czwartek, 25 czerwca 2015

(The Face of an Angel, 2014)

Reżyseria: Michael Winterbottom

Scenariusz: Paul Viragh

Grają (ci istotni): Daniel Bruhl, Kate Beckinsale, Cara Delevingne

7/10

Michael Winterbottom nakręcił film o samym sobie. O reżyserze, który jedzie do Sieny (miasto jest bardzo ładnie pokazane) i przygląda się sądowemu procesowi brytyjskiej studentki. Ta, razem z chłopakiem, została oskarżona o zamordowanie koleżanki. Media szaleją, bo rzekoma zabójczyni jest młoda i ładna, tak samo jak jej ofiara, jest wątek erotyczny, czyli wszystko co istotne. Jeśli już rozpoznajecie w tej historii sprawę procesu Amerykanki Amandy Knox, to wszelkie podobieństwo jest zamierzone. Filmowy reżyser Thomas Lang poza przyglądaniem się procesowi, wsiąka w środowisko międzynarodowych dziennikarzy, którzy go relacjonują i szlaja się po Sienie, poznając różne indywidua. Dostał zadanie nakręcenia thrillera i szuka pomysłu na scenariusz. Z tym że im bardziej szuka, tym bardziej chciałby zrobić dramat psychologiczny, a producenci żądają od niego krwi.

Dwie rzeczy Winterbottom chce tym filmem powiedzieć. Po pierwsze, że jeśli jesteście ojcami, to macie przerąbane, bo nie wiadomo, co z waszej córki wyrośnie. Słowa o tym, że cała ta sprawa (morderstwa, procesu) jest najtrudniejsza dla rodziców, padają gdzieś na początku filmu. Tyle że ten wątek jest akurat słaby. Dużo ciekawszy jest medialny cyrk, który od początku towarzyszy całej sprawie, w którym najmniej ważne jest to, by dowiedzieć się co wydarzyło się w filmowej Sienie (a naprawdę w Perugii). Prawda nie interesuje ani dziennikarzy, którzy relacjonując temat gonią za sensacją, choć to świetni dziennikarze i są w stanie rzetelnie całą sprawę opisać. Prawda nie obroni się w sądzie – oceniającym bardziej wrażenia, niż dowody - gdzie wszyscy przechodzą do porządku dziennego nad tym, że filmowa oskarżona przegrała w pierwszej instancji, bo ubrała się wyzywająco, a apelację pewnie wygra, bo zaczęła do sądu przychodzić w stroju grzecznej dziewczynki. Prawda nie obchodzi też producentów filmu, którzy słuchając wizji Thomasa, tylko potakują z uśmiechem, dopytując się, czy zabiła i kto w filmie będzie złym charakterem. Bardzo to niepokojące.

Film, w rozpoczynającej się letniej bryndzy, jest na pewno wart uwagi. Lepszy niż się spodziewałem. Zresztą Winterbottoma zawsze, mam wrażenie, dobrze się ogląda.

Scena warta uwagi:

Poza tymi w których jest Kate Beckinsale (rzecz jasna z jej powodu), wszystkie te, w czasie których główny bohater, naćpany lub nie, traci kontakt z rzeczywistością. Zwłaszcza ta pierwsza.

P.S. Sam tytuł, co też ciekawe, można rozumieć na dwa sposoby. Jeden z dziennikarzy w filmie zauważa, że „aniołem” nazywa się w czasie procesu nie zamordowaną dziewczynę, ale oskarżoną, co podbija słupki sprzedaży tabloidów. Z drugiej strony Winterbottom tak często pokazuje właśnie ofiarę, jakby chciał zwrócić honor i okazać szacunek właśnie jej. Zresztą na samym końcu zadedykował film zamordowanej naprawdę Meredith Kercher.

niedziela, 21 czerwca 2015

(Noah, 2014)

Reżyseria: Darren Aronofsky

Scenariusz: Darren Aronofsky, Ari Handel

Grają (ci istotni): Russell Crowe, Jennifer Connelly, Emma Watson, Ray Winstone, Anthony Hopkins

5/10

Film najbardziej nie spodobał się społeczności afroamerykańskiej, bo w biblijnej przypowieści są sami biali. „W przedstawionym w filmie świecie ratują się tylko biali... Bóg chyba nie stworzył właśnie takiego świata” - pytała Anthea Butler, profesor studiów religijnych i afrykańskich na Uniwersytecie Pensylwania. Nie spodobał się też amerykańskim kreacjonistom, rozjuszonym wątkami ekologicznymi i oskarżającym Aronofsky'ego o skryte sprzyjanie zielonym ekstremistom. Co do muzułmanów to film został zakazany w Bahrajnie, Kuwejcie, Katarze, Arabii Saudyjskiej, Malezji i Indonezji. Spodobał się za to kalifornijskim rabinom, a np. arcybiskup Canterbury Justin Welby nazwał go „interesującym i skłaniającym do myślenia”.

A prawda jest taka, że Darrena Aronofsky'ego stać na dużo więcej. Podziwiam umiejętność rozciągnięcia czterech rozdziałów z Księgi Rodzaju na ponad dwugodzinny film (porównywalna chyba ze zdolnością Petera Jacksona do zrobienia z „Hobbita”, dość cienkiej przecież książeczki, trzech filmów), ale jego dzieło na kolana nie rzuca. Jest raczej dość ugrzeczniony. Choć owszem pyta o charakter człowieka, jego miejsce w świecie i stosunek względem Boga, to odpowiedzi są raczej niekontrowersyjne, takie w sam raz pasujące do hollywoodzkiej superprodukcji, która musi skończyć się dobrze. Przemknęła mi myśl, że to po to by zrobić sequel (materiału jest sporo, jakby producenci chcieli, to mogli zrobić więcej części niż „Szybkich i wściakłych”, a i prequel można zrobić). Ewentualnie można tylko chwalić reżysera, że nie popłynął w wymyślanie na siłę scen do zaprezentowania efektów specjalnych. Te które są, są wykorzystane dobrze. Ale więcej okazji do pochwał nie widzę.

Scena warta uwagi:

Ciekawa jest pierwsza rozmowa Noego i Tubal-Kaina. Takie starcie dwóch bardzo ludzkich postaw. Jakby punktem wyjścia dla filmu było np. to, że Tubal-Kain ma przecież swoje racje, a nie jest po prostu głównym czarnym charakterem, to film byłby ciekawszy. Ale nie...



piątek, 19 czerwca 2015

(La French, 2014)

Reżyseria: Cedric Jimenez

Scenariusz: Audrey Diwan, Cedric Jimenez

Grają (ci istotni): Jean Dujardin, Gilles Lellouche

4/10

Zaczyna się od takiej sceny: słońce, wybrzeże Morza Śródziemnego, wiatr, autostrada, rok 1975, muzyka, dwóch motocyklistów wyprzedza kolejne samochody, wreszcie zmusza jeden z nich do zatrzymania się, po czym jeden z dwóch mężczyzn w kasku strzela kilka razy do kierowcy, poprawia z bliska, po czym odjeżdża. Tak Korsykanie w Marsylii w latach 70-tych rozwiązywali problemy. Klimat w filmie jest świetny. Muzyka, urywki z telewizji z tamtych lat, stylizacja (warto zwrócić uwagę, że logo wytwórni Gaumont, które pojawia się na samym początku filmu, pochodzi z lat 80-tych)... I chciałoby się, żeby ten film był lepszy. Niestety jest źle napisany. Łatwo można zgubić wątek, zdarzenia są naciągane, a decyzje bohaterów niezrozumiałe. To jeden z tych filmów, które przyjemnie się ogląda, ale próbując śledzić historię ma się wrażenie, że coś nie styka...

Film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i postaciach, takich jak sędzia Pierre Michel, policjant Lucien Aime-Blanc, czy gangsterzy Gaetan „Tany” Zampa i Jacky Le Mat zwany „Le Fou”. Ale tylko niektóre sceny wydarzyły się w rzeczywistości. Scenarzyści trochę puścili wodze fantazji, zaserwowali widzom coś na kształt „Francuskiego łącznika”, tyle, że widzianego od francuskiej strony. I fajnie, tylko szkoda, że zrobili film nieciekawy, który nie trzyma w napięciu. Tym bardziej szkoda, że w robieniu „polarów” (filmowa opowieść policyjna, z francuska - roman policier, jest w skrócie nazywana „polar”, albo „rompol”) mają duże doświadczenie. Zmarnowany temat.

Scena warta uwagi:

Opisałem ją na samym początku. Piosenka, przy której się rozgrywa, jest poniżej i jest świetna.



sobota, 13 czerwca 2015

(The Equalizer, 2014)

Reżyseria: Antoine Fuqua

Scenariusz: Richard Wenk

Grają (ci istotni): Denzel Washington, Chloe Grace Moretz, Marton Csokas, Melissa Leo, Bill Pullman

3/10

Były ostatnio dwa podobne filmy, w których dwie gwiazdy kina akcji (choć przecież nie tylko kina akcji), niemłode (choć przecież też nie stare), rozwalały za pomocą broni palnej, białej i własnoręcznie, tabuny rosyjskich mafiosów. O ile „John Wick” z grającym tytułowego mściciela Keeanu Reevesem był fajny i umiejętnie mrugał do widza, to opisywany tu „wyrównywacz” niestety trochę sam siebie, niecelowo, parodiuje. A szkoda. To przeniesienie na ekran filmowy wątku z amerykańskiego serialu z lat osiemdziesiatych. Robert McCall jest byłym zabójcą CIA, który teraz, na emeryturze, pomaga gnębionym przez bandziorów wszelkiej maści. Denzel Washington do grania takiego jegomościa nadaje się jak mało kto. Wiedział o tym Tony Scott, wie o tym też Antoine Fuqua.

Niestety „Bez litości” ma wszelkie wady amerykańskiej sensacji, której reżyser Fuqua jest jednym z najbardziej klasycznych reprezentantów. Tu dygresja. Antoine Fuqua to reżyser zasługujący na osobną notkę. To mistrz kiczu, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jest to kicz rozczujalący, oswojony i w pewien sposób sympatyczny („Łzy słońca”, ale też, niech będzie, „Olimp w ogniu”). Ale to jednocześnie reżyser, który zrobił jeden film absolutnie wybitny – nie ma tu z mojej strony cienia ironii – czyli „Dzień próby”. Zrobił go rzecz jasna z Denzelem Washingtonem, a ten zagrał skorumpowanego policjanta tak brawurowo, że dostał za rolę Oscara (Ethan Hawke za rolę w tym filmie dostał nominację). I do dziś zachodzę w głowę, jak to możliwe, że jeśli ktoś umie zrobić coś tak dobrego, to zwykle robi filmy tak złe. No więc „Bez litości” jest złe. Krew się leje strumieniami, głowy lecą, główny bohater morduje w zwolnionym tempie, w półcieniu, przy akompaniamencie dynamicznej muzyki, bez zbędnych ruchów. Robi to w rosyjskim klubie go-go, na portowym nabrzeżu, a także – scena finałowa – w amerykańskiej Castoramie, korzystając rzecz jasna z leżących na półkach sekatorów, wiertarki i pistoletu na gwoździe. Tylko jeśli macie na to ochotę.

Scena warta uwagi:

Uwagi warta jest wspomniana wyżej scena rozbicia rosyjskiej mafii w hipermarkecie budowlanym. A jest taką głównie z powodu muzyki, która ją ilustruje (jutub poniżej). Co jak co, ale jest fajna i pasuje. Autor, Zack Hemsey, zresztą specjalizuje się w tego rodzaju dźwiękach. Przymykam oko, że jak wielu twórców muzyki filmowej, plagiatuje sam siebie i kolejne jego utwory są bliźniaczo podobne do poprzednich. No ale fajne...

piątek, 12 czerwca 2015

(Woman in Gold, 2014)

Reżyseria: Simon Curtis

Scenariusz: Alexi Kaye Campbell

Grają (ci istotni): Helen Mirren, Ryan Reynolds, Daniel Bruhl, Katie Holmes, Jonathan Pryce

5/10

Fabularyzowana historia batalii jaką Maria Altmann stoczyła z austriackim rządem w sprawie „Portretu Adeli Bloch-Bauer” (tytułowej „Złotej damy”), obrazu namalowanego na początku XX wieku przez Gustava Klimta, zrabowanego rodzinie Bloch-Bauerów po dojściu nazistów do władzy w Austrii. Adela była ciocią Marii, tak więc film toczy się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza, współczesna, to kolejne prawne starcia, w których Marię wspiera młody prawnik, syn jej przyjaciółki. Klasyczna opowieść o tym jak do dobra jest Ameryka i jak fantastyczny i sprawiedliwy jest jej system prawny. Retrospekcje pokazują dzieciństwo i młodość Marii w Wiedniu, począwszy samego powstania obrazu, przez koszmar nazizmu, po moment, gdy decyduje się opuścić Europę i wyjechać do USA.

Film jest piekielnie nierówny. Temat jest fenomenalny, bardzo niejednoznaczny (obraz należy do rodziny Marii, został zrabowany, z drugiej strony to – to określenie pojawia się w filmie – austriacka Mona Lisa, wystawiana w muzeum, tymczasem Maria ostatecznie „Portret...” zabrała i sprzedała nowojorskiej galerii) i tym bardziej żal, jak został zmarnowany. O ile wątek wiedeński został pokazany bardzo sprawnie i jest wzruszający, to ten współczesny wypada wybitnie kiczowato. Spór sądowy jest nieciekawy (szybko okazuje się, że Maria ma rację a rząd austriacki oddać obrazu po prostu nie chce i nie ma tu żadnego napięcia bo wszystko jest jasne). Aktorsko film „wisi” na , zawsze świetnej, Helen Mirren, bo Ryanowi Reynoldsowi wydaje się, że gra szekspirowską rolę, trochę przeżywa Holocaust, trochę płacze i wygląda to dość naiwnie. Podobnie jak wszelkie próby, nieśmiałe, zmierzenia się z odpowiedzialnością Austriaków za wydarzenia sprzed siedemdziesięciu paru lat. („Przychodziłem to z ojcem na lody. Gdy miałem 15 lat dowiedziałem się, że był nazistą” - mówi dziennikarz, który pomaga Marii i jej prawnikowi). Bo USA wypadają w filmie jak ostoja prawa i sprawiedliwości i według twórców zakończenie jest pozytywne. Ja nie mam takiego przekonania.

Scena warta uwagi:

Jedna z tych, które pokazują jak bardzo twórcy zmarnowali temat, rozgrywa się już pod koniec filmu, tuż po korzystnym dla Altmann rozstrzygnięciu austriackiej komisji, która zwraca jej obraz. Maria rozmawia z prawnikiem, reprezentującym austriackie ministerstwo kultury. Wcześniej spotykała się z nim wielokrotnie, bo był jej głównym przeciwnikiem w sporze o obraz. Prawnik błaga ją, żeby nie wywoziła dzieła z Austrii, ta – obrażona – wypomina mu, że wiele razy proponowała ugodę. Prawnik tężeje i odchodzi. Żadnej próby wyjaśnienia, że austriackie państwo też miało w tym sporze swoje racje.

P.S. Warto zostać na napisy końcowe. Przelatują przy świetnej muzyce napisanej do filmu przez Martina Phippsa i Hansa Zimmera. Trochę podniosłą ocenę.



wtorek, 09 czerwca 2015

(A Most Violent Year, 2014)

Reżyseria: J.C. Chandor

Scenariusz: J.C, Chandor

Grają (ci istotni): Oscar Isaac, Jessica Chastain, David Oyelowo, Alessandro Nivola, Albert Brooks

6/10

Bardzo przyzwoity kryminał, który w USA zebrał sporo nagród ale, chyba niespodziewanie, został kompletnie pominięty w wyścigu po Oskary (jedynie Jessica Chastain zyskała dzięki roli Anny Morales nominację do Złotego Globu). Historia dzieje się w klimatycznym Nowym Jorku zimą 1981 r., a dotyczy Abela Moralesa, szefa firmy handlującej olejem opałowym, na którego głowę w krótkim czaie spadła lawina kłopotów. Konkurenci napadają na jego ciężarówki, na karku siedzi mu węszący w oszustwa podatkowe prokurator, a duża transakcja, którą planował od dłuższego czasu stoi pod znakiem zapytania. Abel, tak naprawdę wbrew całemu światu, próbuje być uczciwy, choć wszyscy dookoła, nawet jeśli nie są skończonymi draniami, to co najmniej uznają rzeczywistość za taką, że całkiem uczciwym być się w niej po prostu nie da. I im bardziej poznajemy biznes Abela, tym łatwiej się z taką opinią zgodzić. Nawet jego żona pochodzi z gangsterskiej rodziny i kilka razy sprawia wrażenie jakby ta gangsterka niezupełnie z niej wyszła.

To nie jest film wybitny, ale bardzo porządny. Decydując się na niego nie zmarnujecie dwóch godzin. To trzeci pełnometrażowy film, byłego reżysera reklam J.C. Chandora i wszystkie trzy są ciekawe. Nakręcona cztery lata temu w gwiazdorskiej obsadzie „Chciwość” była pierwszym i chyba do tej pory najlepszym filmem o kilku dniach tuż przed upadkiem Lehman Brothers (pokazano go w Sundance, w Berlinie, a Chandor był nominowany do Oscara za scenariusz). Powstałe dwa lata później „Wszystko stracone” było sukcesem głównie Roberta Redforda, grającego żeglarza walczącego z Oceanem Indyjskim (prestiżowa nagroda nowojorskich krytyków i nominacja do Złotego Globu). Teraz Chandor pokazał przede wszystkim umiejętność stworzenia rozciągnietego w czasie, stopniowo budowanego napięcia, w pozornie spokojnym filmie, a także świetnego doboru aktorów, którzy wypadają najlepiej gdy grają wspólnie, a to nieczęste. Najfajniejsze momenty filmu, to rozmowy małżeństwa Moralesów, albo Abela i prokuratora Lawrence'a. Myślę, że warto.

Scena warta uwagi:

Najważniejsza dla całego filmu jest ostatnia scena rozmowy między Abelem i Lawrencem. Podsumowuje go i wyjaśnia. Powstaje bardzo ładna, dwugodzinna kompozycja.

P.S. Świetny plakat. Bardzo mi się podoba. Zresztą występuje w dwóch wersjach, a ta chyba jest ładniejsza.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi