niedziela, 28 września 2014

(Pod Mocnym Aniołem, 2013)

Reżyseria: Wojciech Smarzowski

Scenariusz: Wojciech Smarzowski na podstawie „Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha

Grają (ci istotni): Robert Więckiewicz, Julia Kijowska, Andrzej Grabowski, Adam Woronowicz, Izabela Kuna, Jacek Braciak, Arkadiusz Jakubik

5/10

Ze wszystkich filmów Smarzowskiego, które widziałem, każdy o alkoholu opowiada w bardziej wstrząsający sposób, niż ten. „Pod Mocnym Aniołem” jest chaotyczny, nieliniowy, bez sensownej historii. Pewnie taki miał być. Pewnie o to chodziło by pokazać, że Jerzemu rwie się świat, a strzępy są coraz bardziej nieposkładane. To Smarzowski zrobił sprawnie. Tylko brakuje efektu, jakiegoś mocnego dania po gębie jak w „Domu złym”. Adaptacja akurat tej powieści Pilcha wydawała się karkołomna. Co prawda 20 lat temu Jerzy Stuhr wyjątkowo sprawnie poradził sobie ze „Spisem cudzołożnic”, ale to była chyba powieść łatwiejsza do przeniesienia na ekran. Smarzowski pozostawił rwaną narrację, wątki pozaalkoholowe ograniczył do minimum, akcję przeniósł do Krakowa (z tego co pamiętam, a książki akurat nie mam pod ręką, tytułowy bar w powieści był gdzieś w okolicach Ronda ONZ) i ekranizacji, na mój gust, nie udźwignął.

Są dwa filmy na podstawie Pilcha, które mówią o piciu. Obraz Smarzowskiego, a także kultowy (nie bójmy się tego słowa) w pewnych kręgach „Żółty szalik”, do którego literat własnoręcznie napisał scenariusz. Nie chodzi nawet o to, że bardziej rusza mną tamten Janusz Gajos, niż ten Robert Więckiewicz. Choć warto podkreślić Więckiewicz bardzo się stara, a reżyser i charakteryzatorzy (?) targają nim do granic możliwości. Bardziej o to, że w tamtym filmie jest kontrast. Tamten Jerzy chleje radykalnie, gorzka żołądkowa to na równi z nim bohater filmu. Ale jednocześnie jest tam dom matki, który daje pojęcie jak daleko Jerzy jest od normalności. W „Pod Mocnym Aniołem” cały świat jest pijany, normalności nie ma, przez co nie ma też punktu odniesienia, a Jerzy nie wygląda na kogoś kto sięgnął dna. Smarzowski w każdym filmie dotyka ciemności. Tu mimo wszystko nie dotknął.

Scena warta uwagi:

Ze wszystkich alkoholowych retrospekcji najzabawniejsza jest chyba ta z księdzem, który chwiejąc się prowadzi pasterkę. Pewnie połowa ludzi w kościele jest równie urżnięta jak on sam. Nawiasem mówiąc czekam wciąż aż Smarzowski zrobi film, w którym głównego bohatera zagra Jacek Braciak.

P.S. Filmotatnik jest też na Twitterze i Facebooku

czwartek, 25 września 2014

(Miasto 44, 2014)

Reżyseria: Jan Komasa

Scenariusz: Jan Komasa, Maciej Pisuk

Grają (ci istotni): Józef Pawłowski, Zofia Wichłacz, Anna Próchniak

3/10

Ostrzegam. Notka będzie dłuższa. W końcu to film, który powstał w oparciu o sześć instytucji (wymienienie wszystkich zajęło mniej więcej tyle czasu co zwiastuny i reklamy), z patronatem prezydenta, na który do Warszawy zwieziono 5 tys. ton gruzu. Więc - cierpliwości.

I zacznę od dygresji na wstępie. Jeśli zastanawialiście się, czy powstańcy przeklinali (ja się zastanawiałem), to nie przeklinali. Nigdy. Raz słychać „cholera”, ale w sytuacji nadzwyczaj dramatycznej (Niemiec strzela), więc można krewkiemu powstańcowi wybaczyć, że nie trzymał języka za zębami. Tę lekcję kina amerykańskiego twórcy odrobili.

Film O Powstaniu

Ale po kolei. Co mi się podobało. Widać każdą złotówkę, którą wydano. To już nie są czasy gumowych potworów z „Wiedźmina”, czy płonącego Baru z dorysowanym dymem. Wizualnie film jest świetny. Wybuchy wybuchają, krew tryska na wszystkie strony, miasto się pali, pociski latają. Nawet tam gdzie widać efekt komputerowy, trzeba się jednak przyglądać. Komasa udowodnił, że potrafi zarządzać pieniędzmi i jeśli nad Wisłą więcej osób nauczy się korzystać z filmowej techniki, to może być pierwszy krok do kręcenia dobrych filmów z rozmachem. Dobrze, że ten film powstał, przynajmniej jest ładny i daje nadzieję, że kolejny będzie lepszy.

Niestety Komasa reżyserem (może lepiej powiedzieć... hm... „estetą obrazu”) okazał się dużo lepszym niż scenarzystą. Postawił sobie zapewne za cel zrobienie „Filmu O Powstaniu”. Postanowił upchnąć tam wszystko. Godzinę W, masowe rozstrzeliwania na Woli, cztery dzielnice po kolei, czołg-pułapkę, kanały, goliata, berlingowców, złych Niemców, Dobrego Niemca (TM), ruiny, dzieci walczące, dzieci roznoszące pocztę, dzieci cierpiące, uwolnionego żydowskiego uciekiniera przyłączającego się do powstania, rozstrzeliwania w szpitalach, granaty w piwnicach.

Politycznie film się broni z każdej strony. Nie daje argumentów do krytyki żadnej ze stron sporu o słuszność powstania (to moim zdaniem jego druga wartość). Sowieci nas oszukali, berlingowców traktujemy z sympatią, choć mają słomę w butach, jest Dobry Niemiec (TM) w dwóch egzemplarzach, rozsierdzeni warszawiacy klną Pana Boga, ale też się modlą, a powstańcy biorą ślub kościelny w wolnej chwili. Jest patriotycznie, choć nienatarczywie.

Młodzież też będzie dopieszczona. Chłopcy są gładcy, niebieskoocy, dziewczęta gibkie, białozębe, widać nieco ciał, jest scena erotyczna, są całujące się bojowniczki (choć krótko), genderowo bohaterowie są podzieleni równo. Brakuje tylko Afroamerykanina (tej lekcji kina amerykańskiego twórcy nie odrobili).

Tylko że jak Komasa to już wszystko poupychał, to zapomniał napisać ciekawą historię.

Zmagania powstańca Stefana z Niemcem o Warszawę i dwóch jego koleżanek ze sobą nawzajem o Stefana, są przeraźliwie miałkie, banalne do bólu. Film jest nudny, nie zasypia się tylko dlatego, że jest głośno. Widz ogląda 1127. historię o „miłości w czasach apokalipsy”...

To niestety pokłosie konieczności zrobienia wspomnianego „Filmu O Powstaniu”, zamiast nakręcenia ciekawej historii z powstaniem w tle, w którym te wszystkie pieniądze można byłoby spalić, zburzyć i wysadzić w powietrze w „bullet-time” równie efektownie. O ile ciekawsza byłaby historia powstańczej zawieruchy z udziałem cwaniaka z Woli, który na początku filmu sępi od Stefana „piątaka”? Ale nie. Być może na taki film sześć instytucji i prezydent nie daliby błogosławieństwa. O ile fajniej byłoby gdyby Stefan i Biedronka, spotykając swój oddział w Śródmieściu śpiewający i bawiący się w najlepsze, poszli z nimi na konfrontację. W końcu swoje przeżyli. Ale nie. Stefan jest obowiązkowy.

Music-fusion

Nie jest tak, że w filmie nie ma dobrych scen. Jak wspomniałem, Komasa dobrze zarządza pieniędzmi. Nie tylko zresztą. Gdy Biedronka przebiega pod kulami, snajpera mijając zastrzelonego przed chwilą chłopaka-listonosza, to widać jej strach i scena jest mocna. Gdy na Podwale spada deszcz krwi, choć nieco przerysowany, pod wpływem wiersza Gajcego, to też robi wrażenie. Ale gdy scena miłosna Stefana i Kamy, z upadającą paprotką w tle, jest poprzetykana ujęciami powstańców maszerujących kanałami, a w tle leci bardzo porządny dubstep (dokąd idą? po co? nie wiadomo, ale woda ładnie się pali), to nieco zgrzyta. Nie tylko wtedy zresztą.

I tu dochodzimy do najmroczniejszej strony umysłu reżysera, który zrodził ilustrację muzyczną tego filmu. Wspomniana muzyczna elektronika w tle, pasuje do tego co oglądamy równie mocno, jak Czesław Niemen śpiewający, że „dziwny jest ten świat”, gdy na początku powstania oddział Stefana jest masakrowany na cmentarzu. Takiego kina-fusion nie oglądałem dawno.

***

Jeśli kiedyś zdarzyło wam się dostać w prezencie np. wino za milion pieniędzy. I pierwszą myślą było „o rany, fajnie dostać taki prezent”, a drugą „o rany, ile fajnych rzeczy można by za te pieniądze kupić, zamiast głupiego wina”, to po wyjściu z kina będziecie mieli podobne uczucie. A jak chcecie obejrzeć dobry film, odpalcie sobie „Pianistę”. Tam też jest miasto w gruzach, powstania nawet dwa, a do tego jeszcze historia.

Scena warta uwagi:

Poza deszczem krwi i snajperem podobała mi się ta z rannym SS-manem, Stefanem i lekarzem w szpitalu. Źle zagrana, ale dobrze pomyślana.

P.S. Filmotatnik jest też na Twitterze i Facebooku

21:23, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2014

(Grbavica, 2006)

Reżyseria: Jasmila Żbanić

Scenariusz: Jasmila Żbanić

Grają (te istotne): Mirjana Karanović, Luna Mijović

8/10

Sarajewo – niby normalne miasto. Główna bohaterka ledwo wiąże koniec z końcem, samotnie wychowując córkę. Dorabia pracując po nocach w barze. Córka chodzi do szkoły, trochę chuligani, trochę się buntuje, jak to nastolatka. Poznaje chłopaka. Klasa Sary żyje zbliżającą się wycieczką szkolną. Jeżdżą autobusy, ludzie rozmawiają o lidze hiszpańskiej, w weekendy robi się grilla. Takie tam. Tylko że na wycieczkę za darmo mogą pojechać te dzieci, które miały ojca-szahida. Ludzie poznają się, bo wspólnie byli na rozpoznaniu zmarłych po ekshumacji masowych grobów. Na zjazdy absolwentów z 40 osób przyjeżdża jedenaście. A Sara nie ma taty bynajmniej nie dlatego, że zginął na wojnie. To miasto brzydkie i odpychające, w najmniejszym stopniu dlatego, że akurat jest zima i plucha przykrywa wszechobecną szarość. Bardziej dlatego że skrywa wojnę. Na tyle płytko, że ta wojna wychodzi każdą dziurą, przy byle okazji. Bardzo mocne memento, że wojna trwa jeszcze długo po tym, gdy padnie ostatni strzał. Jasmila Zbanić zrobiła film nie tyle o wojnie, ale o tym, że wojna pozostaje.

Grbavica jest przejmująca. Mam tu na myśli zarówno film ("Złoty Niedźwiedź" w Berlinie, plus nagroda tamtejszego jury ekumenicznego i Peace Film Award), jak i miejsce. To przedmieście Sarajewa (tu swój stadion ma – jak ktoś się tym interesuje – Żeljeznicar), raczej ponure, pełne bloków. W czasie wojny, gdy większość miasta była oblężona, Grbavica była okupowana przez wojska serbskie. „Spotykaliśmy ludzi, którzy uciekli stamtąd, z obozu koncentracyjnego. Baliśmy się, że serbscy żołnierze wtargną do naszej dzielnicy. Tylko mała rzeczka dzieliła Grbavicę od mojego domu. Ale teraz, kiedy tamtędy chodzę, myślę: jak to wszystko było możliwe? Drzewa są wciąż te same. Rosną sobie i nie przejmują się tym, co było” - mówiła Zbanić w wywiadzie z Tadeuszem Sobolewskim. Wojna na Bałkanach jest dla mnie od lat czymś na pół nierzeczywistym. To nie stało się gdzieś na końcu świata, nikt nie strzelał zza palmy, ani nie zarzynał innych maczetą. Na blokowisku identycznym jak moje rodzinne blokowisko we Wrocławiu, czy pierwszy lepszy Ursynów, ludzie, nierzadko sąsiedzi, wzajemnie do siebie strzelali, organizowano obozy jenieckie, a czołgi burzyły budynki. Przerażający absurd. „Grbavicę” trzeba obejrzeć choćby po to, żeby mieć pojęcie jak bardzo, piekielnie, nie było warto.

Scena warta uwagi

Jedna z najbardziej zapadających w pamięć to ta, gdy Pelda odwozi Esmę do domu po pracy. Zaczynają rozmowę, która jakby nigdy nic schodzi na to, że poznali się podczas identyfikacji ofiar, że Pelda pomylił się z powodu butów jednej z ofiar, że Esma znalazła ojca, a Pelda też nie. „Niedługo mają odkopać dwie kolejne mogiły w Grbavicy” - mówi, a brzmi to jakby mówił, że „niedługo ma być koncert Stinga w Grbavicy, może chciałabyś pójść?”. Genialna, wstrząsająca scena.

P.S. Taka ciekawostka. Zbanić, Bośniaczka, tak - przypadkowo - zebrała obsadę, że główną rolę gra Serbka rodem z Belgradu Mirjana Karanović (Vera z "Undergroundu" Emira Kusturicy, dodatkowo pierwsza serbska aktorka, która zagrała w chorwackim filmie po wojnie - "Świadkowie" z 2003 r.), Serbem jest też Bojan Diklić grający Sarana. Sarę gra Bośniaczka Luna Mijović, Peldę - Chorwat Leon Lucev, a Cengę - bośniacki Chorwat Dejan Acimović. Taka mała Jugosławia.



21:43, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 września 2014

(Wish I Was Here, 2014)

Reżyseria: Zach Braff

Scenariusz: Zach Braff, Adam Braff

Grają (ci istotni): Zach Braff, Kate Hudson

5/10

Zach Braff jest sterszy o 10 lat i niestety nie nauczył się robić lepszych filmów. „Powrót do Garden State” czyli jego debiut sprzed dekady, był bardzo pogodną trochę komedią, trochę filmem obyczajowym. „Gdybym tylko tu był” miało być czymś podobnym, ale polotu tamtego pierwszego zostało tylko trochę. To historia która miała być częściowo na wesoło, a częściowo na poważnie. Na poważnie bo główny bohater, któremu umiera ojciec, wreszcie musi porzucić młodzieńcze marzenia o aktorstwie i zająć się rodziną, a nie bardzo chce. O ile to co miało być zabawne, nawet jest („Jestem Denaerys, władczyni smoków!” „A ja jestem tym brązowym, który ginie na początku!”), to część „na poważnie” wypada pretensjonalnie i kompletnie nieprzekonująco.

Może to kłopot z obsadą. Braff w rolli którą napisał sam dla siebie wypada w porządku. Gorzej z tymi, którzy mu partnerują. W „Powrocie do Gsrden State” miał obok siebie Natalie Portman, która zagra wszystko. Tutaj jego żonę gra Kate Hudson – aktorka komedioworomantyczna – która rozmawiając z umierającym teściem sprawia wrażenie jakby cały czas się uśmiechała pod nosem. W sumie pieniądze wydane na bilet na ten film trudno uznać za zmarnowane. Jeśli lubicie humor z filmu sprzed dekady, to jest go tutaj sporo. Ale omijając salę kinową niewiele stracicie.

Scena warta uwagi:

Poczekalnia przed salą, w której odbywają się przesłuchania do roli. Główny bohater i jeszcze jeden oczekujący są jedynymi białymi, którzy czekają do roli, przeznaczonej przez producenta (jeszcze o tym nie wiedzą) dla afroamerykanina. Reszta tłumu, sądząc po jego przekroju, wie. Ktoś ćwiczy rolę, ktoś moduluje głos, ktoś rozmawia. „Wiecie, ja w szkole aktorskiej grałem Otella” - mówi ktoś. „Tak, tak, wiemy. Wszyscy graliśmy” odpowiada tłum chórem.

W sali kinowej tylko ja się zaśmiałem...



21:16, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 września 2014

(Lucy, 2014)

Reżyseria: Luc Besson

Scenariusz: Luc Besson

Grają (ci istotni): Scarlett Johansson, Morgan Freeman

4/10

Jeśli ktoś był kilka tygodni wcześniej na „Transcendencji”, to na ten film iść już nie musi, bo obejrzy mniej więcej to samo, z tą tylko różnicą, że zamiast Johnny'ego Deppa swoim umysłem ogarnia świat Scarlett Johansson. Tylko Morgan Freeman gra tę samą postać. Jeśli po obejrzeniu zwiastunów miałem choć cień nadziei na reanimację Luca Bessona, to jednak się zawiodłem. Wielokrotnie przez niego odgrzewany pomysł na naparzankę na ulicach Paryża, z udziałem ulubionych praz tego reżysera wątków azjatyckich, robi się nudny jak tylko po pół godzinie filmu zdamy sobie sprawę, że poniekąd ciekawie rozwijająca się historia jest niezbyt logiczna i mocno absurdalna. Niesamowite, ze ktoś kto nakręcił „Wielki błękit”, „Nikitę”, „Leona zawodowca”, czy „Piąty element”, aż tak bardzo nie ma pomysłu.

Bo wizualnie „Lucy” jednak się broni. W tym wypadku Besson, jak zawsze, jest efektowny. Pościgi, strzelaniny, jak i sama Scarlett Johansson, są niewątpliwie malownicze. Tylko że to trochę mało. Malowniczych filmów jest na pęczki, ciekawych dużo mniej.

Scena warta uwagi:

Pewien polot dawnych filmów Bessona miała scena spotkania Lucy z tajwańskim mafiosem. Lucy się boi, jest sporo krwi, gangster ma zaciętą minę, w tle leci muzyka Erica Serry (ten kompozytor to jedyne co zostało Bessonowi z czasów jego świetności). Przez moment można się poczuć, jakby się oglądało „Nikitę”. Ale tylko przez moment.



wtorek, 02 września 2014

(Dans la maison, 2012)

Reżyseria: Francois Ozon

Scenariusz: Francois Ozon na podstawie sztuki Juana Mayorgi „El chico de la ultima fila”

Grają (ci istotni): Kristin Scott Thomas, Emmanuelle Seigner, Fabrice Luchini, Ernst Umhauer, Denis Menochet

7/10

60 proc. Polaków w ogóle nie czyta ksiązek. Regularnie czyta nieco ponad 10 proc. We Francji „literatura” wciąż nie jest obcym słowem, dlatego tam nakręcenie takiego filmu ma sens, podczas gdy u nas nie ma. Niewielu zrozumiałoby na czym polega trudno uchwytna relacja między nauczycielem francuskiego, a jego uczniem, piszącym coś w rodzaju powieści w odcinkach, zaczynając od pierwszego wypracowania, które Germain zadał nowej klasie. Claude literacko nie tylko wyróżnił się na rzecz ogólnej miernoty w 2B, ale wciągnął nauczyciela w dość perwersyjną grę.

Film ogląda się jednym haustem. Ozon fantastycznie przeplata poziomy opowiadanej historii, mieszając wątkiem, który powstaje w wypracowaniach Claude'a, wątkiem prawdziwego życia rodziny Artole opisywanej przez szesnastolatka i wreszcie wątkiem nauczyciela, który wraz z małżonką zaczytują się w kolejnych odsłonach opowieści. Reżyser bawi się z widzem, każe mu odgadywać czy to co ogląda jest prawdą, czy literacką fikcją. Na żywo naprawia w filmie fragmenty, źle napisane przez ucznia. Eksperymentuje z kontrastem, np. karząc nauczycielowi zbyt surowo oceniać jedno z pierwszych wypracowań (fragmentów powieści?) Claude'a, jednocześnie dość łagodnie krytykując kiczowate obrazy w galerii prowadzonej przez jego żonę. I tylko zakończenie mi się nie podoba. Zbyt mocne. Trochę jak nieco naciągany szkic młodego pisarza.

Scena warta uwagi:

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Ozon zapatrzył się w Woody'ego Allena. To ta sama płynność w opowiadaniu historii, która toczy się wartko, bez niepotrzebnej dłużyzny i wciąga widza, który nie może doczekać się tego, jak wszystko potoczy się dalej. Zresztą zagadka dla uważnych. Na jaki to film Germain poszedł z Jeanne do kina?



poniedziałek, 01 września 2014

(Wall Street, 1987)

Reżyseria: Oliver Stone

Scenariusz: Oliver Stone, Stanley Weiser

Grają (ci istotni): Michael Douglas, Charlie Sheen, Martin Sheen, Daryl Hannah, Terence Stamp

8/10

Piękny film o czasach gdy mężczyźni nosili ray-bany nawet o poranku na plaży, kobiety marzyły o diamentach, a spoglądaniu na wieczorne miasto towarzyszyły nieśpieszne dźwięki elektrycznej gitary, mandoliny i keyboardu. To też film, w którym aktorzy nie tyle zajmują się graniem, co wypowiadaniem bon-motów. W zasadzie poza kamerą chyba zaglądali do notesików, albo właśnie do nich wpisywali to co przed chwilą usłyszeli.

Tym co w „Wall Street” jest prawdziwe, jest chciwość. Zagrana jednoosobowo przez Michaela Douglasa. Bez niego byłaby to jedna z największych klap filmowych w historii i kto wie jak potoczyłaby się kariera Olivera Stone'a. Z nim wyszło, momentami wstrząsające, studium zachłanności. Obie sceny rozmowy Buda i Gordona w jego biurze są świetne (mimo Charliego Sheena). To film o bardzo prostych ludziach. Również sam Gordon Gekko, jest może nieco sprytniejszy od Buda Foxa, ale przecież też daje się oszukać jak uczniak (dwa razy). Gdzie mu tam do Wilka z Wall Street. Ale chciwość i umiejętności napędzają go w sposób niesamowity. Najbardziej niesamowite jak wiele się przez to ponad ćwierć wieku zdarzyło i jak wiele z tego można było przewidzieć, zaglądając do filmu Stone'a. Najbardziej przerażające są opowieści Douglasa i Sheena o tym, jak wielu maklerów giełdowych zagadywało ich tłumacząc, że zdecydowali się na ten zawód, po obejrzeniu filmu.

Scena warta uwagi:

Trudno to ubrać w słowa, ale to chyba najfajniejszy, fatalnie zagrany film jaki widziałem. Zwłaszcza Charlie Sheen i Daryl Hannah dotykają drewnianego absolutu w scenie kłótni między Budem a Darien. Gorszą kłótnię w filmie wykonali tylko kpt. Popczyk wraz z małżonką Teresą w „Zabij mnie glino”. Ale było blisko.

P.S. Nie wiem czy często się to zdarza, ale to niesamowite, że za role w tym samym filmie Douglas dostał Oskara, a Hannah Złotą Malinę. I oboje zasłużenie.

23:23, kubadybalski , dramat
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi