wtorek, 25 sierpnia 2015

(The Man from U.N.C.L.E., 2015)

Reżyseria: Guy Ritchie

Scenariusz: Guy Ritche, Lionel Wigram

Grają (ci istotni): Henry Cavil, Alicia Vikander, Armie Hammer, Elizabeth Debicki, Hugh Grant

5/10

Siedzę sobie grzecznie w kinowym fotelu, choć resztę widowni, gnaną niezrozumiałym dla mnie obyczajem wyjścia z kina momentalnie po ostatniej scenie (sceny po napisach... muzyka... nie interesują polskich widzów...), wywiało. Przeglądam obsadę, bo chciałem się upewnić jak nazywał się ten człowiek grający Rosjanina. Aż tu nagle na liście aktorów... David Beckham. Wielkiej roli nie miał, raczej epizod, ale tak skrojony przez reżysera, żeby był widoczny i zmieścił się w napisach. A ja go nie poznałem! Więc uważnym nie będę odbierał przyjemności znalezienia go w tym filmie. A warto na marginesie zauważyć, że Vinnie Jones – dla wielu wciąż bardziej bandzior z Wimbledonu, niż aktor – swoją karierę na ekranie zaczynał właśnie u Guya Ritchiego w „Porachunkach”. I wcale nie miał tam epizodu, ale kawał poważnej roli. Może więc ten reżyser ma talent do przerabiania piłkarzy w aktorów. Życzę Beckhamowi powodzenia.

Sam Ritchie po raz kolejny udowadnia, że jest wysokiej klasy efekciarzem. Nie jest to obelga. Świetnie dobrał aktorów, film jest doskonale zilustrowany muzycznie, miejsca akcji są imponujące a zdjęcia i montaż wbijają w fotel. W długiej scenie, w której Solo w buggy'm, a Kuryakin na motocyklu ścigają porwaną Gaby, Ritchie przechodzi sam siebie. Wszystko śmiga, lata, fruwa i nie można oderwać wzroku od ekranu. Problem tylko w tym, że Ritchie miał słabość do efektownych i niekonwencjonalnych ujęć odkąd zaczął kręcić filmy, ale za co innego się go uwielbia. Brutalny humor i cięte riposty obecne w każdej scenie w „Porachunkach” i „Przekręcie”, w „Kryptonimie U.N.C.L.E.” bywają, ale sporadycznie. Sama historia jest banalna i nudna. Ja wiem, że to ekranizacja serialu/gry/komiksu (niepotrzebne skreślić), ale nikt mnie nie przekona, że z takiego materiału nie da się zrobić jednocześnie efektownego i ciekawego filmu, tym bardziej, że „Kingsman” dostał jakiś czas temu od Filmotatnika niezłą ocenę. A zwłaszcza Guy Ritchie mógłby się jednak trochę wysilić.

Scena warta uwagi:

Ta opisana wyżej jest naprawdę świetna. Ale przesympatyczna jest też ta, w której Kuryakin próbuje grać w szachy a za jego plecami, nastukana jak pingwin Gaby, próbuje tańczyć.

niedziela, 23 sierpnia 2015

(Irrational Man, 2015)

Reżyseria: Woody Allen

Scenariusz: Woody Allen

Grają (ci istotni): Emma Stone, Joaquin Phoenix

3/10

Filozofię – jak wiedzą wszyscy, którzy nie wiedzą co to jest – należałoby usunąć z uniwersytetów i wszelkich programów nauczania jako dziedzinę niepraktyczną i kompletnie nieprzydatną w życiu. Film Allena jest doskonałym argumentem za tą tezą. Można oczywiście cytować z pamięci Kierkegaarda i pisać eseje o Kancie, ale do niczego się to nie przyda, jeśli jest się taką ofermą, która nie umie wepchnąć dziewczyny do pustego szybu windy. Dziewczyny, dodajmy, raczej eterycznej. Filozofia w wydaniu Allena – wykładana na podrzędnej uczelni, przez podrzędnego nauczyciela akademickiego, miernym studentom, w tym studentce z którą romansuje i prowadzi rozmowy na poziomie wczesnego Coelho – jest zresztą mało atrakcyjna, raczej żałośnie-śmieszna, niczego (Nietzschego?) innego zresztą po tym reżyserze trudno się spodziewać. Ale lepszego filmu – można.

Moje ulubione filmy Allena z ostatnich kilkunastu lat, to nie komedie a dramaty - „Wszystko gra” i „Sen Kasandry”. Potrafi rewelacyjnie opowiadać historie w których drobiazg potrafi wywrócić do góry nogami życie zwykłych ludzi, a takie historie są lepsze, jeśli opowiada się je na straszno, a nie na śmieszno. Komedii zrobił dziesiątki, każda następna jest taka sama jak poprzednia, jeśli jednak jest inteligentna i zabawna, to można obejrzeć. „Nieracjonalny mężczyzna” miał zadatki być zarówno dramatem jak i komedią. Allen zdecydował się zrobić komedię (pierwszy błąd), niestety wyszła nieśmieszna, kiczowata i męcząca (drugi błąd). W dodatku przewidywalna, z oczywistym zakończeniem (błąd trzeci) i to w sytuacji gdy z biegiem filmu miałem wrażenie, że tylko wybitne zakończenie może go uratować. Nuda.

Scena warta uwagi:

Jeśli ktoś ma ochotę, może oglądając film próbować łączyć postępowanie i emocjonalny stan Abe'a z poglądami filozofów, o których mówi studentom na zajęciach (to może być z kolei argument dla sympatyków filozofii, że jednak może być w dość konkretny sposób „życiowa”). Ja byłem na to zbyt znudzony.

sobota, 15 sierpnia 2015

(Amy, 2015)

Reżyseria: Asif Kapadia

6/10

Nastoletnia Amy wygłupia się przed kamerą razem z koleżankami. To urodziny jednej z nich, więc wszystkie po kolei śpiewają jubilatce „Wszystkiego Najlepszego”. W pewnym momencie zza kadru słychać „Happy Birthday to You...” zaśpiewane tak, że spadają kapcie. Asif Kapadia nie mógł lepiej zacząć tego filmu, niż od razu pokazać, że obejrzymy historię dziewczyny piekielnie utalentowanej i wrażliwej dziewczyny. Zresztą reżyser, który kiedyś robił fabuły, a pięć lat temu nakręcił wielokrotnie nagradzany dokument „Senna” o brazylijskim mistrzu F1, daje popis solidnego warsztatu. Dostał do ręki świetny materiał – fajną bohaterkę, atmosferę skandalu, ludzi, którzy chętnie o niej opowiadali, wreszcie masę materiału filmowego (Tu dygresja, to pierwszy dokument jaki oglądałem, przedstawiający historię jakiejś osoby, w którym reżyser miał kamerę w reku może trzy razy na krzyż. Cały jest skomponowany z prywatnych i telewizyjnych nagrań. Autorami większości materiału są przyjaciele Amy Winehouse, jej rodzice, albo ona sama. Takie czasy) – i mógł go zmarnować, w końcu kino dokumentalne zna wiele zmarnowanych rewelacyjnych pomysłów na film. Tymczasem on go ładnie, chronologicznie poukładał, zilustrował wypowiedziami przepytanych ludzi, zachował proporcje (raptem kilka razy tylko miałem wrażenie, że twórcy filmu jednak przekraczają granicę dobrego smaku, np. słuchając nagrania z poczty głosowej chłopaka piosenkarki) i wyszła mu płynna, interesująca historia, zgodna z wszelkimi prawidłami sztuki filmów dokumentalnych. Świetnie nadałaby się na pracę zaliczeniową studenta filmówki.

Bo jeśli chcielibyście w tym filmie zobaczyć coś zaskakującego, to nie zobaczycie. Amy była utalentowana i wrażliwa (ewidentnie była, oglądamy dziewczynę, która sprawia wrażenie naprawdę fajnej). Tak bardzo, że nie poradziła sobie z karierą i światem, w efekcie zaćpała i zapiła się na śmierć. Historia jakich kino zna kilkadziesiąt. Jest budząca sympatię widzów (sala w kinie była prawie pełna, w środku tygodnia...) dziewczyna, są jej przyjaciółki, jest czarny charakter w osobie chłopaka, przez którego Amy wpadła w dragi i drugi czarny charakter w osobie ojca, któremu najwyraźniej bardziej zależało na kasie córki, niż jej szczęściu. Nieszczęśliwe dla niej od obu była chorobliwie uzależniona. Na podstawowe pytania są proste odpowiedzi. Jest wzruszająco, kończy się, jak wiadomo, tragicznie. Jak w „Titanicu”. Fani Amy Winehouse się w tym filmie zakochają. Brytyjskie media się nim zachwyciły. Ci którzy od filmowego dokumentu oczekują czegoś po czym z kina wychodzi się w ciszy z opadniętą szczęką, bo właśnie dowiedziałeś się o świecie rzeczy o których nie miałeś pojęcia, niekoniecznie.

Scena warta uwagi:

Amy na wakacjach w Hiszpanii udająca hiszpańskiego służącego, Amy w czasie jednego z pierwszych wywiadów radiowych, niepotrafiąca ukryć jak bardzo idiotyczne jest pytanie, które właśnie usłyszała, Amy nagrywająca piosenkę z Tonym Bennettem, swoim idolem, która nie może śpiewać, bo tak jest tym faktem rozemocjonowana. Naprawdę sporo. Fajna dziewczyna.

P.S. Ojciec Amy Winehouse i jej narzeczony (nie ten czarny charakter, inny) skrytykowali film, jako nieprawdziwy. Kilka tygodni temu ogłosili, że chcą nakręcić własny film o niej.



19:30, kubadybalski , dokumentalny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 sierpnia 2015

(Die Angst des Tormanns beim Elfmeter, 1971)

Reżyseria: Wim Wenders

Scenariusz: Wim Wenders na podstawie powieści Petera Handkego pod tym samym tytułem

Grają (ci istotni): Arthur Brauss, Kai Fischer

6/10

„Za każdym razem gdy strzelec staje naprzeciwko bramkarza, między nimi toczy się psychologiczna gra. Obaj starają się nawzajem odczytać język ciała, jednocześnie próbując jak najsprytniej zmylić rywala. Bramkarz nigdy nie jest pewien, że obroni strzał, ale to nie powstrzymuje go od głębokiej wiary, że to mu się uda” - pisał swego czasu w świetnym felietonie dla „Guardiana” były bramkarz reprezentacji Anglii David James. Podobne słowa wypowiada w drugim w karierze filmie Wima Wendersa główny bohater Josef Bloch. „Jeśli bramkarz zna strzelca, to wie, w który róg jest jego ulubionym. Ale strzelec o tym wie i może wybrać ten drugi. Bramkarz też o tym wie, więc może jednak strzelec wybierze swój ulubiony róg” - tłumaczy. Co więc bramkarz powinien robić? Najlepiej jak najmniej. Starać się jak najbardziej wyłączyć, nie reagować na sytuację, w której się znalazł, co zresztą Bloch opanował do perfekcji.

Wenders, ekranizując powieść Petera Handkego, prostą psychologiczną grę z boiska piłkarskiego rozciąga na relacje między ludźmi. Bo Bloch, poza tym, że jest profesjonalnym futbolistą, wywalonym z boiska za awanturę po puszczonym golu, jest też mordercą. Ścigany przez policję, zamiast zachowywać się nerwowo, uciekać, mylić tropy, postępuje, jakby nic się nie stało. Chodzi do kina, szlaja się po nocnym Wiedniu, wyjeżdża na wieś gdzie spotyka miłość z dawnych lat. Wenders bardzo efektownie łączy rzeczywistość piłkarską i społeczną, co mu się bardzo chwali, bo jakby prześledzić całą historię kina, porządnych filmów z futbolem w tle właściwie nie ma. Minus jest tylko taki, że przeciętny film „Strachu...” nie zmęczy, bo nazwanie tego filmu thrillerem, to jak nazwanie perskiego kota drapieżcą. Wenders opowiadał, że komponując ujęcia wzorował się na Hitchcocku, ale jeśli chodzi o napięcie, to raczej na Viscontim. Historia wlecze się niesamowicie, Bloch prowadzi pozornie nic nie wnoszące do niej rozmowy o niczym. Wszystko odbywa się po niemiecku, co nie pomaga. Dla odważnych.

Scena warta uwagi:

Punkt widzenia strzelca rzutu karnego poznajemy gdy Bloch wraca nocą w deszczu z pewnym policjantem, a ten opowiada mu jak się łapie złoczyńców. „Patrzę na jego nogi, próbuję wyczuć na którą przenosi ciężar ciała, ale on zawsze jest o krok przede mną...” - tłumaczy. Świetna scena.

P.S. Handke, a za nim Wenders, puszczają do widza oko, bo powszechnie uważa się, że to strzelcy boją się rzutów karnych. Bramkarz bać się nie musi, bo – według mądrości rozmaitych gadających głów z meczowych przerw – nikt od niego obrony jedenastki nie oczekuje. Ale choćby ten tytuł sugeruje, że w Blochu, przez cały film przypominającym zimną rybę, jakieś emocje też buzują. Zresztą wspomniany na wstępie David James również pisze, że pozbycie się emocji przez bramkarza jest niemożliwe. Polecam zresztą ten felieton. Choćby za akapit o Cantonie.



22:53, kubadybalski , thriller
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2015

(Paper Towns, 2015)

Reżyseria: Jake Schreier

Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber na podstawie „Paper Towns” Johna Greena

Grają (ci istotni): Cara Delevingne

3/10

To ostatnie dni Quentina w liceum. Niedługo zdaje maturę, potem pójdzie do college'u, na studia medyczne, zrobi karierę, itd. Teraz spędza ostatnie tygodnie z przyjaciółmi ze szkoły i myśli o balu maturalnym, a raczej o tym, że nie ma z kim pójść, bo jego cicha miłość z drugiej strony ulicy, z którą za dzieciaka jeździł rowerem i w ogóle, która jest strasznie fajna i lekko szalona, już dawno przestała się interesować takim sztywniakiem. Aż tu pewnego wieczora, Margo puka w jego okno i zabiera go na przygodę. A potem znika. Q postanawia ją odnaleźć. To film o tym, że choć możesz mieć poukładane życie – szkoła studia medyczne, kariera, itd. - to czasem, a szczególnie gdy jesteś nastolatkiem w klasie maturalnej (kiedy, jak nie wtedy?), zdarza się coś nieprzewidzianego, szalonego, coś co możesz zrobić z najlepszymi kumplami, dla miłości swojego życia. Wtedy właśnie przekonujesz się, że najważniejsze w życiu, a szczególnie w życiu nastolatka są... szkoła, studia medyczne, kariera, itd.

Co? Jak to? O co chodzi? No właśnie. Zadawałem sobie te same pytania.

John Green, który napisał powieść dla młodzieży, na podstawie której nakręcono ten film, to ponoć niezwykle poczytny amerykański pisarz, którego książki "pożerają" tamtejsze nastolatki. Nie wiem, nie czytałem, ale jeśli to prawda, to dla tego świata nie ma nadziei. Nie będzie żadnej rewolty, młodzi nie wyjdą na ulice, 68' się nie powtórzy. Literat Green ładuje do głów dzieciom w wieku buntowniczym prawdy i ideały zbieżne z poglądami 40-50-letniej klasy średniej, a one (na to wygląda, książka dostała jakąś ważną amerykańską nagrodę, film swoje zarobił) łykają to jak pelikany. Nie chodzi mi o to, że każdy nastolatek ma być jak Che Guevara (Boże uchowaj), ale każdemu - do jasnej cholery – Argentyńczyk powinien w pewnej mierze imponować. Tymczasem obejrzałem film „przygodowy”, w którym najbardziej szaloną rzeczą, jaką zrobili główni bohaterowie, to zwymiotowanie na imprezie (pił tylko jeden z grupki trzech przyjaciół, nie kierowca), przejechanie samochodem kilku stanów i z powrotem oraz spędzenie wieczoru z dziewczyną (spoglądali przez okno i raz zatańczyli) w biurze w jakimś biurowcu, z którego roztaczał się piękny widok na miasto (nie, nie włamali się, okazało się, że ona znała strażnika na recepcji, wpuścił ich). To chyba żart.

Scena warta uwagi:

Najbardziej kuriozalna. Stoją oboje przed autokarem, którym on ma odjechać. Buzi, buzi, wyznali sobie, co mieli wyznać. W pewnym momencie ona mówi: „Wiesz, że nie musisz odjeżdżać?”. Nie zdradzę wam reakcji, ale „Casablanca” to to nie jest...

P.S. Jestem winien wyjaśnienie tytułu notki. Strasznie irytują mnie reklamy różnych np. napojów, a zwłaszcza dotyczy to reklam chipsów, w których są szalone imprezy - muza, tańce, łosie na żyrandolu, itp. - ale nie zauważycie tam kropli alkoholu. Współczesne nastolatki, według tego co serwuje telewizja, szaleją do białego rana popijając frugo albo coca colę. Niezwykle to kolorowe, ekstatyczne i piekielnie fałszywe. Trochę jak ten młodzieżowo-przygodowy film.

P.P.S. Plus za Carę Delevingne.



23:32, kubadybalski , przygodowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 sierpnia 2015

(Inside Out, 2015, dubbing)

Reżyseria: Pete Docter

Scenariusz: Pete Docter, Meg LeFauve, Josh Cooley

Podkładają głos (ci istotni): Małgorzata Socha, Kinga Preis, Maja Ostaszewska, Cezary Pazura, Szymon Kuśmider

8/10

Rzadko chodzę do kina na filmy animowane, ale jeśli dwie osoby zapytały się mnie, czy już na tym filmie byłem (bo podobno rewelacyjny!), to ostatecznie można się wybrać, ryzykując, że będę znacząco zawyżał średnią wieku na sali, a w kasie będą się dopytywali gdzie dzieci i czy na pewno chcę jeden bilet. O tym, że Pixar nie robi bajek sztampowych, wiadomo nie od dziś. Księżniczka, rycerz, smok, żyli długo i szczęśliwie – tego rodzaju rzeczy tamtejsi scenarzyści odrzucają na wstępie. Tym razem jednak pomysł wbija w fotel. To historia tego co dzieje się w głowie 11-letniej Riley, a głównymi bohaterami jest pięć emocji (Radość, Smutek, Strach, Gniew i Odraza), które dziewczynką sterują za pomocą specjalnej konsoli. Mają dużo roboty, bo Riley razem z rodzicami przeprowadza się z Minnesoty do San Francisco i mocno całą sprawę przeżywa. Powyższy opis to zresztą duże uproszczenie, bo całość jest dużo bardziej skomplikowana, a film to tak naprawdę półtoragodzinny kurs psychologii dla osób w każdym wieku i jednocześnie jeden z najbardziej odkrywczych i inteligentnych scenariuszy w kinie jakie widziałem w ciągu ostatnich miesięcy.

„W głowie się nie mieści” powstawało sześć lat. Twórcy zmieniali scenariusz i pomysł na główny wątek kilkakrotnie, bo mieli wątpliwości, czy historia, będzie „się kleiła”. Reżyser Pete Docter – laureat Oscara za „Odlot” i sześciokrotnie za swoje filmy nominowany – w pewnym momencie był gotowy porzucić projekt, bo czuł, że nie wyjdzie. Tymczasem film spodobał się w maju w Cannes, gdzie miał premierę, a od połowy czerwca, gdy wszedł do kin, czyli w ciągu sześciu tygodni zarobił na całym świecie ponad 600 mln dol. W USA okazał się historycznym rekordzistą jeśli chodzi o przychody z pierwszego weekendu (90,4 mln dol.) wśród filmów opartych na oryginalnej historii, czyli niebędącym remake'iem, sequelem lub prequelem. Pobił „Avatara”. Jeśli jednak argument finansowy was nie przekonuje, to polecam powrót do poprzedniego akapitu. Z dziećmi, czy bez – warto.

Scena warta uwagi:

Najfajniejsze są te sceny, w których autorzy zaglądają do innych głów, niż tylko głowa Riley. Dlatego wszystkim, którzy z kina wychodzą, gdy tylko zaczną lecieć końcowe napisy, polecam posiedzieć trochę dłużej.



22:17, kubadybalski , animowany
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi