piątek, 27 marca 2015

(Clouds of Sils Maria, 2014)

Reżyseria: Olivier Assayas

Scenariusz: Olivier Assayas

Grają (ci istotni): Juliette Binoche, Kristen Stewart, Chloe Grace Moretz

9/10

Wbrew zasadom będzie więcej niż dwa akapity, bo krócej się nie dało.

***

Gdzieś przeczytałem, że to „europejska wersja Birdmana”, co zabrzmiało zachęcająco. I nie jest to porównanie zupełnie bezsensowne. Podobnie jak w oskarowym filmie Inarritu, mamy tu film o sztuce teatralnej, główną postać, która próbuje sobie poradzić z upływającym czasem i linię podziału między tym co „artystyczne, doświadczone i wartościowe” a tym, co „komercyjne, młodo-bezczelne i kiczowate” i to jeden poziom. Drugi – też przecież obecny w „Birdmanie” - to związki między treścią filmu a rzeczywistością. A tu już „Sils Maria” oferuje prawdziwa kostkę Rubika. Sztuka „Wąż z Maloja”, którą główna bohaterka Maria Enders odgrywała dwadzieścia lat wcześniej i ma odegrać po raz drugi obecnie, w nierozerwalny sposób jest związana z jej życiem. Jednocześnie aktorki, które Olivier Assayas zgromadził na planie filmu, grają albo siebie, albo swoje przeciwieństwo. Gdy zacząłem o tym filmie czytać i wgryzać się w związki między tym co prawdziwe, a przedstawioną fikcją, powoli okazywało się, że Assayas nakręcił absolutnie niezwykłą wielopoziomową konstrukcję. Majstersztyk.

O co chodzi w skrócie. Uznana aktorka Maria Enders, grywająca i w Europie i w Hollywood, jedzie ze swoją asystentką Valentine do Szwajcarii, gdzie ma odebrać nagrodę dla reżysera i scenarzysty Wilhelma Melchiora. Jej kariera zaczęła się gdy jako 18-latka debiutowała w sztuce i filmie Melchiora „Wąż z Maloja”. Grała młodą Sigrid, manipulantkę, która rozkochuje w sobie dojrzałą szefową, Helenę, ostatecznie doprowadzając ją do samobójstwa. W trakcie podróży Maria dowiaduje się, że Melchior zmarł. Jednocześnie pewien młody, ale znany reżyser proponuje jej rolę w powtórnym wystawieniu w Londynie „Węża z Maloja”, tym razem jako wspomnianej szefowej. Po wstępnym wahaniu przyjmuje ją. „Jej” rolę ma zagrać Jo-Ann Ellis, amerykańska gwiazdka, ulubienica nastolatków i tabloidów, która ponoć, „jest dużo ciekawsza niż może to wynikać z jej wywiadów”.

***

Jest w tym filmie kilka podobnych scen, z których już pierwsza robi niesamowite wrażenie. Maria i Valentine wspólnie czytają tekst sztuki. Maria rzecz jasna czyta Helenę, Valentine jest Sigrid. Sceny są tak wymyślone, by widz gubił się, w którym momencie obie aktorki czytają, a w którym ze sobą rozmawiają. Bo tak jak w sztuce Helena, kobieta sukcesu, ostatecznie uległa pozornie słabszej, ale młodszej, przebojowej i pozbawionej skrupułów Sigrid, tak Maria, która na pierwszy rzut oka w ciągu ponad dwudziestu lat kariery zyskała wszystko – sławę, szacunek, pieniądze i doświadczenie – straciła (nieuchronnie) młodość. A świat, jak zdaje się sugerować Assayas, należy do młodości. To Valentine lepiej się w nim porusza, wie co, gdzie, kiedy, kto z kim. Maria wie, że młodość przemija, akceptuje to, w końcu przecież przyjmuje rolę Heleny, ale i tak jest zagubiona.

„Przejście z roli manipulantki, do manipulowanej jest trudne i współgra z jej lękiem wobec starzenia i pracy w branży, której już do końca nie rozumie. Sztuka z perspektywy Heleny, nie jest już tak ekscytująca i przekonująca jak 20 lat wcześniej z perspektywy Sigrid” - pisał bardzo celnie Robbie Collin w recenzji dla The Telegraph, wskazując efektownie na problem radzenia sobie z przemijaniem, który jest pierwszym z dwóch głównych tematów „Sils Marii”. Maria i Valentine inaczej interpretują „Węża z Maloja”, co początkowo wydaje się drobiazgiem, ale z biegiem czasu okazuje się, że te dwa podejścia do sztuki (życia?) są nie do pogodzenia.

***

Maria/Helena do nie tylko dojrzałość, ale też to co w największym uproszczeniu moglibyśmy uznać za sztukę wysoką. Maria Enders to aktorka europejska, tu nagradzana, choć (żeby widz nie uznał jej za niszową), romansująca z sukcesami z Hollywood. Ale na własnych warunkach (w jednej zagrała, ale nie przyjęła roli w kolejnej części „Avengersów”, bo nie chciała „znów wisieć na linie na tle green screenu”). Jo-Ann Ellis to uosobienie tego, co uznalibyśmy za „komerchę”. Jeszcze nie dwudziestolatka, która zarabia krocie na graniu w blockbusterach o superbohaterkach w kosmosie, zapełnia łamy tabloidów pobiciami policjantów aresztujących ją za jazdę po pijanemu oraz romansami z gwiazdorami Hollywood. Ta opozycja do drugi z „dużych” tematów filmu. Maria, po obejrzeniu ostatniego filmu przyszłej koleżanki ze sceny, wyśmiewa ją. Valentine przyznaje, że ją lubi. „Gdyby te same słowa padły nie w kosmosie, ale na wsi, albo w fabryce, to by ci się podobały” - ripostuje krytykę aktorki.

Opozycja artystyczne - komercyjne (z doświadczeniem – z młodością, dojrzałe – „nastolatkowe”, wyważone – bezczelne, stateczne – skandalizujące, itp.) nie jest wyłącznie fragmentem treści filmu. Dialogi Marii i Valentine zostały tak napisane, że nawet gdy obie bohaterki rozmawiają prywatnie i tak niejednokrotnie ma się wrażenie, że mówią napuszoną, pseudoartystyczną nowomową. Cały ten film, z długimi ujęciami gór, barokową muzyką, swoją konstrukcją i niedomówieniami sam prowokuje, by porównywać go, jako nieco przerysowane kino „europejskie”, z nakręconym na ten sam temat, ale jednak na wskroś „amerykańskim” „Birdmanem”.

***

Tyle o treści, która sama w sobie powoduje, że „Sils Maria” jest filmem świetnym. Ale forma, dużo bardziej pokręcona niż w przypadku „Birdmana”, powoduje, że zamiast płaskiej opowieści odgrywanej przez aktorów, mamy wielowymiarową konstrukcję. Juliette Binoche sama jest ikoną francuskiego kina, w Hollywood grywającą (na plan „Sils Maria” przyleciała prosto z planu „Godzilli”), ale bez przesady. Co mniej wiadome, Assayas napisał scenariusz do filmu „Rendez-Vous” z 1985 r., pierwszej dużej roli Binoche, co jak nic przypomina związek Marii Enders i Wilhelma Melchiora.

Grająca Valentine Kristen Stewart, gwiazdka rozsławiona występami w „Zmierzchu” i kontynuacjach, występami w tych filmach rozkochała w sobie rzesze nastolatków i zraziła rzesze krytyków. Zraziła też do siebie małżonkę reżysera Ruperta Sandersa, z którym wdała się w romans na planie „Królewny Śnieżki i Łowcy”, a jednocześnie Roberta Pattisona, z którym grała w „Zmierzchu”, związała się i zdradziła z Sandersem. Poza „plotkowymi” wątkami warto wspomnieć, że w filmach grała długo zanim trafił jej się „Zmierzch” (to typowy przykład dziecięcej aktorki, która dorosła), i że od pewnego czasu próbuje zerwać z łatką jaką przypiął jej ten film i ma ku temu szansę. W „Sils Marii”, gra fajnie, podobnie jak w niedawnym „Motylu Still Alice”. Assayas o zatrudnieniu Stewart myślał o kilku lat, z tym że ponoć przewidywał dla niej rolę Jo-Ann Ellis. Ostatecznie zamiast „siebie” zagrała swoje alter ego.

Chloe Grace Moretz (filmowa Jo-Ann Ellis) po pierwsze jest o siedem lat młodsza od samej Stewart (ma 18 lat), a po drugie jest znana z tego, że karierę filmową skrzętnie oddziela od życia prywatnego. Jest zupełnym zaprzeczeniem postaci którą gra w „Sils Maria”. Z kolei związek samej Jo-Ann Ellis z Sigrid zdąży się w trakcie filmu objawić widzowi na kilka sposobów.

***

Wyszedłem z kina z wrażeniem, że Assayas wykorzystał narzędzia jakie daje kino, do stworzenia historii znacznie wykraczającej poza ekran. To jest świetna i konkretna opowieść, warsztatowo bez zarzutu, która staje się błyskotliwa, gdy zaczyna się szukać jej wymiaru poza kinowego. Wskazane wyżej związki aktorek z postaciami z filmu i postaciami ze sztuki z filmu, to tylko fragment tego, co można z „Sils Maria” wyłapać. To jak kinowa szarada.

Zdecydowanie „must see”.

Scena warta uwagi:

O tych intrygujących napisałem wcześniej. Piękne są wszystkie pokazujące tytułowego (!) „węża z Maloja”. Maloja to przełęcz w Alpach (Sils Maria to miasteczko w jej pobliżu), przez którą, przy sprzyjającej, powtarzającej się co roku pogodzie, przelewają się chmury, które potem – obserwowane z góry przypominają węża – suną doliną. To widok zapierający dech w piersiach, ale jednocześnie zawsze zwiastujący złą pogodę.

Niezwykła jest też drobna scena w której Maria i Valentine, spacerujące po górach, dochodzą do jeziora, po czym rozbierają się i kąpią. Niezwykłą, bo Assays w wywiadzie dla francuskiego serwisu „LesInRocks” przyznał, że pozostawił Binoche i Stewart wolną rękę, jak zechcą to zagrać. „Jedynie powiedziałem Kristen, że powinna wejść do wody pierwsza, a Juliette ma pójść za nią” - wyjaśniał reżyser. „Kristen nie zdjęła bielizny. Wydaje mi się, że mniej z powodu wstydu, ale uznała, że w ten sposób jest bardziej seksowna. Ale Juliette ją zaskoczyła. Całkiem nago, szybciej niż ona wskoczyła do wody. Mam wrażenie, że Kristen autentycznie podziwiała wolność, z jaką postępowała Juliette. Jej umiejętność cieszenia się chwilą...”

P.S. Jeszcze o „komercyjności” i „artystyczności”. Kristen Stewart otrzymała za te rolę Cezara. Jest dopiero drugim aktorem lub aktorką z USA, która dostała najważniejszą francuską nagrodę filmową (w 2003 r. nagrodzono nią Adriena Brody'ego za rolę w „Pianiście” Romana Polańskiego). „Sils Maria” była do Cezarów nominowana w najważniejszych kategoriach (film, reżyser, etc.), ale nagrodę dostała tylko Stewart.



wtorek, 24 marca 2015

(Usual Suspects, 1995)

Reżyseria: Bryan Singer

Scenariusz: Christopher McQuarrie

Grają (ci istotni): Kevin Spacey, Gabriel Byrne, Stephen Baldwin, Chazz Palminteri, Benicio Del Toro, Pete Postlethwaite

8/10

Aż trudno uwierzyć, że ten film ma już dwadzieścia lat. Wystarczy, żeby dla gatunku stać się klasykiem. To rzecz jasna jeden z tych, które widziałem wiele razy, choć niestety to oglądanie go po raz pierwszy jest najfajniejsze. Fabuła jest poprowadzona po mistrzowsku. Historia, przez większość filmu jest opowieścią jednego z bohaterów, trudno stwierdzić co jest prawdą, co prawdą podrasowaną, a co kłamstwem, kolejne elementy całej historii są odsłaniane w taki sposób, by widz myślał dokładnie tak, jak chcieli tego twórcy filmu. Nie próbowali ukrywać rozwiązania głównej zagadki - dość łatwo się go domyślić - za to skupili się na tym by ten widz, domyślając się, do końca filmu nie pozbył się wątpliwości i kilka razy zmienił zdanie. Jeśli czytacie tę notkę, a filmu jeszcze nie widzieliście, to właśnie to was czeka.

Kiedy w 1993 r. na festiwalu w Sundance jakiś dziennikarz spytał początkującego scenarzystę Christophera McQuarriego (którego debiut „Publiczna terapia” dostał tam nagrodę jury) o czym będzie jego następny scenariusz, odparł: „historia pięciu facetów, którzy spotkali się na policyjnym okazaniu”. Taki miał pomysł nawet nie tyle na film, co na plakat filmowy. Miał też gdzieś w szufladzie schowaną historię o facecie, który zamordował całą swoją rodzinę i zniknął. Skończyło się Oscarem. Z kolei Kevin Spacey, wtedy już dość znany aktor charakterystyczny, po pokazie „Publicznej terapii” długo rozmawiał z reżyserem tego filmu Bryanem Singerem i powiedział mu, że jest na tyle fajny, że jak z McQuarrie'm będą coś następnego robili, to on by chciał zagrać. Słowo się rzekło. Jak przyszło co do czego Spacey namówił do filmu Del Toro. Długo namawiał też Byrne'a, ale ten dwa razy odrzucał scenariusz, w końcu zgodził się, że zagra jeśli cały film powstanie w ciągu pięciu tygodni w Los Angeles, gdzie mieszkał. Singer z kolei bardzo chciał pracować z Palminterim, ale ten nie miał wolnych terminów. Rolę agenta Dave'a Kujana proponowano więc Christopherowi Walkenowi, Robertowi De Niro i Alowi Pacino (wszyscy ją odrzucili). W końcu Palminteri znalazł wolny tydzień i okazało się że to wystarczy. Sam Spacey, pierwszy scenariusz dostał bez wskazania która rola jest przewidziana dla niego. Gdy zadzwonił do Singera powiedział, że chciałby zagrać Kujana, albo Keatona, ewentualnie ta postać Verbala Kinta jest ciekawa... No i też skończyło się Oscarem.

Scena warta uwagi:

Na policyjnym posterunku. „Keyser Soze przekonał wszystkich, że nie istnieje”, „A ty sądzisz, że istnieje?”, „Hm... Keaton często powtarzał, że nie wierzy w Boga, ale się go boi. Ja wierzę w Boga, ale boję się tylko Keysera Soze...”.

P.S. Warto zauważyć, że reżyser tego filmu, jest też reżyserem filmu z poprzedniej filmotatnikowej notki. Niektórzy się nie rozwijają...



sobota, 21 marca 2015

(X-Men: Days of Future Past, 2014)

Reżyseria: Bryan Singer

Scenariusz: Simon Kinberg

Grają (ci istotni): James McAvoy, Michael Fassbender, Hugh Jackman, Jennifer Lawrence, Nicholas Hoult, Peter Dinklage, Ian McKellen, Patrick Stewart, Ellen Page

3/10

Jakkolwiek doceniam umiejętność potrajania zainwestowanych 200 mln dol., co jest w Hollywood dość istotną umiejętnością, jakkowiek doceniam stworzenie samonapędzającej się maszynki do zarabiania pieniędzy, której końca na dobrą sprawę nie widać i jakkolwiek doceniam pomysł na stworzenie czegoś w rodzaju funduszu pracy dla amerykańskich gwiazd – a tych w każdym filmie o x-menach jest zatrzęsienie i wydaje się, że z każdym jest ich coraz więcej – to jakoś nie mogę się powstrzymać przed przysypianiem. W zasadzie wszystko skupia się na tym, że latają, rzucają czym popadnie i ratują świat. Ale nie do końca, żeby można było nakręcić kolejny film. Tym razem jest jeszcze zabawa czasem, bo Wolverine (żeby uratować świat, rzecz jasna) cofa się o pięćdziesiąt lat. Jest to bardziej skomplikowane niż w „Incepcji” więc pominę ten wątek.

Umiejętność wyciśnięcia przez Marvel Studios pieniędzy z komiksów mających przeważnie kilkadziesiąt lat jest niesamowita. Do X-Menów akurat praw licencyjnych Marvel nie ma (ale i tak filmy współprodukuje z 20th Century Fox), więc na tych filmach zarabia akurat mniej niż na Avengersach, Spider Manie, Fantastycznej Czwórce i pomniejszych franczyzach. Ale jednak zarabia i ponoć negocjuje zwrot. Tak czy siak zdaje się, że Marvel w starciu gigantów nieco wyprzedza DC Comics, któremu na razie udało się solidnie zarobić tylko na Batmanie (choć to akurat, chyba zresztą nieco przypadkiem, całkiem porządne filmy), za to z Supermena jakoś porządnej serii zrobić nie może, choć „Supermen: Powrót” z 2006 r. przyniósł jakieś 150 mln dol. zysku, a „Człowiek ze stali” sprzed dwóch lat zarobił na czysto jakieś 450 mln dol. I życzę im sukcesów zawodowych w przyszłości nie mogąc wyjść z podziwu jak można ściągnąć ludzi do kina po raz enty na to samo...

Scena warta uwagi

Jest taka efektowna scena, gdy wesoła kompania ucieka z więzienia z uwolnionym przed chwilą Magneto i trafiają do kuchni, gdzie zaskakują ich policjanci i mamy w bardzo zwolnionym tempie próbkę umiejętności Quicksilvera. Nawet obejrzałem z zaciekawieniem.



czwartek, 12 marca 2015

(Body/Ciało, 2015)

Reżyseria: Małgorzata Szumowska

Scenariusz: Małgorzata Szumowska, Michał Englert

Grają (ci istotni): Janusz Gajos, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz

6/10

Tytułowe „ciało” pokazane jest w tym filmie we wszystkich możliwych konfiguracjach odsłonach i znaczeniach, choć na dobrą sprawę to historia o tej części człowieka, która wykracza poza nie (albo przeciwnie - siedzi w nim). I też jeśli wyliczyć wszystkie tematy, które Szumowska porusza, a z których każdy mógłby stanowić temat na osobny film (strata, samotność, wiara, miłość w kilku odmianach, obojętność w kilku odmianach), może się zakręcić w głowie. Tyle, że na ekranie tego pozornego przesytu nie widać. Historia toczy się leniwie, ale jest niezwykle spójna. Reżyserka zapanowała nad wątkami i pewnie za to dostała nagrodę w Berlinie. To nie jest film o konkretnym problemie, który pozwoliłby go łatwo zaszufladkować. Mamy trójkę równorzędnych, bardzo różnych bohaterów, wzajemnie ze sobą związanych, których łączy strata bliskiej osoby. Brak tu fałszu i przesady, o które łatwo, w sytuacji gdy opiera się film na opozycji między sceptycznym i mocno zmęczonym prokuratorem, a terapeutką leczącą anorektyczki, która utrzymuje, że jest medium i rozmawia ze zmarłymi.

Tym co w „Body/Ciele” przeszkadza, jest właśnie ta powolność. To w szczegółach jest bajecznie celny korowód konkretnych sytuacji, które każdy zna z własnego podwórka, bloku, czy domu. Relacji z bliskimi, ale też z sąsiadami, osobami ledwo znanymi, czy nieznajomymi. Dla Niemców dających Szumowskiej Srebrnego Niedźwiedzia fascynujące musiało być oglądanie w jednej scenie wesołej terapeutki, która każdemu przechodniowi mówi dzień dobry (nie wchodząc w szczegóły kim są – prawdopodobnie – ci przechodnie), a w drugiej sąsiada opieprzającego głównego bohatera, jarającego na klatce, że „w tym bloku się nie pali”. Opieprzającego, co warto nadmienić, de facto zza zamykanych drzwi, żeby opieprzany nie miał ewentualnie czasu odpowiedzieć. Tyle że czekając z coraz większą niecierpliwością do finału, gdy już do niego doszło, trochę byłem rozczarowany. Niby koniec jest taki, jaki powinien być, ale jednak banalniejszy niż moje oczekiwania. Może miałem zbyt wysokie.

Scena warta uwagi:

Niewiele wiem o życiu prywatnym i zainteresowaniach reżyserki, ale musi lubić futbol. Gdy Anna siedzi na kanapie, w piżamie, w samotnym mieszkaniu i kłóci się z psem, który chce jej zjeść kanapkę, to co ogląda w telewizji? Mecz (to chyba jedyna scena z telewizorem i leci mecz). Jaka melodia przewija się w filmie i towarzyszy finałowej scenie? „You'll Never Walk Alone” (Przypadek? Nie sądzę! Ile to daje możliwości interpretacyjnych...). Jakoś nie mogę pozbyć się przeświadczenia, że w filmie są jeszcze inne piłkarskie nawiązania, tylko, że je przeoczyłem...



21:05, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 marca 2015

(Interstellar, 2014)

Reżyseria: Christopher Nolan

Scenariusz: Jonathan Nolan, Christopher Nolan

Grają (ci istotni): Matthew McConaughey, Anne Hathaway, Michael Caine, Jessica Chastain, Matt Damon, Cassey Affleck, Wes Bentley, Ellen Burstyn

8/10

Nolan uwielbia eksperymentować. A takich, wśród hollywoodzkich reżyserów, którzy mają okazje robić filmy za setki milionów dolarów, jest niewielu. I choć można psioczyć na to, że mu czasem eksperymenty nie wychodzą, to robieniem filmu nie po kolei, z bohaterem, który nic nie pamięta, albo kryminału w którym nic się nie dzieje i nie ma nocy, albo „Batmana” zahaczającego o film psychologiczny, mnie „kupuje”. Tym razem „kupił” mnie zrobieniem postapokaliptycznego filmu science-fiction, bez apokalipsy. Mnóstwo tego typu filmów grzęźnie w absurdach, gdy twórcy jak najdokładniej próbują widzowi wytłumaczyć jaka katastrofa się wydarzyła i jak funkcjonuje świat po katastrofie. Nolan nie tłumaczy. Widz poznaje pewnego farmera z amerykańskiej prowincji nie dowiadując się co się stało, jak wygląda świat poza jego małym miastem, czy nawet który mamy rok. Wie niewiele więcej niż bohaterowie filmu. Nolan po prostu uciął wszystkie wątki niepotrzebne temu głównemu i efekt jest świetny. Zresztą tak naprawdę nie jest to ani film postapokaliptyczny, ani s-f, a przynajmniej nie bardziej niż filmem s-f była - często w recenzjach do „Interstellar” porównywana - „Grawitacja”. Film Nolana to wciągająca, prawie trzygodzinna opowieść, efektowna swoją pomysłowością, w której autor wymieszał swoją fascynację czasem i przestrzenią z pytaniami dotyczącymi natury człowieka. W dodatku garściami czerpiąc z klasyki filmowego gatunku. I zrobił to dobrze.

Przejrzenie recenzji jest zresztą bardzo ciekawe. Te polskie – podobne do siebie jak bracia Paixao - chwalą rozmach wizualny, mieszając z błotem aktorstwo i zarzucając fabularną miernotę i kiczowatość. Oczywiście pojawiają się nieśmiertelne trzy grosze o błędach lub zaletach z punktu widzenia naukowego [jakby ktokolwiek, miał cień pojęcia o tym jak wygląda czarna dziura, albo zakrzywienie przestrzeni... - F.]. Noty więc są średnie. Gdy zajrzałem do recenzji brytyjskich wygląda to zupełnie inaczej. Tam oceny zajmują pełną skalę zróżnicowania. Choć są tacy, którym film się nie podobał („Times” zjechał go niemiłosiernie), to przeważnie duże tytuły oceny zaczynają od jednej gwiazdki poniżej pełnego magazynku i jak jeden mąż wskazują na wizjonerstwo, o którym napisałem na początku. Chwali go „Independent”. „Interstellar to dzieło kogoś, kto śni z szeroko otwartymi oczami” - napisał Mark Kermode w recenzji dla „Observera”. „W czasach kina przypominającego galerie handlowe, Nolan buduje katedry” - to już Robbie Collin w „Telegraphie”. Można lubić gotyk, barok, albo być amatorem secesji. Ale katedra zawsze jest efektowna i zawsze fajniejsza niż Złote Tarasy.

Scena warta uwagi:

Chwytająca za serce i świetnie wymyślona jest scena, w której główny bohater ogląda filmy jakie przez lata nagrywała dla niego rodzina, którą zostawił na Ziemi. Wystarczy te kilka ujęć, by między bajki odesłać opinie, że McConaughey znów wraca do „drewnianego” grania. Przeciwnie, w tym filmie jest wyjątkowy. Dokładnie taki jaki powinien być.

sobota, 07 marca 2015

(Fifty Shades of Grey, 2015)

Reżyseria: Sam Taylor-Johnson

Scenariusz: Kelly Marcel na podstawie powieści E.L. James pod tym samym tytułem.

Grają (ci istotni): Dakota Johnson, Jamie Dornan, Jennifer Ehle

3/10

Jest taka scena w „Shreku”, w której Shrek opowiada Osłowi o tym jakie są ogry (ta z cebulą, że generalnie ogry mają warstwy, itd.). Chodzi o to, że ogry się nie zmieniają, jest im dobrze z tym jakie są, choćby cały świat ich nie lubił. Tyle, że na końcu Shrek, mniej lub bardziej, ale się zmienia. Grey jest jaki jest i się nie zmienia. Otóż Grey ma wyczesane garnitury, lata helikopterem (co tam „lata”, pilotuje!), w prezencie daje samochody i jakieś literackie archiwalia (Ana, zwana początkowo „Anastazją”, co okazuje się zbyt długie, studiuje anglistykę), ma firmę która produkuje nie do końca wiadomo co, z branży nie wiadomo do końca jakiej, ale pomaga (biednym) dzieciom w Afryce. Grey ma jeden feler, mianowicie chciałby Anastazję (Anę) wychłostać (nie do końca wiadomo dlaczego). Ona jest nieśmiała, więc początkowo nie za bardzo chce, ale potem chce, a potem to chciałaby się poprzytulać, tyle że Grey w zasadzie poprzestałby na chłostaniu, więc ona chce (tłumaczy to, ale dość mętnie) żeby wychłostał ją porządnie, na co on ochoczo przystaje i tu popełnia błąd, bo ona jednak nie chce. Ot, cała historia.

Naprawdę cała. Streściłem Wam film.

Problem z „...Greyem” jest taki, że jest piekielnie nudny. Nie dowiedziałem się o Greyu dużo więcej niż to, że jest milionerem o trudnym dzieciństwie, amatorem pejcza i patrzy, nie dowiedziałem się o Anie dużo więcej niż to, że jest nieśmiała, świetnie znosi kaca, jest romantyczna (bo studiuje anglistykę) i wzdycha. I nie mam poczucia, że chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć. Fabuła jest płaska jak stół, do którego przywiązana jest Ana w kluczowej scenie, więc kolejne części „...Greya” zapewne będą przypominały drugą część „Igrzysk Śmierci”, czyli kręcimy to samo jeszcze raz. Znów się zapewne – że tak powiem – zwiążą, a potem rozejdą. To nie jest film rażąco zły. Jest nakręcony poprawnie, nie irytuje jeśli przymkniemy oczy na dość drewniany duet aktorski (do roli Any przymierzano m.in. Imogen Potts, Felicity Jones i Alicię Vikander (!), natomiast rolę Greya zaproponowano Ryanowi Goslingowi, ale – nie wiedzieć czemu – nie był zainteresowany). Do „Megawęża” sporo mu brakuje. Trochę zresztą szkoda, bo gdyby był trochę gorszy, mógłby być nieco ciekawszy.

Scena warta uwagi:

Rozmowa telefoniczna. Ona dzwoni do niego. Grey (pracuje przy komputerze, jest północ, ma kasy jak lodu, ale pracuje): „Gdzie jesteś?” Ana (nastukana jak pingwin, ale bez przesady, trzyma się): „W kolejce do toalety. Chce mi się siku”. Grey: „Anastazjo, czy piłaś alkohol?” Ana: „No tak... panie Mam Zasady”. Grey: „Słuchaj, chcę żebyś natychmiast wróciła do domu”. Ana się z nim droczy, odkłada słuchawkę. Ten dzwoni jeszcze raz: „Zostań tam gdzie jesteś, zaraz po ciebie przyjadę”. Po czym zaraz po nią przyjeżdża. Nie za bardzo wiadomo skąd wie, dokąd ma przyjechać.

P.S. „Polityka” artykuł na temat filmu nazwała „Porno Coelho”. Ukradli mi tytuł...

12:06, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 marca 2015

(42, 2013)

Reżyseria: Brian Helgeland

Scenariusz: Brian Helgeland

Grają (ci istotni): Chadwick Boseman, Harrison Ford

3/10

„It is rookie Jackie Robinson. Jackie is very, definitely... brunette” - powiedział podczas otwierającego sezon 1947 meczu Brooklyn Dodgers z Boston Braves komentator radiowy Red Barber. Barber pochodził i całą młodość spędził na głębokim południu. Jack Roosevelt Robinson był z kolei pierwszym czarnoskórym baseballistą zatrudnionym przez klub MLB. Tamtego dnia Robinson zaliczył zwycięski run, a w tamtym roku Dodgersi wygrali National League. Barber bardzo polubił Robinsona, choć przed wspomnianym meczem na poważnie zastanawiał się, czy nie rzucić komentowania. Do dziś każdego 15 kwietnia (dzień meczu z Braves) każdy gracz MLB nosi koszulkę z numerem „42”, czyli tym, który nosił Robinson. Dla Amerykanów to jeden z wielu symboli walki z segregacją rasową, której baseball był solidną ostoją. Jackie nie miał łatwo, bo początkowo nawet koledzy z drużyny niespecjalnie byli zadowoleni, ze z nim grają. I to mimo słów menedżera Leo Durhama (też padają w filmie) „I do not care if the guy is yellow or black, or if he has stripes like a fuckin' zebra. I'm the manager of this team, and I say he plays. What's more, I say he can make us all rich. And if any of you cannot use the money, I will see that you are all traded”.

Wydawałoby się więc, że to świetny materiał na film. I takim ten materiał jest, tyle, ze został koncertowo zmarnowany. Jedyne co się może podobać, to Harrison Ford grający właściciela Dodgersów Brancha Rickeya. Poza tym mamy łopatologiczną laurkę, ciągnącą się przez dwie godziny okrągłych zdań, która nudzi się po kwadransie. To jest słaby film zaangażowany – a można robić takie filmy dobrze, czego przykładem opisywana niedawno na Filmotatniku, przegrana w oskarowym wyścigu, ale bardzo poruszająca „Selma” - a w dodatku słaby film sportowy. Nie ma tam ani emocji sportowych (jakieś „letnie” te mecze baseballowe), ani emocji na tle rasowym (jacyś „letni” ci rasiści w tym filmie). Do zapomnienia.

Scena warta uwagi:

Rozmowa dwóch włascicieli. „Czy myślisz, że Bóg lubi baseball, Herb?”, „A co to ma do rzeczy?”, „Otóż któregoś dnia przed nim staniesz i jak cię zapyta dlaczego oddałeś walkowerem mecz w Filadelfii przeciwko drużynie z Robinsonem, a ty mu odpowiesz, że dlatego, że był czarnuchem, to to może nie być satysfakcjonująca go odpowiedź...!”

P.S. Drugą rzeczą, wartą zapamiętania z tego filmu jest fajna piosenka "Brooklyn Go Hard", która promowała film, a została nagrana przez Jaya-Z i Santigold. Więcej już nic.



niedziela, 01 marca 2015

(Interview, 2007)

Reżyseria: Steve Buscemi

Scenariusz: Steve Buscemi, David Schechter na podstawie holenderskiego filmu pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Sienna Miller, Steve Buscemi

7/10

Nakręcony przez Buscemiego remake holenderskiego filmu w reżyserii Theo Van Gogha – Amerykanin zresztą dedykuje go zamordowanemu dekadę temu Holendrowi - to bajecznie prosty pomysł, z którego wychodzi niezwykle interesująca próba sił pomiędzy zblazowanym dziennikarzem politycznym, który niespodziewanie również dla siebie, musi zrobić wywiad z telewizyjną aktorką, gwiazdką opery mydlanej. On się na show biznesie nie zna, show biznes go kompletnie nie obchodzi i nie ukrywa, że swoją rozmówczynią nieco gardzi. Ona uważa go za bufona, ma mu za złe, że bierze ją a priori za idiotkę i bawi ją, że to właśnie ona jest lubiana, rozdaje autografy, choć to on teoretycznie zajmuje się „rzeczami ważnymi”. Trafiają do jej mieszkania gdzie okazuje się, że ona nie jest taka głupia, a on ma swoje za uszami.

Van Gogh, kręcąc oryginał, miał cztery oczekiwania względem scenariusza. Po pierwsze dwoje głównych bohaterów ma się płynnie wymieniać rolami pytającego i odpowiadającego, po drugie dziennikarza miał grać Pierre Bokma, po trzecie trzy razy w ciągu filmu powinno dojść do tąpniecia i przewrócenia historii do góry nogami i wreszcie po czwarte Katya ma wygrać. Buscemi spełnia trzy z czterech założeń, siebie obsadzając w roli głównej, ale filmowi to nie szkodzi bo zarówno on, jak i Sienna Miller wypadają przekonująco i przyjemnie się ich ogląda. I trudno nie odnieść wrażenia, że to historia idealnie nadająca się na deski teatru. Zresztą w ciągu ostatniej dekady była wystawiana przez kilka niemieckich teatrów (m.in. we Frankfurcie i w Monachium) i to jeden z niewielu przypadków, gdy scenariusz filmowy trafia na scenę, a nie odwrotnie.

Scena warta uwagi:

Śmieszna jest scena walki o pilota, po której oboje na dwóch telewizorach oglądają co innego. Pierre śledzi relację z Waszyngtonu, Katya – ostatni odcinek swojego serialu. Oboje z pamięci mogą cytować to, co usłyszą z ekranu, jednocześnie kompletnie nie interesuje ich to, co ogląda to drugie.

P.S. Dla tych, którzy jak ja lubią znanych aktorów grających role małe, minimalne, albo w ogóle prawie niewidoczne zagadka (bez sprawdzania na IMDB) – kogo w tym filmie gra James Franco?

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi