środa, 18 maja 2016

Tegoroczny festiwal Millennium Docs Against Gravity udowadnia, że żeby film dokumentalny był dobry, nie musi pokazywać wzajemnie mordujących się ludziach w Afryce Subsaharyjskiej, względnie w Iraku, Syrii lub Ameryce Łacińskiej. Choć wydaje się, że dokument opowiedział już każdą historię i powoli staje się częścią popkultury, która, jak wszystkie inne, dla przyciągniecia uwagi musi szokować, to na „docsach” łatwo można się przekonać, że to błąd. Pomysł i bohatera lub bohaterów można znaleźć wszędzie, potrzeba tylko umiejętności by ich złożyć w film.

Tak wyszło, że „Filmotatnik” póki co wybiera dokumenty ze wszech miar europejskie, a żaden nie może być chyba bardziej europejski niż „Demokracja”. To film o procesie legislacyjnym w Parlamencie Europejskim (tak, wiem, część z was już machnęła ręką, niesłusznie). Kamera przez dwa lata towarzyszy Janowi Philippowi Albrechtowi, niemieckiemu europosłowi „Zielonych”, który jako sprawozdawca dyrektywy dotyczącej ochrony danych osobowych tworzy nowe prawo, negocjując przepisy z Komisją Europejską, Radą, ugrupowaniami w Parlamencie, lobbystami, prawnikami, NGO'sami, wielkimi korporacjami i wszystkimi świętymi. Albrecht, przypominający raczej studenta niż polityka, wykonuje gigantyczną pracę. Nie mniejszą wykonuje reżyser David Bernet, który zmontował film wzorowo, nie bez poetyckich, ale niezwykle pasujących wstawek z trawników sprzed unijnych instytucji.

To wiele filmów w jednym. Vademecum tego, do czego i komu służą w dzisiejszym świecie dane, które dobrowolnie udostępniamy w internecie. Ale też fascynujący przewodnik po zasadach funkcjonowania Unii Europejskiej, przy których polskie, „nocne” prawodawstwo przypomina więc jaskiniowców. Opowieść, która udowadnia, że przypisywany Bismarckowi bon mot o kiełbasie i polityce nie musi się wcale odnosić do tej drugiej, a jeśli kiedykolwiek śmialiście się z tego, ze w UE ustalają stopień krzywizny bananów, to ja wam powiem, że skoro ustalają, to pewnie mają ku temu ważne powody i skłaniam się ku temu, ze banany powinny się dostosować.

Na „Demokrację” warto więc pójść, a jeśli jesteście studentami politologii, dziennikarstwa, prawa, czy innego mało perspektywicznego kierunku, to wręcz wasz obowiązek. To film ważny o ważnych sprawach. Nie mniej ważne, choć tym razem niezwykle osobiste kwestie porusza drugi z dotychczasowych hitów festiwalu wg Filmotatnika. Bohaterami „Nurkowania w nieznane” jest grupa fińskich nurków jaskiniowych, którzy wracają do jaskini w północnej Norwegii, którą eksplorowali kilka tygodni wcześniej. Wtedy zdarzył się wypadek i zginęło dwóch ich kolegów. Teraz czwórka pozostałych przy życiu chce wydobyć ciała, które utknęły 140 metrów pod ziemią.

W opowieść Finów widz zagłębia się jak w jaskinię, poddając się nierzeczywistemu wrażeniu, że ich pasja graniczy z szaleństwem. Trudno o bardziej niebezpieczny sport, bo nurkując w jaskini nie traci się życia przez niewiedzę lub nieuwagę, ale wtedy, gdy puszczą nerwy. A zdjęcia zapierają dech w piersiach, co może w tym wypadku nie jest najszczęśliwszym określeniem.

Oba filmy wciąż są do obejrzenia, bo organizatorzy prawie każdemu z blisko setki tytułów zaplanowali kilka emisji. Warto. A Filmotatnik może w ciągu najbliższych kilku dni przeprosi się z Afryką, a nuż coś ciekawego się tam zdarzy...



00:49, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 maja 2016

(Jurassic World, 2015)

Reżyseria: Colin Trevorrow

Scenariusz: Rick Jaffa, Amanda Silver, Derek Connolly

Grają (ci istotni): Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Omar Sy

2/10

Wszystko w tym filmie jest nielogiczne. Jest park z dinozaurami, dokładnie taki jak ten, co kiedyś skończył się katastrofą, bo tamtejsze dinozaury uciekły (i wszyscy są zdziwieni, kiedy znów uciekają). Jest wielki, zmodyfikowany genetycznie superdinozaur, jeszcze krwawszy jak tamte raptory, które zjadały ludzi (i wszyscy są zdziwieni, że ten też zjada). Jest wreszcie seksowna i władcza zarządczyni parku, oraz umięśniony zaklinacz dinozaurów z karabinem, którzy z jakiegoś powodu się posprzeczali, ale wystarczy, totalna ruina, kilka ucieczek przed zębiastymi potworami i dwoje uratowanych dzieci siostry zarządczyni żeby – uwaga spojler – zeszli się z powrotem. Pominąłem kilka absurdów, na które widz wpaść przed filmem po prostu nie może, z których tresowane raptory są akurat najmniejszym. Finałowa scena, w której brakuje tylko, żeby przy dźwiękach godnych „Szeregowca Ryana” tyranozaur i raptor przybiły sobie „piątkę”, jest szczytem pomieszania z poplątaniem. Technicznie ten film zasługuje na wyższą notę, ale z powodu głupoty wyżej ocenić się go nie da.

Jest pewien problem z filmami, które się pamięta z czasów dzieciństwa, gdy oglądało się je z wypiekami na twarzy (a takim był „Park Jurajski”), a które po latach są reanimowane. Ale nie polega on na tym, że wtedy wiele rzeczy się wybaczało, innych nie dostrzegało, a teraz, po dwudziestu latach podchodzi się bardziej krytycznie. Problem w tym, ze ludzie, którzy się biorą za remake'i tematu, zwykle chcą zrobić coś „bardziej”, „efektowniej” i „lepiej”. A ponieważ nie umieją, robią to bez wyczucia i korzystają z wielokrotnie zgranych schematów, bo nic nowego wymyślić nie są w stanie, wychodzi farsa. „Park Jurajski” był odkrywczy, efektowny, przemyślany i wreszcie, nie można o tym zapominać, grali tam prawdziwi aktorzy (Sam Neil, Laura Dern, Jeff Goldblum czy Richard Attenborough), a nie jakieś substytuty. To są popłuczyny.

Scena warta uwagi:

Polecam ostatnią. Siła złego na jednego. Ponieważ najmądrzejszy w tym filmie jest dinozaur (z pomysłami na fortele godnymi Zagłoby), można go było załatwić wyłącznie kupą i znienacka.

23:29, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2016

(Inhebbek Hedi, 2015)

Reżyseria: Mohamed Ben Attia

Scenariusz: Mohamed Ben Attia

Grają (ci istotni): Majd Mastoura

8/10

Zaskakująco inteligentny i błyskotliwie skonstruowany debiut, który reżyserowi przyniósł nagrodę na festiwalu w Berlinie, właśnie dla najlepszego debiutanta, a Majda Mastourę nagrodzono za rolę. "Hedi" został też uznany za najlepszą fabułę zakończonego niedawno warszawskiego festiwalu "Afrykamera". Tytułowy bohater właśnie się żeni, choć przyszła połowicę zna ledwo. Małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziny, młodzi się lubią, ale niewiele o sobie wiedzą, przez trzy lata znajomości nigdy nie mieli okazji poważnie porozmawiać. Hedi to cichy, na pierwszy rzut oka gapowaty 25-latek, który pensję oddaje dominującej matce, a pracę ma dzięki obrotnemu bratu. Takie życie, w którym oparcie i bezpieczeństwo gwarantuje ci tradycja i rodzina, jest wygodne. Ale Hediemu zaczyna to w pewnym momencie przeszkadzać, a ułożone życie wywraca się do góry nogami, gdy poznaje bliżej pewną opiekunkę grup turystów, pracującą w nadmorskim hotelu.

Historia, choć zanurzona w rzeczywistości porewolucyjnej Tunezji, jest uniwersalna. Pod każdą szerokością geograficzną znajdzie się jakaś żyjąca pod kloszem 25-letnia mameja, niby dorosły facet, ale głownie z wygody, zachowujący się tak, jakby czas stanął w miejscu dekadę wcześniej. I zawsze w końcu zaczyna mu ten stan doskwierać. Tylko że to jedynie pierwszy poziom filmu. "A jeśli ten Hedi to Tunezja?" - zapytał mnie współoglądający. I trudno się od takiego, metaforycznego spojrzenia uwolnić. Byłby to wiec film o kraju, który musi właśnie wybrać miedzy doskonale znaną i bezpieczną tradycją a zachodnią, będąca na wyciągnięcie ręki, nowoczesnością. Niepewną, ale i pociągającą. Kraju, który może nawet nie chce dokonywać teraz takiego wyboru, ale nie od niego zależy, że właśnie teraz przed nim stanął. To przesłanie jest przemycane przez pryzmat prostej historii skromnego dealera samochodów w sposób niesamowicie spójny i choćby dlatego warto ten film obejrzeć.

Scena warta uwagi:

Fajne są te wszystkie momenty, w których reżyser pokazuje Tunezję, kraj w niezwykły sposób zawieszony między Europą a Maghrebem. Np. plaże i hotele prawie w pełni sezonu ale jednak puste, co jest pewnie efektem zamachów. Albo gdy Hedi wspomina jak poszedł na demonstrację.

22:33, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi