środa, 28 grudnia 2016

(Passengers, 2016)

Reżyseria: Morten Tyldum

Scenariusz: Jon Spaihts

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Laurence Fishburne

5/10

Kosmos, statek, on, ona, statek się psuje, muszą ratować ludzkość, heroicznie ratują, wszystko kończy się dobrze. Opowiedziałem wam film, który jest podobny do tuzinów innych filmów dziejących się w kosmosie. Właściwie to jest nieco gorzej, bo o ile wśród tych tuzinów można znaleźć ileś tam filmów, które jednak czymś się wyróżniają, to „Pasażerowie” właściwie nie wyróżniają się niczym. To nie jest zły film. Jest ładny, miejscami efektowny, dobrze wyczuwa się atmosferę samotności na gigantycznym statku. Ale to wszystko poprawność i absolutna przeciętność.

Trochę szkoda, bo na planie zebrano nie tylko bardzo dobrą obsadę (poza wymienionymi wyżej jest jeszcze Andy Garcia, który nie mówi ani słowa), ale świetną ekipę. Reżyser dwa lata temu był nominowany do Oscara za „Grę tajemnic” (inna sprawa czy słusznie, ale był), operator Rodrigo Prieto, to jeden z najlepszych w tym fachu na świecie (z Alejandro Gonzalezem Inarritu filmował „Amores Perros”, „21 gramów” i „Babel”, z Benem Affleckiem „Operację Argo”, z Martinem Scorsese „Wilka z Wall Street”, za zdjęcia do „Tajemnicy Brokeback Mountain” Anga Lee był nominowany do Oscara), scenografię wymyślił i zbudował Guy Hendrix Dyas (autor scenografii m.in. do „Incepcji”), a muzykę napisał Thomas Newman (regularny oscarowy nominant).

Scena warta uwagi:

Jak wiadomo na nowoczesny statek kosmiczny mówi do pasażerów. Nie inaczej jest w filmie. Jeśli zdarza się wam jeździć metrem po Londynie, to możecie poczuć się w kinie znajomo. Głos pod statek, podłożyła brytyjska lektorka Emma Clarke, której głosem wypowiadane są wiadomości na londyńskich liniach metra Bakerloo, Central i District.

piątek, 23 grudnia 2016

(Lion, 2016)

Reżyseria: Garth Davis

Scenariusz: Luke Davies na podstawie „A Long Way Home” Saroo Brielaya i Larry'ego Buttrose'a

Grają (ci istotni): Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara

6/10

Wzruszająca i pięknie sfilmowana prawdziwa historia o indyjskim chłopcu ze slumsów, który ni stąd ni zowąd znalazł się w Kalkucie, tysiąc mil od domu, do którego wrócił po ćwierć wieku. Czeka właśnie na rozdanie Złotych Globów z czterema nominacjami (w tym za najlepszy film dramatyczny), ileś nagród już zebrał, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że nieco na wyrost. Owszem, rzucają się w oczy zdjęcia, pozostaje w uszach świetna ilustracja muzyczna, ale sama historia nieco traci na tempie w drugiej części filmu. Główny bohater trochę szuka domu, trochę nie szuka, a motyw wokół którego osnute są jego wątpliwości – czy odnalezienie biologicznej rodziny zmieni jego stosunki z tymi, którzy go wychowali – wypada raczej blado. Szanse na aktorskie złote Globy ma Nicole Kidman i Dev Patel. Tylko ona na nominację zasłużyła.

„Lion...” nie ucieknie od porównania ze „Slumdogiem...”, który swego czasu zgarnął Oscara za najlepszy film (i siedem w innych kategoriach), zresztą polski dystrybutor sam porównuje oba filmy na plakatach („Slumdog był wymyślony, a Lion to prawdziwa historia, kupujcie bilety, ble ble...”). Ale o ile dzieło Danny'ego Boyle'a to był film pełną gębą, pełna rozmachu opowieść, która miała ambicję opisać Indie - zresztą całkiem nieźle jej to wyszło – to „Lion...” jest co najwyżej w porządku. Nie wyjdziecie z kina z poczuciem zmarnowanego czasu, ale też nie będzie to film, który zapamiętacie na długo.

Scena warta uwagi

Mały Saroo trafia do ośrodka dla bezdomnych dzieci gdzieś pod Kalkutą. Pierwsza rozmowa z chłopcem z którym wspólnie je obiad, rozmowa dwóch kilkulatków, jest żywcem wzięta z amerykańskich więziennych filmów. Robi wrażenie.

P.S. To kolejny film, w którym polski dystrybutor bezmyślnie przetłumaczył tytuł. Polski tytuł powinien brzmieć „Lwiątko” (w filmie nie ma żadnego lwa, ale dość szybko można się domyślić jak się znalazł w tytule, wyjaśnienie w napisach końcowych), ewentualnie po prostu „Droga do domu”, co byłoby banalne, bo pewnie sto siedemnaście różnych filmów zatytułowano tak, albo podobnie, ale jednak sensowniejsze.

środa, 21 grudnia 2016

(Hacksaw Ridge, 2016)

Reżyseria: Mel Gibson

Scenariusz: Andrew Knight, Robert Schenkkan

Grają (ci istotni): Andrew Garfield, Sam Worthington, Hugo Weaving, Teresa Palmer, Vince Vaughn

2/10

Niedawno znajomy pokazał mi „najgorszy film wojenny ever” („7 Man Army”, produkcja hongkońska z 1976 r., fragment można zobaczyć tutaj). Film Mela Gibsona swoją wojenną poetyką niespecjalnie się od niego różni. Flaki latają na wszystkie strony, żołnierze wylatują w powietrze tuzinami, trafienia w głowę widz ogląda w każdym możliwym wariancie i z każdej strony. To nie jest film wojenny. To klasyczny slasher. Gibson nie tylko płynnie przeskakuje estetykę Wojciecha Smarzowskiego – mniej w „Przełęczy ocalonych” odciętych głów niż np. w „Wołyniu”, ale np. dużo więcej płonących ludzi – ale zawstydza nawet Quentina Tarantino. Jeżeli przyszło wam teraz do głowy, że na potrzeby nadania notce dramatyzmu nieco przesadzam, to nie. Nie przesadzam.

Mówimy o filmie, który przed momentem otrzymał trzy kluczowe nominacje do Złotych Globów (najlepszy film dramatyczny, najlepszy aktor i najlepszy reżyser) i jest wielce prawdopodobne, że dostanie też nominację oscarową. W tymże filmie nie liczcie na żadne cieniowanie, czy rozterki moralne. Potworni Japończycy wyskakują z każdej dziury w ziemi, żeby – nie bacząc na własne życie – zarżnąć jak najwięcej Amerykanów, szczerząc się przy tym i krzycząc nie wiadomo co. Dzielni Amerykanie bohatersko bronią swojego kraju, wolności i demokratycznych swobód przed wspomnianymi krwiożerczymi Japończykami (nikt nie pyta np. dlaczego robią to na Okinawie), a główny bohater jest najprawdopodobniej aniołem w ludzkim ciele. Nie dotyka broni, czyta Biblię, którą na pożegnanie dostał od świeżo poślubionej żony, pięknej pielęgniarki, a mimo to wyciąga z pola walki (z którego wycofali się jego kumple, a pałętają się tam Japończycy, jest pod ciągłym ostrzałem) i spuszcza na linie wzdłuż ponad 100-metrowego zbocza 75 rannych towarzyszy (w tej liczbie scenarzysta i reżyser dodają jeszcze kilku żołnierzy wroga). Tu akurat film jest najprawdziwszy, bo ta historia rzeczywiście się zdarzyła. Gibson każe widzowi widzieć w tym oczywisty cud i palec Boży (broń Boże statystyka! skąd pomysł, że jakiś taki wariat, spośród wszystkich którzy zginęli, po prostu miał szczęście i przeżył?). W ostatniej scenie główny bohater, ranny, zdaje się unosić na noszach w kierunku nieba (naprawdę, nie zmyślam). W tym momencie Gibson wspina się na Himalaje wazeliniarstwa i patosu. Dawno nie widziałem takiego bezczelnego filmu.

Scena warta uwagi:

Wspomniane „wniebowstąpienie” to koniec dłuższej sceny, w której Japończycy z białą flagą poddają się. Ale to podstępne bestie. Jeden z nich rzuca dwa granaty w kierunku dowódcy. Główny bohater, w zwolnionym tempie jeden odrzuca w powietrzu ręką (machnięciem godnym Djokovicia), a drugi kopniakiem (nie powstydziłby się go Lewandowski) i ratuje mu życie, sam odnosząc poważne rany. Ale to nie koniec! Z noszy pyta towarzysza broni „Gdzie moja Biblia?” (zgubił ją chwilę wcześniej), a ten wraca w sam środek walki, znajduje ją i zwraca naszemu aniołowi.

20:45, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

(Sully, 2016)

Reżyseria: Clint Eastwood

Scenariusz: Todd Komarnicki

Grają (ci istotni): Tom Hanks, Aaron Eckhart, Laura Linney

7/10

Clint Eastwood wziął się za sfilmowanie historii, której koniec wszyscy znają, w dodatku wszyscy wiedzą, że zakończyła się dobrze, a bohater jest wzorem cnót. To oznacza, że choć to historia w której na wstępie psuje się wszystko co może się zepsuć, a potem nikt nie ginie, wcale nie jest takim dobrym materiałem na film. Biorąc to pod uwagę efekt jaki osiągnął jest mistrzostwem świata. Największy zarzut do filmu, polega na tym, że brakuje w nim napięcia. Ale mając w pamięci powyższe inaczej być nie może. Eastwood i scenarzysta Todd Komarnicki postanowili dodać nieco dramatyzmu od siebie i kazali pilotom zmagać się z zarzutami komisji ds. badania wypadków lotniczych, która ma na oczach widzów sprawdzić, czy obaj to bohaterowie, czy może szaleni ryzykanci, którzy narazili na śmierć 155 pasażerów samolotu. Finału można się domyślić, tym bardziej, że – jak kilkakrotnie jest podkreślane na ekranie – pilot Chesley Sullenberger lata samolotami od 42 lat, więc ster był w najbezpieczniejszych rękach, jakie można sobie wyobrazić.

Recenzent brytyjskiego „The Telegraph” nie wahał się zauważyć, że Eastwood reżyseruje od 45 lat (to jego 35 film). I wcale nie znaczy to, że te ręce są równie bezpieczne jak ręce Sully'ego. Choć ma na koncie dzieła genialne, to i pewne, właściwe konserwatystom, zamiłowanie do machania gwiaździstym sztandarem w co drugiej scenie, co w przypadku „Snajpera”, jego poprzedniego filmu (kandydata do Oscara sprzed dwóch lat), bywało momentami niestrawne. Tym razem nie tylko udało mu się nakręcić pozytywną historię bez rażącego patosu, ale w dodatku stworzyć film, który się świetnie ogląda. „Sully”, poza wszystkim, jest niezwykle efektowny. Oglądane dwukrotnie lądowanie na rzece Hudson, różniące się detalami, na które reżyser zwraca uwagę widza, to doskonale nakręcone sceny. Nie jest to może film, który zmieściłby się w trójce najlepszych Eastwooda, ale nie dajcie się zniechęcić. To porządne kino.

Scena warta uwagi:

Jest gdzieś na początku scena w której Sully i Jeff, drugi pilot, wieczorem, przed czekającym ich przesłuchaniem przed komisją, wychodzą się przespacerować po Nowym Jorku. Rozmowa jaką prowadzą niestety każe przypuszczać, że cały film będzie pełen patetycznych przemów o bohaterstwie i tym co mężczyzna powinien zrobić. Trochę się wtedy przestraszyłem. Ale spokojnie, reżyser nie poszedł tą drogą.

niedziela, 04 grudnia 2016

(Nocturnal Animals, 2016)

Reżyseria: Tom Ford

Scenariusz: Tom Ford

Grają (ci istotni): Amy Adams, Jake Gyllenhaal, Michael Shannon, Armie Hammer, Laura Linney, Andrea Riseborough, Michael Sheen, Jena Malone

7/10

Bardzo porządny, nieoczywisty, thriller o interesującej konstrukcji, który nieco przypomina estetyką "Neon Demon", ale o ile w filmie Refna efekty wizualne są głównym tematem, o tyle w filmie Forda ostro umalowana i oszczędna w słowach główna bohaterka to tylko przykuwająca uwagę otoczka głównej historii. Oglądamy wiec film o kobiecie, która czyta książkę, a dwie przeplatające się opowieści w niezwykły sposób na siebie wpływają. Od samego początku widz wie, że rzeczywistość i powieść wzajemnie się ze sobą wiążą, ale w trakcie filmu musi wykombinować na czym ten związek polega. Nie jest on może aż tak pokręcony, jak w błyskotliwym "Przypadku Harolda Cricka", ale i tak ciekawy.

Tom Ford, światowej sławy projektant i dyktator mody, filmy robi z zamiłowania i wychodzi mu to doskonale. "Zwierzęta nocy" to drugi, który napisał i wyreżyserował. Siedem lat temu "Samotny mężczyzna" tez debiutował w Wenecji, a grający tam główna rolę Colin Firth dostał na festiwalu nagrodę aktorską, a potem zgarnął jeszcze nagrodę BAFTA, Złoty Glob i oscarową nominację. Ten film z kolei w tym roku wyjechał z Wenecji z Grand Prix Jury i gdzieniegdzie przebąkuje się, że może pomoc Amy Adams w zgarnięciu Oscara, choć na dobra sprawę, co najmniej dwie inne role przykuwają uwagę (Gyllenhaal, Shannon), a i cała zgraja fajnych aktorów w epizodach bardzo filmowi pomagają.

Scena warta uwagi:

Śmieszne są obie sceny w muzeum, które chyba przekonują główna bohaterkę, że jej wybór nie był właściwy. Słusznie?

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi