieć jak się robi kiełbasę i politykę. Robienia kiełbasy nigdy nie widziałem, o robieniu polityki wiem coś niecoś teoretycznie, za to robienie filmów wydaje się fascynujące. Przyznaję, że nie sądziłem, że pisanie scenariusza wygląda tak, jak to opisuje Głowacki, czyli jest w zasadzie ciągłym wymyślaniem rzeczy, które potem w większości lądują w koszu. Wymyślaniem uporządkowanym tylko do pewnego stopnia, w większości chaotycznym, często absurdalnym.

Po drugie, kilka razy słyszałem, że gdyby Wajda nieco więcej wziął z Głowackiego to film byłby lepszy. Byłby. Bez dwóch zdań. Rozumiem, że nie da się wszystkich pomysłów zmieścić w filmie, że coś trzeba wybrać. Ale pomysł na film drogi, albo wątek Tadzika i jego dziewczyny-konfidentki to choćby te dwa, których odżałować nie mogę. Albo rozbudowany wątek internowania. Głowacki też nie raz żałuje, że część togo co napisał zostało przez Wajdę ucięte. A czasem nawet to co zostało na papierze wygląda lepiej niż na taśmie filmowej.

Fragment wart uwagi:

Książka Głowackiego to nie tylko sceny, które się do filmu nie zmieściły, autorowi było ich żal, więc napisał książkę. To też kopalnia rozmaitych anegdot a jedna lepsza od drugiej. Jedna z najfajniejszych jest na samym początku. Nie będę cytował, z grubsza opowiem.

Głowacki był członkiem jury festiwalu w Gdyni, na którym pokazywano „Pierścionek z orłem w koronie”. Oprócz niego w szacownym gremium zasiadali: Grażyna Szapołowska, ks. prof. Józef Tischner, Adam Michnik, Kazimierz Kutz, który przewodniczył, prof. Jerzy Płażewski, Maciej Dejczer, Zygmunt Konieczny, Jerzy Zieliński. Grono zacne. Na pokazie „Pierścionka...” Głowacki siedział „między Grażynką a Dejczerem”, Kutz siedział nieco dalej. „Kutz był umiarkowanym entuzjastą tego filmu, a że jest człowiekiem żywiołowym, machał do mnie radośnie, że jest źle” - wspomina Głowacki. I jak dodaje sytuacja dla niego była nieco kłopotliwa, no bo film, konkurs, ludzie patrzą. Oparł się więc o balustradę i ukrył twarz w dłoniach. „Po paru minutach, żeby odzyskać radość życia, położyłem rękę na udzie Grażyny i wtedy nastąpiło potężne wierzgnięcie. Okazało się, że jurorka Szapołowska tymczasem wyszła, a koło mnie usiadł ksiądz Tischner, któremu zapewne przypomniały się czasy seminarium i gwałtownie zareagował”.

Banalne ale prześmieszne.



22:04, kubadybalski , pitu pitu
Link Komentarze (1) »
niedziela, 14 grudnia 2014

(Wałęsa. Człowiek z nadziei, 2013)

Reżyseria: Andrzej Wajda

Scenariusz: Janusz Głowacki

Grają (ci istotni): Robert Więckiewicz, Agnieszka Grochowska, Zbigniew Zamachowski, Maria Rosaria Omaggio

7/10

Wajda wypełnił brakujący kawałek w polskiej kinematografii, bo teraz z powodzeniem można sadzać młodzież szkolną przed rzutnikiem i puszczać im film o czasach, których, jak to zwykle, na historii nie zdąży się przerobić. Zrobił film idealny dla szkół. I to wcale nie znaczy, że to film zły. Wręcz przeciwnie. Być może nie dało się bardziej sensownie zamknąć w jednym filmie dwóch dekad i tak złożonej postaci, jak tylko nakręcić film „po bożemu”, chronologicznie, nawet trochę w stylu paradokumentu. Zresztą Wajda z Głowackim, wcale nie poszli na łatwiznę. Błyskotliwie komponowali w film mnóstwo nagrań archiwalnych (najbardziej efektowne jest opisane w „scenie wartej uwagi”), stworzyli szkielet historii z wywiadu z Orianą Falacci, zilustrowali to muzyką Dezertera, Brygady Kryzys, Róży Europy i Chłopców Z Placu Broni. Całość jest spójna i wciąga. I tylko od czasu do czasu zastanawiałem się, czy nie ciekawsze byłoby, gdyby trochę Wałęsę „podszczypać”, pokazać więcej niepewności, wątpliwości, itp. Ale to może w drugim filmie o Wałęsie...

Olbrzymią zaletą filmu jest Robert Więckiewicz, a niewiele mniejszą Agnieszka Grochowska. Ona trafia w punkt. On dostał rolę, której właściwie nie miał prawa udźwignąć. Wałęsa, ze swoim wyglądem, sposobem poruszania się i mówienia, jest na dobrą sprawę nie do podrobienia. Tymczasem Więckiewicz gra go tak, że mu wierzę. Jąka się tak jak trzeba, uśmiecha pod wąsem tak jak trzeba, jest pewny siebie, ale też przerażony tak jak trzeba. To rola wybitna.

Scena warta uwagi:

Wajda nie tylko wplata w film archiwalne kroniki, ale znalazł też miejsce na wmontowanie tam fragmentu z „Człowieka z żelaza” (czyli nawiasem mówiąc najlepszego filmu jaki kiedykolwiek nakręcono w tym kraju, zdaniem Filmotatnika). Zwróćcie uwagę od kogo Wałęsa dostaje wydanie „Robotnika” w pociągu.



czwartek, 04 grudnia 2014

(Nightcrawler, 2014)

Reżyseria: Dan Gilroy

Scenariusz: Dan Gilroy

Grają (ci istotni): Jake Gyllenhaal, Rene Russo, Bill Paxton

7/10

Mam z tym filmem dwa problemy. Pierwszy jest tak, że choć mocny przez co do pewnego momentu nie tylko wstrząsający, ale wręcz szokujący, nagle staje się tak brutalny, że aż nieprawdziwy. Niemożliwe, żeby Louisowi Bloomowi tak płynnie wszystko się udawało. Żeby telewizja, do której przynosi ostatni materiał tak łatwo go przyjęła. Żeby życie potoczyło się akurat tak, by finałowe sceny „Wolnego strzelca” były tak mocne. Drugi kłopot mam z zakończeniem. Kiedyś narzekałem, że w „Locie” z Denzelem Washingtonem najsłabszy jest koniec. Trochę przesadziłem. Twórcy „Wolnego strzelca” wybrali dla swojego bohatera inne rozwiązanie na koniec filmu i ono jeszcze bardziej mi się nie podoba. Ale nie będę zdradzał.

To historia reportera-amatora. Self-made mana, który nieco przypadkiem zaczyna filmować sceny wypadków i przestępstw (o których dowiaduje się nasłuchując policyjnych częstotliwości), a potem sprzedaje je lokalnej telewizji. Ta, w pogoni raczej nie za newsem (bo każdy kolejny jest właściwie taki sam), ale za sensacją, kupi każde nagranie, byle krwawe i dobrej jakości. Widz ogląda Blooma, który przekracza kolejne granice. Robi to bo jest psychopatą. To psychol, w dodatku nie z tych inteligentnych, jak Hannibal Lecter, ale z tych sprytnych. Może dlatego nie ma w filmie chwili, w której widz by go polubił i jednocześnie to bardzo jednowymiarowa postać. Nie ma napięcia, chwili zastanowienia „czy on jest zdolny zrobić jeszcze jeden krok”, bo od początku wiemy, że nie ma dla niego etycznych granic. To niestety filmowi nie służy. Z takiego który mógł być wybitny, jest co najwyżej dobry.

Scena warta uwagi:

Louis zaprasza Ninę do restauracji i zaczyna negocjacje. W kinie kolejne zdania wypowiadane przez głównego bohatera wywoływały śmiech i niedowierzanie. To niesamowite, bo to jedna z najbardziej wstrząsających i przerażających scen w filmie, a Gyllenhaal jako manipulant wypada wyśmienicie.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi