poniedziałek, 28 kwietnia 2014

(No Country for Old Men, 2007)

Reżyseria: Joel Coen, Ethan Coen

Scenariusz: Joel Coen, Ethan Coen (na podstawie „No Country for Old Men” Cormacka McCarthy'ego)

Grają (ci istotni): Javier Bardem, Tommy Lee Jones, Josh Brolin, Kelly McDonald, Woody Harrelson

7/10

„Nie umiem prowadzić samochodu, mój angielski jest fatalny i brzydzę się przemocą” - miał odpowiedzieć braciom Coen Javier Bardem, gdy ci zaproponowali mu rolę Antona Chigurh'a. Ale reżyserskie duo naciskało, bo wymyślili sobie postać nieco oderwaną od rzeczywistości, niepokojącą już na pierwszy rzut oka. I Bardem taką postać zagrał, nagrodzono go za to Oscarem, zresztą zupełnie słusznie bo kradnie film. Chigurh jest jednym z bardziej przerażających czarnych bohaterów w historii kina i w niewielkim stopniu zależy to od faktu, że zabija prawie wszystko co spotka na swojej drodze.

Film braci Coen toczy się w leniwym tempie, bez grama humoru i ze zdecydowanym krytycznym przekazem jeśli chodzi o moralną kondycję człowieka. Ludzie kradną, oszukują, zabijają, a ci którzy tego nie robią zachowują się tak albo z głupoty, albo są na tyle zmęczeni i zblazowani, że w zasadzie wszystko im jedno. Po ekranizacji powieści Cormacka McCarthy'ego nie można było się spodziewać niczego innego, ale Coenowie dodają do literackiego pierwowzoru własną umiejętność pokazania ludzkiej natury. Nie tylko dzięki Bardemowi to świetnie zagrany film, z wzorowo prowadzonymi aktorami. Co ciekawe wspomniani bracia to dopiero piąty przypadek w historii zebrania podczas jednej oskarowej nocy hat triku za film, reżyserię i scenariusz. Wcześniej zrobił to Billy Wilder („Garsoniera”), Francis Ford Coppola („Ojciec chrzestny, część II”), James L. Brooks („Czułe słówka”) i Peter Jackson („Władca pierścieni. Powrót króla”).

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się scena gdy Chigurh i Carson Wells rozmawiają w hotelu. Ani widz, ani sam Wells nie wiedzą, czy ta rozmowa może jeszcze w jakiś sposób temu drugiemu uratować życie. Za to wiedzą, że jeśli nie może, to Wells jest na straconej pozycji, odkąd w ogóle pojawił się Chigurh.

piątek, 25 kwietnia 2014

(Locke, 2013)

Rezyseria: Steven Knight

Scenariusz: Steven Knight

Grają (ci istotni): Tom Hardy

4/10

To film pomysłowy, dobrze napisany, płynny i bardzo ładnie sfilmowany. Jestem olbrzymim wielbicielem filmów które dzieją się w nocy, jeśli jeszcze jest tam ładnie sfilmowane miasto (tak jak np. w „Zakładniku” Michaela Manna) to już bajka. W „Locke'u” miasta nie ma, jest autostrada, ale i tak wygląda to fajnie. Tom Hardy, którego też bardzo lubię, gra solidnie. Roli łatwej nie miał, to ciekawie skonstruowana, niejednoznaczna postać, ale jest przekonujący. Niestety wszystkie te zalety odchodzą w cień, jeśli już mniej więcej po pół godzinie filmu widz stwierdza, że ten jest po prostu nudny. A „Locke” jest nudny.

Nie wiem z czego to wynika, ale nie zdradzając zbytnio fabuły, wchodzicie do kina, akcja zaczyna się toczyć, nie bardzo wiadomo o co chodzi, ale jest intrygująco. Gdzieś właśnie po 30 minutach sporo się wyjaśnia (m.in. dowiadujemy się, że główny bohater jest budowlańcem – tak, tak, to film, który dzieje się w całości w samochodzie, a jego główny i właściwie jedyny bohater jest... budowlańcem), ale jeśli liczycie, że potem będzie jakiś zwrot akcji, zaskakujący epizod, to nie. Nie będzie. Locke jedzie, rozmawia przez telefon, a kilka razy mówi sam do siebie rozmawiając z wyimaginowanym, nieżyjącym od dawna ojcem, co jest zupełnie bez sensu.

Scena warta uwagi

Wybór nie jest łatwy, bo wszystkie są podobne. Mi się podobało jak syn opowiada Locke'owi wygrany przez Birmingham City mecz, który mieli razem oglądać. Jak on mógł zrezygnować z oglądania meczu...?



Tagi: Tom Hardy
21:43, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2014

(The Hunger Games: Catching Fire, 2013)

Reżyseria: Francis Lawrence

Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt

Grają (ci istotni): Jennifer Lawrence, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman, Elizabeth Banks, Lenny Kravitz, Stanley Tucci

5/10

Przez pierwsze 45 minut filmu wygląda na to, że czeka nas nawet zajmująca historia polityczna. Potem okazuje się, że film jest o tym samym co w pierwszej części, czyli o biegającej po lesie i strzelającej z łuku Jennifer Lawrence, którą (prawie) wszyscy chcą zabić, ale zaskakująco udaje się jej przeżyć. Zmieniło się kilku aktorów, choć większość pozostaje ta sama i sam las się zmienił, tym razem jest tropikalny.

Mimo wszystko mam przeczucie, że jest pewien potencjał w tej filmowej serii. Jest dobrze sfilmowana, przyzwoicie zagrana, nie nuży i daje nadzieję, że w końcu jednak będzie nawet zajmującą historią polityczną. Wątek miłosny szczęśliwie jest dość istotnie ograniczony. choć niezdecydowanie głównej bohaterki pachnie Wenezuelą. Jennifer Lawrence jest mimo wszystko chyba zbyt dobrą aktorką, żeby przelecieć cały film na westchnieniach, choć nie mogłem momentami oprzeć się wrażeniu, że dziewczyna potrafi tyle, że w tym filmie się marnuje. Ale gdy popatrzeć na szczegóły – wspomniane zdjęcia, aktorzy (dobrze obsadzeni), muzyka (bardzo fajny soundtrack), itp. - to one jednak wyciągają film z mielizny fabularnej, choć zwykle w filmach jest jednak odwrotnie.

Scena warta uwagi:

Nie ma w tym filmie nic, czego nie byłoby w części pierwszej.

P.S. Ale muzyka naprawdę jest solidna. Od kilku dni słucham na okrągło "Elastic Heart".

sobota, 19 kwietnia 2014

(Jagten, 2012)

Reżyseria: Thomas Vinterberg

Scenariusz: Thomas Vinterberg, Tobias Lindholm

Grają (ci istotni): Mads Mikkelsen

7/10

Kiedyś mi ten film polecano i zbierałem się do niego długo. Ale warto. W jednej z recenzji ktoś „Polowanie” porównał do „Pokłosia”. Całkiem słusznie, bo to podobna historia o tym jak gigantyczna jest przepaść w małej społeczności pomiędzy tym, który jest swój, a tym, który jest wrogiem i jak poważne konsekwencje może to mieć. Film Vinterberga idzie jednak nieco dalej, bo Lucas stał się „czarną owcą” nie tyle z wyboru, co na dobrą sprawę przez przypadek. To bardzo sprawie zrealizowane, kameralne i jednocześnie przerażające w swej wymowie kino. Główny bohater miał pecha, bo stał się podejrzanym o pedofilski czyn w przedszkolu, w którym pracował. Nagle okazuje się, że nie ma jak się bronić, że ni stąd ni zowąd znalazł się w sytuacji z której nie ma wyjścia. Wie o tym on, wie o tym reżyser i wie o tym widz. I to jest bardzo niepokojące.

Vinterberg bardzo sprawnie pokazuje jedną z raf współczesnego społeczeństwa, które lubi swoich, nie lubi kontestatorów i odszczepieńców (choć do tego łatwo przywyknąć), ale czasami – rzadko, ale się zdarza – pojawia się „błąd systemu”, który „swojego” stawia poza nawias. I nie mam wrażenia, że ten system oskarża, domaga się by go naprawić. Raczej pokazuje błąd ze zrezygnowaniem, na zasadzie „tak już jest, trudno”. Lucas nie ma manewru, nie ma nawet na kogo się zdenerwować. Nie ma winnego – siedmiolatka, która nie wie co mówi? Nauczycielka w przedszkolu, która próbuje chronić dzieci? Ojciec dziewczynki wariujący z rozpaczy? Na dobrą sprawę Lucas ma gigantyczne szczęście, że nie zostaje sam. Można było ten film poprowadzić dużo bardziej mrocznie.

Scena warta uwagi:

Ostatnia w filmie. Żeby widzowi nie przyszło do głowy, że wszystko można naprawić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dużo można. Wszystkiego nie.

P.S. Dopiero po obejrzeniu filmu można docenić, jak świetny jest plakat, który ten film promuje...



piątek, 18 kwietnia 2014

(Snowpiercer, 2013)

Reżyseria: Bong-Jon hoo

Scenariusz: Bong-Jon hoo, Kelly Masterson (na podstawie komiksu „Le Transperceneige” Jacquesa Loba)

Grają (ci istotni): Chris Evans, John Hurt, Tilda Swinton, Ed Harris, Kang-ho Song, Go Ah-sung, Jamie Bell

7/10

Plakatowe porównania do „Łowcy androidów” i „Matrixa” są o tyle sensowne, że rzadko zdarza się zobaczyć w kinie spójną i przekonującą dystopię. A „Snowpiercer” taką jest. Choć to kino na wskroś azjatyckie (a takiego nie lubię), czyli nieco się ciągnące przede wszystkim po to, by pod koniec głównego bohatera złamać, okraszając to wszystko płynącą krwią i latającymi na wszystkie strony obciętymi kończynami, to często pojawiające się przerysowania nie rażą. Łatwo można się wciągnąć w rosnącą z każdym pokonywanym wagonem psychodeliczną, absurdalną rzeczywistość. „Matrix” tak naprawdę wielkim filmem nigdy nie był. Do „Łowcy androidów” „Snowpiercerowi” sporo brakuje. Ale się wciągnąłem i dwóch godzin w kinie na pewno nie żałuję. Gdybym miał wskazać film, który najbardziej mi ten przypomina, to cofnałbym się do „Delicatessen” Jean-Pierre'a Jeuneta i Marca Caro.

Bo poza tym, że to historia wciągająca, to jeszcze bardzo plastycznie pokazana, choć budżet filmu to niecałe 40 mln dol., czyli w porównaniu do hollywoodzkich superprodukcji to tyle co na waciki (nawiasem mówiąc widz amerykański filmu jeszcze nie widział, bo wejdzie do kin w USA w czerwcu, a i tak zarobił już 80 mln dol.). A przede wszystkim doskonale zagrana. Aktorzy z nazwiskami trzymają poziom, Chris Evans, choć rolę miał taką, że tylko psuć, to niczego nie zepsuł. A już Tilda Swinton jest rewelacyjna. Mam prywatną teorię, że Brytyjka, która już zagrała chyba wszystko co mogła, zgarnęła Oscara, wzięła się za wybieranie ról im dziwniejszych, tym lepiej. I bardzo się jej to chwali, bo wygląda na to, że szuka wyzwań. Póki co na żadnym nie poległa. Warto iść na ten film choćby dla niej.

Scena warta uwagi:

Każda związana z wypalanym papierosem. Dużo tych papierosów tam nie ma, więc nie przegapicie.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

(Prisoners, 2013)

Reżyseria: Denis Villeneuve

Scenariusz: Aaron Guzikowski

Grają (ci istotni): Hugh Jackman, Jake Gyllenhaal, Maria Bello, Terrence Howard, Paul Dano

7/10

Jest w amerykańskim kinie pewien nurt, który można by nazwać „filmami brejowatymi”. Chodzi o pogodę. Dzieją się gdzieś w jakimś Maine, czy Minnesotcie, zwykle między zimą a wiosną lub między jesienią a zimą. Zwykle na osiedlu w jakimś lesie (nierzadką są tam drwale). Oczywiście w czasie całego filmu pada. Deszcz, śnieg, a najczęściej mokra breja. Takim filmem jest „Labirynt”. Niby nieważny szczegół? Ważny, bo nadaje filmom specjalny klimat. „Fargo”, „Burza lodowa”, „Deadfall”, a jeśli chcecie obejrzeć Jennifer Lawrence zanim została ulubienicą nastolatków to polecam „Granice miłości”, a przede wszystkim „Do szpiku kości”. W tym ostatnim atmosfera odpowiada tytułowi.

„Labiryntowi” taki klimat służy. Historia o poszukiwaniu dwóch porwanych dziewczynek mrozi, również z powodu scenerii, w jakiej się odbywa. To film brudny, mroczny i zimny. W stylu zdecydowanie bardziej „europejski” niż „amerykański”. Żadną stratą dla fabuły nie byłoby stworzenie z jednego z bohaterów krystalicznie czystej, pozytywnej postaci, ale ten jest neurotycznym milczkiem. Albo stworzenie postaci jednoznacznie złej, a nie po prostu ewidentnie szalonej. Tu nie ma jednoznacznych zachowań, choć jak dla mnie to akurat ocena postępowania głównych bohaterów jest dość łatwa (ale nie mam dzieci, to może nie wiem), a chyba pomysłem twórców było, by taka nie była. W każdym razie z całego spektrum zachowań do jakich zdolny jest człowiek w sytuacji szczególnej, w tym wypadku spodziewajcie się raczej bestialstwa, słabości i tchórzostwa. Villeneuve raczej nie ma o ludziach dobrego mniemania.

Scena warta uwagi

Jakoś nie wiem dlaczego, ale bardzo podobała mi się scena gdy detektyw Loki śledzi Dovera, a potem rozmawiają w samochodzie. Taka scena z gatunku tych, gdy widz wie więcej niż bohaterowie, ale też bohaterowie wiedzą więcej niż wzajemnie o sobie.

czwartek, 10 kwietnia 2014

(Railway Man, 2013)

Reżyseria: Jonathan Teplitzky

Scenariusz: Frank Cottrell Boyce i Andy Paterson (na podstawie książki "Railway Man" Erica Lomaxa)

Grają (ci istotni): Colin Firth, Nikole Kidman, Stellan Skarsgard

5/10

Wyszedłem z kina mocno rozczarowany, choć Colin Firth i Nicole Kidman robią wszystko, by cokolwiek tchnąć w tę historię (ten pierwszy często płacze). Mam wrażenie, że ktoś przeczytał książkę i doszedł do wniosku: „O rany, to się zdarzyło naprawdę. Co za niesamowita historia”. Problem w tym, że większość takich niesamowitych historii kino sfilmowało i z „Drogi do zapomnienia wyszedł film, jakich mnóstwo. Historia o byłym żołnierzu i jego byłym oprawcy jest absolutnie przewidywalna, kończy się tak, jak się tego spodziewacie. A przecież filmów – nazwijmy to „wojenno-obozowych” - jest wiele (z „Listą Schindlera” na czele). Główne postaci są w niech budowane na wiele sposobów. Relacje miedzy nimi są najróżniejsze. Ta w filmie Teplitzky'ego jest najbanalniejsza z możliwych.

Tak naprawdę jak odrzucimy poważny temat, to pozostałe rzeczy też na kolana nie rzucają. Fabuła gna do przodu nie pozwalając na solidne poznanie bohaterów. Napięcia nie ma żadnego – od początku wiadomo, że wszystko skończy się dobrze. Wielbiciele krwi i flaków na ekranie też będą zawiedzeni. O wiele bardziej sugestywne i wstrząsające są choćby te z „Wroga nr 1”, a wspominam o tym, bo to jeden z wątków przewodnich filmu. Na „Railway Mana” tak naprawdę nastawiałem się od zeszłej jesieni. Szkoda.

Scena warta uwagi

Najsympatyczniejsza i w dodatku świetnie zagrana jest scena na początku gdy Lomax poznaje Patti w pociągu. Widać, że Firth i Kidman to świetna aktorska para, bardzo naturalna. Gdzieś w połowie filmu przeszło mi przez głowę, że gdyby wtedy twórcy filmu utrzymali kurs na komedię romantyczną (choćby i z mostem na rzece Kwai w tle), to wybraliby lepiej.



niedziela, 06 kwietnia 2014

(Pokłosie, 2012)

Reżyseria: Władysław Pasikowski

Scenariusz: Władysław Pasikowski

Grają (ci istotni): Maciej Stuhr, Ireneusz Czop, Jerzy Radziwiłowicz, Zbigniew Zamachowski

7/10

Cała polityczno-obyczajowo-sensacyjna otoczka wokół „Pokłosia” tak naprawdę nie ma znaczenia i warto ten film obejrzeć, bo to po prostu świetna fabuła. Pasikowski pokazał, że Polska jest miejscem, w którym z powodzeniem można znaleźć wzorowy materiał na film. Często na blogu narzekam, że technicznie film fajny, ale się nudzi, a historia trzeszczy w szwach. Ten się nie nudzi, fabuła rozwija się i wciąga, nie ma scen zbędnych. Ogląda się to z przyjemnością, w czym na pewno pomagają wzorowo zrealizowane zdjęcia. Ale jeśli za kamerą stoi Paweł Edelman, a w dodatku scenografię robi Allan Starski to inaczej być nie mogło. Tyle, że fabuła się rozwija dobrze prawie do samego końca, bo zakończenie na mój gust jest mocno naciągane. Ale może się czepiam.

Maciejowi Stuhrowi warto poświęcić akapit. Ten doskonały kabareciarz – nie mówię tylko o parodiach (moja ulubiona to chyba „Stanisław Soyka”), ale też występach w Po Żarcie, gdzie m.in. śpiewał piosenkę o „ciasteczku z wisienką” (kiedy ja to słyszałem po raz pierwszy...) - w którymś momencie wziął się za granie w filmach. Z takim ojcem być może nie miał wyjścia. No i z racji aparycji przeważnie grał postacie miłe i pozytywne, mimo że to genialny materiał na filmowego psychopatę. W „Pokłosiu” to jeszcze nie to, ale to rola daleka od wizerunku jaki zyskał przez lata i wypada w niej świetnie. Panie Maćku, więcej takich.

Scena warta uwagi

Mocnych scen w filmie jest wiele. Żeby pochwalić Pawła Edelmana (choć nie wiem czy pomysł był jego, czy Pasikowskiego) powiem, że bardzo mi się podobała ta, gdy widz po raz pierwszy widzi macewy na polu ze zbożem. Nieco surrealistyczna, ale bardzo malownicza.

23:12, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 kwietnia 2014

(Grand Budapest Hotel, 2014)

Reżyseria: Wes Anderson

Scenariusz: Wes Anderson

Grają (ci istotni): Ralph Fiennes, Adrien Brody, Willem Defoe, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law

7/10

Błyskotliwy, wciągający, choć chyba nie tak świetny jak „Kochankowie z księżyca”. Ale i tak dobry. Jest w tym filmie wiele drobiazgów, dla których warto wybrać się do kina. Warto zobaczyć Tildę Swinton, grającą 84-letnią matronę, zakochaną bez pamięci. Warto obejrzeć scenę ucieczki z więzienia (zwłaszcza jeśli jesteście świeżo po obejrzeniu „Skazanych na Shawshank”). Warto uchwycić błysk w oku Willema Defoe, gdy brutalnie rozprawia się z pewnym kotem. Wes Anderson zrobił kolejny film pełen mrugnięć do widza, więc widz nie będzie się nudził.

Warto go obejrzeć też dlatego, że to historia przerysowana, obśmiana, ale jednak prawdziwa. Anderson postanowił zrobić film o wszystkich stereotypach międzywojennej Europy, a jak się je zebrało do kupy, to niespodziewanie wyszedł bardzo prawdziwy obraz. Jest klimat, jest hotel, jest gdzieś w oddali zbliżająca się wojna. Jest tak naprawdę bardzo swojsko, choć to swojskość, która już dawno przeminęła i pewnie nie wróci. Że też nie nakręcił takiego filmu żaden z tutejszych reżyserów, tylko musiał to zrobić rodowity Teksańczyk?

Scena warta uwagi:

Z wielu, chyba najfajniejsza jest ta z odczytaniem testamentu. Ten film ma to do siebie, że każdy może sobie wybrać postać, która podoba mu się najbardziej i aktora, który wypadł najlepiej i dość łatwo może tę opinię obronić. Mi najbardziej podobał się akurat Jeff Goldblum jako mecenas Kovacs. Ale konkurencję miał niesłychanie trudną.

piątek, 04 kwietnia 2014

(Zabij mnie glino, 1987)

Reżyseria: Jacek Bromski

Scenariusz: Jacek Bromski

Grają (ci istotni): Bogusław Linda, Piotr Machalica, Zbigniew Zamachowski, Marek Barbasiewicz, Anna Romantowska, Andrzej Grabarczyk, Maria Pakulnis, oraz, ze specjalnym wyróżnieniem: Piotr Fronczewski, Zbigniew Buczkowski, Krzysztof Kolberger (?!?) i last but not least Juliusz Machulski

9/10

Nie wierzę, że Michael Mann, zanim nakręcił „Gorączkę”, nie widział „Zabij mnie glino”. Niemożliwe. Ukradł zbyt wiele. To film wyjątkowy. Brakujące ogniwo z tytułu notki odnosi się rzecz jasna do pomostu między „07 zgłoś się!” a „Ekstradycją”. Do tej pory to ogniwo w polskiej kinematografi było dla mnie nieodkryte. Już tajemnicą nie jest. Film Bromskiego warto obejrzeć (wielokrotnie!) nie tylko dlatego, że jest pełne prześwietnych szczegółów (na tabliczce w melinie napis „PSÓW wprowadzać nie wolno” - to tylko jeden z wielu), czy dlatego, że bajeczna wprost dynamika dialogów rzuca na kolana (scena gdy żona Popczyka najpierw robi mu awanturę, a po chwili znienacka wraca i przeprasza, rozczuliła mnie do łez). Najbardziej niezwykłe jest to, że Bromskiemu tak fantazyjna historia przyszła do głowy nawet nie w 1987 r., ale dwa lata wcześniej, bo wtedy film był kręcony. I piszę to całkiem poważnie, to wymagało wyobraźni. Amerykanie też robili takie filmy. Ale robili je później.

Tym co chwyta za serce i zasługuje na osobny akapit jest pokazana w filmie kryminalistyka, przy której młodszy o dobre dwie dekady C.S.I. może się schować. O tym napisać muszę. Inwigilacja under cover z zaparkowanego na środku Ursynowa tira (!) to mało. Technik milicyjny – w tej roli nieśmiertelny Piotr Fronczewski – najpierw z analizy głosu wywodzi słuszny wniosek o „przewlekłej chorobie wątroby” (!!) głównego czarnego charakteru. Potem tenże sam technik dokonuje brawurowej analizy listu wysłanego z Wiednia („Węgiel w ślinie mężczyzny pochodzi z atmosfery takiej, jak u nas na Śląsku”, „Ale nie we Wiedniu?” „W Wiedniu nie” - !!!). A podsłuch założony u kochanki czarnego charakteru to już mistrzostwo świata. Mistrzostwo!

Scena warta uwagi:

Właściwie każda. Zawsze w takiej sytuacji, próbując coś wybrać, zwracam uwagę na epizodyczne role. Film kradnie Anna Chodakowska jako prostytutka Violetta w scenie rozmowy z Malikiem w hotelowej restauracji („May I help You?”, „Szukam Marioli”, „Proszę Pana, co druga tutaj, to Mariola. Reszta panienek ma na imię Violetta. Ja, na przykład, jestem Violetta”, „Mariola. Taka ładna blondynka, szczupła”, „A, Mariola! Trzeba było od razu tak powiedzieć! A co?”, „Jajco. Poszukaj jej kotku”)



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi