piątek, 30 marca 2018

(Wieża. Jasny dzień, 2018)

Reżyseria: Jagoda Szelc

Scenariusz: Jagoda Szelc

Grają (ci istotni): Anna Krotoska, Małgorzata Szczerbowska, Rafał Cieluch, Rafał Kwietniewski

4/10

Dwie siostry spotykają się po latach. Między nimi nie jest dobrze, ale spotkanie ma być jakąś próbą pogodzenia się. To trudne, bo są od siebie kompletnie różne. Coś co zaczyna się jak dramat obyczajowy, na końcu zahacza o horror, choć Szelc przez cały film trzyma widza w napięciu, oblewa go niepokojącą atmosferą, każe mu się zastanawiać kto tu komu zaraz da po pysku. Bo choć obserwujemy niby, zwykłe życie rodzinne, to emocje buzują w każdej sekundzie. Ta atmosfera istotnie reżyserce wychodzi świetnie. Problem w tym, że widz, który zechce śledzić historię, szybko się pogubi, być może znudzi, a na końcu rozczaruje. Nikt mu nie wyjaśni co właśnie obejrzał, będzie musiał wierzyć na słowo krytykom, że ta wieloznaczność i multum możliwych interpretacji jest wspaniała i przełomowa w polskim kinie. Nie jest.

Film jest bardzo konkretną dziedziną sztuki. Zdecydowanie bardziej konkretną niż np. teatr. Reżyser odpowiada za dzieło. Film służy po to, by jego pomysł – ciekawa historia, moralitet, zwrócenie uwagi na jakieś zjawisko, fajna rozrywka – opowiedzieć widzowi. Czasem film ma drugie dno, jest szaradą, łamigłówką dla widza, który może na rozwiązanie nie wpaść, ale nie można mu nie dać szansy, by je znalazł. Tymczasem „Wieża…” sprawia wrażenie właśnie takiego filmu, który pozostawia widza ze znakami zapytania, a reżyserka w wywiadach nadaje mu tyle znaczeń, że trudno za nią nadążyć. A jeśli nawet uznać, że Mula to to, co konkretne, cielesne, uporządkowane i stabilne (wieża), a Kaja to to, co zwiewne, emocjonalne, niezwiązane kulturowymi i społecznymi konwenansami (jasny dzień) i reżyserka chciała sprawdzić jak to pierwsze może się nagle zawalić, to nie opowiedziała tej historii jakoś szczególnie wciągająco.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wstrząsające jest zakończenie. Choć w sferze emocji. Fabularnie, bez szału.

20:22, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 marca 2018

(Phantom Thread, 2017)

Reżyseria: Paul Thomas Anderson

Scenariusz: Paul Thomas Anderson

Grają (ci istotni): Daniel Day-Lewis

4/10

Nietypowo nie będzie to notka o filmie – bo nie ma o czym pisać, Andersonowi wyraźnie nie wyszedł – ale o jedynym powodzie, dla którego warto się na niego wybrać do kina, a powód ten nazywa się Daniel Day-Lewis. Tym bardziej, że ten , jeden z najgenialniejszych aktorów w historii kinematografii, zapowiedział, że to jego ostatnia rola. Szkoda, bo wiele ich nie było. Odkąd jako nastolatek w 1971 r. wystąpił w epizodzie w „Sunday, Bloody Sunday”, zagrał raptem 21 ról filmowych, czyli grywał mniej więcej raz na dwa lata. To wystarczyło do sześciu nominacji i trzech Oscarów (w XXI w. zagrał sześć razy co przełożyło się na cztery nominacje i dwie statuetki!), a także dwóch Złotych Globów, przy ośmiu nominacjach. I to wszystko nagrody nie tylko zasłużone, ale wręcz jest ich za mało, bo choćby za doskonałą rolę w „Nieznośnej lekkości bytu” nagrody go ominęły.

Daniel Day-Lewis to ekranowe zwierzę. Legendą obrosły jego przygotowania do ról, w trakcie których de facto zamienia się w graną przez siebie postać. Efekt jest piorunujący. Kto go zna, już w pierwszych momentach „Nici widmo” zdaje sobie sprawę, że on nawet… inaczej mówi, niż we wcześniejszych swoich występach. Tu nie ma miejsca na zwątpienie, czy ten człowiek na ekranie udaje. On jest swoją postacią. „Rozważanie czy Daniel Day-Lewis jest większym aktorem niż Laurence Olivier, Richard Burton, czy Marlon Brando, jest trochę jak zastanawianie się czy Messi to lepszy piłkarz niż Pele, a Napoleon był genialniejszym dowódcą niż Aleksander Wielki” – pisał pięć lat temu „The Guardian”, gdy Day-Lewis odbierał trzeciego Oscara za rolę tytułową w „Lincolnie”. Jeśli rzeczywiście rzuca granie, to choćby po to żeby go zobaczyć ostatni raz, warto się wybrać do kina.

Scena warta uwagi

Scena kłótni podczas kolacji, wzorowa, prawdziwa, wyjątkowo tu również partnerka Day-Lewisa mocno się postarała.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Lady Bird” 5/10
5. „Nić widmo” 4/10
6. „Kształt wody” 4/10
7. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

 

22:30, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2018

(Lady Bird, 2017)

Reżyseria: Greta Gerwig

Scenariusz: Greta Gerwig

Grają (ci istotni): Saoirse Ronan, Lucas Hedges, Timothee Chalamet

5/10

Przed rokiem, ci, którzy wytrwali, zachwycali się filmem o kierowcy autobusu mieszkającym w prowincjonalnym Paterson, który był osobą absolutnie szczęśliwą i zadowoloną z miejsca w jakim się znajduje i czerpiącą codzienne, małe przyjemności z codziennych małych rzeczy. Tytułowa Lady Bird to nastolatka mieszkająca w Sacramento (które najwyraźniej w Kalifornii również jest jakieś prowincjonalne, w każdym razie w porównaniu do Los Angeles i San Francisco) i jej z kolei miejsce w które los ją rzucił bardzo przeszkadza. Nie tylko zresztą miejsce ale też parę innych rzeczy. Lady Bird stoi na progu dorosłości, dokonuje wyborów mniejszych i takich, które zaważą na jej przyszłym życiu. To pozornie bardzo prosty film (nie, Lady Bird nie wpada w narkotyki, nikogo nie morduje, nie szlaja się ze złym towarzystwem), bo Gerwig i Ronan przekonują, że w najzwyklejszym życiu nie ma niczego prostego. Nic nie jest czarne lub białe, nikt nie jest całkiem zły, albo całkiem dobry. Wręcz przeciwnie, wszyscy są raczej przeciętni, ewentualnie wychyleni w tę, czy inną stronę. I to dobrze.

Osią filmu jest relacja córki i matki. Ta druga jest zaborcza, jest momentami staroświecka w wychowaniu córki, ale szybko zdajemy sobie sprawę, że to nie jest film, w którym widz będzie kibicował bohaterce w wyrwaniu się z zabitej dechami dziury, do wymarzonego Nowego Jorku. Marion kocha córkę i troszczy się o nią najpiękniejszą matczyną miłością, tak samo jak Lady Bird czasem ma matki dość, ale też nie wyobraża sobie bez niej życia. Ot, taka historia, w której obie strony popełniają błędy, obie czasem sobie nie radzą, ale w porównaniu z więzią, która je łączy, to drobiazgi. Nie jest to może zbyt odkrywcze (i na pewno nie uzasadnia oscarowej nominacji), ale pokazane umiejętnie.

Scena warta uwagi

Mimo wszystko wzruszająca jest scena nieudanego pożegnania na lotnisku, podobnie zresztą jak rozmowa Lady Bird i matki w przymierzalni.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek).

1. „Dunkierka” 8/10

2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10

3. „Czwarta władza” 7/10

4. “Lady Bird” 5/10

5. „Kształt wody” 4/10

6. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj"

20:21, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 marca 2018

(The Post)

Reżyseria: Steven Spielberg

Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Tom Hanks, Bob Odenkirk

7/10

Bardzo porządny film, który na pewno spodoba się wszystkim tym, którym podobał się „Spotlight”, bo to rzecz o tych pięknych czasach, gdy gazeta miała siłę, bo potrząsnąć rządem. Spielberg zrobił co prawda film pełen machania amerykańską flagą, w dodatku wśród waszyngtońskiej śmietanki, gdzie decyzje o demokracji, racji stanu, generalnie „tym co ważne” są podejmowane wśród wyższych sfer. Jakoś ani przez moment nie ma się wrażenia, choć twórcy próbują nas przekonać, że jest inaczej, że te wyższe sfery ryzykują więzieniem, bankructwem czy czymkolwiek. Co innego małe żuczki, które odwalają brudną robotę. To m.in. różni ten film od wspomnianego wcześniej „Spotlightu”, gdzie bohaterami są dziennikarze, podczas gdy tu głównymi postaciami filmu jest bajecznie bogata właścicielka gazety i jej, nie mniej ustosunkowany naczelny. To chyba mniej ciekawy wybór i chyba dlatego tamten film zasłużył na Oscara, a „Czwarta władza” nie.

Co nie zmienia faktu, że film Spielberga z doskonałą obsadą i świetną ekipą (zdjęcia Janusza Kamińskiego, muzyka Johna Williamsa) ogląda się bardzo przyjemnie i widać, m.in. od strony technicznej, że wzięli się za niego profesjonaliści, którzy świetnie potrafią oddać choćby atmosferę przełomu lat 60-tych i 70-tych i doskonale wytłumaczyli postacie odtwórcom głównych ról. Kupując niemieckie auto płaci się za pewność jakości. To samo czeka widza, który wybierze się na ten film. Streep i Hanks grają swoje role wzorowo. Ich postacie są nieoczywiste (właścicielka gazety czuje się niepewnie w męskim świecie i jest jakąś taką niezdecydowaną gęsią, redaktor naczelny „Washington Post” to stary wyjadacz, ale ze świadomością, że jego „Post” to jedna z mniejszych gazet i porażka w niej będzie jego emeryturą), ale takiej ekranowej parze zagranie ich nie sprawia najmniejszego kłopotu. Pewny strzał jeśli chodzi o wybór filmu, z którego wyjdziecie zadowoleni.

Scena warta uwagi:

Wszystkie w redakcji są fajne.

P.S. Oscary rozdane, ale ponieważ Filmotatnik z różnych powodów nie mógł w tym roku się na nie przygotować to i tak przygotuje własny ranking. Tym bardziej, że już widać, że wybór akademii tym razem był kompletnie chybiony (tytuły to kilkalne linki do notek). 

1. „Dunkierka” 8/10
2. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” 7/10
3. „Czwarta władza” 7/10
4. „Kształt wody” 4/10
5. „Czas mroku” 3/10

Do obejrzenia: „Lady Bird”, „Nić widmo”, „Tamte dni, tamte noce”, „Uciekaj!”

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi