sobota, 30 sierpnia 2014

(Lone Ranger, 2013)

Reżyseria: Gore Verbinski

Scenariusz: Justin Haythe, Ted Elliott, Terry Rossio

Grają (ci istotni): Armie Hammer, Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Tom Wilkinson, Barry Pepper, William Fichtner

3/10

Słownikowy przykład „popłuczyn”. Gore Verbinski postanowił nakręcić „Piratów z Karaibów” w wersji westernowej i to właśnie zrobił. Johnny Depp wykonuje te same miny, robi te same gesty, mówi takim samym głosem (choć nieco mniej) i nawet jest trochę podobnie umalowany (tylko tym razem groteskowo) co grając Jacka Sparrowa. A poza tym nic się nie zmienia. Jest historia o złych, jednym dobrym, ale niezrozumianym, jest kobieta, jest trochę pojedynków, trochę strzelania, trochę wybuchów, a to wszystko stylizowane na Dziki Zachód. Nieciekawe, przewidywalne, schematyczne, nawet nieśmieszne.

Drugiego akapitu nie będzie. W filmie brakuje treści na drugi akapit.

Scena warta uwagi:

Jest w filmie absurdalna scena, w której główny zły charakter (akurat całkiem niezły Fichtner) zjada bratu głównego bohatera serce. Tzn. najpierw go rozkraja, żeby się do serca dostać. Tylko przez kolejny kwadrans zastanawiałem się dlaczego próbując dostać się do serca, zrobił mu dziurę gdzieś w okolicach dolnych rejonów jelit. W ogóle wyglądało jakby coś innego chciał mu zjeść. To jedna z wielu przedziwnych nieścisłości w filmie.



wtorek, 26 sierpnia 2014

(Enemy, 2013)

Reżyseria: Denis Villneuve

Scenariusz: Javier Gullon na podstawie powieści „Podwojenie” Jose Saramago

Grają (ci istotni): Jake Gyllenhaal, Melanie Laurent, Sarah Gadon, Isabella Rossellini

7/10

Mroczny, brudny i bardzo tajemniczy thriller luźno oparty na prozie Jose Saramago. Jake Gyllenhaal gra podwójną rolę wykładowcy historii Adama, którego życie jest kompletnie przewidywalne, a każdy dzień wygląda jak poprzedni, który nagle odkrywa, że w tym samym mieście istnieje trzeciorzędny aktor Anthony, o wyglądzie identycznym jak on. Film jest niepokojący, klaustrofobiczny już od pierwszych ujęć. Nawet nowoczesne Toronto z lotu ptaka (widok na nie otwiera i zamyka film), wygląda na brudne, wymarłe miasto, przypominające raczej Bejrut z początku lat 80-tych.

Przejrzałem chyba z dziesięć recenzji i każdy piszący nie ma pojęcia jak rozumieć część scen w filmie (zwłaszcza te z pająkami), więc niektórzy usiłują dowodzić, że właściwie reżyser sam nie wie co nakręcił. Niejeden porównuje klimat do filmów Davida Lyncha. Różnica jest taka, że o ile w przypadku Lyncha jestem zwyczajnie bezradny, to „Wróg” wydaje się jednak poddawać pewnej interpretacji i to na dwóch poziomach. Po pierwsze jak rozumieć relacje między Adamem i Anthonym, którzy fizycznie są identyczni, psychicznie pozornie kompletnie różni (jeden jest spokojny, trzeźwo myślący, drugi impulsywny i poddający się emocjom), ale na dobrą sprawę nie bardziej różni niż każdy z nas w dwóch różnych nastrojach. Po drugie jak rozumieć cały film, który sam reżyser w wywiadzie dla Huffington Post tłumaczy jako rodzaj gry lub puzzli (ten tytuł nie pada, ale ewidentnie przywodzi na myśl „Grę w klasy” Cortazara”), a magazyn „Slate” tłumaczy jako parabolę totalitaryzmu i wskazuje na kilka ciekawych puzzli, choć na dobrą sprawę nie układa z nich obrazka. W każdym razie film jest intrygujący i podejrzewam, że obejrzę go jeszcze raz.

Scena warta uwagi:

Tak naprawdę cały film wymaga uwagi, choć za pierwszym razem może nie warto śledzić wspomnianych puzzli, a poddać się klimatowi jaki buduje reżyser, który zresztą garściami czerpie z innych klimatycznych filmów. Choćby w jednej ze scen na początku, która wydaje się żywcem wyjęta z „Oczu szeroko zamkniętych”.



niedziela, 24 sierpnia 2014

(Identity Thief, 2013)

Reżyseria: Seth Gordon

Scenariusz: Craig Mazin

Grają (ci istotni): Jason Bateman, Melissa McCarthy, Amanda Peet, Jon Favreau, Robert Patrick

4/10

Niczym nie wyróżniający się i niespecjalnie ciekawy film ze zgrają aktorów, którzy jeśli akurat nie grają w komedii, to tylko dlatego, że grają w komedii romantycznej. Banalny pomysł na złodziejkę, która kradnąc dane Bogu ducha winnych osób, żyje na ich koszt, jest punktem wyjścia do opowiedzenia jak dobrze być dobrym i jak okazane serce potrafi zmienić nawet najbardziej perfidną osobę w kogoś, kto zrozumie swoje błędy i weźmie za nie odpowiedzialność. Dodatkowo kilka obowiązkowych pobić, kilka niesmacznych żartów, kilka scen wzruszających. Rzecz dla cierpiących na bezsenność.

I niech mi ktoś wyjaśni co ci Amerykanie widzą grającej główną rolę w Mellissie McCarthy? Aktorka sitcomowo-filmowa, która nie wyróżnia się niczym poza tuszą, za rolę w „Druchnach” była swego czasu nominowana do Oskara (choć film był moim zdaniem fatalny, a ona nie odbiegała poziomem od filmu), a „Złodziej tożsamości”, którego jest główną atrakcją, zarobił ponad 170 mln dol. Dla czegoś nieopowiadającego o wojnie transformersów z avengersami i piratami jest to chyba niezłym wynikiem. Być może widz amerykański, siedząc w kinie lubi przeglądać się w lustrze. Jeśli tak, to źle to o nim świadczy. I najmniej chodzi tu o wspomnianą tuszę.

Scena warta uwagi:

W samym filmie żadnej ciekawej nie ma, dlatego Filmotatnik, z czysto osobistego punktu widzenia, wymieniłby każdą z Amandą Peet. Niedużo ich niestety.

18:26, kubadybalski , komedia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 sierpnia 2014

(Most Wanted Man, 2014)

Reżyseria: Anton Corbijn

Scenariusz: Andrew Bovell na podstawie książki „Bardzo poszukiwany człowiek” Johna Le Carre

Grają (ci istotni): Philip Seymour Hoffman, Willem Dafoe, Rachel McAdams, Robin Wright, Daniel Bruhl, Nina Hoss

8/10

Bardzo dobry thriller szpiegowski według powieści Johna Le Carre, co jest właściwie pleonazmem, ale warto to podkreślić i dodatkowo sezon ogórkowy uznać oficjalnie za zamknięty. „Bardzo poszukiwanego człowieka” pochłania się jednym tchem. Historia szefa niemieckiej komórki kontrwywiadowczej w Hamburgu, który buduje piętrową intrygę niesamowicie wciąga. Zapomnijcie o szpiegach z filmów z Bondem. Szpiegostwo według Le Carre to mieszanina mrówczej pracy, intryg i szczęścia, którego wpływ można ewentualnie zmniejszyć drobiazgowym planowaniem. Ale tylko trochę. A szpiedzy, którzy w bondowskich filmach są zawsze najsilniejsi, najsprytniejsi i najmądrzejsi, tutaj mają wszelkie przywary zwykłych ludzi. No i trzeba zaznaczyć, że brytyjski pisarz tylko jeden z wywiadów na świecie uznaje za głupszy i podlejszy od amerykańskiego – brytyjski. Akurat Brytyjczyków w filmie nie ma.

Był kiedyś taki francuski thriller „Purpurowe rzeki” na podstawie powieści pod tym samym tytułem. Bardzo fajnej książki zresztą (autor Jean Christophe Grange pisze czasem lepiej, czasem gorzej, ale akurat „Purpurowe rzeki” mu się udały). W każdym razie któraś z telewizji wyświetliła kiedyś ten film i nie mogłem go oglądać, bo Jean Reno i Vincent Cassel, w filmie wyreżyserowanym przez Mathieu Kassovitza, mówili... z angielskim dubbingiem. Brzmiało fatalnie. I to była moja główna obawa do granego po angielsku „Bardzo poszukiwanego człowieka”. Niepotrzebna, bo i Hoffman (świetny, świetny, absolutnie świetny) i Dafoe i McAdams udają niemiecki akcent bardzo naturalnie. Bruhl i Hoss udawać nie muszą. Kompletnie to nie przeszkadza.

Scena warta uwagi:

Wszystkie sceny rozmów w cztery oczy w tym filmie to wyjątkowe studium uzyskiwania i utrzymywania kontroli jednej osoby nad drugą. Bachmann rozmawiający z agentem, z dziennikarką, z Marthą Sullivan z amerykańskiej ambasady, z bankierem. Cały ten film jest zbudowany na rozmowach.

P.S. Taka ciekawostka, związana z ciekawą drogą filmową. Mały epizod (Michaela Axelroda z wywiadu) gra Herbert Gronemeyer – kiedyś aktor, teraz zdecydowanie bardziej piosenkarz i kompozytor – który zresztą jest też autorem muzyki do filmu. W Niemczech popularny, a poza Niemcami też pewnie słyszeliście oficjalną piosenkę piłkarskich MŚ w Niemczech.



czwartek, 07 sierpnia 2014

(Chef, 2014)

Reżyseria: Jon Favreau

Scenariusz: Jon Favreau

Grają (ci istotni): Jon Favreau, John Leguizamo, Sofia Vergara, Oliver Platt, Scarlett Johansson, Dustin Hoffman, Robert Downey Jr

7/10

Okazuje się, że sezon ogórkowy wcale nie jest taki ogórkowy. Bardzo pogodna, sympatyczna komedia o szefie kuchni który jednocześnie musi sobie radzić z irytującym krytykiem kulinarnym, wyrzuceniem z pracy i 10-letnim synem, dla którego nie ma czasu, bo próbuje radzić sobie z dwoma pierwszymi problemami. Głównego bohatera nie da się nie lubić, zresztą nie ma tam chyba postaci, której się da się nie lubić. W ogóle jest jakoś tak cukierkowo, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Wśród amerykańskich komedii taka, która nie dzieje się na uczelni i w której żarty nie polegają na latających cyckach, powinna być pod ochroną i dokarmiana zimą z paśników. Bo to rzadki okaz.

W nielicznych krytycznych recenzjach w USA Favreau zarzucano, że zrobił film dla własnej próżności (napisał, wyreżyserował, zagrał główną rolę i wyprodukował). Ale tak naprawdę dał zabłysnąć tym aktorom, których zaprosił do epizodów. Zawsze miło popatrzeć na Scarlett Johansson, Olivera Platta bardzo lubię. Dustin Hoffman jest świetny, a Robert Downey Jr. Mam wrażenie tę jedną scenę w której występuje, zagrał bez scenariusza. Wypada bardzo fajnie. W każdym razie tak jak zachęcałem do „Więzów krwi”, tak samo zachęcam do pójścia na „Szefa”.

Scena warta uwagi:

Jest prawie na początku filmu scena – nie bójmy się tego słowa „erotyczna” - w której główny bohater gotuje makaron dla Molly. Po prostu rewelacja.

 



wtorek, 05 sierpnia 2014

(Only God Forgives, 2013)

Reżyseria: Nicolas Winding Refn

Scenariusz: Nicolas Winding Refn

Grają (ci istotni): Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas

7/10

Nicolas Winding Refn choćby nie wiem jak enigmatycznie wypowiadał się w wywiadach jest zdecydowanie zafascynowany przemocą i okrucieństwem. I ten film jest dużo bardziej brutalny niż „Valhalla. Mroczny wojownik”, a przede wszystkim niż „Drive”. Trudno w to uwierzyć, ale tym razem Ryan Gosling mówi jeszcze mniej (w sumie siedemnaście zdań, „Variety napisało, że to „rola bliska katatonii”), ale akurat słowa nie są w tutaj najważniejsze. Każda scena to rodzaj obrazu, prawie każde ujęcie kręcone jest nieporuszającą się kamerą, w starannie zainscenizowanej przestrzeni, świetle i z odpowiednio dobraną muzyką, albo w niemniej hipnotyzującej ciszy. Trudno nie odnieść wrażenia, że historia (bohater szuka zabójcy brata, napędzany w wysiłkach przez demoniczną matkę – rewelacyjna Kristin Scott Thomas) jest wyłącznie tłem, dla klimatu w jaki wprowadza widza reżyser. Wspomniane okrucieństwo to część tego klimatu. Refn się nim bawi, spacerując po linii wyznaczającej granicę między powagą a kiczem, ale bardzo umiejętnie jej nie przekracza. Film uwodzi, choć nie każdego. Na pokazie w Cannes część widowni klaskała, część buczała, część wyszła z sali. Mnie uwiódł.

Może też dlatego, że – do czego przyznawał się chyba opisując „Zakładnika” - Filmotatnik lubi miasta nocą. A w „Tylko Bóg wybacza” mamy przepięknie sfilmowany nocny Bangkok. Wybór stolicy Tajlandii na miejsce akcji był strzałem w dziesiątkę. Całe tło, a więc wspomniane miasto, klub muay thai czy ciąg wydarzeń napędzający spiralę kolejnych morderstw, wydaje się być zamkniętą, dokładnie przemyślaną całością bez niepasującego elementu. Gdyby Duński reżyser urodził się 150 lat temu, to byłby pewnie malarzem-impresjonistą i w można by było dzisiaj oglądać jego prace w galeriach. A tak chodzi się do kina i tam ogląda się odcinane ręce i podrzynane gardła.

Scena warta uwagi:

Najbardziej zapadająca w pamięć jest ta gdy Chang ćwiczy z mieczem, a jednocześnie Crystal omawia warunki jego zabójstwa. Zapada w pamięć głównie ze względu na lecącą w tle muzykę Cliffa Martineza (który zresztą odpowiadał za większość ścieżki dźwiękowej do „Drive”). Słucham jej teraz na okrągło.



niedziela, 03 sierpnia 2014

(Sęp, 2012)

Reżyseria: Eugeniusz Korin

Scenariusz: Eugeniusz Korin

Grają (ci istotni): Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Anna Przybylska, Piotr Fronczewski

1/10

Oglądałem ten film w trzech kawałkach, ale postanowiłem obejrzeć do końca, żeby tylko móc napisać notkę na „Filmotatniku”, który to blog – w moim mniemaniu – poza zachęcaniem, powinien też ostrzegać, a jeśli trzeba, bić na alarm. Przed „Sępem” należy bronić dzieci, żeby przypadkiem nie zraziły się za młodu do pięknego gatunku filmowego jakim jest thrillero-kryminał. Dobry kucharz, gdy ugotuje zupę, to od razu sam jej spróbuje. Głównie po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że jest dobra, ewentualnie coś tam ratować przyprawami. Twórcy „Sępa” przed premierą chyba go nie oglądali. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ze strachu. Pewnie bali się, że będzie nie do uratowania, więc niech się dzieje co chce. Wyszedł film, który jest piramidalnym kiczem. Próbą złożenia filmu z oklepanych motywów z amerykańskich thrillerów. Bez ładu, składu i sensu.

Historia komisarza wydziału wewnętrznego, który wraz z wiceszefem CBŚ prowadzi tajemnicze śledztwo w sprawie porywanych przestępców zupełnie nie trzyma się kupy, na aktorów nie da się patrzeć, od dialogów bolą zęby, a tanie efekciarstwo bije po oczach (jest chore dziecko, które dla zabicia czasu w szpitalu czyta podręcznik do astrofizyki, główny bohater rozmawia z kotem o imieniu „Teodor”, miłość głównego bohatera ma stadninę koni, którym robi trening biegowy w środku nocy, pod gwiazdami, pewnie żeby było romantycznie, czarny charakter przez większość filmu rozmawia zmienionym głosem przez telefon zza oparcia fotela). Ścieżka dźwiękowa jest złożona z utworów Archive, co powinno być plusem, gdyby nie to, że jest kompletnie niedopasowana, a gdy słyszy się ten sam kawałek po raz czwarty, ma się dość. Najgorzej z dialogami. Wszystkie (wszystkie!) postacie w filmie wypadają jak solidny kawał drewna. Klną sporo, co przeważnie kompletnie nie pasuje ani do sytuacji ani do osoby. Olbrychski grający Bożka wypada katastrofalnie (bynajmniej nie wygląda na twardego, doświadczonego policjanta, jak wszyscy w filmie twierdzą, ale na jakiegoś emeryta-działkowca). Napięcie uczuciowe między komisarzem Wolinem (tytułowym „Sępem”) a Nataszą McCormack sięga pięt jamnika. To jest zły film. Bardzo zły.

Scena warta uwagi:

„Sęp” i Natasza wychodzą ze szpitala. Natasza ma na niego ochotę, ale „Sęp” jakiś taki zamyślony. Wsiadają do swoich samochodów i nagle Natasza krzyczy, machając jakby zatrzymywała stopa „Przepraszam, nie miałby pan wolnych sześćdziesięciu minut?”. Jadą do stadniny, karmią konie jabłkami („Sęp” sam zjada jedno z nich), przepędzają konie po padoku, Natasza odwozi „Sępa” a ten jej opowiada o kocie Teodorze.

P.S. Przejrzałem recenzje „Sępa”. Przeważnie średnie oceny, niektórzy próbują go bronić. Zwykle opisy kończą się tym, że to film zwykły, przeciętny. Nie wierzcie. Ten film nie jest przeciętny.



12:40, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi