czwartek, 29 maja 2014

(The Zero Theorem, 2013)

Reżyseria: Terry Gilliam

Scenariusz: Pat Rushin

Grają (ci istotni): Christoph Waltz, David Thewlis, Tilda Swinton, Matt Damon, Peter Stormare, Ben Whishaw

6/10

Mam problem z filmami Terry'ego Gilliama. Z jednej strony trudno mu odmówić umiejętności budowania, budzących przerażenie, sugestywnych historii człowieka w trybach systemu, dla którego jest nic nie znaczącym pyłkiem. Przerażających, bo na każdym kroku uzmysławiających, że główny bohater nie może nic z tym faktem zrobić, nawet bunt za bardzo nie wchodzi w grę, bo albo się nie uda, albo nikt go nie zauważy. Z drugiej strony nie mogę wciąż przełknąć estetyki Gilliama – słodko-gorzko-nieludzko kolorowej, będącej prostym przedłużeniem animacji z Monty Pythona. Tak naprawdę zawsze te animacje były jedynym elementem, który mnie niesamowicie irytował. Nawet w absurdzie potrzebny jest kontakt z rzeczywistością, choćby po to, żeby mieć porównanie. W animacjach absurd miał wymiar czysty i Gilliam w dużej części przeniósł to do swoich filmów.

Dlatego najbardziej lubię te, w których szaleństwa było najmniej (co nie znaczy, że nie było go wcale) – „12 małp”, czy „Nieustraszonych braci Grimm”. „Teoria wszystkiego” to nie ta bajka. To film, któremu najbliżej do „Brazil”, zresztą scenarzysta Pat Rushin nieco się tym ostatnim inspirował. To widać na ekranie. Główny bohater Qohen Leth to geniusz, ale człowiek słaby (marny!) nie mający siły na to, by wyrwać się z kieratu. Postacie które spotyka (aktorzy od Waltza, do choćby Stormare'a grają super, to duży atut filmu) budzą co najmniej niepokój. Świat w którym przyszło mu żyć, odrzuca. To ciężki film, pesymistyczny, choć ten kto wytrzyma, pewnie będzie zachwycony.

Scena warta uwagi:

Sala kinowa najgłośniejszym śmiechem wybuchła gdy główny bohater wraz z Bobem poszli do parku. Chodziło głównie o kilka (!) informacji czego w tym parku nie należy robić. Fakt, zabawne. Inna sprawa, ze jeśli świat zmierza w tym kierunku, ze parki mają wygladać tak, jak w tym filmie, miasto ma wyglądać tak jak tam, praca ma wyglądać (czasem już wygląda) tak samo, to pora umierać.

P.S. Boże, jaki ten film jest depresyjny! Od „Nebraski” tak dołującego nie oglądałem...



niedziela, 25 maja 2014

(Godzilla, 2014)

Reżyseria: Gareth Edwards

Scenariusz: Max Borenstein

Grają (ci istotni): Aaron Taylor-Johnson, Ken Watanabe, Bryan Cranston, David Strathairn, Juliette Binoche, Sally Hawkins, Elizabeth Olsen

3/10

Potwór demoluje japońską elektrownię atomową - ginie Juliette Binoche (mama głównego bohatera) – mija 15 lat – potwór demoluje elektrownię po raz drugi - ginie Bryan Cranston (tata głównego bohatera - główny bohater, Ostatni Samuraj i Happy-Go Lucky przenoszą się na amerykański lotniskowiec - potwór demoluje Hawaje - potwór II demoluje Las Vegas - Godzilla demoluje most Golden Gate – potwór, potwór II oraz Godzilla demolują San Francisco - Godzilla zabija potwora i jest zmęczona - główny bohater ratuje świat – Godzilla zabija potwora II – Godzilla umiera – główny bohater ratuje San Francisco detonując bombę atomową 30 km od brzegu, a nie w mieście – okazuje się, że Godzilla nie umarła (umarł?), wraca do morza a sanfranciszkanie biją jej brawo na zgliszczach miasta – wszyscy żyją długo i szczęśliwie (poza dziesiątkami tysięcy ludzi którzy, niestety, zginęli).

Jeśli oczekujecie od najnowszej filmowej Godzilli czegoś więcej niż powyżej, to nie warto. Film zamyka się w tych kilku wersjach co powyżej. Nie bardzo wiadomo kto jest kim, bo Godzillę tropi tajna ponadnarodowa Organizacja ds. Tropienia Godzilli, ale właściwie nie wiadomo po co, bo i tak szybko pojawia się amerykańska armia, która szybko wpada na pomysł (a jakże!) żeby gada walnąć bombą. Grany jest topornie (kilku aktorów to nawet szkoda, na kilku innych w ogóle nie da się patrzeć), efektowne są tylko niektóre efekty specjalne, ale w sumie też nie rzucają na kolana. Co gorsze, trwa pełne dwie godziny. To jest najpotworniejsze.

Scena warta uwagi:

Amerykańscy komandosi znajdują w dżungli na Hawajach rosyjską atomową łódź podwodną zjadaną przez potwora wielkiego jak wieżowiec (nie pytajcie, nie będę teraz tłumaczył). Potwór lata, emituje impulsy elektromagnetyczne (!?!) i w ogóle jest kozak. Co robi Amerykanin z karabinem zamiast wiać gdzie pieprz rośnie? Oczywiście strzela. Po co? Nie wiadomo.



wtorek, 20 maja 2014

(Drogówka, 2013)

Reżyseria: Wojciech Smarzowski

Scenariusz: Wojciech Smarzowski

Grają (ci istotni): Bartłomiej Topa, Arkadiusz Jakubik, Marcin Dorociński, Eryk Lubos, Marian Dziędziel, Agata Kulesza, Maciej Stuhr

7/10

Pominę wszelkie zachwyty nad dogłębnym wkręcaniem się w odmęty polskiej duszy, apoteozą picia alkoholu i umiejętnym wyciąganiem z charakterów ludzkich tego co w nich najmroczniejsze, bo dla Smarzowskiego to standard. Mało która recenzja zwraca uwagę, że każdy film tego reżysera – i „Drogówka” nie jest tu wyjątkiem – to przede wszystkim bardzo sprawnie wymyślona i opowiedziana historia. Akurat ten to nie jest żadne tam oskarżanie policji, czy rozliczanie polskiej skłonności do korupcji, ale przede wszystkim soczysty thriller. Głównemu bohaterowi nagle zawaliła się rzeczywistość, jest ścigany, musi rozwiązać mroczną zagadkę morderstwa, którego jak sądzi nie popełnił. A wszelkie szukanie drugiego dna, siedmiu grzechów głównych, etc. to sprawy poboczne. Efektowne, ale poboczne.

I tutaj można trochę się czepiać, że właśnie główna historia mogłaby być trochę bardziej krwista, a wszelkie poboczności, nieco bardziej pasować. „Dom zły” zostawia widza z opadniętą szczęką. Drogówka „tylko” z zadowoleniem z obejrzenia bardzo dobrego filmu. Kilka scen jest chyba niepotrzebnych (Banasiowi godzi się czarnoskóre dziecko, no śmieszne, ale co z tego?), kilka mrugnięć do widza zbyt nachalnych, choć te minusy rozpływają się w zalewie plusów. Smarzowski jak zwykle wzorowo prowadzi aktorów. Zdjęcia – biorąc pod uwagę ile technik tam zastosowano (z telefonu, z monitoringu, z góry, z dołu, z boku, Bóg wie co jeszcze...) - nie dają żadnego wrażenia braku płynności. Muzyka pasuje idealnie. Ale gdybym mógł na bezludną wyspę zabrać wszystkie filmy Smarzowskiego poza jednym, to tym, który zostałby w domu, byłaby właśnie „Drogówka”.

Scena warta uwagi:

Można wybierać. A niech będzie choćby ta przedostatnia. Raz, że zaskakująca, dwa, że znów Maciej Stuhr pokazuje mroczną twarz. A mam wrażenie, ze trudno znaleźć w polskim kinie aktora, któremu tak bardzo brakuje fajnej roli. On jest stworzony do grania ról pokręconych, niejednoznacznych i złych. Kiedyś już zresztą o tym pisałem...

niedziela, 18 maja 2014

(Transcendence, 2014)

Reżyseria: Wally Pfister

Scenariusz: Jack Paglen

Grają (ci istotni): Johnny Depp, Paul Bettany, Rebecca Hall, Morgan Freeman, Cillian Murphy, Kate Mara

4/10

„Siedzę sobie w kinie proszę pana... Normalnie... Patrzę, patrzę na to... No i aż mi się chce wyjść z... kina, proszę pana... I wychodzę...” - wyjaśniał swego czasu definicję transcendencji pewien lubiany aktor, w pewnym lubianym filmie. Z filmu Wally'ego Pfistera nie wyszedłem, ale nie znaczy to, że jest z nim dobrze. Pfister to – można powiedzieć – osobisty operator Christophera Nolana, którego filmy kręcił tak, że dostał za to trzy nominacje do Oskara („Batman: Początek”, „Prestiż”, „Mroczny Rycerz”), aż w końcu otrzymał nagrodę za „Incepcję”. I co do tej umiejętności, nie mam wątpliwości, ze ją ma. Tyle, że debiut reżyserski wypada blado. Choć są atrakcje, to są też dłużyzny, a dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są.

„Transcendencja” jest próbą połączenia „Dwunastu małp” i „Terminatora” w jakiś rodzaj romansu, tylko nikt się chyba nie mógł zdecydować, co to właściwie ma być. Filmu nie ratują aktorzy, którzy bez wyjątku mieli na koncie dużo lepsze role, a Johnny Depp szybko (niestety) umiera, co (niestety) nie znaczy, że się z nim żegnamy. Zakończenie jest zaskakujące. Problem w tym, że scenarzysta mając do wyboru słabsze zakończenie, ale zaskakujące, lub bardziej logiczne i lepsze zakończenie, którego wszyscy się spodziewają, wybrał to pierwsze. Pewnie widząc miałkość scenariusza postanowił, że dobre chociaż to.

Scena warta uwagi:

Jakiś pomysł jest w pierwszej scenie, gdy człowiek przytrzymuje otwarte drzwi klawiaturą komputera. Jakiś zwrot jest gdy Tagger podaje Evelyn kartkę, a ta ją czyta. Więcej ciekawych scen nie ma.

P.S. Taka zagadka dla uważnych. W jakim innym filmie z gadającym po ludzku komputerem grał Paul Bettany? Wygooglajcie dopiero, gdy naprawdę stwierdzicie, ze nie wiecie. Ale to proste.



środa, 14 maja 2014

(Upside Down, 2012)

Reżyseria: Juan Diego Solanas

Scenariusz: Juan Diego Solanas

Grają (ci istotni): Jim Sturgess, Kirsten Dunst

3/10

Francusko-kanadyjska komedia romantyczna/melodramat dla młodzieży science-fiction (uff...) zasadza się na ciekawym pomyśle dwóch światów o przeciwnej grawitacji. Jeden jest nad drugim, więc patrząc w niebo widać ten drugi świat, którego mieszkańcy patrzą na nas. Twórcy wpadli na błyskotliwy pomysł, a potem... polegli pod jego ciężarem. Krytyk „San Francisco Chronicle” napisał, że „...po stworzeniu cudownych ram, „Odwróceni zakochani” nie są niestety obrazem, który jest ich wart. Historia jest banalna, z początku nudna i na końcu też nudna, mimo okoliczności, które pozwalają, by przerodziła się w cos ciekawszego”.

Nic ująć. Ze swojej strony mogę dodać, że nawet „pomysł grawitacyjny” twórcy spartolili koncertowo. Bo wielokrotnie w czasie filmu natkniemy się na nielogiczności, które wychwyci nawet uczeń podstawówki. Jak umieszczamy w świecie ciążącym ku ziemi delikwenta, który całym sobą ciąży w przeciwną stronę, to niech mu chociaż włosy, lub ręce lecą nie tam gdzie trzeba. Ale nie lecą. Nie wychodzi miałka historia miłosna. Nie wychodzi próba zarysowania politycznej dystopii (pół świata żyje niby w państwie policyjnym, ale każdy na dobrą sprawę chodzi gdzie chce i robi co chce, a bieda polega na tym, że jeżdżą rowerami, a nie samochodami). Można było przynajmniej olśnić widza fizyką. Ale w braku przestrzegania przez filmowców reguł, które sami wymyślili, widz szybko się gubi.

Scena warta uwagi:

Główny bohater wpada do oceanu. Wpada do niego spadając z ...set (a może kilku tysięcy) metrów i żyje, nawet dopływa do brzegu. Jeśli zdecydujecie się na oglądanie, pytań „Ale o co chodzi?” będzie dużo. Więc może nie warto...

P.S. To jeszcze do tytułu się przyczepię. Francuski to „Un monde a l'envers”, angielski: „Upside Down”. Naprawdę polski dystrybutor mógłby się bardziej wysilić.



sobota, 10 maja 2014

(Fanding Gigolo, 2013)

Reżyseria: John Turturro

Scenariusz: John Turturro

Grają (ci istotni): John Turturro, Woody Allen, Sharon Stone, Vanessa Paradis, Sofia Vergara, Liev Schreiber

7/10

Byłem absolutnie przekonany, że idę do kina na nowy film Woody'ego Allena i, sądząc po szmerze na sali, nie tylko ja. A tu niespodzianka, bo „Casanovę...” wymyślił, napisał, wyreżyserował i zagrał główną rolę John Turturro. Trudno uwierzyć, bo film jest „allenowski” na wskroś, ale skoro tak twierdzą autorzy... W każdym razie wyszła zabawna komedia romantyczna, choć mocno nietypowa, bo jednocześnie bardzo melancholijna. Sprawnie ujmująca widza absurdalnymi sytuacjami. Żarty z Ameryki multi-kulti, których w filmie pełno, zarówno podanych wprost, jak i drobnych (siedem świateł na radiowozie ochrony sąsiedzkiej w Williamsburga), Allenowi zawsze ujdą na sucho, a Turturro robiącemu film z Allenem najwyraźniej też.

Fajnie zobaczyć na ekranie Johna Turturro, bo to jeden z tych aktorów drugiego planu, których zapamiętuje się od pierwszego wejrzenia. Debiutował epizodzikiem we „Wściekłym byku”, ale potem był choćby Jesusem Quintaną w „Big Lebowskim” i Johnem Shooterem w bardzo lubianym przeze mnie „Sekretnym oknie”. Ale raz na parę lat coś kręci. Na tyle dobrze, że ma już za sobą Złotą Palmę w Cannes, czy nominację do Złotego Lwa w Wenecji. Zresztą „Casanova...” daje okazję przypatrzenia się innym aktorom, raczej niezbyt często ostatnio widzianym, np. Sharon Stone, czy Vanessie Paradis. Trzymają poziom.

Scena warta uwagi:

Mnóstwo malowniczych scen, jak choćby ta z masażem, albo sąd rabinacki. A mi się podobała ostatnia gdy Allen i Turturro w dwójkę uwodzą pewną Francuzkę w kawiarni. Tzn. tak naprawdę „pracę” odwala ten pierwszy, a Turturro przez całą scenę głównie się uśmiecha. To taki aktor. Nie musi specjalnie dużo mówić, bo wyglada tak, że wystarczy, że wygląda.



poniedziałek, 05 maja 2014

(The Secret Life of Walter Mitty, 2013)

Reżyseria: Ben Stiller

Scenariusz: Steve Conrad (na podstawie opowiadania „The Secret Life of Walter Mitty” Jamesa Thurbera)

Grają (ci istotni): Ben Stiller, Sean Penn, Shirley McLaine, Kristen Wiig

7/10

Zwykle takie filmy odkładam na później, a potem siedzę w kinie i oglądam jakiś chłam, zamiast iść na to, na co powinienem iść od razu. Ben Stiller zrobił remake filmu z 1947 r. i wyszło mu to bardzo fajnie. Miał zresztą powstać już w połowie lat 90-tych, bo syn producenta Samuela Goldwyna, Samuel junior, wymyślił sobie, że zrobi go jeszcze raz. Przez mniej więcej dekadę, do głównej roli, zdecydowanie komediowej, takiej, w której żart goni żart, był przymierzany Jim Carrey. Gdzieś w połowie ubiegłej dekady Waltera Mitty'ego miał już zagrać Owen Wilson, a po kilku latach zdecydowano się jednak na Mike'a Myersa. W 2010 r. rolę przyjął Sacha Baron Cohen. Oczywiście przez cały ten czas scenariusz przepisywano, a różne wytwórnie procesowały się o prawa do realizacji, jednocześnie odkładając ją na później.

Ostatecznie rolę zaproponowano Stillerowi, a gdy okazało się, że właściwie nie ma reżysera, oddano mu też reżyserię. I tu niespodzianka. Nie zrobił gagowej komedii, ale coś pomiędzy komedią romantyczną, filmem familijnym i przygodowo-podróżniczym (w klimacie najbardziej przypomina mi świetny „Przypadek Harolda Cricka” - jeśli to komedia, to niech będzie). Wyszło bardzo przyjemne, pogodne, odprężające kino. W dodatku z fajnymi epizodami Shirley McLaine i Seana Penna, z historią zamknięcia papierowego wydania magazynu „Life” w tle. Taki mały hołd.

Scena warta uwagi:

Wyjątkowo będzie o scenie, której włąściwie nie powinno być. W pewnym momencie jest w filmie nawiązanie do „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. To scena, która kompletnie nie pasuje do reszty. Pasowałaby, gdyby istotnie zrobić komedię opartą na gagach, może ktoś o tym zapomniał w montażu. Nie psuje to jednak całości.



niedziela, 04 maja 2014

(Oblivion, 2013)

Reżyseria: Joseph Kosinski

Scenariusz: Karl Gajdusek, Michael DeBruyn (na podstawie komiksu „Oblivion” Josepha Kosinskiego).

Grają (ci istotni): Tom Cruise, Olga Kurylenko, Morgan Freeman, Nikolaj Coster-Waldau

3/10

Kosztujący gigantyczne pieniądze (120 mln dol.) film s-f, który zarobił jeszcze większe pieniądze (prawie 300 mln, więc pewnie będzie sequel, choć nie bardzo wiadomo z czego) wlecze się przez dwie godziny jak makaron, jest nudny jak flaki z olejem, nie zaskakuje niczym nowym. Tom Cruise przeżywa, rozważa, ma wątpliwości, by na końcu zrobić to, co robi każdy bohater ratujący ziemię, a w tym przypadku pewnie jeszcze kilka innych planet. Joseph Kosinski, który dostał rzadko spotykaną okazję nakręcenia za bajońską sumę filmu na podstawie własnego komiksu, wymalował ładny krajobraz, gorzej poszło mu z wypełnieniem go treścią. Fabuła trzeszczy w szwach, z logiką jest nieco na bakier. W dodatku zmarnowano obecność Morgana Freemana, który swój epizodzik odgrywa z zapałem godnym bohaterów „Klanu”.

Jeśli Kosinskiego za coś pochwalić, to za zamiłowanie do ilustrowania filmów muzyką francuskich zespołów grających muzykę elektroniczną. Gdy parę lat temu kręcił „Tron: Dziedzictwo” zaprosił do współpracy Daft Punk. W przypadku „Niepamięci” za muzykę odpowiedzialny jest duet M83. W obu przypadkach ścieżka dźwiękowa jest najmocniejszą stroną filmu. Dlatego warto poszukać sobie na YouTubie. Marnować dwóch godzin na film nie warto.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę każda, w której są pokazane krajobrazy, bo one są naprawdę ładne. Gdy dodać do tego wspomnianą muzykę, mamy całkiem przyjemny chilloucik. Niestety producenci wymyślili, bo do tego wszystkiego dorzucić jakichś aktorów, jakieś dialogi, itp. I wszystko zepsuli.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi