środa, 11 czerwca 2014

(Feuchtgebiete, 2013)

Reżyseria: David Wnendt

Scenariusz: Claus Falkenberg i David Wnendt na podstawie powieści "Feuchtgebiete" Charlotte Roche

Grają (ci istotni): Carla Juri, Christoph Letkowski, Meret Becker, Axel Milberg

4/10

Jeśli mdlejecie na widok krwi, latających flaków i skaczących cycków, ten film nie jest dla was. Jeśli uważacie się za kozaków, którzy nie mdleją, to nie widzieliście jeszcze tego filmu. Nie da się ukryć, że jedzie po bandzie i wymaga mocnych nerwów. Jest w nim jedzenie nago arbuza z podłogi, mordowanie szczura za pomocą futryny, a także jazda na longboardzie w jadącym metrze. I inne rzeczy, nawet gorsze.

Problem w tym, że gdy weźmiemy w nawias wszystko to co w filmie związane jest z płynami ustrojowymi, pozostaje nam historia raczej przeciętna. Byłaby taka, gdyby ekshibicjonizmu w nim nie było, a jego obecność, w żaden sposób jej poziomu nie podnosi. Można było zrobić całkiem dobrą komedię (no może „komediodramat”) o mocno dysfunkcjonalnej rodzinie. Zaczątki takiej są. Ale tak naprawdę po każdym z bohaterów prześlizgujemy się powierzchniowo, choć każdy – i neurotyczna matka, i ojciec-sybaryta, nawet brat-niemowa – mógłby być osobnym, ciekawym tematem. Główna bohaterka też w sumie wychodzi na rozwydrzoną nastolatkę, choćby wiem jak mocnymi teoriami tłumaczono wykonywany przez nią szantaż otoczenia hemoroidami. Zakończenie jest cukierkowe, jak to w niemieckim filmie.

Scena warta uwagi

Szkoda tym bardziej, że niejedna scena jest absurdalnie zabawna, np. ta z małą Helen na wakacyjnej plaży opaloną w sposób, będący dowodem na nieczułość ojca. Jest jeszcze kilka innych scen, które niestety sprawią, że niejeden widz tej nie doceni, bo do niej nie dotrwa.



22:21, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 czerwca 2014

(Heleno, 2011)

Reżyseria: Jose Henrique Fonseca

Scenariusz: Fernando Castets, Felipe Braganca

Grają (ci istotni): Rodrigo Santoro, Angie Cepeda

5/10

Nie do końca wiadomo co w jego życiorysie jest prawdą, a co fałszem. Zapewne prawdziwa jest ta historia, że skaut Botafogo wypatrzył go na Copacabanie żonglującego pomarańczami. Najpewniej prawdziwa jest ta, że podczas krótkiego pobytu w Junior Baranquilla w 1950 r. zaprzyjaźnił się z Gabrielem Garcią Marquezem, który akurat zaczął pracę w tamtejszym El Heraldo i opisywał m.in. przyjazd Heleno do kolumbijskiego klubu. Pewnie to wydumane, że podczas gry w Boca Juniors zdarzył mu się romans z Evitą Peron. Niepodważalne jest, że w czasie 235 meczów dla Botafogo Heleno de Freitas strzelił 209 goli, że w 18 występach w reprezentacji trafiał 19 razy, że tłumy go kochały i przydomek Ksiązę Rio nie wziął się z przypadku. Ale jednocześnie nigdy nie był mistrzem stanu Paulista, a jego Brazylia dwa lata z rzędu przegrywała z Argentyną finał Copa America. Nigdy też nie zagrał na mundialu – w 1938 r. był za młody, dwa kolejne turnieje odwołano, a w 1950 r. powoli niszczonego przez nałogi, mającego problemy emocjonalne piłkarza nie powołano do kadry. O wyniku Maracanazo dowiedział się z gazet. Kto wie, co by było, gdyby...

W filmie futbolu zbyt wiele nie ma. Jest historia króla życia, który powoli zsuwa się na samo dno. A że geniuszowi, który wszystkich dokoła uważa za patałachów trudno pomóc, bo gardzi pomocą od kogokolwiek, koniec jest dość jasny. Niestety, choć filmowcom historia powinna się nakręcić sama, to „Heleno” jest raczej mdły. Główny bohater ani ziębi, ani grzeje, choć grający go Rodrigo Santoro [poniżej zagadka dla uważnych, choć bez nagród – red.], wraz z charakteryzatorem, starają się jak mogą. Ale nawet nie mogę się zdecydować, czy to, że film jest czarno biały mi pasuje, czy może wolałbym Brazylię lat 40-tych i 50-tych w kolorze.

Scena warta uwagi:

„Heleno stał tyłem do bramki. Piłka spadła mu na pierś. Odwrócił się, nie pozwalając spaść jej na ziemię. Jego ciało się wygięło, ocenił sytuację. Między nim a bramką stał tłum. W polu karnym Flamengo było w tym momencie więcej ludzi niż w całej Brazylii. Wiedział, że jeśli piłka spadnie na murawę, będzie stracona, zaczął więc iść. I spokojnie przechodził przez wrogie zasieki, wyginając się i nie pozwalając piłce sturlać się z klatki piersiowej, a żaden z rywali nie był w stanie mu jej wytrącić bez faulu. Kiedy wszedł w pole bramkowe, wyprostował się, piłka zsunęła mu się na stopę i strzelił gola” - tak jego gola w meczu z Flamengo zapamiętał dziennikarz Mario Filho, a opis trafienia trafił do książki „El futbol a sol y sombra” Eduardo Galeano. Scena z tym golem pojawia się w filmie wiele razy, jako jedna z niewielu scen na boisku.

P.S. Konkurs/zagadka dla uważnych (bez nagród): W jakiej hollywoodzkiej superprodukcji, nakręconej siedem lat temu i w jej tegorocznej kontynuacji, i jaką rolę zagrał Rodrigo Santoro? Kto pozna?



23:26, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 czerwca 2014

(Mega Snake, 2007)

Reżyseria: Tibor Takacs

Scenariusz: Avi Lerner, Oren Senderman

Grają (ci istotni): darujmy sobie...

1/10

Dumna i dzielnie stawiająca czoło przeciwnościom losu Ameryka wyrosła z zasad wciąż pielęgnowanych na rodzinnej, małomiasteczkowej prowincji. Jeśli jednak ta prowincja w rzeczywistości choć trochę przypomina małe miasto w stanie Tennessee (udawane w filmie przez bułgarskie lasy, bo dla utrzymania kosztów w ryzach SciFi nakręciło ten film telewizyjny pod Sofią), to nie ma dla USA nadziei... Jakkolwiek zaskakująca dla mieszkańców jest informacja, że ich miasto atakuje tytułowy megawąż (przyznaję, można stracić głowę) to zachowują się wobec tego faktu idiotycznie. W węża wierzy tylko główny bohater (rzecz jasna), jego miłość życia (policjantka, która niespodziewanie wyjawia, że ma doktorat z zoologii) i indianin, któremu węża ukradziono. Reszta przekonuje się o zagrożeniu gdy jest zjadana. Zaczyna się od kota, potem jest mama głównego bohatera, kury, pies, brat głównego bohatera, rodzina piknikująca nad jeziorem, kilku policjantów, a potem megawąż atakuje miejski festyn, więc leci hurtowo. Zdradzę wam finał – wszystko kończy się dobrze, również jeśli chodzi o mocno zarysowany wątek romantyczny.

Byłem bardzo otwarty względem tego filmu, tym bardziej, że nie jest to prosta krwawa jatka. Autorzy natrudzili się, by stworzyć skomplikowany background. Szukałem plusów. Przestałem gdzieś po kwadransie, gdy po raz trzeci szczerze buchnąłem śmiechem. Zapamiętajcie podstawową zasadę dotyczącą wielkiej ogólnej teorii kina. Najgorsze filmy świata prawie zawsze albo dotyczą jakiegoś przerośniętego zwierzęcia, albo są kooprodukcjami amerykańsko-bułgarskimi. „Megawąż” w malowniczy sposób łączy obie przesłanki. Szukając informacji na jego temat trafiłem na recenzję w specjalistycznym (?) serwisie animalattack.pl, w której autor podsumowuje [cytuję oryginał – red.]: „...jest to naprawdę niezłe „dziełko” – na pewno lepsze niż dwa wcześniejsze filmy Węgra zatytułowane „Ice Spiders” i „Kraken: Tentacles of the Deep” i stąd też oceniam je na lekko naciąganą trójkę z plusem. Fani filmów z wężami powinni być w jakimś tam stopniu usatysfakcjonowani a reszta zanim postanowi ów obraz obejrzeć niechaj się dwa razy zastanowi...”.

Błagam, nie oglądajcie „Ice Spiders”, ani „Kraken: Tentacles of the Deep”. Ja nie obejrzę, bo się boję.

Scena warta uwagi:

„Twierdzisz, że zabiłem własną rodzinę!?”, „Nie ja to powiedziałem...”, „Dobrze Sherlocku, to kto według ciebie wytłukł wszystkie kury?”, „Nie wiem, może kot”, „Taaak? A kto zabił kota?”, „Może pies?”, „A kto zabił psa? Nie, nic nie mów! Oczywiście, według ciebie zabiłem też psa!” „Jak dla mnie to oficjalne przyznanie się do winy, szkoda, że nie przyniosłem dyktafonu...”



21:58, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi