sobota, 30 lipca 2016

(Manhattan Night/Manhattan Nocturne, 2016)

Reżyseria: Brian DeCubellis

Scenariusz: Brian DeCubellis na podstawie „Manhattan Nocturne” Colina Harrisona

Grają (ci istotni): Adrien Brody, Yvonne Strahovski

3/10

Film, który bardzo chciałby być tak fajny jak filmy noir o detektywach, gdzieś z lat 30-tych, 40-tych, lub 50-tych, ale niestety nie jest. No więc powinien być detektyw, niespecjalnie śmierdzący groszem, samotnik, który ufa kobietom, chociaż te niezmiennie wykorzystują go i porzucają, a on niezmiennie szlaja się po ciemnym, brudnym i niebezpiecznym mieście. Taka jest konwencja i jeśli chce się zrobić taki film, to trzeba się jej trzymać. Nie można robić z głównego bohatera (tutaj akurat jest dziennikarzem – to dopuszczalne) jednocześnie samotnika i męża, oraz ojca dwójki małych dzieci. Nie można gdzieś półgębkiem wspominać, że ma jakieś tam kłopoty finansowe, jeśli widz widzi, że powodzi mu się doskonale, mieszka w Nowym Jorku w wymarzonym domu, a małżonka jest wziętym lekarzem. Takich niekonsekwencji jest w tym filmie mnóstwo, a próby uwspółcześnienia niektórych motywów z filmów sprzed pół wieku wypadają kabaretowo.

Fabuła się rwie. Przez pierwsze pół godziny nie wiadomo o co chodzi. Gdy intryga nieco się odsłania, trudno uwierzyć, że ktoś może być tak głupi, że daje się w nią wciągnąć. Oczywiście jest jeden powód, dla którego klasyczny detektyw z klasycznego filmu się w nią wciąga – kobieta. Taka, dla której można stracić głowę. Taka tutaj jest, tyle że jest też wspomniana – rzadko spotykana w klasyce gatunku – małżonka oraz dzieci, które ponoć główny bohater niezwykle kocha. Wszystko tu więc pasuje jak pięść do nosa. W dodatku dialogi są wyjątkowo drętwe („bardzo złe dialogi są...”). Strata czasu.

Scena warta uwagi:

Fajnie by było napisać, że może przynajmniej ten Nowy Jork nocą jest ładnie sfilmowany. Ale nie jest. Oko można zawiesić wyłącznie na Yvonne Strahovski.

19:09, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016

(Neon Demon, 2016)

Reżyseria: Nicolas Winding Refn

Scenariusz: Mary Laws, Nicolas Winding Refn, Polly Stenham

Grają (ci istotni): Elle Fanning, Jena Malone, Keanu Reeves, Alessandro Nivola

9/10

Przypomnijcie sobie gęsią skórkę, która przebiegła wam po plecach kiedy po raz pierwszy usłyszeliście „Angel” Massive Attack na dużych kolumnach, albo gdy Dennis Bergkamp strzelał gola Argentynie, albo gdy TA dziewczyna po raz pierwszy się do was uśmiechnęła. Te same ciarki przejdą wam po plecach w kinie na „Neon Demonie”. To wizualny majstersztyk, który – że się tak wyrażę – zjada się oczami.

Nie każdemu się spodoba (ostrzegam, żeby potem nie było, że nie ostrzegałem). Nie dlatego, że to trudne w odbiorze kino „artystyczne”, czy „wizjonerskie”. Po prostu dlatego że Refn jest zwyczajnie nienormalny, a wizja wariata nie trafia w każde gusta. Ale ta wizja uwodzi. Każda scena to osobna kompozycja. W dodatku rewelacyjnie zilustrowana muzyką Cliffa Martineza, który zresztą został za nią wyróżniony w Cannes (takiej muzyki do filmu nie pisało się od połowy lat 90-tych). To film intensywny. Jeszcze bardziej niż poprzedni Refna, czyli „Tylko Bóg wybacza”. Zresztą z każdym kolejnym reżyser wszystko robi bardziej. Przy następnym filmie Duńczyk będzie miał problem, jak to przebić.

Każdy z aktorów został tak dobrany, by uwypuklić cechy granych postaci, malowanych grubą kreską, co niby wiadomo, ale i tak scena z Keanu Reevesem za ścianą skręca w brzuchu. Film jest sztuczny, bo pokazuje sztuczny świat, ale zwłaszcza te jego fragmenty, które są niepokojąco pociągające („Zwróciłbyś na nią uwagę, gdyby nie jej uroda?”). Łatwo ulec wrażeniu że ta sztuczność nie jest tak odległa, choć nikt nie chciałby się do tego przyznać. To film o ekstremach, które wcale nie są tak od siebie odległe, jak w przypadku najbardziej odjechanej postaci, granej przez Jenę Malone, wizażystki żywych i zmarłych. Jeśli więc pokręciliście nosem bo spodziewacie się cukierkowego filmu o początkującej modelce wciąganej przez wielki świat mody, to nic bardziej błędnego. Koniecznie (ale jakby co, ostrzegałem).

Scena warta uwagi:

Hmm, co by tu wybrać. Jedna z pierwszych, gdy Jesse na przyjęciu jest na specjalnym zamkniętym pokazie, ilustrowana głównym motywem muzycznym filmu, to klimat „Neon Demona” do kwadratu.

20:45, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016

(A Bigger Splash, 2015)

Reżyseria: Luca Guadagnino

Scenariusz: David Kajganich, Alain Page

Grają (ci istotni): Tilda Swinton, Ralph Fiennes, Matthias Schoenaerts, Dakota Johnson

7/10

Premierowo pokazywany w zeszłym roku w Wenecji, remake francuskiego „Basenu” z 1969 r. (to ten film w którym Alain Delon smaga brzozową witką nagą Romy Schneider) to popis aktorski świetnie dobranego kwartetu, który odgrywa wakacje na Pantellerii czwórki zepsutych przedstawicieli klasy średnio-wyższej. Teoretycznie to thriller erotyczny, ale nietypowy thriller i nietypowo, choć niewątpliwie, erotyczny. Błyszczy Ralph Fiennes jako rozgadany bon-vivant, zachwyca Tilda Swinton jako niema gwiazda rocka kiedyś kochanka tego pierwszego a dziś zakochana w odchorowującym traumatyczne przeżycia filmowcu (Schoenaerts, jak w każdym filmie, grający spojrzeniem zbitego psa), którego z kolei uwodzi nieprzekonująco pełnoletnia córka bon-vivanta (Dakota Johnson ponętna, powiedzmy, nie mniej niż w „Pięćdziesięciu twarzach Greya”). Zasadniczo każdy ma ochotę na każdego, choć najbardziej Fiennes, który rzuca się nawet na gosposię.

Do dobrego filmu nie potrzeba morza pieniędzy, wystarczy umieścić w jednym miejscu grupę ludzi i skomplikować relacje między nimi, kilku rzeczy niedopowiadać, zaprząc do pokazania emocji światło i pogodę, a także dodać ładne pejzaże. Wzajemne zachowania głównych bohaterów dryfują między sympatią a skandalem, co zawsze jest ciekawe. A to, że sytuacja jakoś musi się w którymś momencie rozwiązać, wiadomo od początku, choć nie wiadomo jak to się stanie. Jak jeszcze ma się do dyspozycji fajnych i pomysłowych aktorów, a podobno to Swinton zaproponowała, żeby rzucić w kąt pierwszą wersję scenariusza, w której miała mnóstwo dialogów, to wychodzi bardzo dobry film. Jak się pośpieszycie to jeszcze załapiecie się na „Nienasyconych” w jakimś kinie, a w letniej mizerii, między kosmitami, orkami i Dory, naprawdę warto.

Scena warta uwagi

Tym, czego w oryginale sprzed pół wieku nie było jest wątek związany z próbującymi przedostać się do Europy, właśnie przez położoną u wybrzeży Sycylii Pantellerię, uchodźcami z północnej Afryki. Temat wspominany kilka razy, półgębkiem, ale mocno. Zwłaszcza w scenie, w której przedzierający się przez góry Paul i Penelope spotykają przedzierających się przez góry imigrantów, ale również podczas przesłuchania na komisariacie.



środa, 20 lipca 2016

(True Story, 2015)

Reżyseria: Rupert Goold

Scenariusz: David Kajganich, Rupert Goold na podstawie „True Story” Michaela Finkela

Grają (ci istotni): Jonah Hill, James Franco, Felicity Jones

6/10

Oparta na faktach opowieść o tym gdzie się kończy prawda i jak mocno można romansować z kłamstwem, ukazana na początku w klasyczny, a z biegiem czasu w coraz bardziej zaskakujący sposób. Dziennikarz New York Timesa Michael Finkel zostaje wywalony z pracy za naciąganie faktów w reportażu o niewolniczej pracy dzieci gdzieś w Afryce (a przecież jak wiadomo niektóre historie są zbyt piękne, by przejmować się tym, czy są w stu procentach prawdziwe, wiedział o tym Ryszard Kapuściński, wie o tym Jose Mourinho). Niespodziewanie dowiaduje się, że gdzieś w więzieniu w zapadłym Oregonie na proces o zabójstwo swojej rodziny czeka ktoś, kto podał się... za niego. Dla Finkela to okazja do odbicia się od dna, tyle że żeby napisać bestseler na miarę Pulitzera, musi dowiedzieć się prawdy, a naprzeciwko ma – o czym nie do końca zdaje sobie początkowo sprawę, a potem nie za bardzo chce wierzyć – manipulatora pierwszego sortu.

Warto ten film obejrzeć dla Jamesa Franco, który ma fizjonomię wybitnie predestynującą go do grania psycholi i doskonale to wykorzystuje. To ten typ gęby, na której nie sposób rozpoznać, czy właściciel żartuje, czy jest śmiertelnie poważny. Czy zaraz się zaśmieje, czy może rzuci ci się do gardła. Finkel w co drugim zdaniu powtarza, że chce napisać książkę prawdziwą, ale zmusza widza do zadania sobie pytania, czy w pewnych historiach to prawda jest najważniejsza. Czy ma znaczenie, czy Christian Longo zabił dwie, a może cztery osoby? Finkelowi zastanawiać się nad tym nie wypada, ale widz jest zmuszony do choć przypadkowych przemyśleń czy w takiej sytuacji słusznie został wyrzucony z gazety. A może najlepszym wyjściem jest trzymanie się twardej zasady żony Finkela Jill, że prawda jest piękna a kłamstwo obrzydliwe. To pozwala nie wpaść w pułapkę, ale też o ile mniej ciekawe jest życie. Choć twórcy ewidentnie nie mieli pomysłu na zakończenie (trochę nie ich wina, w rzeczywistości przyjaźń Finkela i Longo trwa w najlepsze) to i tak film nie będzie stratą czasu.

Scena warta uwagi:

Gdy Jill odwiedza Christiana w więzieniu i efektownie wyjaśnia, że na niej jego sztuczki nie robią wrażenia. Dobra scena.

czwartek, 14 lipca 2016

(Money Monster, 2016)

Reżyseria: Jodie Foster

Scenariusz: Alan Di Fiore, Jim Kouf i Jamie Linden

Grają (ci istotni): George Clooney, Julia Roberts, Dominic West

6/10

Jodie Foster bardzo solidnie, ale jednak bez wielkiego efektu postanowiła pomieszać „Negocjatora” i „Big Short”. Z tego drugiego filmu wzięła temat i kilka bardzo ważnych pytań w momencie, gdy mnóstwo ludzi na świecie potraciło pieniądze, domy, a cwaniacy za to odpowiedzialni nie tylko nie poszli do więzienia, ale też solidnie się obłowili. No więc mamy telewizyjnego gwiazdora, w stylu zdecydowanie przebijającym Telezakupy mówiącego ludziom jakie akcje kupować, a jakich nie, któremu niespodzianie, na wizji, wpakowuje się do studia zamachowiec z bombą. Poza uzależnieniem świata od wirtualnych pieniędzy, których zachowania nikt na dobrą sprawę nie rozumie, przewija się też temat uzależnienia świata od telewizji, czy odpowiedzialności za słowo. I to są fajne tematy, dla których warto robić filmy i często zgarnia się za to oscary. Tyle że cała historia jest mało wiarygodna, a schematyczne zakończenie tak przewidywalne, że nie będziecie wstrząsani dreszczykiem emocji, ewentualnie co jakiś czas się zaśmiejecie z całkiem przyzwoitych żartów z ekranu.

Jest pewien problem z filmami „o ważnych rzeczach”, za które dość często bierze się George Clooney, jako główny aktor, producent, albo reżyser. Za każdym razem jest to całkiem nieźle pomyślany problem etyczny jaki bohater ma z wielką polityką, wielkimi pieniędzmi, albo jednym i drugim naraz. Niestety przeważnie (może poza, chyba niedocenianym, a świetnym „Michaelem Claytonem”, no i jeszcze „Syrianą”) opowiadana historia z czasem się rozłazi, staje się mało wiarygodna i jak zauważył recenzent z „Guardiana” „...nie są to filmy, które ogląda się po raz drugi”. W tymże „Guardianie” o „Zakładniku z Wall Street” napisano, że to film zrobiony przez 10%, które bardzo chciałoby uderzyć w ten 1%, ale w każdej scenie widać, że bliżej mu do niego, niż do 99%. Innymi słowy Foster i Clooney bardzo chcieliby uchodzić za wielbicieli Berniego Sandersa, ale to wypisz wymaluj wyborcy Hillary Clinton. Ta pokrętna metafora jest akurat bardzo celna i dlatego „Zakładnik...”, choć zły nie jest, do pięt nie dorasta „Big Short”.

Scena warta uwagi:

Jest w środku filmu scena (nie powiem jaka, zgadniecie) która mnie przeraziła, bo przez chwilę byłem przekonany, że znalazłem się na jakimś niesamowitym gniocie. Szczęśliwie twórcy filmu rozwiązali ten przykry moment w jedyny sensowny sposób, ale sam fakt, że podejrzewałem, że może być inaczej, działa raczej na niekorzyść „Zakładnika...”

P.S. Muzyka Dominica Lewisa zdecydowanie na plus. Zawyżyła ocenę.

Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi