sobota, 22 kwietnia 2017

(Ghost in the Shell, 2017)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Jamie Moss, William Wheeler, Ehren Kruger na podstawie mangi Masamune Shirowa pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Scarlett Johansson, Pilou Asbaek, Michael Pitt, Juliette Binoche, Takeshi Kitano

3/10

Dobry film science fiction wyróżnia to, że co chwila widzowie rozdziawiają japę, widząc jak fajne i przydatne są technologiczne rozwiązania w przyszłości. Zachwycają się tym, na co sami by nie wpadli, a w filmie to działa. Oglądający jest urzeczony logiką świata, którego nie zna. Zły film science fiction próbuje widza omamić błyskotkami. Twórcy co chwila rzucają mu w oczy różne niezwykle efektowne rzeczy, dbając o to, żeby migały, latały i strzelały laserami, niespecjalnie zastanawiając się po co. W „Ghost in the Shell”, które właśnie jest w kinach, jest scena, w której widzimy ulicę z góry, a na niej strzałki, takie jak zwykle informują o kierunku jazdy, tyle że te są hologramami, ruszają się i migają. Bardzo to efektowne, ale siedziałem w kinie i zastanawiałem się właściwie po jaką cholerę, ktoś kilka (kilkadziesiąt) lat przed wydarzeniami w filmie postanowił w tym mieście „dobra, to teraz nie malujemy białą farbą, tylko robimy te hologramy”. To efektowne, ale nie znajdzie się w tym sensu. Niestety cały ten film taki jest.

Oryginalny, animowany „Ghost in the Shell” sprzed 22 lat jest filmem, który się nie zestarzał. Jest aktualny do dziś. Aktorski „Ghost in the Shell” już dziś jest przestarzały, a aktualny mógł być gdzieś między „Robocopem” a pierwszym „Matrixem”. Niestety nie liczcie na to, że reżyser Rupert Sanders wziął tamten scenariusz i nakręcił remake. To nie byłoby takie złe, bo wyszedłby dobry film. Niestety chyba uznano, że amerykański widz nie zrozumie o co chodzi i postanowiono fabułę uprościć. A w każdym miejscu które zmieniano i upraszczano, psuto historię niemiłosiernie. W efekcie, mimo że nieliczne sceny są nakręcone w stylu 1:1 w porównaniu z oryginałem, pozostałe składają się w nielogiczny ciąg zdarzeń, w którym miłość zwycięża wszystkie przeciwności (!), wszyscy żyję długo i szczęśliwie (!!) i będzie można nakręcić sequel ze Scarlett Johansson (!!!). Jedyne co ten film wyciąga za uszy na ocenę wyżej, niż zasługuje, to muzyka, której autor Clint Mansell korzystał z oryginalnego soundtracka Kenjiego Kawaiego. To za mało, żeby tracić czas na ten film.

Scena warta uwagi

Jest w filmie scena w której Major (bo w tym filmie główna postać nazywa się „Major”, z niezrozumiałego powodu twórcy postanowili właściwie nie skorzystać z imienia i nazwiska „Motoko Kusanagi”) stoi przed lustrem, które symetrycznie odbija jej obraz nie względem płąszczyzny, ale osi. Jeden z niewielu ciekawych pomysłów w filmie.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi