sobota, 26 września 2015

(Julie & Julia, 2009)

Reżyseria: Nora Ephron

Scenariusz: Nora Ephron na podstawie książki Julie Powell Julie and Julia: 365 days, 524 recipes, 1 Tiny Apartament Kitchen

Grają (ci istotni): Meryl Streep, Amy Adams, Stanley Tucci, Chris Messina

6/10

Sympatyczny film, który jest okazją do aktorskiego popisu Meryl Streep, choć ta właściwie gra tylko w jego połowie. Ale to aktorka wybitna, może najwybitniejsza, której należą się pokłony. Tym razem wciela się w amerykańską żonę dyplomaty, która będąc w Paryżu uczy się gotować a potem wydaje ksiązkę kucharską. Z tej samej książki, pół wieku później, korzysta inna Julia, niespełniona pisarka, która gotuje, bloguje i w ten sposób odnosi sukces wydawniczy. Streep gra koncertowo, wydaje się stworzona do tej roli. Ale w końcu o każdej jej roli można powiedzieć to samo. Wystarczy sobie przypomnieć, że ten sam duet – Streep i Tucci, który tutaj gra męża dyplomatę – zagrał choćby w „Diabeł ubiera się u Prady”. I tam też Streep wydawała się stworzona do roli. Oglądać ją to czysta przyjemność.

Obie bohaterki mają wspólne nie tylko imię. Kompozycja filmu jest bardzo ciekawa, bo pozwala porównywać dwie kobiety, których na pozór nic nie łączy, a różni wszystko – czasy, wygląd, temperament, etc. Obie w podobnym momencie (filmu) w pichceniu odnajdują pasję (tu dygresja – to zdecydowanie jest film dla tych wszystkich, którzy uwielbiają jeść, zachwycają się brązem wyciąganej z piekarnika kaczki i wiedzą co to jest „ile flottante”, Filmotatnik wie, bo jadł to kiedyś w Paryżu...), w podobnym momencie wpadają w kryzysy. Nawet polityczne odniesienia wyskakują w tym samym momencie. Mąż Julii jest przesłuchiwany w ramach porządków wprowadzonych przez senatora McCarthy'ego. Chwilę później widz ogląda scenę, w której Julie prawie wylatuje z pracy słysząc od szefa, że „republikanin to by Cię zwolnił”. Sprawna komedia bez zaskoczeń, za to przyjemna w oglądaniu.

Scena warta uwagi:

Bardzo fajna jest ta, w której Julie musi ugotować homary. W kuchni trzeba mieć serce z lodu, taka prawda.

niedziela, 13 września 2015

(L'Arrive d'un train en gare de La Ciotat, 1895)

Reżyseria: Auguste Lumiere, Louis Lumiere

Scenariusz: Auguste Lumiere, Louis Lumiere

Grają (ci istotni): pociąg

bez oceny

22 października 1895 r. na dworcu Montparnasse w Paryżu doszło do bardzo znanego i malowniczego wypadku ekspresu relacji Granville-Paryż. Tak malowniczego, że jeszcze dziś w empikach można kupić plakat z pociągiem, który przebijając ścianę dworca spadł dziesięć metrów niżej na ulicę. Wypadek był głośny, choć lekko rannych zostało tylko dwóch pasażerów, palacz i dwóch konduktorów. Jedyną ofiarą śmiertelną byłą niejaka Marie-Augustine Aguilard, która akurat przechodziła obok dworca.

Dwa miesiące później w Salonie Indyjskim, części Grand Cafe przy paryskim Bulwarze Kapucynów, Auguste i Louis Lumiere zorganizowali pierwszy pokaz swoich ruchomych obrazów. Są spory w doktrynie, czy niespełna 50-sekundowy „Wjazd...” był w programie dziesięciu krótkich filmów pokazanych tamtego 28 grudnia, czy premierę miał dopiero podczas któregoś ze styczniowych pokazów. W każdym razie miejska legenda głosi, że nieświadomi niczego widzowie z pierwszych rzędów uciekali z lokalu, gdy widzieli jadący wprost na nich pociąg. Martin Loiperdinger, profesor media studies na Uniwersytecie w Trewirze, w opublikowanym przed dekadą eseju o kluczowej dla historii kina roli tego właśnie filmu, zaprzecza, że coś takiego miało miejsce. Żadne współczesne relacje prasowe nie donoszą o takich przypadkach, trudno też uznać, że ktokolwiek – mimo, że film istotnie robił wrażenie – na poważnie pomyślał, że pociąg wyskoczy ze ściany.

Wiadomo jednak, że historia powtarzana na przełomie 1985 i 1986 r. zrobiła biznesowi braci Lumiere świetną reklamę. Zresztą pomógł jej, wspomniany na wstępie, a doskonale pamiętany wypadek na Gare Montparnasse. Pokazy filmowe cieszyły się dużym zainteresowaniem. Sam „Wjazd...”, choć nie był ani pierwszym filmem braci (wśród ich dzieł jest oznaczony numerem 653., a w tym czasie obaj mieli „rozgrzebane” i przygotowywane do opracowania kilkadziesiąt nagrań), ani pierwszym filmem pokazanym publicznie (za taki uznaje się „Wyjście robotników z fabryki Lumiere w Lyonie” nakręcony w marcu 1895 r. i otwierający grudniowy pokaz w Grand Cafe), ani pierwszym w ogóle (najstarszy zachowany film to dwusekundowa, składająca się z 9 klatek „Scenka z ogrodu Roundhay” zarejestrowana w październiku 1888 r. przez Louisa Le Prince'a), jest z kilku powodów uznawany za dzieło szczególne, wśród pierwszych filmów obu Francuzów.

***

Bracia nie ograniczyli się wyłącznie do zarejestrowania czegokolwiek. Film jest przemyślany, a ludzi oczekujących na peronie i tych wysiadających z pociągu wcześniej poinstruowano, by nie patrzyli w kinematograf. Mamy więc zalążki reżyserii. Temat też nie jest przypadkowy. Pociąg w tamtych czasach był symbolem nowoczesności, więc uczynienie go głównym przedmiotem filmu – kolejnej nowości – wzmacniało tę cechę. Warto zdać sobie sprawę, z czasów o takich mowa. Zarówno bracia Lumiere, jak i ich widzowie, to część społeczeństwa niezachwianie wierzącego w rozwój i spragnionego technologicznych nowinek, niczym w tym względzie nie różniącego się od nowojorskich tłumów czekających całą noc na premierę nowego iPada. Paryż, a z nim cała Europa Zachodnia, miał za sobą przeszło dwie dekady bez wojny i tyle samo do czasu aż kolejna zakończy Belle Epoque.

Lumiere mieli do dyspozycji jedną kamerę (właściwie nawet jeszcze nie „kamerę”) i – co podkreślają historycy filmu – wykorzystali ją wzorowo. Nie mogli rzecz jasna postawić jej na torach, a postawienie oka kinematografu prostopadle do kierunku poruszania się pociągu nie dałoby takiego efektu. Za to diagonalne ujęcie, w którym pociąg stopniowo pojawia się na drugim planie, a ostatecznie staje się pierwszoplanowym elementem obrazu, najlepiej pokazywało możliwości nowego wynalazku. Tu nie chodzi wyłącznie o ruszające się obrazki. Przez te 50 sekund zmienia się cała kompozycja tego na co patrzy widz. Oglądany świat, ograniczony do ekranu, zmienia się całkowicie, co odróżnia „Wjazd...” od innych ówczesnych filmów Lumiere'ów. Kinematografu nie wyłączono po zatrzymaniu pociągu. Przez długą chwilę wypełnia znaczną część obrazu, wzmacniając kontrast między tym, co na początku, a tym co na końcu filmu.

Bracia wpadli na to, może jeszcze o tym nie wiedząc, że równie ważna jak sama historia, jest sposób jej opowiedzenia. Kinematograf stał się nie tylko urządzeniem do prostej rejestracji, ale narzędziem. A człowiek stojący za nim stał się twórcą.

***

„Wjazd...” rzecz jasna nie jest fabułą. W programie na 28 grudnia 1895 r. w Grand Cafe, zaraz po wychodzących z fabryki robotnikach, był film „Polewacz polany”, krótka historyjka o urwisie, który następuje na węża ogrodowego, a gdy ogrodnik chce sprawdzić co się dzieje, oblewa go strumień wody. To ten film jest uznawany za pierwszą fabułę, komedię, a grający w nim ogrodnik Lumiere'ów Francois Clerc i pomocnik cieśli z fabryki Leon Trotobas to zapewne pierwsi w historii aktorzy. Ale film o pociągu chyba w największej mierze pokazał, jak wielką siłę oddziaływania na emocje widzów będą miały te „ruchome obrazy”. To właśnie o nim tamtej zimy w Paryżu mówiono najczęściej.

Scena warta uwagi:

Wyjątkowo pochodzi... z innego filmu. W „Hugo i jego wynalazek”, świetnym filmie Martina Scorsese, sprzed kilku lat, „Wjazd...” jest ważnym elementem. Scorsese dwie sceny z pociągiem nagrał ustawiając kamerę dokładnie w taki sam sposób, w jaki ponad stulecie wcześniej zrobili to bracia Lumiere. Sam film też się tam pojawia, gdy jeden z bohaterów ogląda go, co zrobi na nim tak wielkie wrażenie, że potem sam zajmie się kręceniem filmów. Scorsese wykorzystał legendę o reakcji jaką wśród widzów wywoływał pociąg z La Ciotat. Mimo wszystko może niektóre legendy, nie powinny być wyjaśniane...

P.S.

Film powstał w dwóch wersjach (obie są oznaczone w zbiorach Lumiere'ów numerem 653). Ta chyba wcześniejsza pokazuje przechadzającego się po peronie pana w jasnym garniturze. W drugiej wyróżnia się dama z prowadzoną za rękę córeczką.

23:06, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 września 2015

Jury złożone z właścicieli i redaktorów bloga Filmotatnik, po burzliwych, wielotygodniowych obradach wybrało film, który będzie 200. notką. Zwycięską propozycją okazał się

„Wjazd pociągu na stację w La Ciotat”, reżyseria: August Lumiere, Louis Lumiere, zaproponował Piotr Kalisz

Oceniający uznali, że film ten daje największe możliwości napisania ciekawej i wielowątkowej notki. Jest to niewątpliwie obraz nowatorski, wyraźnie widać, że twórcy nie czerpali z wcześniejszych dokonań sztuki filmowej, postawili na coś własnego, niepowtarzalnego, odkrywczego w formie przy interesującej dla współczesnych treści.

Kwestia nagrody zostanie omówiona z laureatem przy nadarzającej się okazji.

Ponadto warto zauważyć, że Szacowne Grono postanowiło przyznać dwa wyróżnienia. Te filmy również znajdą się na Filmotatniku, choć wyróżnieni proponenci niestety nie zostaną nagrodzeni.

Wyróżnione sugestie to:

„Cold Fish”, reżyseria: Shion Sono, zaproponował Michał Szymajda (Wysoka Komisja doceniła opis: "U hodowcy rybek akwariowych dochodzi do niekontrolowanej fali zbrodni...”)

„Ostatni kurs”, reżyseria: Jan Batory, zaproponował Piotr Kalisz (scenariusz Słomczyńskiego nie może być zły).

Sędziowie-Recenzenci gratulują wyróżnionym, podtrzymują na duchu pominiętych, doceniają niezwykle rozpowszechnioną sympatię czytelników Filmotatnika do filmów o przerośniętych zwierzętach mordujących co popadnie.

I zachęcają do udziału w konkursie za sto następnych notek.

22:42, kubadybalski , pitu pitu
Link Dodaj komentarz »
Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi