czwartek, 18 sierpnia 2016

(Sausage Party, 2016)

Reżyseria: Greg Tiernan, Conrad Vernon

Scenariusz: Seth Rogen, Evan Goldberg, Kyle Hunter, Ariel Shaffir oraz Jonah Hill

Grają (ci istotni): Seth Rogen, Kirsten Wiig, Jonah Hill, Edward Norton, Salma Hayek, James Franco

7/10

Odpowiedzialni za ten film są trzej kumple Seth Rogen, Jonah Hill oraz scenarzysta i producent Evan Goldberg, którzy do pomysłu zatrudnili potem m.in. Jamesa Franco (co nie dziwi), Salmę Hayek i Edwarda Nortona. Myśleli, myśleli i co wymyślili? Po pierwsze klasyczną amerykańską komedię o cyckach i penisach. Zabawną o tyle o ile może być zabawna komedia o cyckach i penisach. Po drugie błyskotliwą i wielopoziomową bekę z poprawności politycznej, a to się zawsze takim filmowcom bardzo chwali. Tu nie chodzi wyłącznie o żart za żartem ze wszystkiego z czego wypada i nie wypada żartować, wliczając w to tematy polityczne, religijne, historyczne, obyczajowe oraz związane z seksem. Jeśli już gorąca parówka i mięciutka bułeczka z czymś się wam kojarzy, to nie macie zielonego pojęcia co może robić bajgiel z lawaszem. Równie zabawny i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaplanowany jest fakt, że amerykański urząd przyznający kategorie filmom, oznaczył, jak by nie patrzeć, film animowany o jedzeniu kategorią R, co oznacza, że osoby poniżej lat 17 mogą go oglądać wyłącznie w towarzystwie dorosłego opiekuna. Żeby nie otrzymał najbardziej restrykcyjnej kategorii NC-17 (tylko dla dorosłych) trzeba było komputerowo usunąć włosy łonowe widoczne u postaci wspomnianego arabskiego lawasza.

Po trzecie wreszcie, „Sausage Party” to interesująca wizja futurystycznej utopii świata bez idei, która nie zatrzymuje się tam, gdzie kończy się większość filmów science fiction. To zdecydowana apologia postawy naukowej, dążącej do przesuwania granic wiedzy dalej niż znajdują się one obecnie. Co więcej film podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie o kondycję społeczeństwa, gdy wreszcie dotknie ono absolutu i poznamy naturę wszech rzeczy. Zakończenie nie spodoba się tradycjonalistom, którzy tajemnicę świata i niemożność poznania wszystkich praw nim rządzących uważają, za immanentną cechę kondycji ludzkiej. Tym, którzy uważają, że gdy człowiek, w swoim dążeniu do wyjaśniania wszystkiego dookoła, ostatecznie pozna wszystkie sekrety natury, a tym samym ogarnie sens Boga, to nie pozostanie mu nic innego jak, za przeproszeniem (używając potocznej amerykańskiej terminologii), pójść się j...ć.

Choć paradoksalnie zakończenie może im się jednak spodobać, co jest chyba największą zaletą tego filmu.

Scena warta uwagi:

Rzecz jasna twórcy wyśmiewają najrozmaitsze gatunki filmowe. Najfajniejsze jest chyba wyśmianie filmów wojennych, choć scena ta naturalnie kojarzy się rzecz jasna też z World Trade Center (i wydarzeniem, i filmem). Boska.

P.S. Ilustracją notki jest oczywiście amerykański plakat filmu, a nie ocenzurowana, najpewniej przez polskiego dystrybutora, wersja znad Wisły. Najgorszą formą cenzury jest autocenzura.

piątek, 12 sierpnia 2016

(Jason Bourne, 2016)

Reżyseria: Paul Greengrass

Scenariusz: Paul Greengrass, Christopher Rousse

Grają (ci istotni): Matt Damon, Tommy Lee Jones, Alicia Vikander, Vincent Cassel, Julia Stiles, Riz Ahmed

5/10

Prawie półtorej dekady temu Matta Damona obsadzono w głównej roli w filmie, który zapoczątkował najlepszą serię filmów sensacyjnych w historii kina (lepszą niż ta o Bondzie, Jamesie Bondzie). „Tożsamość Bourne'a”, choć brzmi to jak bluźnierstwo i na dobrą sprawę nie umiem podać innego przykładu, była lepsza niż literacki, nieco nudny, pierwowzór. Reżyser Doug Liman, ani wcześniej ani później nie doskoczył swoimi filmami do tego poziomu. Paul Greengrass, który wyreżyserował dwie kolejne części, coraz mniej związane z powieściami Roberta Ludluma, utrzymał ten klimat. Bourne bił każdego, przeważnie gołymi pięściami, ale zwykle bez bondowskich atrakcji. To prostota była w tych filmach efektowna. Zagubiony bohater, budził sympatię choć był maszyną do zabijania. Na swojej drodze spotykał fajnie napisane i zagrane postaci, które się bały, miały wątpliwości i przejawiały szereg ludzkich odruchów, rzadko spotykanych w innych filmach tego gatunku. Choć cały główny wątek serii jest nie mniej wzięty z sufitu, co ten z Bonda, nie raził fałszem. Nawet „Dziedzictwo Bourne'a” okazało się bardzo porządnym filmem, choć na pierwszy rzut oka było skazane na porażkę – bez Damona, kompletnie oderwane od literackiej serii. Ale za kamerą stanął Tony Gilroy, który po pierwsze napisał scenariusze do poprzednich części, a po drugie Tony Gilroy to Tony Gilroy.

Teraz Gilroya zabrakło. Choć wrócił Damon i Greengrass, to widać od razu kogo brakuje, bo nowy „Bourne” jest pozbawiony prawie wszystkiego, co odróżniało poprzednie filmy od sensacyjnej sieczki. Owszem, to wciąż bardzo efektowne kino. Reżyser umie zrobić fajerwerki, niestety nie widzi, kiedy dach zaczyna płonąć. O ile jeszcze rozbudowana scena w Atenach ma klimat z poprzednich filmów, to już w tej w Las Vegas autorom puściły wszelkie hamulce. Skoro wiadomo już ze zwiastunu, że Bourne potrafi znokautować jakiegoś osiłka jednym pacnięciem, to dlaczego Damon z Vincentem Casselem napieprzają się przez pięć minut (i oczywiście raz jeden umiera, raz drugi)? Dla obsługi kolejnych scen sensacyjnych wymyślono ckliwą, teoretycznie niezwykle zaskakującą, przeszłość głównego bohatera i skutecznie wyrzucono do rynsztoka całą aurę tajemnicy utrzymywaną przez poprzednie filmy. Wreszcie całkiem fajna, złożona z porządnych nazwisk obsada, właściwie bez wyjątku gra poniżej możliwości. Alicia Vikander, Tommy Lee Jones i Cassel mają jedną minę przez cały film, Damon ma ze dwie. Ani nikt się nie boi, ani nikt nad niczym nie traci kontroli, ani nawet nikt się nie uśmiecha, co w połączeniu z poprzednimi zarzutami sprawia, że w głównej roli z powodzeniem można było obsadzić Stevena Segala. Odnalazłby się w tym filmie.

Scena warta uwagi:

Jedyna fajna rola przypadła Rizowi Ahmedowi. To brytyjski raper i bardzo porządny aktor, który debiutował przed dekadą w „Drodze do Guantanamo” Michaela Winterbottoma, i który z racji aparycji przeważnie gra terrorystów, a jeśli nie Arabów, albo Persów to Hindusów. Tutaj gra wzorowanego na Marku Zuckerbergu szefa globalnego serwisu społecznościowego i scena, w której prezentuje publiczności swój produkt, to najlepiej zagrana scena w filmie.

wtorek, 02 sierpnia 2016

(Zjednoczone stany miłości, 2016)

Reżyseria: Tomasz Wasilewski

Scenariusz: Tomasz Wasilewski

Grają (ci istotni): Julia Kijowska, Magdalena Cielecka, Łukasz Simlat, Andrzej Chyra

8/10

Cztery kobiety w różnym wieku i każda przeraźliwie samotna, bo wbrew tytułowi to film przede wszystkim o samotności, którą desperacko próbują zwalczyć średnio udanymi wersjami miłości. Jest kobieta, która nie kocha męża ("jak długo razem jesteśmy? Z 15 lat... Córka ma 14..."). Jest jej najlepsza przyjaciółka, która swojego męża nie widziała od trzech lat, bo ten wyjechał za pracą do erefenu. Jest jej siostra, pani dyrektor szkoły, kochanka z sześcioletnim stażem, uzależniona od mężczyzny, który od niej nie jest uzależniony. Jest wreszcie, chyba najbardziej przejmująca, zbliżająca się do emerytury nauczycielka rosyjskiego, którą w szkole właśnie zastępuje nauczycielka angielskiego. Każda inteligentna, samodzielna, na skali niezależności chyba mocno powyżej średniej jakiej można byłoby się spodziewać po kobietach w Polsce gdzieś miedzy 1989 a 1990 rokiem. I każda niesamowicie odległa od współczesnej, propagowanej przez kolorowa bibułę wizji szczęśliwej, spełniającej się w pracy i niepotrzebującej mężczyzny singielki. I tu wcale zdaje się nie chodzić o to, że przez ćwierćwiecze Polki tak się zmieniły.

Cud boski, że ten film został nagrodzony w Berlinie (Srebrny Niedźwiedź za scenariusz dla Wasilewskiego). Poza dość uniwersalną historią to przecież też wciągający obraz świata, którego szczęśliwie już nie ma, a który Filmotatnik z czasów wczesnodziedzięcych pamięta jak przez mgłę. Świata w którym blokowiska, choć przestronniejsze, były niesamowicie przygnębiające, w którym wszyscy jarali jak smoki w parowozie i który był w całości, niewyobrażalnie szarobury ("Polska w ruinie"... ręce opadają w obliczu bezczelności autora tego hasła...). Trzeba choć trochę przynajmniej pamiętać tamte czasy, żeby wyłapać wszystkie, nienachalnie podane a smakowite kąski. Choć z drugiej strony jeśli gdziekolwiek za granicą mogli je zrozumieć, to chyba w NRD...

Scena warta uwagi:

Jeden z kilku humorystycznych akcentów ma miejsce na basenie, gdzie jedna z bohaterek, Marzena, prowadzi zajęcia rehabilitacyjne dla grupy niemieckich emerytek. "Lewa ręka! Prawa ręka! Hande hoch...!"

P.S. Film nie ma polskiego plakatu, taka ciekawostka...

22:19, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi