czwartek, 28 maja 2015

(Mad Max: Fury Road, 2015)

Reżyseria: George Miller

Scenariusz: George Miller, Brendan McCarthy, Nico Lathouris

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult

4/10

Pościgi są jak ze starego „Mad Maxa”, a krew tryska na wszystkie strony (niektórym to wystarczy). W dodatku Charlize Theron wygląda bardzo fajnie (a z tym to już w ogóle). Jeśli więc chodzicie do kina raz na pół roku i oczekujecie efektownej, krwawej jatki, to wyjdziecie z tego filmu usatysfakcjonowani. Jeśli w dodatku łezka wam się kręci w oku na wspomnienie poprzednich trzech części, za młodu zagrywaliście się w „Fallouta”, a może jeszcze (o zgrozo) płakaliście razem z Kevinem Costnerem przy „Wodnym świecie”. Wyjdziecie z seansu wniebowzięci.

Tyle tylko, że ten „Mad Max”, jak już przebrniecie przez litry potu i osocza, jest nudny. Schematyczny w każdym elemencie. Nie ma tu szczegółu, który nie byłby już gdzieś kiedyś wykorzystany i nie chodzi tylko o to, że to po prostu poskładane motywy z poprzednich „Mad Maxów”, bo to nawet nie byłoby takie złe. Ale coś, cokolwiek interesującego... Tymczasem jeżdżą po pustyni, ktoś tam ginie, kogoś trzeba uratować, choć Max nie chce, kto ma przeżyć przeżyje, kończy się tak, jak się musi skończyć. Było, było, było. Po drugie w tym filmie nie ma... Mad Maxa. Tom Hardy – choć bardzo tego aktora lubię – nie nadaje się. Bez przerwy łapałem się na tym, że bez Mela Gibsona, to w ogóle nie wyglądało jak „Mad Max”. Wynudziłem się jak mops.

Scena warta uwagi:

Jakoś tam ciekawa jest scena gdy Max walczy z Furiosą, a właściwie wszyscy w tej scenie walczą ze wszystkimi. Tylko znów – to wszystko już było.



sobota, 23 maja 2015

(Durak, 2014)

Reżyseria: Jurij Bykow

Scenariusz: Jurij Bykow

Grają (ci istotni): Artiom Bystrow

9/10

Świetny. Po prostu świetny. "Byliśmy na najlepszym filmie, na jakim byliśmy" - stwierdził redaktor, z którym byliśmy na tym filmie. Przyznałem mu rację.

To właśnie „Dureń” a nie „Lewiatan”, powinien być rosyjskim kandydatem do Oscara. Rzecz w tym, że o ile widz amerykański „Lewiatana” jeszcze zrozumie, nawet się oburzy, jak to w Rosji ten wstrętny Putin dręczy ludzi, to „Durnia” nie tyle nie zrozumie, co w niego zwyczajnie nie uwierzy. Prosta historia Dimy, inżyniera-hydraulika, który odkrywa, że pewien blok mieszkalny w jakimś, zasypanym brudnym śniegiem, średniej wielkości mieście gdzieś w Rosji zaraz się zawali i coś z tym trzeba zrobić, ogląda się jednym tchem. Polskiego widza może trochę zastanowić, trochę przerazić i trochę pozwolić odetchnąć z ulgą, że nas to już nie dotyczy, tak jak zastanawia, przeraża i daje ulgę „Dom zły”. Przypuszczam, że amerykański widz uznałby postępowanie bohaterów za pomysły wzięte z sufitu. A ono jest przerażająco prawdziwe.

Kto zasugeruje się notkami od dystrybutora, albo plakatem („Wstrząsający obraz współczesnej Rosji”), ten będzie miał wrażenie, że to film na ten sam temat co „Lewiatan”. Nic bardziej mylnego. To film o czymś zupełnie innym. Główny bohater „Lewiatana” byłby najszczęśliwszy, gdyby cały świat zostawił go w spokoju. Tylko o to mu chodzi. Nie o sprawiedliwość, nie o to żeby być porządnym, a o święty spokój. Ma niestety pecha, bo stoi na drodze systemu, a kto stoi na drodze systemu, nie ma z nim szans.

Dima, tytułowy „dureń” - wręcz przeciwnie. Ma w sobie jakiś wewnętrzny przymus, by zachować się porządnie i by – wbrew temu co mówią mu wszyscy dookoła – nie machnąć ręką, że to nie jego sprawa i nie iść dalej spać. On ruszy niebo i ziemię, narazi się każdemu, zburzy spokój i nie pozwoli zamieść sprawy pod dywan. Nie dlatego, że jest nawiedzony, czuje misję czynienia dobra czy dlatego, że mu się to opłaca. Dlatego, że zwyczajnie, po ludzku tak trzeba. Tylko że, niestety, w tym poczuciu jest sam. Ludzie – według Bykowa – są źli. Egoistyczni, zazdrośni, a w najlepszym przypadku słabi. System? To nie system – jak przekonuje Zwiagincew w „Lewiatanie” - powoduje, że ludzie w nim funkcjonujący muszą być świniami, bo nie mają innego wyjścia. Bykow w „Durniu” odwraca sytuację. Ludzie są źli, a system, to po prostu efekt tego jak ułożyli sobie relacje między sobą. Rzecz wtórna.

Tak więc jeśli macie przypadkiem półeczkę, na której stoją obok siebie „Amator”, „Barwy ochronne”, „Wodzirej” i „Aktorzy prowincjonalni”, to „Dureń” będzie do nich pasował jak ulał. To jedna z najbardziej wyraźnych różnic między „Durniem” a „Lewiatanem”. W tym pierwszym przypadku skojarzenie z kinem moralnego niepokoju nasuwa się mimowolnie (oglądając „Lewiatana” w ogóle mi to przez myśl nie przeszło). Co więcej, gdyby Bykow urodził się czterdzieści lat wcześniej i zrobił swój film w tym samym czasie co Krzysztof Kieślowski, czy Agnieszka Holland, na wspomnianej półeczce nie mogłoby go zabraknąć. Co jeszcze ciekawsze drugim „polskim” porównaniem, które mimowolnie się nasuwa, są filmy Wojciecha Smarzowskiego. Nie tylko z powodu malowniczej libacji, jaką sfilmował Bykow. Również z powodu wyrazistych postaci które zmieścił w filmie. Postaci trochę śmiesznych (ale niewiele, Bykow nie puszcza do widza oka tak jak Smarzowski) i bardzo strasznych. No to wyobraźcie sobie kino moralnego niepokoju w poetyce Smarzowskiego...

Po obejrzeniu „Durnia” chciałoby się ufać, że to film nieco przerysowany (tak jak swoje filmy robi wspomniany reżyser „Wesela”). W kilku momentach ludzka bezczelność jest w nim trochę naciągana. Ale to drobiazgi. Ludzie są w tym filmie niepokojąco prawdziwi (jak u Smarzowskiego), a efekt tego niepokojąco ponury. Bo jeśli dureń to ktoś kto otaczającego świata nie rozumie, zrozumieć i przystosować się do niego nie chce, to Dima rzeczywiście jest durniem. Ale wtedy to, czy ten symboliczny blok mieszkalny ostatecznie runie, nie ma większego znaczenia. W zasadzie – jak mówi inny inżynier w filmie – on już się wali.

Film wszedł do kin w piątek. Do zobaczenia koniecznie!

Scena warta uwagi:

Bykow jest doskonałym opowiadaczem historii. Wszystkie mają sens i w rozwijającej się fabule pełnią istotną rolę. Mnie bardzo podobała się jedna z ostatnich w filmie, gdy Dima biega po budynku i ostrzega mieszkańców. Jest emocjonująca i świetnie ilustrowana muzyką – niepokojącym, mocno bijącym klawiszami fortepianem. Muzyka to zresztą bardzo mocny atut filmu. Jej autorem jest... Jurij Bykow.



00:42, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2015

(Inherent Vice, 2015)

Reżyseria: Paul Thomas Anderson

Scenariusz: Paul Thomas Anderson na podstawie książki Thomasa Pynchona

Grają (ci istotni): Joaquin Phoenix, Josh Brolin, Owen Wilson, Reese Witherspoon, Katherine Waterson, Benicio Del Toro, Eric Roberts

7/10

„Mniej więcej po pół godzinie filmu zdacie sobie sprawę, że będziecie go musieli obejrzeć jeszcze raz” - zaczyna swoją recenzję Robbie Collin w „The Telegraphie”. Pół godziny to i tak nieźle. Idąc do kina przygotujcie się na film bez rozwijającej się powoli, ale płynnie, często zaskakującej, choć błyskotliwie inteligentnej i niespodziewanie spójnej historii, jak to zwykle bywa w kryminałach neo-noir. Jest dokładnie odwrotnie. „Wada ukryta” nie ma sensu. Gdyby jakoś spróbować powiedzieć o czym jest film, trzeba wspomnieć o prywatnym detektywie 9rzecz dzieje się na początku lat 70-tych gdzieś w Kalifornii, Doc Sportello więc nie pije – nałogowo – ale jest za to wiecznie najaranym hipisem), który nagle ma do rozwiązania trzy sprawy, pozornie ze sobą niezwiązane. Tyle że wbrew klasycznemu kryminałowi każde sprawdzenie śladu, rozmowa z ważnym świadkiem, przypomnienie sobie zapomnianego wcześniej szczegółu, nie posuwa sprawy do przodu, tylko wszystko jeszcze bardziej gmatwa, komplikuje i kompletnie nic nie wnosi. A najdziwniejsze jest to, że dzięki temu film jest superfajny.

Film Andersona to pierwsza próba ekranizacji powieści jednego z najbardziej docenianych ale też kontrowersyjnych, ale w końcu też i tajemniczych amerykańskich pisarzy, Thomasa Pynchona. Ponoć (tak twierdzą recenzenci, nie czytałem) udana, tym bardziej, że proza Pynchona uchodzi (uchodziła) za nieprzekładalną na kliszę filmową. Prawdę mówiąc to cud – biorąc pod uwagę poprzedni akapit – że ten film się Andersonowi udał. Ale się udał. Mamy coś pomiędzy „Chinatown”, „Big Lebowskim” a „Las Vegas Parano”. Kryminał, w którym widz się gubi, próbując na własną rękę domyślać się o co chodzi, za to odpręża się próbując chłonąć absurdy Ameryki z lat 70-tych (w pewnym sensie, pod tym względem, ten film trochę przypomina... „Misia”). Tytułowa „wada ukryta” to termin wzięty z fizyki, używany też m.in. w naukach prawnych, oznaczający nieusuwalną cechę danego obiektu, która ostatecznie doprowadzi ten obiekt do rozpadu (metal rdzewieje – taka jego natura). Anderson nie mógł zrobić spójnego filmu, ekranizując Pynchona. Pynchon nie mógł napisać spójnej historii, opisując amerykańskie społeczeństwo...

Scena warta uwagi:

Doc Sportello jedzie samochodem z zakrapianej alkoholem i upudrowanej narkotykami imprezy, ze swoim asystentem (o którym niewiele wiadomo), dentystą-pedofilem oraz pewną nieletnią dziewczyną. Zostają zatrzymani do kontroli przez policjanta. Nie wiem nawet jak tę scenę opisać, bo ona nie ma żadnego sensu. Ale to cały film w pigułce.



wtorek, 05 maja 2015

(The Search, 2014)

Reżyseria: Michel Hazanavicius

Scenariusz: Michel Hazanavicius

Grają (te istotne): Berenice Bejo, Annette Benning

9/10

Prawdopodobnie od czasu obejrzenia "Grbavicy" nie widziałem równie przejmującego filmu o wojnie. Hazanavicius postanowił odpowiedzieć dwie szalenie proste historie. Jedną z perspektywy Hadżiego i Raisy, dziewięciolatka i jego starszej siostry, którym Rosjanie zabili rodziców. Drugą z perspektywy Koli, dziewietnastolatka wysłanego na front do Czeczenii. Film jest tak skonstruowany, że trzy proste prawdy - obaj są ofiarami wojny, świat miał i wciąż ma (dlaczego na taki film trzeba było czekać półtorej dekady?) Czeczenów gdzieś, wreszcie że pomoc czasem polega na sprezentowaniu choć najmniejszego fragmentu normalności gdy wszystko dookoła się wali - wbijają się do głowy i nie chcą z niej wyjść. Niby to oczywiste rzeczy, o których każdy wie, ale ile niektorzy reżyserzy muszą się namęczyć żeby je pokazać w filmie. Francuzowi przychodzi to z niesamowitą łatwością. To film tak dokładnie przemyślany, że widz przez niego płynie. "Artysta", czyli poprzedni film Haznaviciusa, który trzy lata temu zgarnął Oscara - choć nikt mu nie dawał na to szansy, bo jakim cudem miałby wygrać czarno-biały, niemy film - był perfekcyjnie prowadzoną opowieścią, bez zbędnych scen. Ostatnio, w rozmowie z jednym z wiernych czytelników „Filmotatnika”, wpadliśmy na określenie (które bardzo mi się podoba), że taki film jest „dobrze zredagowany”. „Rozdzieleni” są filmem zredagowanym perfekcyjnie.

To film wybitnie antyrosyjski, w obu wspomnianych wątkach. Ale z kina wychodzi się z przeświadczeniem, że rzetelny film o wojnie w Czeczenii musi taki być. Inaczej po prostu się nie da. Hazanavicius zrobił też zresztą film oskarżycielski względem całego świata, który do Czeczenii odwrócił się plecami. Świat nie pozostał dłużny. Film, po premierze w zeszłorocznym Cannes, został ostro skrytykowany (reżyser zresztą później nieco go przemontował, m.in. zakończenie, co chyba wyszło mu na dobre, bo to zakończenie jest świetne). Recenzje były słabe. „Guardian” zarzucił filmowi wybiórczość. Nic bardziej mylnego. W tym filmie mieści się więcej niż w większości innych filmów wojennych. Wątek Hadżiego to wszystko co warto powiedzieć o bezsensie wojny. Wątek Koli, to wszystko co warto powiedzieć o bezsensie wojska, opowiedziane równie mocno jak zrobił to Stanley Kubrick w „Full Metal Jacket”. Reżyser miał też olbrzymie szczęście do aktorów. Nie tylko do swojej żony Berenice Bejo, czy nieco zapomnianej ostatnio Annette Bening, ale choćby do grającego małego Hadżiego Abdula Khalima Mamutsiewa, który słowa nie mówił po francusku i angielsku, a mimo tego (a może dzięki temu) wypada rewelacyjne.

Istnieje pewien kanon filmów wojennych – takich najbardziej poruszających. W moim prywatnym rankingu „Rozdzieleni” zasługują na miejsce na samym topie, gdzieś pomiędzy „Aleją Snajperów” Michaela Winterbottoma, „Shooting Dogs” Michaela Catona-Jonesa, czy uwielbianą przeze mnie „Cienką czerwoną linią” Terrence'a Malicka. A sam Hazanavicius, który przecież jest na dobrą sprawę reżyserem komediowym, pokazał niesamowitą zdolność opowiadania w prosty sposób, piekielnie pokomplikowanych historii. Czekam na więcej.

Scena warta uwagi:

Mnóstwo, po prostu mnóstwo. I wszystkich nie wymienię, więc może warto zaznaczyć tę, która może umknąć. Helen, kierowniczka punktu Czerwonego Krzyża, widzi przez okno jak na podwórku biją się chłopcy. „Pójdę tam” - mówi jej asystent, ale ona go powstrzymuje. Dlaczego? Z ławki całej scenie przygląda się Raisa, siostra Hadżiego. Raisa od wielu dni chodzi jak zombie, zrezygnowana, straciła całą rodzinę i nie może odszukać brata. Początkowo tylko bezmyślnie wpatruje się w chłopców. Ale po chwili wstaje i ich rozdziela. To ten moment, kiedy Raisa – nieważne jak bardzo banalnie to brzmi – odzyskuje chęć do życia. A Helen – nieważne jak patetycznie to brzmi – widzi z okna jak jedna duszyczka zostaje uratowana.

P.S. Taka ciekawostka. „Rozdzieleni” to scenariusz oparty po części na filmie Freda Zinnemana pod tym samym tytułem („The Search”) z 1948 r. W tamtym, dziejącym się w powojennych Niemczech, świeżo wyzwolona z obozu koncentracyjnego matka, szuka zaginionego 9-letniego synka.



02:09, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 maja 2015

(Child 44, 2015)

Reżyseria: Daniel Espinosa

Scenariusz: Richard Price na podstawie powieści Toma Roba Smitha pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Tom Hardy, Noomi Rapace, Gary Oldman, Fares Fares, Agnieszka Grochowska, Vincent Cassel

2/10

Spełniły się niestety wszelkie obawy, które miałem, idąc do kina. Istnieje długa litania filmów, które udowadniają jak bardzo Amerykanie nie rozumieją Związku Radzieckiego – systemu, ludzi, tamtejszej rzeczywistości. Zgoda, nie jest to łatwe. System był absurdalny, jego quasilogika wynikała z jego nielogiczności i wewnętrznych sprzeczności. Ale nic nie stoi na przeszkodzie by reżyser ze scenarzystą poczytali sobie Orwella, Koestlera, „Archipelag Gułag”, cokolwiek... Tymczasem co jakiś czas trafiają na ekrany różne próby sfilmowania ZSRR, pełne bzdur, biorących się zapewne z tego, że według przeciętnego Amerykanina Moskwa w latach 30-tych, 40-tych, czy 50-tych niespecjalnie różniła się od Nowego Jorku, tyle, że chodzili w mundurach i mówili w dziwnym języku. Stąd np. we „Wrogu u bram” (dzieło wybitne pod względem idiotyzmów) można oglądać centrum handlowe w Stalingradzie, a Nikta Chruszczow, grany przez Boba Hoskinsa, organizuje konferencję prasową dla radzieckich dziennikarzy (!). W „Hannibalu. Po drugiej stronie maski” (filmie żenującym całokształtem, nie tylko z tego powodu) główny bohater, jako dziecko, ucieka – a jest druga połowa lat 40-tych, lub pierwsza 50-tych – z Litwy do Paryża, co ilustruje linia na mapie żywcem wzięta z „Indiany Jonesa”. Tak. Przez granicę polską, enerdowską, erefenową i potem francuską, jakby jechał z Bostonu do Filadelfii. „System” niestety zajmuje poczesne miejsce wśród tych tytułów.

Najdziwniejsze, że podobno (nie czytałem) książka jest całkiem niezła. Nie mogę w to uwierzyć, bo film irytuje nie tylko niezrozumieniem realiów. Aktorzy próbują mówić z rosyjskim akcentem, a ponieważ nie umieją (nieśmiertelne „na zdrowie” porządnie wypowiada tylko Grochowska), a w dodatku niektórzy nie próbują, to właściwie nie wiadomo po co. Fabuła wlecze się niesamowicie, jest nieciekawa i nielogiczna, kończy się absurdalnie. Wreszcie twórcy nie mogli się zdecydować czy chcą zrobić thriller, czy romansidło. Mimo niezłych zdjęć i fajnej obsady, to jest bardzo zły film i jeśli chcecie oszczędzić sobie nerwów, omijajcie kino.

Scena warta uwagi:

Szef głównego bohatera, kagiebisty (mamy 1953 rok, więc powiedzmy, że póki co oficera MGB) podsumowując dochodzenie swojego podopiecznego, uspokaja go mówiąc jak to śledztwo opisze moskiewska „Prawda”. WTF?



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi