czwartek, 24 marca 2016

(Triple 9, 2016)

Reżyseria: John Hillcoat

Scenariusz: Matt Cook

Grają (ci istotni): Chiwetel Ejiofor, Casey Affleck, Kate Winslet, Woody Harrelson, Anthony Mackie

4/10

Trzy dziewiątki (nawiasem mówiąc kolejny, bezsensownie przetłumaczony na polski, fajny angielski tytuł) to kod, którym policjanci w Altancie informują przez radio, że ich kolega został zastrzelony. Wokół tego osnuta jest intryga, w której grupa bandziorów dokonuje napadu na polecenie rosyjskiej mafii. To całkiem dobry pomysł na film sensacyjny. No chyba, że trafi się na ekipę, której wydaje się, że wystarczy trochę postrzelać, porzucać mięsem, wsadzić do filmu ruskich gangsterów i kazać im kilka razy cokolwiek mówić po rosyjsku, a także męczyć ucho widza głośnymi basami w co drugiej scenie i wyjdzie coś na kształt drugiej „Gorączki”. Niestety. O ile w „Psach mafii” całkiem znośnie wychodzą sceny walki, to gdy aktorów nie zagłuszają strzelaniny, jest dużo gorzej.

Sama historia jest kompletnie niewiarygodna, bo opiera się na policjantach, którzy rano napadają na banki i po południu zakładają odznakę i idą na komisariat (nie naciągam, naprawdę), oraz na przedziwnym rosyjsko-żydowsko-czarnoskórym mezaliansie. Gangsterzy niby tworzą świetnie zgraną ekipę, ale jednocześnie się nie lubią i właściwie nawet dobrze nie znają. Z kolei po stronie policyjnej śledztwo właściwie nie do końca wiadomo dlaczego posuwa się do przodu. Opiera się tylko na pewnej chińskiej policjantce, która wiedzę kto z kim trzyma, kto strzelał i kogo aresztować, czerpie z laptopa. Porucznik, gdy utknie, to do niej dzwoni. Nie pomagają aktorzy. Oczywiście wiadomo, że Casey Affleck (którego zresztą nawet lubię) od dwóch dekad ma ten sam wyraz twarzy i choć trudno w to uwierzyć, jest chyba bardziej „drewnianym” aktorem niż jego własny brat. Ale Kate Winslet i Chiwetel Ejiofor raczej nie powinni się w CV chwalić tym filmem. Nie żeby od oglądania ich bolały zęby, ale mogą to po prostu pominąć. Tak jak widz może pominąć ten film.

Scena warta uwagi:

Tylko na początku, podczas napadu na bank, można mieć nadzieję, że będzie to sensacja przynajmniej zbliżona poziomem choćby do „Miasta złodziei”, albo wspomnianej wcześniej rewelacyjnej „Gorączki”. Ale potem zaczyna się intryga.

wtorek, 22 marca 2016

(Mustang, 2015)

mustangReżyseria: Deniz Gamze Ergüven

Scenariusz: Deniz Gamze Ergüven, Alice Winocour

Grają (te istotne): Güneş Şensoy, Doğa Doğuşlu, Elit İşcan, Tuğba Sunguroğlu, İlayda Akdoğan

7/10

Pięć sióstr, a każda inna, mieszka gdzieś na tureckiej prowincji, "tysiąc kilometrów od Stambułu". Do pewnego momentu ich życie niczym nie różni się od życia najzwyklejszych nastolatek. Nagle znajdują się w rzeczywistości, w której jedynym celem dla nich jest zostać wydaną za mąż (nie "wyjść za mąż", ale właśnie "zostać wydaną"). Ich zdanie liczy się mniej niż szczególnie rozumiany rodzinny honor. A ponieważ, jak już wspomniano, każda jest inna, każda inaczej w tej sytuacji sobie poradzi. Lub nie poradzi.

Filmów o kobietach uciskanych w tradycyjnych, konserwatywnych społecznościach (tu ważna uwaga, to nie islam jest w tym filmie na cenzurowanym, ta historia mogłaby się zdarzyć wszędzie, np. w jakiejś romskiej społeczności w Polsce, albo gdzieś na konserwatywnym środkowym wschodzie USA) jest na pęczki. To co w "Mustangu" przyciąga i co dało temu filmowi wór nagród na festiwalach na całym świecie, jest pod spodem. Wszystko to co siedzi w głowach kobiet w zamknięciu, dla zewnętrznego obserwatora podobnych do siebie jak ze sztancy, siła tradycji która każe ich matkom, ciociom i babciom pilnować ich nie mniej uważnie niż mężczyźni, uderzający kontrast między "tradycyjna" prowincją a "europejskim" Stambułem sto lat po reformach Ataturka. To wszystko sprawia, że film ogląda się jak bajkę o innym świecie, choć z bohaterkami wziętymi z sąsiedztwa. Warto.

Scena warta uwagi

Oczywiście rozmowa Lale z wujkiem o tym czy nie mógłby jej zabrać na mecz (zdaje się Galatasaray przyjeżdżało do Trabzonu). "Ale czy babcia wie, że ostatnio były zamieszki...?"

22:23, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 marca 2016

(Lobster, 2015)

Reżyseria: Iorgos Lanthimos

Scenariusz: Efthymis Filippou, Iorgos Lanthimos

Grają (ci istotni): Colin Farrell, Rachel Weisz, Lea Seydoux, Ariane Labed, Ben Whishaw, John C. Reilly, Angeliki Papoulia

7/10

Iorgos Lanthimos nie jest normalnym zjadaczem chleba, bo ktoś taki nie wymyśliłby i nie pokazał tak sugestywnego w szczegółach świata bez miłości. Nie lubi widza, bo gdyby lubił, to nie męczyłby go co chwila niepokojącymi pytaniami o to, czy nie jesteśmy zbyt mocno podobni do jego bohaterów. Nie lubi też współczesnego świata, bo na każdym kroku obnaża to, co wielu uznaje za jego wyjątkowe osiągnięcie czyli obrzydliwie bezosobowy profesjonalizm, który każdego sprowadza do roli klienta, którego trzeba obsłużyć w wysokim standardzie. Niezależnie od tego, czy chodzi o wypełnienie ankiety z nowo przyjętym do hotelu, czy o znalezienie miłości. Z tych trzech nieładnych cech wychodzi bardzo dobry film, którego największy feler jest taki, że polski dystrybutor, nie wiedzieć dlaczego, nie przetłumaczył tytułu...

Dystopie pojawiają się ostatnio w różnych postaciach w kinie (nowy „Mad Max”, „Snowpiercer”, a częściowo też „Wróg” Denisa Villeneuve'a wg prozy Jose Saramago), o ile jednak zwykle są to szczególne okoliczności zewnętrzne, z którymi muszą zmagać się ludzie, to w filmie Lanthimosa rzeczywistość jest najzwyczajniejsza pod słońcem, a kłopotem są sami ludzie. Grek pokazuje świat, w którym nie ma miejsca dla singli, więc dążenie do znalezienia pary sprowadzone jest do absurdalnej walki o to, by nie zostać zamienionym w zwierzę. Jak w każdej porządnej dystopii widz poznaje też w pewnym momencie ruch oporu, ale myliłby się ten, kto spodziewałby się go w postaci grupy hipisów uprawiającej wolną miłość rano, w południe wieczorem, i w nocy. Ponieważ Lanthimos nie ogranicza się do efektownego pomysłu, ale z uporem śledzi wszystkie jego konsekwencje, nie da się filmu streścić w harlequinowym haśle, że „miłość odróżnia ludzi od zwierząt”, czy czymś podobnym. Rzecz jest wielokrotnie bardziej skomplikowana i im bardziej się w nią wgłębiamy, tym mniej śmieszna, a bardziej straszna. Może rację ma jeden z brytyjskich recenzentów, który napisał, ze w połowie filmu Lanthimosowi kończą się pomysły i trochę traci się obecny na wstępie zachwyt wyobraźnią reżysera, ale i tak jeśli lubicie wychodzić z kina z myślą „mój Boże, ale naprawdę to chyba tak nie jest?” to wam się spodoba.

Scena warta uwagi:

O tym, że w człowieku krąży jednak krew, nie woda i jest to stworzenie, w którym emocje jednak są i wyprać go z nich się nie da, reżyser daje znać w pierwszej scenie filmu. Pozornie niespecjalnie związanej z całą resztą.

P.S. Na plakacie nazwano film „an unconventional love story”. Bardzo unconventional...



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi