sobota, 26 sierpnia 2017

(Слава, 2016)

Reżyseria: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Scenariusz: Kristina Grozewa, Petar Wałchanow

Grają (ci istotni): Stefan Denoliubow, Margita Goszewa

7/10

Kino moralnego niepokoju nie zginęło wraz z przemianami ustrojowymi w Polsce. Po prostu postanowiło szukać szczęścia za granicą. Dziś takie filmy robi się w Rumunii, Bułgarii i w Rosji, co jest paradoksalną korzyścią, być może jedyną sensowną, z życia po sąsiedzku z korupcją, brakiem zaufania i ogólnym tumiwisizmem. Na takim właśnie podłożu powstają najlepsze filmy, bo co może być ciekawszego dla kina niż człowiek który czasem jest świnią, a czasem bohaterem i czasem winę za to ponoszą okoliczności, a czasem on sam, a najczęściej granica między tymi wszystkimi sytuacjami jest nieuchwytna. Grozewa opowiada historię pracownika kolei, który znalazł na torach wory z pieniędzmi i postanowił oddać je policji. Nic w tym zaskakującego, znając mechanizm tego rodzaju filmów, że była to dla niego decyzja najgorsza z możliwych i gdyby wziął je do kieszeni i resztę życia spędził pod palmami na Fidżi wszyscy (ale to absolutnie wszyscy w tej historii) byliby zadowoleni. Bułgarska reżyserka, równie efektownie jak w nakręconej przed trzema laty „Lekcji”, pokazuje jednak jak piekielnie niewygodne jest życie w rzeczywistości, w której nawet nie chodzi o to, że wszyscy są nieuczciwi (bo nie wszyscy), ale jeśli nie są, to są samolubni, a jeśli nie nieuczciwi ani samolubni, to im zwyczajnie nie zależy.

Polski widz może się w tym filmie przejrzeć jak w krzywym zwierciadle i zastanowić, czy przez ostatnie lata przypadkiem zwierciadło, które ma w rękach, nieco się nie wygładza. Poboczne wątki składają się na bardzo niefajną rzeczywistość kraju, który bardzo chciałby być europejski, ale na każdym kroku widać słomę (znów: skąd my to znamy?), a unijne pieniądze służą głównie do budowania kafkowskiej biurokracji. Rzeczniczka ministra transportu, która czas dzieli miedzy pracę, a wizyty w klinice ginekologicznej gdzie chce zamrozić zarodki na przyszłość. Bo dziecko jest ważne, ale jeszcze nie teraz. Główna postać filmu, którą na każdym kroku wszyscy nazywają bohaterem, bo tak im wygodnie, ale nikt go, choćby w elementarny sposób, nie szanuje. Doskonała, metaforyczna, jest scena, w której wspomniana rzeczniczka musi zrobić sobie szybko zastrzyk, o którym wcześniej zapomniała, więc robi go w holu ministerstwa, zakrywając się tym co jest pod ręką, czyli stojącą tam unijną flagą. Warto się wybrać.

Scena warta uwagi:

Poza wspomnianą wcześniej, pięknym przykładem kosmicznej cepelii jest uroczystość w ministerstwie. Jest tam nawet dziecko recytujące wierszyk.

15:44, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 sierpnia 2017

(Valerian and the City of a Thousand Planets, 2017)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson na podstawie komiksów „Valerian i Laureline” Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Meziersa

Grają (ci istotni): Cara Delevingne, Dane DeHaan, Clive Owen, Rihanna, Ethan Hawke, Herbie Hancock, John Goodman, Mathieu Kassovitz, Rutger Hauer, Elizabeth Debicki

3/10

Jeśli wydawało wam się, że po "Avatarze" nie można już zrobić nic lepszego, a świat wygenerowany komputerowo nie może wyglądać bardziej naturalnie, to myliliście się. Francuski film to jeden wielki efekt specjalny, który widowiskowością nie tyle równa się do amerykańskich superprodukcji, co je zwyczajnie przerasta. Żywych aktorów co prawda z filmu wywalić się nie da, ale już dziś można nakręcić film, z wykorzystaniem aktorów i studia komputerowego, przy oglądaniu którego widz nie pomyśli nawet, że był robiony komputerowo. To znaczy oczywiście nie zakładam, że widzowie pomyślą, że operator biegał z kamerą między wymiarami, a zdjęcia nakręcono na Hawajach, ale po prostu nie będzie sobie zaprzątał tym głowy i nie będzie mu to przeszkadzało. Mając takie narzędzie nie pozostaje nic innego, tylko wykorzystać je do opowiadania wciągających historii. No właśnie...

„Valerian...” jest zwyczajnie nudny i nie ma w nim nic, co by tę nudę mogło przełamać. Historia to zestaw efektownych pościgów i strzelanek. Nie czytałem komiksowego pierwowzoru, więc nie wiem jak wierna to ekranizacja, ale w filmie to nie działa. Połowa scen nie ma specjalnego sensu i można by się było bez nich obejść. Trudno oprzeć się wrażeniu, że powstały tylko po to żeby pokazać jakiś wybuch, albo Rihannę. Wątek romansowy między parą głównych bohaterów koncertowo kładzie Cara Delevingne, którą prywatnie uwielbiam, ale prezentuje aktorstwo z subtelnością drewna wysokiej twardości. Choć trzeba dodać, że twórca dialogów żadnemu z aktorów nie ułatwił zadania. Nie można zarzucić Lucowi Bessonowi, że się nie stara. Próbuje mrugnięć do widza i pomysłów, które podobały się w „Piątym Elemencie”. Tylko że tam jakoś śmieszyły i zapadały w pamięć (a przecież para od głównych ról też nie była, powiedzmy sobie szczerze, wirtuozami aktorskiego rzemiosła), a tu nie śmieszą. W ogóle mam wrażenie, że Francuzowi wyszła blada wersja tamtego hitu sprzed dwudziestu lat. A „Valerian...” jest kolejnym dowodem, że Besson na „Piątym Elemencie” się skończył.

Scena warta uwagi:

Bardzo podobała mi się pierwsza, wprowadzająca do całej historii. Chyba najbardziej pomysłowa w całym filmie.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi