piątek, 25 lipca 2014

(Blood Ties, 2013)

Reżyseria: Guillame Canet

Scenariusz: Guillame Canet, James Gray na podstawie książki "Les liens du sang" Bruno i Michela Papet

Grają (ci istotni): Clive Owen, Billy Crudup, Marion Cotillard, James Caan, Mila Kunis, Zoe Saldana

8/10

Świetny film. Tak właśnie powinna zostać nakręcona „Infiltracja” gdyby rzeczywiście miała zasłużyć na Oscara, a Martin Scorsese powinien spalić się ze wstydu, ze to nie on nakręcił ten film. W letnim sezonie ogórkowym to prawdziwa perełka i jeśli zastanawiacie się właśnie na co iść do kina, to nie macie się co zastanawiać. Amerykański debiut reżyserski Guillame'a Caneta (zdecydowanie bardziej aktora niż reżysera, to ten Francuz z „Niebiańskiej plaży”, któremu Leonardo Di Caprio odbijał dziewczynę) to krwisty, klasyczny kryminał. „Klasyczny” to chyba najwłaściwsze słowo. To właściwie film z lat siedemdziesiątych, które są tu perfekcyjnie oddane do najmniejszego szczegółu (brody, wnętrza, sposób mówienia, można wymieniać) i ilustrowane rewelacyjną muzyką. Nawet filtr kamery pozwala stylizować ujęcia na takie, które przywodzą na myśl „Shafta”, albo filmy z Brudnym Harrym. Dawno nie oglądałem w kinie filmu z taką przyjemnością.

W dodatku jest doskonale zagrany. Aktorzy też mają udział w tym, by ze stosunkowo prostej historii o dwóch braciach – bandycie i policjancie – zrobić małe arcydzieło. Cotillard, której jakoś specjalnie nigdy nie lubiłem, wystarczy jedno spojrzenie i wszystko jasne. Owen i Crudup zagrali relację między braćmi wzorowo. James Caan (kolejny aktor, który nigdy nie przypadł mi do gustu) wypada superprzekonująco. Wisienką na torcie jest rzecz jasna Mark Mahoney grający barmana i gangstera Louisa. Mahoney na co dzień nie jest aktorem, za to ma w Hollywood salon tatuażu Shamrock Social Club, w którym dziergają się największe gwiazdy. W filmie Louis Ruby jest gangsterem, z siwą plerezą na karku, twarzą która może mieć równie dobrze 40 lak i 80 lat, mówi jakby miał resztki krtani i pali papierosa trzymają go kciukiem i środkowym palcem. Rewelacja.

Scena warta uwagi:

Świetna jest ostatnia, podsumowująca film. Choćby dla muzyki warto ją oglądać i oglądać.



środa, 23 lipca 2014

(Persona, 1966)

Reżyseria: Ingmar Bergman

Scenariusz: Ingmar Bergman

Grają (te istotne): Bibi Andersson, Liv Ullmann

8/10

Dwie funfele, blondynki, wyjeżdżają nad morze. Nad szwedzkim morzem przeważnie cały czas pada, chyba że akurat nie pada. „Funfele” to określenie trochę na wyrost, bo Alma jest pielęgniarką, która opiekuje się Elisabet, aktorką, która nie wiedzieć czemu przestała mówić. Na wyrost też dlatego, że Alma dowiaduje się, że Elisabet traktuje ją z dystansem i sama nieco zmienia swój stosunek. Z biegiem czasu zresztą okazuje się, że Alma i Elisabet to ta sama osoba, to znaczy są spory w doktrynie czy rzeczywiście, ale przyjąłem, że tak.

W filmie dokumentalnym „A Poem in Images” o „Personie” opowiadają grające główne role Liv Ullmann i Bibi Andersson. Z ich opisu wyłania się człowiek, reżyser, który w tym co robi osiągnął takie mistrzostwo, a co za tym idzie, swobodę w operowaniu narzędziami, którymi tworzył, że zwykłe opowiadanie historii zaczyna go nudzić. Stąd pewnie wypieszczone, ascetyczne ujęcia, czy skupienie, czasem do przesady, na twarzy („kamera byłą czasem tak blisko, że miałam wrażenie, że gram dla jednego człowieka” - wspomina Ullmann). Po prostu kombinował, próbował różnych rzeczy, bo miał poczucie, ze zna film na tyle dobrze, że może sobie na to pozwolić (to trochę tak – że skorzystam z porównania piłkarskiego - jak Di Maria, który od czasu do czasu dośrodkuje w pole karne „krzyżaczkiem”, żaden z polskich ligowców tego nie robi, bo się boi, że się zbłaźni). „Powiedziałam mu, że zmieniłabym kilka słów, że to czuć, że scenariusz pisał mężczyzna, kobieta pewnych słów nigdy by nie użyła. Odpowiedział, że jemu się ta scena nie podoba, jego żonie też nie, ze właściwie jeśli nie chcę, to możemy jej nie grać i żebym zrobiła co uważam że słuszne. Potem nagraliśmy ją w dwóch ujęciach. Jedno na mnie i potem na Liv” - opowiada we wspomnianym dokumencie Bibi Andersson o scenie, w której Alma wspomina przygodę na plaży. Dobrze ogląda się film z powiewem Di Marii.

Scena warta uwagi:

Cały film składa się z takich scen. Ale najmocniejsza jest chyba ta podwójna, pod koniec filmu, w której Alma dwa razy opowiada historię szaleństwa Elisabet (swoją). Najpierw widz obserwuje twarz słuchającej Elisabet, potem, słuchając tej samej historii, opowiadającej Almy. Ponoć Bergman chciał nakręcić ten film również dlatego, że zafascynowało go fizyczne podobieństwo obu aktorek (choć moim zdaniem, akurat nie są specjalnie do siebie podobne). W każdym razie Ullmann wspomina, że dzięki tej scenie zdała sobie sprawę, co zresztą potem wykorzystywała sama reżyserując, na jak wiele sposobów można w kinie pokazać to samo. Robi wrażenie.

P.S. Bergman rzecz jasna romansował z obiema. Podobno nie w tym samym czasie.



23:58, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014

(Deliver Us From Evil, 2014)

Reżyseria: Scott Derrickson

Scenariusz: Scott Derrickson, Paul Harris Boardman (na podstawie książki „Beware the Night” Ralpha Sachiego)

Grają (ci istotni): Eric Bana, Edgar Ramirez

3/10

Reżyser i scenarzysta spotkali się żeby obejrzeć „Siedem”. Potem pogrzebali w DVD, znaleźli jeszcze „Egzorcystę”, a potem w ich ręce trafił jeszcze „Omen”. Jak już obejrzeli reżyser stwierdził „Kurczę, ale fajne. Zróbmy film, jak te trzy!”, „Tak jest, zróbmy. Pyszny pomysł! Nawet książkę podobną czytałem. Napiszę!” - odparł scenarzysta. A ponieważ nie umieli, wyszło „Zbaw nas ode złego”.

Najgorzej robi filmowi sytuacja, gdy wychodzi z niego niezamierzony pastisz. A ten film takim właśnie jest. Początkowo jeszcze można mieć nadzieję, że oglądamy średni horror. Ale gdy główni bohaterowie zaczynają prowadzić przepełnione banałem poważne rozmowy („zło”, „dobro”, „Bóg”, „sumienie”, itp.) wszelkie nadzieje pryskają. W sumie oglądamy historię o policjantach, którzy raz na jakiś czas spotykają jakiegoś opętanego. Opętanego można rozpoznać po tym, że jest umazany jakąś sadzą, krwią i syczy. Jak kiedyś spotkacie kogoś takiego, to uważajcie, bo możliwe, że jest w posiadaniu szatana. A film sobie darujcie.

Scena warta uwagi:

Jest scena w której policjant rozmawia w barze z księdzem. To punkt zwrotny filmu. Do tego momentu jest średnio. Od niego robi się źle. W każdym elemencie – spójności fabuły, sensowności postępowania bohaterów, itd. W każdym razie ostrzegałem.



Tagi: Eric Bana
23:55, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 lipca 2014

(The Counselor, 2013)

Reżyseria: Ridley Scott

Scenariusz: Cormack McCarthy

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Javier Bardem, Penelope Cruz, Cameron Diaz, Brad Pitt, Edgar Ramirez, Toby Kebell, Bruno Ganz, Goran Visnjić, John Leguizamo

5/10

Z takim scenarzystą można się spodziewać historii krwawej i dla głównego bohatera beznadziejnej jak w greckiej tragedii. Z takim reżyserem można się spodziewać kina mocnego, bijącego po oczach i uszach, z meksykańskim upałem grzejącym wprost z ekranu. Z taką obsadą można się spodziewać scen chwytających za gardło, kark i nie puszczających przez długie minuty. I można się zawieść. Amerykańskie thrillery od jakiegoś czasu hurtem pokazują historie kończące się źle, próbują - lepiej lub gorzej – wyglądać na poważniejsze niż są i szokować brutalnością. „Adwokat” puszy się mocno, brutalnie jest tam powyżej średniej (prawie wszystko oczywiście na oczach widza), tylko efektu nie ma. McCarthy znacznie lepiej wypada jako autor filmowanych książek (świetny „To nie jest kraj dla starych ludzi”), niż jako scenarzysta debiutant. Szkoda tym większa, że filmowi niewiele by trzeba, żeby zrobić z niego coś fajnego. Za mocne nazwiska się za to zabrały, by kompletnie go spartolić, ale chwalić nie ma za co.

Zawodzą szczególnie dialogi. Już Quentin Tarantino potrafił z rozmowy o pierdołach uczynić majstersztyk. Wielu próbuje go naśladować, ale akurat po Ridleyu Scottcie mógłbym oczekiwać, że się nie wygłupi i nawet jak przeczyta scenariusz, to zrozumie że coś jest nie tak i będzie ratował co się da. Nie ratuje. Bohaterowie poważnym głosem wygłaszają nieciekawe historie, albo mądrości na poziomie kina klasy B. Niektóre bez sensu (po co Malkina poszła do księdza?). Wszyscy aktorzy bez wyjątku sprawiają wrażenie jakby się nie starali, a Brad Pitt gra tę samą postać chyba po raz trzeci w ostatnich latach i dla własnego dobra mógłby poszukać czegoś fajniejszego. Wziąć przykład z takiego McConaughey'a na przykład (niewiarygodne by było to zdanie jeszcze kilka lat temu...).

Scena warta uwagi:

Miłosiernie pominę gwałt na samochodzie. Tego akurat nie da się przegapić. Strzelaniny są dobre, ale to rzemiosło, które Scott z operatorem Dariuszem Wolskim robią dobrze wybudzeni w środku nocy, więc nie ma ich za co chwalić. Za to jest takie małe mrugnięcie do widza, gdy adwokat rozmawia z Reinerem w klubie i w pewnym momencie zatrzymuje się przed filmowym plakatem. Na nim jest Steve McQueen z filmu „Ziarnka Piasku”. Po pierwsze głównemu bohaterowi powinno to dać do myślenia, bo postać grana przez McQueena w tamtym filmie też źle kończy. Po drugie Fassbender powinien się jednak trzymać filmów reżyserowanych przez innego Steve'a McQueena - tego współczesnego - jeśli współpraca z innymi ma przynosić takie efekty jak w „Adwokacie”.



niedziela, 06 lipca 2014

(Babadook, 2014)

Reżyseria: Jennifer Kent

Scenariusz: Jennifer Kent

Grają (ci istotni): Essie Davis, Noah Wieseman

5/10

To film o potworze z szafy. Poprzednie zdanie jest nie tyle wyrazem syntetycznych zdolności Filmotatnika, który potrafi opowiedzieć film w kilku zaledwie słowach, ale to naprawdę film o potworze z szafy i tak naprawdę nic więcej tam nie ma. Horror klasyczny jak hat trick. Dom, dwoje głównych bohaterów (w tym wypadku matka z kilkuletnim synem) i tytułowy strach na lachy. Trochę straszny, trochę przewidywalny, z zakończeniem, które ani ziębi, ani grzeje. To film z tych, które w sobotę TVN pokazuje nie o 20.30, ale raczej o 23.45. Zresztą sam nie wiem. Nie mam chyba dobrego oka do horrorów, bo nie pamiętam takiego, który by mnie jakoś porządnie przestraszył.

Co się w filmie, w sumie zrobionym za niewielkie pieniądze, może podobać to sprawność realizacyjna, czyli zdjęcia, scenografia, detale takie jak np. książka o Babadooku, na bardzo solidnym poziomie, płynnie rozwijająca się historia pogrążającej się w obłędzie matki no i grający małego Samuela Noah Wieseman, który roli łatwej nie miał, a jest bardzo przekonujący. W niektórych scenach wręcz widać, że boi się naprawdę. Filmowi robi to dobrze, choć sam film jest przeciętny.

Scena warta uwagi:

Bardzo mi się spodobały wszystkie sceny, w których Amelia czyta książkę o Babadooku. Banalnie prosty pomysł, a bardzo dobra i mocne sceny, świetnie sfilmowane.



17:02, kubadybalski , horror
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 lipca 2014

(Frank, 2013)

Reżyseria: Lenny Abrahamson

Scenariusz: Jon Ronson

Grają (ci istotni): Michael Fassbender, Maggie Gyllenhaal, Scott McNairy

5/10

Koncertowo zmarnowany materiał na dobry film. Historia – użyjmy górnolotnych słów – wzlotu i upadku pewnego zespołu muzycznego złożonego z grupy lekko nieprzystosowanych społecznie osób, grającego muzykę... hm... na pewno alternatywną, mogłaby być szalenie wciągająca. Tym bardziej, że momentami, korzystając z dość prostych środków, jest całkiem śmieszna. Tyle że oglądamy na ekranie zestaw takich dziwolągów, że momentami przesłaniają samą fabułę. Głównemu bohaterowi, Jonowi, w duszy gra muzyka, ale kompletnie nie ma talentu. Tytułowy Frank ma talent, charyzmę, tyle że określenie „ekscentryczny” to w jego przypadku mało, a jednym z mniejszych odlotów jest to, że nosi na głowie jajowatą maskę z papier-mache. Ten pierwszy, początkowo nieśmiały i zahukany, stopniowo próbuje zdominować tego drugiego, jednocześnie go podziwiając. Kończy się tak, jak musi się skończyć, morał jest nawet nieco bajkowy, dobro (?) zwycięża, tylko widz niespecjalnie to zauważa, zmęczony choćby graną w filmie muzyką.

Jeśli z jakiegoś powodu warto film zobaczyć to tylko dla aktorów. Fassbender czego się nie dotknie, to jest dobre i tyle. Maggie Gyllenhaal specjalnie nie lubię, ale jest niepokojąca i solidna (podobno początkowo odrzuciła rolę, bo jej nie rozumiała, ale tak jej zapadłą w pamięć, że jednak się zdecydowała). Domhnall Gleeson (tak, tak – syn), do tej pory głównie znany z ostatnich „Harrych Potterów” wypada obiecująco. Za to bardzo cieszę się z grającego Dona, Scoota McNairy'ego. To chyba aktor którego warto śledzić. Tylko od 2012 r., poza rolą szalonego menedżera szalonego zespołu, zagrał okularnika-dyplomatę („Argo”), złodziejaszka-pechowca („Zabić, jak to łatwo powiedzieć”), farmera („Promised Land”) i handlarza niewolnikami („Zniewolony”). Za każdym razem u innego (fajnego) reżysera, za każdym razem inną postać i za każdym razem rolę drugoplanową.

Scena warta uwagi:

Konkretne sceny akurat wychodzą we „Franku” nieźle. Najśmieszniejsza jest chyba ta z rozsypywaniem prochów na pustyni. Najważniejsza, porządkująca ten chaotyczny film, jest ta ostatnia, gdy Frank bierze mikrofon do ręki.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi