poniedziałek, 23 września 2013

(Deadfall, 2012)

Reżyseria: Stefan Ruzowitzky

Scenariusz: Zach Dean

Grają (ci istotni): Eric Bana, Olivia Wilde, Kris Kristofferson, Sissy Spacek, Kate Mara

6/10

Brat i siostra napadają na kasyno. Uciekają w stronę Kanady, ale po wypadku muszą się rozdzielić. Od tej pory mamy dwie oddzielne historie, które na koniec filmu się splatają. Nie zdradzę szczegółów, ale jest zimno, mrocznie i surowo. Choć historia jest w sumie dość banalna - nie ona jest zresztą najważniejsza, bo nie wiemy specjalnie co się wydarzyło wcześniej i trudno się domyślić jak potoczą się dalsze losy bohaterów - to film zyskuje na aktorach. Bana i Wilde dają swoim postaciom wyrazistość i charakter, a przede wszystkim niejednoznaczność (w sumie role drugoplanowe też są dobre, tak naprawdę dawno nie widziałem tak solidnie obsadzonego filmu). Napięcie nie jest może specjalnie wysokie, ale na pewno czeka się z zainteresowaniem na finał, albo przynajmniej na to kto przeżyje.

Film wyreżyserował Stefan Ruzowitzky. Nie znacie? A szkoda, bo to reżyser z Oscarem. Dostał go w 2008 r. za „Fałszerzy”, uznanych za najlepszy film nieanglojęzyczny. Ruzowitzky sprawia wrażenie wszechstronnie utalentowanego, bo kręci horrory, thrillery, dramaty, a zdarzyło mu się też częściowo animowany film dla dzieci („Czarodziejka Lili: Smok i magiczna księga”). W Hollywood na razie sukcesów mu brak. „Deadfall” nakręcił z budżetem równym 6 mln dolarów, czyli na amerykańskie warunki – za grosze. Film zarobił pół miliona, czyli okazał się finansową klapą. Ale nie jest zły. Warto zwracać uwagę na gust amerykańskiej widowni, ale traktować go z dużą rezerwą. A Ruzowitzky nie dał plamy i dobrze rokuje.

Scena warta uwagi:

Fantastyczna jest scena w domku myśliwskim, gdy Addison rozmawia z małą Lisą. Cała scena, przy słabym świetle, trzaskającym ogniu w piecyku i zadymce na zewnątrz jest bajecznie plastyczna. Ta historia jest ładnie sfilmowana, a ta scena jest najładniejsza.

wtorek, 17 września 2013

(The Flight, 2012)

Reżyseria: Robert Zemeckis

Scenariusz: John Gatins

Grają (ci istotni): Denzel Washington, Don Cheadle, John Goodman

5/10

Koniec jest przewidywalny i film kończy się w sumie dobrze. I to niedobrze, bo dobrze by mu zrobiło, gdyby skończyło się źle. Tak naprawdę historia o nawalonym pilocie, który z jednej strony jest nie powinien w ogóle latać, a z drugiej robi to genialnie, ma ogromny potencjał, którego Zemeckis – mam wrażenie - nie wykorzystał. Ja do dziś nie wiem i nie jestem w stanie zdecydować, czy kapitan „Whip” Whitaker powinien siadać za sterami samolotu. Ale takie pytanie w filmie nie pada. Padają o to, czy się przyzna, czy skończy pić, etc. To niestety film o alkoholiku, a nie film o geniuszu. Ten drugi byłby ciekawszy.

Co warto oglądać? Warto Denzela Washingtona, który najfajniej wypada w rolach ludzi, których trudno lubić. Nie sympatycznych bandziorów, ale właśnie typów niesympatycznych. Nominacja do Oskara jak najbardziej zasłużona (czego nie można powiedzieć o scenarzyście). Fajny jest też Don Cheadle, ale on jest w każdym filmie fajny.

Scena warta uwagi:

Trudno wybrać. Cała sekwencja katastrofy jest świetnie zrobiona. Fajnie pomyślana jest scena rozmowy na szpitalnych schodach, a mocna jest rozmowa Whipa i Margaret na pogrzebie Kateriny. Ale bardzo pomysłowa jest scena na spotkaniu AA, gdy główny bohater słucha przemowy jednego z uczestników. Washingtonowi wystarczy jedna mina, by zagrać.



piątek, 13 września 2013

(Seven Psychopaths, 2012)

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Grają (ci istotni): Colin Farrell, Sam Rockwell, Christopher Walken, Woody Harrelson, Olga Kurylenko, Tom Waits, Abbie Cornish, Michael Pitt, Żeljko Ivanek

7/10

W czasie oglądania tego filmu dwa razy stwierdzałem, że mi się nie podoba i dwa razy, że jednak jest w porządku. Ocena wahała się tak między 4 a 8. To jeden z tych filmów, kiedy twórcy nie dają widzowi komfortu, wyjaśniając w trzech pierwszych minutach, co ogląda. To nie jest komedia, raczej nie film gangsterski. Dramat pewnie, ale trochę nietypowy. Na pewno po części pastisz, ale jak na pastisz dość brutalny i momentami zbyt poważny. Ale wciąga, bo jeśli coś szczególnie w tym filmie zasługuje na wyróżnienie, to scenariusz. Choć momentami nudzi, to w innych momentach mocno zaskakuje, a przede wszystkim jest spójny. A zbytnie zagmatwanie i dziury scenariuszowe „położyły” już niejedną czarną komedię. Dlatego warto chyba poświęcić dla niego wieczór. No i dawno w jednym filmie nie było tylu fajnych aktorów. Woody Harrelson jest co najmniej porządny, a Tom Waits świetny, choć epizodyczny.

„7 psychopatów” to drugi film irlandzkiego (no właśnie, kto niby ma nakręcić pokręconą ale spójny film gangsterski jak nie wyspiarze, nawet jeśli są z tej mniejszej wyspy?) duetu aktorsko-reżyserskiego Colin Farrell - Martin McDonagh. Po klimacie filmu łatwo poznać że tym pierwszym był „In Bruges” (co polski dystrybutor przetłumaczył, nie wiedzieć czemu, na „Najpierw strzelaj, potem pytaj”). I jeśli miałbym porównać „7 psychopatów” do jakiegokolwiek innego filmu, jeśli chodzi o tempo, narrację, charakter postaci, to właściwie żaden inny nie przychodzi mi do głowy.

Scena warta uwagi:

Charlie wraca z Marty'm samochodem na miejsce finałowej strzelaniny. „Przestań się mazać, wiem, że jeden z twoich przyjaciół zginął, a drugi zaraz też zginie. Ale od początku tej historii zastrzelono czterech moich przyjaciół. I dziewczynę. Nie lubiłem jej zbytnio, ale jednak... To o trzech przyjaciół więcej, więc nie wyskakuj mi tu ze zbolałą miną”. Trzeba dużych umiejętności, żeby zagrać coś takiego i nie wyszło banalnie. Tu wyszło w porządku.

niedziela, 08 września 2013

(En kongelig affære, 2012)

Reżyseria: Nikolaj Arcel

Scenariusz: Rasmus Heisterberg, Nikolaj Arcel

Grają (ci istotni): Mads Mikkelsen, Alicia Vikander, Mikkel Folsgaard

7/10

Film jest o trójce lewicujących rewolucjonistów. Ona jest z tym pierwszym, ale zakochuje się w tym drugim. Ukrywają romans przed tym pierwszym. Taki hipisowski wątek miłosny (coś jak w „Rozmowie w Katedrze”, albo w „Marzycielach”). Wyniszczający dla całej trójki, bo ten pierwszy lekko świruje, dziewczyna w pewnym monecie zaczyna się odurzać zachęcana przez tego drugiego. Wątek polityczny jest taki, że znienacka zyskują możliwości, by robić rewolucję społeczną i choć mają zapał (i wspomniane możliwości) nie mają politycznego wyczucia i doświadczenia. Wszystko wymieszane prowadzi do katastrofy. Przegrywają z opresyjnym otoczeniem i z normami, z którymi chcieli walczyć.

Warto dodać, że rzecz dzieje się na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Zaskoczenia nie ma. Tyle że XVIII wieku, w Danii, a wspomniany trójkącik to król, królowa i królewski lekarz. Żeby było ciekawiej oparty na prawdziwych wydarzeniach, w dodatku niespecjalnie naciąganych. Był taki król, był romans, były reformy, był zamach stanu, były postacie przedstawione w filmie. O ile wątek romansowy ogrywano w filmach już setki razy, to ten polityczny wypada bardzo ciekawie. Może gdyby Salvador Allende znał historię Danii, to nie skończyłby, nie przymierzając, jak Johann Friedrich Struensee? Naprawdę, podobieństwa na każdym kroku.

Scena warta uwagi:

Przychodzi królowa do lekarza. Wtedy jeszcze go dość solidnie nie cierpi. Odzywa się do niego oschle, zresztą trudno jej się dziwić, bo ten zdiagnozował u niej melancholię i stwierdził „kobieto, jedź na wakacje” (cóż, taka osiemnastowieczna medycyna). Ta grzebie mu w książkach i znajduje w niej Rousseau. No i pożycza. I tak zaczyna się ambaras.



środa, 04 września 2013

(Django Unchained, 2012)

Reżyseria: Quentin Tarantino

Scenariusz: Quentin Tarantino

Grają (ci istotni): Christoph Waltz, Jamie Foxx, Leonardo DiCaprio, Samuel L. Jackson, Kerry Washington, Don Johnson, Quentin Tarantino

8/10

Pamiętam recenzje „Django” gdy film był w kinach. Jacek Szczerba pisał w „Gazecie”, że to najlepszy film Tarantino, od czasu pierwszego „Kill Billa” (w tekście pod jakże celnym tytułem „Krew na białej bawełnie”). Z kolei Paweł Mossakowski w „Co jest grane” raczej ostrzegał, twierdząc, że podobnie jak w „Bękartach wojny” w połowie film traci na tempie, i w ogóle „Bękarty...” są lepsze. Z powodu tego drugiego, „Django” odłożyłem na później, bo istotnie poprzedni film Tarantino w połowie zaczął mnie nudzić. A szkoda. Obejrzałem i z Mossakowskim się nie zgadzam. Ze Szczerbą zresztą też nie. Może pomijając jedną z części „Czterech pokojów”, to najlepszy film Tarantino od czasu „Pulp Fiction”.

Prawie wszystko mi się w tym filmie podoba. Wyjątkowe role Waltza i Jacksona, muzyka, która jest takim pomieszaniem stylów, że wybitnie do filmu pasuje. Podoba mi się to, że teksański producent bawełny popija drinki w skorupie kokosa (?), a Django popija Grolscha (tak to wygląda), a Schultz Knickerbockera, czyli oficjalne piwo baseballistów NY Giants. I że w ogóle na Dzikim Zachodzie piją browara, a nie whisky. Podoba mi się fabuła, która, choć pełna absurdalnych przeskoków, dłużyzn, itp., przykuwa uwagę do samego końca, choć i tak wiadomo, że na końcu będą latające flaki i totalna rozwałka. Słowem, Taratnino zrobił porządny pastisz na swoim poziomie. Wreszcie.

Scena warta uwagi:

Jest co najmniej kilka. Ale mi się podobała ta, w której Django z grzbietu konia obsztorcowuje niewolników, którzy krzywo na niego patrzą. Gangster. I jeszcze w tle leci „100 Black Coffins” Ricka Rossa...



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi