sobota, 19 grudnia 2015

(Star Wars: The Force Awakens, 2015)

Reżyseria: J. J. Abrams

Scenariusz: Lawrence Kasdan, J. J. Abrams

Grają (ci istotni): Harrison Ford, Oscar Isaac, Daisy Ridley, John Boyega, Adam Driver, Domhnall Gleeson, Lupita Nyongo, Carrie Fisher, Mark Hamill, Andy Serkis, Max von Sydow

5/10

Wielbiciele serii na pewno będą zachwyceni. Klimat jest taki jak trzeba i - bez specjalnych udziwnień - jest tam wszystko to, co ma być w "Gwiezdnych wojnach", czyli dużo szturmowców, powietrzne pościgi w ciasnych przestrzeniach, toksyczne relacje rodzinne, pojedynek na miecze świetlne z odzianym w czerń astmatykiem, fryzury z lat 70-tych, knajpa (mordownia?) w stylu praskim oraz dziwna fauna pustynna. Do serii zatrudniono kilku fajnych, choć jeszcze nieopatrzonych aktorów (Adam Driver, Domhnall Gleeson, Lupita Nyongo i najbardziej opatrzony, choć nie tak bardzo, Oscar Isaac). Jeśli do tego dodać, że choć trup ściele się gęsto, to krwi prawie nie widać, a twórcy, pomni oskarżeń o szowinizm w doborze bohaterów, teraz w centrum głównego wątku osadzili kobietę i Afroamerykanina, dodając do tego pewne miłosne napięcie (choć bez pokazania choćby ćwierci cycka), to wychodzi film idealny dla amerykańskiej widowni. No i dla fanów Gwiezdnych wojen.

Ale reszta nie znajdzie w tym filmie niczego (dosłownie - niczego) nowego. Nie tylko niczego, czego nie byłoby w innych filmach gatunku. Niczego, czego nie byłoby w innych "Gwiezdnych wojnach". Pomysły twórców najwyraźniej się wyczerpały i nie zostało nawet nic na dnie. To dwie godziny lekkostrawnej bajki o walce dobra ze złem polegającej na tym, że źli mają laser, więc dobrzy muszą im ten laser rozwalić, bo sami zostaną nim rozwaleni. Innymi słowy jeśli w dzieciństwie kij od szczotki był dla was mieczem świetlnym, a pies robił za Chewbaccę, film wam się spodoba. Jeśli nie, to film do zapomnienia.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę wrażenie robią tylko zdjęcia z pustyni, kręcone naprawdę gdzieś w Abu Zabi, z eksplorowania zniszczonych statków kosmicznych. Są efektowne.

piątek, 11 grudnia 2015

(Czerwony pająk, 2015)

Reżyseria: Marcin Koszałka

Scenariusz: Marcin Koszałka

Grają (ci istotni): Adam Woronowicz, Filip Pławiak, Julia Kijowska

6/10

Koszałka, choć w zasadzie uchodzi przede wszystkim za świetnego operatora („Czerwony pająk” to jego reżyserski debiut jeśli chodzi o film fabularny), to wyrósł z dokumentu. Konkretnie jednego, nakręconego prawie dwie dekady temu filmu „Takiego pięknego syna urodziłam”, którym pokazał, że temat można znaleźć wszędzie, choćby na własnej kanapie. Pamiętam gdy po raz pierwszy pokazano go w TV i jakie na mnie zrobił wrażenie. Już wtedy było widać jakie Koszałka ma oko do ludzi, jak potrafi kamerą pokazać to co w nich najciekawsze. Dzięki tej umiejętności kręci się najlepsze dokumenty i jest wielce przydatna przy tworzeniu fabuły. Do dziś mu pozostała i to w bardzo wysokiej jakości.

Postacie w „Czerwonym pająku” są dobre. Bez wyjątku. Ale Woronowicz i Pławiak odgrywający seryjnego mordercę i zafascynowanego nim młodego chłopaka grają brawurowo. Tak jak Woronowicz jest jednocześnie wciągający i odpychający tak fascynujący i odpychający jednocześnie jest Kraków w połowie lat 60-tych. W czasach mody na pokazywanie PRL-u w filmie, Koszałka robi to chyba najciekawiej. Ale gdy próbujemy rozgryźć motywację głównego bohatera, przyczyny które pchnęły go to tego co robi i powody decyzji, które podejmuje (a podejmuje – trzeba to powiedzieć – przedziwne decyzje), to jest kłopot. Koszałka każe się widzowi domyślać chyba za bardzo. Stawia zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Taki mam z tym filmem problem. Gdy Krzysztof Kieślowski opowiadał swoją historię w „Krótkim filmie o zabijaniu” (skojarzenie nasuwa się samo) to jednak dawał widzowi szereg podpowiedzi i tematów do rozważań. Koszałka daje ich niewiele.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena, w której widać mistrzostwo operatorskie Koszałki, który poza reżyserią i napisaniem filmu, jeszcze sprawował pieczę nad zdjęciami. Grupa samochodów jedzie na wizję lokalną do jakiegoś kamieniołomu, czy kopalni, czy do Jury (cholera wie co tam jest pod Krakowem...). Kamera z góry pokazuje samochody jadące wąską ścieżką między wzniesieniami, a widz ulega optycznemu złudzeniu gdzie jest zbocze, a gdzie ściana. Bardzo mi się spodobała.

P.S. Trzeba też podkreślić to, jak fajny jest plakat. Konia z rzędem temu kto rozpozna, czy jest na nim Pławiak, czy Woronowicz...

21:56, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 grudnia 2015

(Macbeth, 2015)

Reżyseria: Justin Kurzel

Scenariusz: Jacob Koskoff, Todd Louiso i Michael Lesslie na podstawie tragedii Williama Szekspira

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Marion Cotillard, David Thewlis, Elizabeth Debicki

8/10

Pewien duński reżyser Nicklas Winding Refn, jeszcze zanim pozwolił Ryanowi Goslingowi nic nie mówić i łamać kobiece serca w znanym skądinąd filmie „Drive”, nakręcił film pt. „Valhalla Rising”, o jednym wikingu, który nie mówi kompletnie nic, za to krwawo morduje kogo się da. „Makbet” Justina Kurzela na oko przypomina nie „Grę o tron”, czy „Braveheart”, ale właśnie tamten film Refna. W wielu elementach – od spokojnego komponowania scen i leniwego tempa, przez muzykę, na zdjęciach kończąc. A to ostatnie należy zdecydowanie podkreślić. Ekranowy Szekspir Kurzela i Fassbendera jest wizualnie przepiękny, wbija w fotel. Cała oprawa opowiadanej historii – góry, mgła, wnętrza, ponure gęby Szkotów, wspomniana muzyka – służą budowaniu nastroju i przekonaniu widza, że prowadząca do szaleństwa krwawa walka o władzę po prostu pasuje do otoczenia, w któym się rozgrywa. Film pod tym względem jest świetnie wymyśloną i zrealizowaną całością, z formą podporządkowaną treści. Twórcy nie odświeżali „Makbeta”, nie próbowali go (co dziś niezwykle modne) uwspółcześniać, wręcz przeciwnie.

Nie jest rzecz jasna tak, że historia jest żywcem przeniesiona z kart dramatu na ekran. Część postaci usunięto, część wątków skrócono. Las Birnamski podchodzi pod mury Dunsinanu inaczej niż u Szekspira. Ale to nie razi, podobnie jak, z drugiej strony, mogłyby odrzucać, a świetnie do całości pasują, teatralne dialogi i przemowy głównych bohaterów. Wyszczerzony Fassbender traci zmysły w sposób niezwykle malowniczy. Lady Makbet w wykonaniu Marion Cotillard nie tyle jest uosobieniem zła, co raczej popycha męża w odpowiednim kierunku, gdy tego nachodzą wątpliwości. Ani niemiecki Irlandczyk, ani rodowita Francuzka nie silą się na udawanie szkockiego akcentu, ale zwłaszcza Cotillard mówi po angielsku na tyle płynnie (to Francuzka, szacun!), że też nie czułem fałszu. Ten film budzi sympatię tradycyjnym potraktowaniem tekstu i zachwyca swoim wyglądem. Co prawda gimbaza na nim nie wysiedzi, ale to już problem i szkoda gimbazy, bo warto.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena w której Makbet, już jako król, rzuca się z nożem na małżonkę. Ona widzi, że straciła nad nim kontrolę, on najwyraźniej zdał sobie sprawę, że z raz obranej drogi zbrodni już powrotu nie ma. O ile Lady Makbet uchodzi za (ogólnie mówiąc) symbol kobiety sprowadzającej mężczyznę na złą drogę, to w tym filmie zdecydowanie pokazano jej bardziej tragiczna stronę. Kobiety, która bardzo szybko zdaje sobie sprawę z konsekwencji swojego postępowania i ewidentnie ją to przeraża.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi