wtorek, 14 maja 2013

(Un Prophete, 2009)

Reżyseria: Jacques Audiard

Scenariusz: Jacques Audiard, Thomas Bidegain, Nicolas Peufaillit, Abdel Raouf Dafri

Grają (ci istotni): Tahar Rahim

7/10

Brutalne i mroczne francuskie kino. Dwie równolegle prowadzone opowieści. Jedna o chłopaku skazanym na sześć lat więzienia, który za kratki trafia jako dziecko, a wychodzi jako szef narkotykowego gangu. Druga o więzieniu, które początkowo jest rządzone przez Korsykanów, ale krok po kroku, z miesiąca na miesiąc się zmienia. Pod koniec rządzą w nim Arabowie.

O jakiejkolwiek resocjalizacji Malika w ogóle nie ma mowy. Widz mu kibicuje, by przeżył. Kibicuje, choć Malik nie jest sympatyczny, ani inteligentny. Wychodzi na swoje bo jest zaradny, podejmuje odpowiednie decyzje w odpowiednim momencie, jest pokornie cierpliwy i ma mnóstwo szczęścia. Staje się bossem, bo inaczej by zginął. Trzeciej drogi nie ma. W tle więzienie które wydaje się metaforą współczesnej Francji. Metaforą mało optymistyczną. Na tyle jednak uderzającą, że film zgarnął worek Cezarów, a poza tym m.in. Grand Prix w Cannes i nominacje do Złotego Globu i Oscara.

Scena warta uwagi:

Nie jedna a dwie, w których widać jak cenne jest coś, co Malikowi zabrano na sześć lat. Wieziony do więzienia furgonetką ogląda miasto – zwykłe, codzienne, słoneczne - zza krat. Robi ponure wrażenie. Łagodniej rzecz się ma gdy Malik na przepustce, po rozmowie z gangsterem z Marsylii prosi go o chwilę, by pochodzić w morzu. I tu dygresja. Jedna i druga scena ilustrowana muzyką Alexandre Desplata. Nie ma chyba współczesnego kompozytora filmowego, który robiłby muzykę do tylu znanych filmów, a jego nazwisko pozostałoby w zasadzie nieznane. Jest w tle, nigdy na pierwszym planie, podobnie jak jego muzyka w filmie.

23:58, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 maja 2013

(All Good Things, 2010, bez polskiej premiery kinowej)

Reżyseria: Andrew Jarecki

Scenariusz: Marcus Hinchey, Marc Smerling

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Kirsten Dunst, Frank Langella

6/10

Bardzo lubię filmy, które kończą się inaczej niż zaczynają. Wydaje ci się, że oglądasz melodramat, a tu nagle horror. Sensacja okazuje się komedią, itp. Dobrym przykładem jest „Czas wojny” („War Horse”), który zaczyna się familijnie, jak „Babe, świnka z klasą”, a kończy dość depresyjnie, mniej więcej jak „Stalingrad”. „Wszystko co dobre” jest właśnie takim filmem. Zaczyna się jak romans, kończy jak mroczny thriller.

Film jest raczej kameralny. Tę historię z powodzeniem mógłby napisać Stephen King, gdyby nie to, że zdarzyła się naprawdę. Twórcy filmu przesądzają o winie głównego bohatera i to trochę psuje efekt (można było zostawić jakieś niedopowiedzenie), ale za to na plus trzeba im zaliczyć obsadę. Świetna jest Kirsten Dunst, świetny Frank Langella. A Ryan Gosling od zawsze najbardziej pasował mi do ról psychopatów.

Scena warta uwagi:

Jest taka scena gdy państwo młodzi, świeżo po ślubie jedzą obiad w restauracji z mamą Katie i ojcem Davida. Ten ostatni, potentat deweloperski, śpiący na pieniądzach, wyraźnie czuje się niekomfortowo. W pewnym momencie bierze do ręki rachunek i dzieli na pół. Konsternacja. David nie daje się lubić. Jest osobą właściwie bez kompetencji społecznych. Ale jego ojciec też. Ten drobny moment jest tylko sygnałem tego co zdarzy się później i tego co w ich życiu zdarzyło sie wcześniej.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi