wtorek, 28 kwietnia 2015

(Timbuktu, 2014)

Reżyseria: Abderrahmane Sissako

Scenariusz: Abderrahmane Sissako, Kessen Tall

Grają (ci istotni): Ibrahim Ahmed, Abdel Jafri

8/10

Osobny akapit trzeba poświęcić zdjęciom. Ten film jest przepiękny. Poetycki. Od plakatu, po każde kolejne ujęcie. Często ma się wrażenie, że nie tylko autor zdjęć (Sofian El Fani) się popisywał, ale wręcz układał ujęcia jak obrazy. Tak jak w scenie w której pasterz Kadeni, po awanturze z rybakiem ucieka przez rzekę. Dwóch bohaterów jest po dwóch skrajnych stronach ekranu, a w środku prawie całą jego powierzchnię zajmuje woda, odbijające się w niej niebo i słońce. Momentami wydaje się aż nierzeczywiste, że miejsce, które postanowiono sfilmować może się odwdzięczyć tak obrazkowymi pejzażami i tak bardzo pasującymi do nich ludźmi.

A sam film ogląda się właśnie bardziej dla scen niż fabuły, bo tej jednej prowadzącej historię od początku do końca właściwie nie ma. „Timbuktu” to zestaw kilku wątków, czasem się przeplatających, dla których wspólnym mianownikiem jest tytułowe miasto w północnym Mali, kilka lat temu, na krótki czas opanowane przez radykalnych islamistów. Widz ogląda kilka dni z jego życia z perspektywy pasterza Kidane i jego rodziny, dżihadysty Abdekirima i kilku innych postaci. Z jednej strony to obraz absurdów życia pod panowaniem surowego szariatu, którego mieszkańcy Timbuktu nie akceptują. Islamiści przez megafon ogłaszają na ulicach, że palenie czy granie w piłkę jest surowo zabronione, ale Abdelkarim po kryjomu przypala szluga za wydmą („Abdelkarim, wszyscy wiedzą, że palisz, przede mną nie musisz się kryć” - mówi mu kierowca), a z innymi bojownikami na patrolu zawzięcie dyskutuje o wyższości Messiego nad Zidane'm. W fenomenalnej scenie, w której jeden z bojowników przychodzi prosić o rękę dziewczyny spotkanej na ulicy, rozmawia z jej matką przez... dwóch tłumaczy. Sam mówi tylko łamaną angielszczyzną, która przez jego kolegę jest tłumaczona na arabski, z kolei przyjaciel rodziny przekłada te słowa na tamaszek (to jedna z najbardziej uderzających prawd pokazywanych przez film – jak bardzo oni tam są obcy, choćby w tak banalnym aspekcie jak język, często bojownicy sami między sobą nie potrafią się dogadać). Szariat wpada w bardzo zwykłe życie i w bardzo codzienne sytuacje. Ale twórcy filmu, bez specjalnego komentarza czy kontekstu, pokazują też mroczną stronę sytuacji, co zestawione z tymi pierwszymi scenami, czasem zabawnymi, tworzy piorunującą mieszankę. Dziewczyna, której matka nie zgodziła się na zamążpójście za obcego mudżahedina („U nas się tak tych spraw nie załatwia. Kim on jest, żebym oddawała mu córkę”), zostaje przez niego następnej nocy porwana. Matka szukająca sprawiedliwości u przywódcy bojowników słyszy, że wszystko odbyło się za jego wiedzą, więc jest legalne. A twórcy filmu nie cofają się ani przed pokazaniem sceny chłosty, ani sceny kamienowania.

Must see.

Scena warta uwagi:

Kilka już zostało opisanych. Kilka nie, a robią niesamowite wrażenie, jak ta, gdy czworo znajomych spędza wieczór grając na gitarze i śpiewając, a w tym czasie islamiści próbują znaleźć źródło zakazanej muzyki rozchodzącej się po śpiącym mieście. Ale mi najbardziej podobał się „mecz bez piłki”. Niesamowity obraz dwóch drużyn, które biegają po boisku, piłkarze podają sobie, robią wślizgi, strzelają, bramkarze rzucają się w obronie. A to wszystko robią na niby, bo nie mają futbolówki. Widok absolutnie księżycowy, w prosty sposób obnażający absurd sytuacji, ale jednocześnie urzekający.

P.S. „Timbuktu” biło się w tym roku o Oscara. Choć część polskich kinomanów zachwyciła się rosyjskim „Lewiatanem”, który ostatecznie przegrał z „Idą” i słyszałem głosy, że nawet nie byłoby wstydu gdyby polski film przegrał z tym rosyjskim (co się zdarzało, przegrał np. w Cannes), to choć „Lewiatan” bardzo mi się podobał, to „Timbuktu” bardziej (choć wciąż nie tak jak „Ida”). O ile w rosyjskim filmie oglądamy rzeczywistość jakoś tam jednak znaną, to w tym mauretańsko-francuskim jednak jest coś absolutnie niezwykłego, nowego i nieznanego.

P.P.S. Podczas tegorocznej ceremonii rozdania Cezarów „Timbuktu” zgarnęło nagrody we wszystkich najważniejszych kategoriach, poza aktorskimi, m.in. za film, reżyserię, scenariusz i rzecz jasna zdjęcia. W sumie – siedem.

P.P.P.S. Film był do obejrzenia w ramach festiwalu Afrykamera. Sala była pełna. Kto nie był niech żałuje, bo w polskich kinach do obejrzenia film będzie dopiero w czerwcu.



22:04, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 kwietnia 2015

(A Goat for a Vote, 2014)

Reżyseria: Jeroen van Velzen

8/10

Tak się składa, że wśród tego co w tym roku prezentowane jest na odbywającym się w kilku miastach w Polsce festiwalu Afrykamera (10. edycja), generalnie fabularnym, filmem zdecydowanie bijącym na głowę pozostałe jest dokument. Już sam tytuł jest rewelacyjny (jak nie polubić filmu o takim tytule?). „Koza...” to dzieło Holendra Jeroena van Velzena, który mieszkał w Kenii, a opowiada historię wyborów prezydenta szkoły, w niewielkim miasteczku pod Mombasą. O stanowisko walczą: lubiany i bogaty Said, outsider Harry i Magdalena, która święcie wierzy, że w społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn, kobieta z powodzeniem może zajmować kierownicze stanowisko. Na pierwszy rzut oka oglądamy nieco podrasowany konkurs popularności. W rzeczywistości to co widzimy na ekranie to brutalna i najzupełniej poważna polityka. Kandydaci zbierają pieniądze, obmyślają kampanię, stosują w niej różne chwyty, w tym przekupstwo (również opisane w tytule) i zastraszanie. Tylko skala jest nieco mniejsza. Choć też nie do końca, bo gra idzie o potężną władzę w niemałej społeczności. Do szkoły, w której odbywają się wybory, chodzi 750 uczniów. Każdy płaci za naukę, dla każdego to szansa na lepszą przyszłość. Prezydent szkoły to funkcja, z którą związana jest m.in. możliwość karania uczniów, w tym wyrzucenia ich ze szkoły (tego, z czym wiąże się prezydentura jednak reżyser nie wyjaśnia i to jeden z nielicznych zarzutów wobec filmu). Teoretycznie to funkcja sprawowana pod nadzorem nauczycieli. W praktyce tych ostatnich jest mało, więc prezydenta traktują jako kogoś dyscyplinującego uczniów, część systemu, i rzadko podważają jego decyzje.

Van Velzen po mistrzowsku pokazuje, jak dzieci (bo mówimy o nastolatkach) kopiują zachowania dorosłych. Zresztą film zaczyna się od stwierdzenia, że "czasem najlepszym sposobem na zrozumienie społeczeństwa, jest przyjrzenie się właśnie jego dzieciom". Pokazuje nie tylko trójkę głównych bohaterów, to jak zachowują się publicznie i jak obmyślają kolejne posunięcia, ale też to, jak reagują na nich inni uczniowie i jak ich odbierają. Mamy więc politykę od strony polityków i od strony wyborców. Widać tu w pigułce te same zjawiska, które są problemem nie tylko w jakoś tam próbującej budować demokrację i otwarte społeczeństwo, ale też przeżartej korupcją Kenii, ale prawie wszędzie na świecie. Film udał się również dlatego, że Holendrowi trafili się niesamowici bohaterowie, jakby dobrani na zasadzie kontrastu. Holender zresztą, po pokazie, sam wspomniał, że dobry film powstaje głównie dzięki dobrym bohaterom. Niewątpliwie ma olbrzymi dar obserwacji i opowiadania. W filmie nie ma zbędnych scen, każda daje widzowi okazję do przyjrzenia się bliżej jakiemuś mechanizmowi albo postaci. To jeden z tych, któremu klaszcze się po napisach końcowych. Warto.

Scena warta uwagi:

- Moje dziecko jak oceniasz swoje szanse... Aha... Dziewczynie będzie bardzo trudno wygrać w wyborach... Aha... Moje dziecko, bez pieniędzy nie masz szans na cokolwiek... - mówi w którymś momencie, w czasie rozmowy z Magdaleną, jej babcia. Babcia nie mówi tego, by dziewczynę zniechęcać. Babcia zna życie. Jest to kolejna z postaci, choć drugoplanowa, która van Velzenowi spadła z nieba.

P.S. Gdy van Velzen wspomniał o tym, że najlepszy dokument powstaje wtedy, gdy trafi się na dobrych bohaterów, od razu przypomniał mi się inny dokument, który też Filmotatnik opisał z dużą sympatią.

14:14, kubadybalski , dokumentalny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015

(Zulu, 2013)

Reżyseria: Jerome Salle

Scenariusz: Julien Rappeneau i Jerome Salle na podstawie powieści Caryla Ferey'a pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Forest Whitaker, Orlando Bloom

5/10

Francuski, choć grany po angielsku, thriller, będący ekranizacją powieści, która w 2008 r. została uznana za najlepszy książkowy kryminał nad Sekwaną (a tam akurat nagrody literackie dają prestiż i renomę). Dwaj policjanci z Kapsztadu prowadzą śledztwo w sprawie brutalnego zabójstwa znalezionej w ogrodzie botanicznym nastolatki. Główni bohaterowie są złożeni na zasadzie kontrastu. Ali to wielki, flegmatyczny Zulus, który dzięki własnej pracy został policyjnym oficerem, ale wciąż męczy się z problemami związnymi z traumą przezytą w dzieciństwie. Brian to pijak, kobieciarz i generalnie życiowy bumelant, który nie może się pogodzić z tym, że jego ojciec był zbrodniarzem w czasach apartheidu. Rzecz jasna ich śledztwo rozwinie się zaskakująco, aż do brutalnego końca.

Na dobrą sprawę historia jest niesamowicie schematyczna. Jeśli Fereya nagrodzono za książkę słusznie, to raczej nie za fabułę i intrygę. Rzecz dzieje się w RPA, ale na dobrą sprawę mogłaby się dziać gdziekolwiek. To kalka powszechnie znanych kryminalnych schematów, a wspomniane złożenie dwóch kompletnie różniących się od siebie policjantów (ale obu z problemami) to tylko jeden z nich. Za to skoro już jesteśmy w RPA, to mamy Południową Afrykę opisaną niezwykle mięsiście. To właśnie tło jest tym, co w filmie (i pewnie też w książce) może się podobać. Społeczeństwo, które próbuje funkcjonować na zasadach pojednania, ale z każdej dziury wychyla się spuścizna kilkudziesięciu lat ekonomicznej i społecznej niewoli nie-białych. Wystarczy kilka minut, żeby z nowoczesnej dzielnicy wjechać w slumsy. Była żona i syn Briana mieszkają w pięknym domu z jeziorkiem i trawnikiem, którego nie powstydziłoby się Old Trafford. Mama Alego mieszka w lepiance zbitej z blachy falistej. No i w oczy bije wszechobecna brutalność, na dobrą sprawę nierzeczywista dla kogoś kto mieszka nad Wisłą. I tylko można się zastanawiać czy jest efektem biedy i nierówności, czy to z niej ta nierówność się bierze.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena, chyba najmocniejsza w filmie, gdy policjanci szukają domniemanego mordercy na plaży i trafiają tam na gangsterów. Zapomnijcie o amerykańskich filmach, gdzie jak policjanci spotykają bandziorów, to najpierw wszyscy się przekrzykują, potem jest dużo efektownego strzelania, głównie niecelnego, a jeśli ktoś trafi policjanta, to ten dalej bohatersko się ostrzeliwuje, po czym trzymając się za rękę (bo amerykańscy policjanci na filmach zawsze dostają w ramię) odjeżdża do szpitala. W RPA sprawę załatwia się maczetą, a odznaka nie jest dla delikwenta żadną ochroną. I nie wygląda to ani efektownie, ani romantycznie...

sobota, 11 kwietnia 2015

(Ex Machina, 2015)

Reżyseria: Alex Garland

Scenariusz: Alex Garland

Grają (ci istotni): Domhnall Gleeson, Oscar Isaac, Alicia Vikander

7/10

Osią filmu jest tzw. test Turinga. Genialny matematyk (o którym film był kinach kilka miesięcy temu) wymyślił przed ponad pół wiekiem, że – w dużym uproszczeniu - dzięki swobodnej rozmowie można rozpoznać sztuczną inteligencję. Jeśli badacz, zadając pytania i słuchając odpowiedzi, nie jest w stanie stwierdzić czy to z czym rozmawia to człowiek, czy komputer – maszyna zdała test (w 2011 r. program o nazwie CleverBot oszukał podczas testów 59,3 proc. rozmówców, grupie kontrolnej człowieka rozpoznało 63,3 proc. rozmówców, więc test nie został zaliczony, choć mało brakowało). Nathan, genialny i wściekle bogaty programista, twórca własnej wersji Googla, zbudował robota do złudzenia przypominającego kobietę. Caleb, jeden z jego pracowników, ma przeprowadzić na niej wspomniany test. No i okazuje się, że nie można tak dowolnie sobie testować, bo człowiek jest zawodną istotą i na wyniki nie jest przygotowany, a samo testowanie może się wymknąć spod kontroli.

Garland zrobił bardzo inteligentny, w wielu momentach zaskakujący i niezwykle ciekawy film. Wciągający, w którym mamy troje bohaterów, ale do końca nie znamy intencji żadnego z nich. Gdzieś na końcu warto też dodać, że świetnie ilustrowany zdjęciami i muzyką. To wszystko jest o tyle ważne, że po raz pierwszy stanął za kamerą. Ale trudno go nazywać debiutantem. Zaczął w połowie lat 90-tych jako pisarz bestselerów i już jego literacki debiut „The Beach”, Danny Boyle zekranizował jako świetną „Niebiańską plażę”. Na początku ubiegłej dekady zaczął pisać scenariusze, głównie dla Boyle'a, ale nie tylko. Z tego wzięły się m.in. „28 dni później” i „W stronę słońca” i „Dredd 3D”. Wszystko to są - co najmniej „dające się oglądać” - brytyjskie filmy s-f. W końcu zrobił własny film, według własnego scenariusza na podstawie swojej historii i choć nie jest on jakoś na końcu specjalnie zaskakujący, to przykuwa uwagę. Coś czuję, że następne filmy Garlanda też chętnie obejrzę.

Scena warta uwagi

O tym jak zapętlona w pewnym momencie staje się fabuła świadczy scena, w której Caleb decyduje się sprawdzić, czy sam nie jest komputerem. Garland ma wyczucie do historii i oko do filmu.

P.S. W latach czterdziestych Isaac Asimov, rozważając zagadnienia etyczne związane ze sztuczną inteligencją, sformułował tzw. Prawa Robotów, czyli zasady, których te muszą bezwzględnie przestrzegać w kontaktach z ludźmi. Było to na długo zanim jego rozważania mogły w ogóle znaleźć realne zastosowanie. W skrócie: 1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, 2. Robot musi wykonywać polecenia człowieka, chyba że są sprzeczne z pierwszym prawem, 3. Robot musi chronić siebie, chyba że stoi to w sprzeczności z pierwszym lub drugim prawem. Po filmie Garlanda można się zastanawiać, czy one w ogóle mają jakikolwiek sens...



poniedziałek, 06 kwietnia 2015

(Tracks, 2013)

Reżyseria: John Curran

Scenariusz: Marion Nelson na podstawie książki “Tracks” Robyn Davidson

Grają (ci istotni): Mia Wasikowska, Adam Driver

6/10

W latach 70-tych Australijka Robyn Davidson przeszła piechotą, w towarzystwie czterech wielbłądów i psa, prawie 3 tys. kilometrów przez interior, z Alice Springs do wybrzeża Oceanu Indyjskiego. Podróż zajęła jej dziewięć miesięcy. Nie miała zamiaru jej opisywać, ale przed startem potrzebowała pieniędzy i poprosiła o wsparcie National Geographic. W rewanżu powstał artykuł, który spotkał się z takim zainteresowaniem, że potem Davidson napisała wielokrotnie nagradzaną książkę. Już w czasie gdy szła, zaczęły o niej pisać gazety i zyskała przydomek “Wielbłądniczka”. Aż dziwne, że całą historię sfilmowano po raz pierwszy dopiero dwa lata temu, choć przymierzano się do tego kilka razy.

Jak się idzie ponad 250 dni przez pustynię to przez większość tego czasu niewiele się dzieje. Taki jest ten film, bardzo spokojny, oparty na kontraście między małomówną, ale upartą główną bohaterką i pustynią, do której ją ciągnie a całą resztą świata. Ta reszta, to przede wszystkim Rick, gadatliwy fotograf z National Geographic, który co jakiś czas znajduje ją na pustyni i robi jej zdjęcia (to część umowy z pismem). Robyn z czasem zdaje sobie sprawę, że całkiem odciąć się od świata nie może, choć dopuszcza go do siebie na swoich zasadach, a kontakty z Rickiem o częstotliwości raz na kilka tygodni wydają się w sam raz,. Rick z kolei też z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że tę dziewczynę mało obchodzi, że np. fotografował rewolucję w Iranie i zna tego, tamtego i jeszcze kolegę tamtego, za to powoli zaczyna lubić jego odwiedziny, przy czym im mniej mówi tym lepiej. A to wszystko w niesamowitej scenerii, poprzetykanej od czasu do czasu ludźmi, których Robyn spotykała na swojej drodze. Dobry film na spokojne popołudnie.

Scena warta uwagi:

Film jest bardzo sugestywny, kręcony częściowo w tych samych rejonach, przez które trzydzieści lat wcześniej maszerowała Davidson, stąd bajeczne pejzaże, a jedna z końcowych scen z kąpiącymi się w morzu wielbłądami wygląda świetnie. Jest też bardzo dosłowna scena drobnego zabiegu, dzięki któremu wielbłądzie samce, mają być w czasie podróży mniej agresywne. Ostrzegam, bo bolesna.

P.S. Zdjęcia Ricka Smolana sprzed kilku dekad i zdjęcia z planu filmu, możecie porównać tutaj.

sobota, 04 kwietnia 2015

(Gunman, 2015)

Reżyseria: Pierre Morel

Scenariusz: Don Macpherson, Jim Travis, Sean Penn na podstawie książki “The Prone Gunman” Jeana-Particka Manchette

Grają (ci istotni): Sean Penn, Javier Bardem, Idris Elba, Ray Winstone

3/10

Kliniczny przykład, jak potencjalnie niezła sensacyjna historia może zostać pogrzebana przez beznadziejny scenariusz. Pewien najemnik, Jim Terrier, wykonuje krwawe i politycznie istotne zlecenie w pogrążonej w chaosie DR Konga. Po latach rusza go sumienie, mniej więcej w tym samym czasie gdy zaczynają ginąć jego dawni znajomi z “firmy” a i jego samego ktoś próbuje zabić. Jest też wątek miłosny, bo główny bohater z powodu swojej profesji musiał kiedyś zostawić ukochaną, poprosił przyjaciela, żeby się nią opiekował i ten tak się nią “zaopiekował“, że się z nią ożenił. Wszystko to pięknie sfilmowane - w Afryce, w Londynie, w Barcelonie i na hiszpańskiej prowincji. Strzelają, wióry lecą na wszystkie strony, źli ludzie giną efektownie, dzieje się.

Niestety scenarzystów nie dopuściłbym nawet do przepisywania kolejnej serii “Pamiętników z wakacji”. Dialogi to mieszanka patetycznych słów o miłości, sumieniu i zemście, której nie da się słuchać. Kolejne sceny służą najpewniej temu, żeby pokręcić w ładnym otoczeniu, bo z fabułą nie mają związku. Nie można oprzeć się wrażeniu, że postacie, które na swojej drodze spotyka główny bohater, trafiają tam najzupełniej przypadkiem. W tym filmie kompletnie nic z niczym się nie klei i tylko z tego powodu można nazwać go “tajemniczym”. To tym bardziej niezwykłe, że to ekranizacja książki. Powinno być więc łatwiej. To czego obawiałem się najbardziej, czyli, że obecna ostatnio w kinie moda na “geriatryczną sensację” będzie mi bardzo przeszkadzać, nie sprawdziło się. 55-letni Sean Penn daje radę, choć widać, że robi rzeczy i wygląda w sposób nieco przerastający jego metrykę. Żal mi aktorów, którzy musieli wypowiadać kwestie napisane dla tej szmiry, a stać ich na wiele więcej. Chodzi tu głównie o Javiera Bardema i Raya Winstone’a. Penn, rzecz jasna też został stworzony do rzeczy większych, ale jego mi nie żal, bo to on ten film wyprodukował i współtworzył scenariusz.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena w restauracji, gdzie spotykają się Terier, jego była/wciąż obecna miłość oraz Felix, były przyjaciel/obecny mąż byłej/wciąż obecnej miłości Terriera. Postać Felixa (Bardem) i jego postępowanie to dla mnie zagadka. Ukradł kumplowi dziewczynę, na siedem lat, po czym przy pierwszym ich spotkaniu oboje poniża, jednocześnie zapewniając jak ją kocha, jednocześnie ją zdradzając. To bardziej bezsensowna postać niż ta, którą Bardem zagrał w “Adwokacie”. Może warto, żeby znów zaczął kręcić filmy z Almondovarem, albo braćmi Cohen…


Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi