piątek, 21 marca 2014

(300: The Rise of an Empire, 2014)

Reżyseria: Noam Murro

Scenariusz: Zack Snyder, Kurt Johnstad

Grają (ci istotni): Eva Green, Lena Headey

3/10

„Idź! Dobry film. A Eva Green, to już w ogóle...” - słyszałem jakiś czas temu zachętę, żeby wybrać się na nowych „trzystu”, jeśli akurat będę miał ochotę na jakąś naparzankę w kinie. Poszedłem. Niestety umalowana na czarno Eva Green wyglądała trochę niezdrowo. Związki z tym, co istotnie wiadomo o bitwie pod Salaminą, polegały na tym, że na ekranie mamy bitwę na morzu i niewiele więcej (wiem, to ekranizacja komiksu, brałem na to poprawkę, zresztą tak naprawdę nie jest to ekranizacja komiksu, gdyż „Xerxes” Franka Millera nie został jeszcze opublikowany). Za to zagrzewający swoich żołnierzy do ostatniej bitwy Temistokles, który wołał do nich z pięknym australijskim akcentem (nawiasem mówiąc Sullivan Stapleton to całkiem fajny aktor, opisywałem tu kiedyś „Królestwo zwierząt”), spowodował, że przez moment zastanawiałem się czy zza skały nie wyskoczy jakiś kangur.

Kilka lat temu mieszkałem dłużej w Atenach. Moim współlokatorem był Maki, student biotechnologii, wówczas akurat, z powodu którego nie pamiętam, w trakcie przerwy w nauce. Kiedyś rozmowa zeszła na „300”. „Ja ten film bardzo lubię” - stwierdził Maki. „Ja wiem, że to jest naciągane. Ale na całym świecie wszyscy kojarzą Greków z artystami i pedałami. A w tym filmie masz facetów, którzy wszystkich rozwalają. To jest fajne. Robi nam dobrą reklamę” - stwierdził. Z kontynuacji też pewnie zadowolony. Persowie giną tysiącami, fruwając w powietrzu na wszystkie strony (w którymś momencie trochę ich się robi żal). Tryska krew, latają ręce, jest nawet kruk zjadający oko. Nie ma nic, czego nie widzielibyście siedem lat temu. Tylko mniej komiksowo i Temistokles jakiś taki mniej zabawny niż Leonidas. Można sobie darować.

Scena warta uwagi:

Film zaczyna się od ładnego obrazka z pola usłanego ciałami zabitych Spartan. Potem czeka nas półtorej godziny ładnych zdjęć. Warto oglądać, nie warto słuchać, ani próbować dopatrzyć się logiki. A takie oglądanie szybko się nudzi.



Tagi: Eva Green
20:38, kubadybalski , fantasy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 marca 2014

(Inside Llewyn Davis, 2013)

Reżyseria: Joel Cohen, Ethan Cohen

Scenariusz: Joel Cohen, Ethan Cohen

Grają (ci istotni): Oscar Isaac, Carey Mulligan, John Goodman, Justin Timberlake

6/10

Wyszedłem z kina niesłychanie przygnębiony, bo ten film jest właśnie taki. Przygnębiający. Nie wierzcie w historie o „mieszance humoru, i tragedii” i czarnym humorze. Jest tylko czarne. Główny bohater jest bezdomny, jego kumpel od gitary nie żyje, lubią go ci ludzie, którzy go za dobrze nie znają. O tym że nie ma pieniędzy, nie wspominam. Nie psując finału filmu, na pytanie czy z tego zaklętego kręgu się wyrywa, odpowiadam – nie. Poza tym najnowszemu filmowi braci Cohen nie można odmówić klimatu. Jest coś z gruntu depresyjnego w kawiarnianym folku z lat 60-tych. To trochę podobne do kibicowania np. Cracovii. Duże miasto, piękna prehistoryczna tradycja, ale przecież nigdy już nie zdobędzie mistrzostwa Polski. Zresztą pierwowzór głównego bohatera (polecam artykuł w przedostatniej „Polityce”), Dave Van Ronk, skończył zapomniany.

Kilka słów warto poświęcić Chrisowi Isaacowi. Ten Gwatemalo/Kubańczyk do tej pory bywał aktorem drugo, a nawet trzecioplanowym. Ale jak gdzieś tam mignął, to akurat w niezłych filmach w niezłym towarzystwie. A to „W sieci kłamstw”, a to w „Agorze”, a to w „Robin Hoodzie” z Russelem Crowe'm”. Potem role zaczęły być zauważalne (np. w zaskakująco fajnym „Sucker Punch”, czy w „Drive”), aż dostał pierwszoplanową rolę u braci Cohen. I okazję wykorzystał. Uderzające jest, gdy przypomnę sobie jego poprzednie role, jak bardzo zróżnicowane postacie potrafi zagrać. Actor to watch...

Scena warta uwagi:

Absolutnie najfajniejsza jest pierwsza, gdy Llewyn śpiewa piosenkę „Hang Me, Oh Hang Me”. Nadaje ton całemu filmowi. W ciemnym, cichym kinie naprawdę robi wrażenie.



niedziela, 02 marca 2014

Tym razem nie o konkretnym filmie, ale kilkunastu. Filmotatnik pobawi się we wróżkę, która spróbuje przewidzieć kto w jakiej kategorii zabłyśnie na oscarowej gali. Nie rzuca się na wszystkie kategorie, ale na te, w których filmy widział na tyle, żeby coś tam mądrego ocenić.

Najlepszy film

Kto śledził wpisy, ten wie, ze Filmotatnikowi najbardziej podobała się „Ona”. Ale znając gusta głosujących zapewne wygra „Zniewolony. 12 Years A Slave”. Zresztą poniżej lista dziewięciu nominowanych filmów uszeregowanych według subiektywnej oceny Filmotatnika.

1. „Ona” 8/10

2. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

3. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

4. „Kapitan Phillips” 7/10

5. „Witaj w klubie” 7/10

6. „Tajemnica Filomeny” 6/10

7. „Wilk z Wall Street” 6/10

8. „American Hustle” 6/10

9. „Nebraska” 5/10

Najlepszy reżyser

Tutaj Filmotatnik stawia na Alfonso Cuarona („Grawitacja”), bo nie wiedzieć czemu ma przeczucie, że ze Stevem McQueenem podzielą się najważniejszymi nagrodami. Tzn. jeśliby się stało tak, co nie jest wykluczone, że to „Grawitacja” zostanie uznana najlepszym filmem, wtedy nagroda za reżyserię trafi do McQueena. Zasłużyli obaj.

Najlepszy aktor

Złotego Globa dostał Matthew McConaughey („Witaj w klubie”) i chyba Oscara też dostanie, co nawiasem mówiąc zwieńczy piękną historię, jak to z przeciętnego aktora stał się bardzo, bardzo porządnym. Co prawda Oscar dla Leonardo Di Caprio też nie byłby zaskoczeniem, ale nawet w „Wilku z Wall Street” najfajniejszą rolę miał... McConaughey. Trzeba wybierać z nich dwóch, kategoria nie jest jakoś wybitnie obsadzona, w przeciwieństwie do...

Najlepsza aktorka

...tej, bo to akurat co nominacja, to wyjątkowa rola. Ale Filmotatnik jest konsekwentny i stawia na rewelacyjną Meryl Streep („Sierpień w hrabstwie Osage”). Rewelacyjną. Rewelacyjną. Można powtarzać do znudzenia.

Najlepszy aktor drugoplanowy

I tutaj znów trzeba się posiłkować Złotymi Globami. Nagrodę dostanie Jared Leto („Witaj w klubie”), ale jak się gra transwestytę chorego na AIDS, to nagroda raczej murowana. Filmotatnik nie obraziłby się za nagrodę dla Michaela Fassbendera, ale to dlatego, że uważa, że Irlandczyk powinien być nagradzany nawet za występy w reklamie.

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Kolejna bardzo mocno obsadzona kategoria i znów Filmotatnik uważa, że na nagrodę zasłużyła aktorka z „Sierpnia w hrabstwie Osage”, czyli Oskar dla Julii Roberts.

Najlepszy scenariusz oryginalny

Jeśli już „Ona” ma nie być najlepszym filmem, to niech Spike Jonze dostanie nagrodę za scenariusz. Świetnie pomyślany, zaskakujący, wart nagrody.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Najpewniej John Ridley za „Zniewolony. 12 Years A Slave” i to będzie dobry wybór, bo to treściwe i krwiste kino świetnie opisujące temat.

Najlepsze zdjęcia

„Grawitacja”. Nie ma innego kandydata.

Najlepsza muzyka

Choć dla Filmotatnika wielkim błędem jest brak wśród nominowanych „Wielkiego Gatsby'ego” i choć sądzi, że wygra „Ratując Pana Banksa”, to sam uważa, że nagrodę powinna dostać „Ona”.

Najlepsza scenografia i dekoracja wnętrz

Rozstrzygnięcie będzie bardzo ciekawe. To chyba jedyna kategoria, w której Filmotatnik faworyta nie ma. Nominowane filmy („Grawitacja”, „Zniewolony. 12 Years A Slave”, „American Hustle”, „Wielki Gatsby”, „Ona”) są bardzo różne i właściwie wygrać może każdy.

Najlepszy montaż

Tu znów nagroda powinna powędrować do „Grawitacji”.

Pamiętajcie. Oscary w nocy z niedzieli na poniedziałek.

11:45, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 marca 2014

(Nebraska, 2013)

Reżyseria: Alexander Payne

Scenariusz: Bob Nelson

Grają (ci istotni): Bruce Dern, Will Forte, June Squibb, Bob Odenkirk, Stacy Keach

5/10

Na początku zastanawiałem się dlaczego ten film jest czarno-biały. Szybko jednak widz zdaje sobie sprawę, że musi taki być. Kolory po prostu nie pasowałyby do historii i atmosfery, którą można streścić do trzech słów – nuda, marazm, beznadzieja. Nawet zakończenie, które ostatecznie jest (ma być) sympatyczne, niewiele zmienia. „Nebraska” jest męcząca. Gdyby jeszcze nieco rozwinąć wątek damsko-męski (jest epizodzik – dołujący), to mogłoby wyjść coś na kształt amerykańskiego „Nic śmiesznego”. Główny bohater – syn (nie wiem dlaczego wszyscy uważają, że główną postacią filmu jest ojciec) – byłby takim Adasiem Miauczyńskim. Ale bez tej lekkości i z trzykrotnie mniejszą dawką humoru.

Właściwie po Alexandrze Payne'ie, którego każdy film jest powolny i nudny i przeważnie o tym, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach, niczego innego nie mogłem się spodziewać. Ale Payne'owi zdarzają się wychylenia w dobrą stronę. Bijący się o Oscary dwa lata temu „Spadkobiercy” akurat bardzo mi się podobali, bo – pewnie przede wszystkim dzięki George'owi Clooneyowi – był to film strawny i jednak w większej części pogodny. „Nebraska” taka nie jest. Historia syna i ojca, którzy jadą do Lincoln w Nebrasce, zahaczając po drodze o zjazd rodzinny nie natchnie was optymizmem.

Scena warta uwagi:

Fajnych jest kilka. Mi jakoś zapadłą w pamięć jedna z ostatnich. Gdy ojciec z synem ostatecznie dojeżdżają do celu podróży. Żeby nie zdradzać zakończenia tym, którzy filmu nie widzieli powiem tylko, że uderzająca jest obojętność i przejście do porządku dziennego nad ewidentnym oszustwem.

P.S. Po obejrzeniu dziewiątego z dziewięciu fimów startujących po Oscary tym bardziej nie mogę wyjść ze zdziwienia, że „Sierpień w hrabstwie Osage” nie znalazł się wśród nich. Gdybym ja miał decydować, wyglądało by to tak:

1. „Ona” 8/10

2. „Zniewolony. 12 Years a Slave” 8/10 (lub „Grawitacja”)

3. „Grawitacja” 8/10 (lub „Zniewolony. 12 Years a Slave”)

4. „Kapitan Phillips” 7/10

5. „Witaj w klubie” 7/10

6. „Tajemnica Filomeny” 6/10

7. „Wilk z Wall Street” 6/10

8. „American Hustle” 6/10

9. „Nebraska” 5/10



11:46, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi