sobota, 11 lipca 2015

(Danny Collins, 2015)

Reżyseria: Dan Fogelman

Scenariusz: Dan Fogelman

Grają (ci istotni): Al Pacino, Annette Bening, Christopher Plummer, Jennifer Garner, Bobby Cannavale

6/10

Arcybalnalna historia o tym jak podstarzały gwiazdor rocka, wciąż na topie, koncertujący i zarabiający wielkie pieniądze, choć od 30 lat nie napisał nowej piosenki, postanawia zmienić swoje życie pod wpływem listu, który 40 lat wcześniej napisał do niego John Lennon. List, z różnych powodów, trafia w jego ręce dopiero teraz i powoduje, że Danny Collins postanawia zerwać z tandetą i naprawić relacje z synem, którego właściwie nie zna i jego rodziną. To znaczy arcybanalna by była, gdyby nie była oparta na prawdziwej historii brytyjskiego piosenkarza folkowego Steve'a Tilsona, któremu Lennon (po przeczytaniu z nim wywiadu w magazynie ZigZag) napisał w liście, by pieniądze i sława nie przesłoniły mu sensu i przyjemności z pisania muzyki. Beatles napisał go w 1971 r., a Tilson dowiedział się o nim przypadkiem po trzydziestu paru latach, gdy skontaktował się z nim kolekcjoner. To, że trafi to na ekrany kin, było kwestią czasu.

Powstał niezwykle pogodny film w sam raz na lato, mieszczący się gdzieś między obyczajem a komedią, w którym fabuła jest przewidywalna, ale głównym atutem są aktorzy. Są takie filmy na które ma się ochotę, bo z przyjemnością można popatrzeć na znane, uśmiechnięte twarze. Tu jest tak z każdym, od Pacino począwszy, przez Annette Bening, której w sumie dawno nie widziałem i Jennifer Garner aż po drugi plan. Wreszcie trzeba pamiętać – piszę to zresztą przy każdym możliwej okazji – że złe dziecko, może położyć każdy film (Ciri w „Wiedźminie”!), ale z drugiej strony fajne dziecko taki film rozjaśnia. Giselle Eisenberg, grająca wnuczkę Collinsa, jest po prostu rewelacyjna i z tego co wyczytałem, zapowiada się na nową dziecięcą gwiazdę Hollywood. W każdym razie jeśli nie wiecie na co pójść do kina, „Idol” to bezpieczny wybór. No i z Alem Pacino...

Scena warta uwagi:

Ostatnia w filmie, gdy Collins i Tom czekają na lekarza. Świetnie pomyślana, superinteligentna. Takich zresztą w tym, dość prostym filmie, jest więcej. A to dobrze świadczy o Danie Fogelmanie, który, choć jako reżyser debiutuje, to parę scenariuszy już na koncie ma.



niedziela, 05 lipca 2015

To druga edycja konkursu Filmotatnika, którego pierwsza edycja zaowocowała opisem jakże wysoko ocenionego filmu pt. "Zabij mnie glino!". Poprzednia notka dotycząca indyjsko-warszawskiej pomyłki była, według pobieżnych obliczeń, 192. opisem filmu na blogu. To oznacza, że autor bloga czeka na propozycje dotyczące notki nr 200. Możecie je wpisywać w komentarzach na blogu lub w komentarzach na FB, najchętniej z uzasadnieniem dlaczego właśnie ten film powinien zostać opisany (może być bez uzasadnienia, ale brak argumentu to słaby argument).

Zasady są z grubsza znane tym, którzy próbowali wymusić opis swojego ulubionego, znienawidzonego, albo jakiegokolwiek dzieła filmowego sto notek temu, a tym, którzy ich nie znają pokrótce przypominam. Regulaminu nie ma, bo nie chce mi się go układać. Wyboru dokonam wedle kryteriów subiektywnych, niejasnych, być może pod wpływem impulsu. Nagroda jest na razie niewiadoma, będzie dostosowana do ewentualnego zwycięzcy. Miło mi zakomunikować, że zwycięzca edycji sprzed roku, niedawno wreszcie dostał nagrodę. Właściwie sam za nią zapłacił, a Filmotatnik część jej wypił.

19:25, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lipca 2015

(Kick, 2014)

Reżyseria: Sajid Nadiadwala

Scenariusz: Rajat Arora, Keith Gomes, Saijid Nadiadwala, Chetan Bhagat

Grają (ci istotni): Salman Khan, Jacqueline Fernandez

1/10

To ten film, który w zeszłym roku spowodował paraliż Warszawy, bo Indusi z Bollywood postanowili zrzucić z mostu piętrowy autobus. To im się udało. Film im się nie udał.

Shaina, ładna pani psychiatra, spotyka w warszawskiej SKM-ce Himanshu, policjanta tropiącego w Warszawie pewnego przebiegłego złodzieja. To spotkanie przypadkowe, ale co ciekawe rodzice Shainy chcą ją wyswatać z Himanshu. Shaina ma za sobą nieudany związek. Jej były chłopak, Devi, zostawił ją niestety, więc wyjechała z Dehli do Warszawy. Bandzior ścigany przez Himanshu nazywa się Devil. Jeśli będziecie chcieli obejrzeć film, to nie zdradzę wam prawdziwej tożsamości Devila, ale to naprawdę zaskakujące.

To tylko początek niezwykle skomplikowanej historii, która zmienia się jak w kalejdoskopie, ma drugie, trzecie, a nawet czwarte dno i jest poprzetykana scenami, w których wszyscy śpiewają i tańczą. Tu nawet nie chodzi o to, że twórcy filmu po pięciu minutach tracą nad nim kontrolę. Że oglądamy komedię romantyczną z wątkiem sensacyjnym, przy której polskie dokonania w tym gatunku (a mamy ich sporo) to głębia przekazu, popis aktorski i wzór sensu. Że mądrości wypowiadane wzajemnie do siebie przez bohaterów zawstydziłyby Paulo Coelho („Jak śmierć może powstrzymać kogoś, kto tak zawzięcie walczy o życie?”). Ten film jest po prostu głupi. Nie jest nawet śmieszny. W dodatku jeśli porównać go do reprezentatywnego dla oceny 1/10 dzieła pt. „Megawąż”, to ten o zwierzęciu trwa nieco ponad godzinę, tymczasem „Kick” to bite 2,5 godziny, co działa zdecydowanie na jego niekorzyść.

Tak więc Devil przeskakuje motocyklem na wylot przez zawieszony w powietrzu helikopter, kradnąc jednocześnie walizkę pieniędzy (skąd się tam wzięła?), ucieka rowerem przed goniącym go na motocyklu policjantem (dlaczego rowerem?). W scenie bijatyki w szpitalu radzi sobie ze zgrają ochroniarzy, granych przez trzech lub czterech aktorów, ginących więc po kilka razy (nawet ich nie przebierają!). Rozczulająca jest scena, gdy dzwoni do ścigającego go Himanshu z budki na Moście Poniatowskiego, rozmawia tak długo, że daje się namierzyć (!) i Himanshu przyjeżdża ze złożoną z polskich policjantów obławą, po czym okrążają budkę. Himanshu rezyduje w warszawskiej siedzibie Interpolu (!) którą gra Muzeum Historii Żydów Polskich (!). Gdy dwudziestu funkcjonariuszy celuje do Devila i każe mu się poddać, ten wyciąga pistolet i przystawia sobie do głowy (po co?), po czym policjanci odkładają broń (dlaczego?), a bandyta przeskakuje przez barierkę i ucieka (!).

Rozterki sercowe Shainy są wielką tajemnicą dla widza, bo nie do końca wiadomo w którym momencie kogo kocha, kogo nienawidzi i kogo rozpoznaje, a kogo nie. Motywacje głównego czarnego charakteru w filmie (zdradzę wam, nie jest nim Devil, tylko jeden taki piekielnie bogaty siostrzeniec jednego takiego ministra) są niejasne, bo jegomość na zmianę złowieszczo się śmieje, syczy i wydaje dziwne dźwięki (wszyscy w filmie się go boją, nie dziwię się). Pokazane w filmie stosunki społeczno-polityczne w Indiach prowadzą do jednego sensownego wniosku, że ten kraj musi upaść.

Wreszcie warto wspomnieć, że „Kick” zebrał znakomite recenzje wśród indyjskich krytyków. Zarobił 60 mln dol. co daje mu szóste miejsce w tamtejszym box office wszech czasów (pod względem wpływów w samych Indiach jest czwarty). Jest remake'iem filmu pod tym samym tytułem, który nakręcono w 2010 r. po tamilsku, który z kolei jest remake'iem "Kicka" nakręconego rok wcześniej w języku telugu (mówi nim 70 mln osób w południowo wschodnich Indiach), a w tym samym czasie gdy w Warszawie kręcono w hindi, w Indiach powstawała wersja w języku kannada (mówi nim 35 mln ludzi w stanie Karnataka). Na przyszły rok planowany jest sequel. To wszystko może oznaczać, że Filmotatnik nie zrobi kariery w Indiach. Nie znam za dobrze bollywoodzkiego kina, ale jeśli „Kick” jest jego szczytowym osiągnięciem, to nie chcę go poznać.

W każdym razie nie mówcie potem, że nie ostrzegałem.

Scena warta uwagi

Słynna scena z autobusem była kręcona w Londynie i w Warszawie. Mieszkańcowi stolicy Polski na pewno wpadnie w oko m.in. to, że ścigający autobus Himanshu z przejścia podziemnego w Centrum wychodzi wprost na Plac Teatralny, a Devil na Most Gdański wjeżdża prosto z trasy wylotowej na Łódź. Ale hinduscy widzowie Warszawy znać nie muszą. Zdziwili się jednak na pewno widząc m.in. że Devila ścigają radiowozy brytyjskie, a po chwili podążają za nim polskie. A może im to nie przeszkadza? Może wystarczy, że tańczą, skaczą i śpiewają?

15:15, kubadybalski , romans
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lipca 2015

(Manglehorn, 2014)

Reżyseria: David Gordon Green

Scenariusz: Paul Logan

Grają (ci istotni): Al Pacino, Holly Hunter

6/10

Trudno uwierzyć, ale to dopiero drugi film na tym blogu, w którym zagrał Al Pacino. A zaraz będzie trzeci, bo jakoś tak wyszło, że kina zostały nagle zarzucone tym aktorem. Zacznijmy więc od tego mniej rozreklamowanego. To bardzo prosta historia. Manglehorn jest człowiekiem, który nie dogaduje się z innymi. Właściwie z nikim poza, nie wiedzieć czemu, własną wnuczką i kotem. Syn jest mu zupełnie obcy, znajomy syna z dzieciństwa dostaje od niego w twarz. Koncertowo zawala drugą randkę z Dawn (po pierwszej, udanej), która bardzo mu się podoba, a jeszcze bardziej on się podoba jej (więc to właściwie samograj). A dzieje się dlatego, że Manglehorn jest szaleńczo zakochany w kobiecie (dziewczynie), której nie widział od co najmniej 40 lat i nie może się od tej miłości uwolnić. Przez to jest skazany na samotność, a nawet, jak sam mówi w rozmowie z synem – niewidzialność.

Film rzecz jasna „wisi” na głównym aktorze. Pacino nie umie zagrać poniżej poziomu „świetny”. Jest brzydki, przygarbiony, nieprzyjemny na pierwszy, drugi i każdy kolejny rzut oka. Nie daje się lubić. Ale to nie jest obwieś, czy degenerat. Jest zwykły, tyle że bez uwagi skupionej na drugim człowieku. Nie jest ani aspołeczny, ani pozbawiony empatii, po prostu mu nie zależy. Tym większe wrażenie robią te momenty, gdy osoby które go znają, opowiadają o nim innym. Trudno wtedy uwierzyć, że człowiek z opowieści to ten, na którego patrzymy przez większość filmu. Okazuje się więc, że Amerykanie potrafią zrobić niezłe kino niskobudżetowe (4 mln dol. wydane na ten film to w tamtejszych warunkach kieszonkowe asystenta reżysera drugiego planu zdjęciowego). Na festiwal w Wenecji słabych filmów się nie bierze *.

Scena warta uwagi:

Ostatnia. Wbrew częstej praktyce filmów psychologicznych, ten kończy się pozytywnie. W dodatku kończy się bardzo ładnie.

* - To Jest Kino rezolutnie zwróciło uwagę Filmotatnikowi, że to bzdura, że na festiwal w Wenecji nie bierze się słabych filmów i Filmotatnik przyznaje, że teza jest rzeczywiście zbyt brawurowa by jej bronić. Choć o proporcje to już by się spierał..

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi