poniedziałek, 25 września 2017

(Ptaki śpiewają w Kigali, 2017)

Reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Scenariusz: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Grają (ci istotni): Jowita Budnik, Eliane Umuhire, Witold Wieliński

7/10

Jeśli wśród filmów o ludobójstwie na jednym końcu skali umieścimy "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, to "Ptaki śpiewają w Kigali" są na tym drugim końcu. To film bardzo cichy. Mówi się w nim mało, ale cisza, która ilustruje kolejne sceny, szumi w uszach. Wiele z nich zresztą zaczyna się na głucho. Tak jakby Krauzowie chcieli pozwolić widzom wczuć się w kogoś, kto przeżył traumę tak mocną, że zmusza się by wrócić do rzeczywistości. Przeżywanie traumy to zresztą główny temat filmu i choćby z tego powodu powinno się na niego obowiązkowo prowadzać pseudopatriotów, chcących "pomagać na miejscu". Co więcej nie, ludzie, którzy uciekają przed wojną nie będą zaraz po przekroczeniu granicy uśmiechać się, deklarować chęci nauki polskiego i wychwalać pod niebiosa smaku pierogów (a chyba niektórzy politycy tylko pod takim warunkiem łaskawie zechcieli by ich wpuścić). Mogą być rozgoryczeni, nieufni, czy apatyczni. I maja prawo tak się czuć, skoro ktoś im, być może, przed chwilą wymordował rodzinę.

Czy jest sens robić w Polsce film o zbrodni w Rwandzie? Krauzowie pokazali, że warto. Umiejętnie pokazali, że ludobójstwo ma też charakter osobisty, intymny, a na tym poziomie nie ma znaczenia kolor skory, czy narodowość. Zresztą to właśnie zejście na poziom indywidualny nadaje tym wydarzeniom uniwersalny charakter. Problem w tym, że trauma jest jednak wybitnie niefilmowa. Film nie jest nudny, ale... nie jest wciągający. Jakoś tam ciekawi pewna tajemnica, która rozwiązuje się na końcu, ale to trochę mało. Krauzowie zrobili tak uwewnętrzniony film, że momentami mu to szkodzi. Ale warto.

Scena warta uwagi

Gdy pewien urzędnik w ministerstwie mówi, że "nikt nie morduje miliona ludzi bez powodu", to zapewne wszyscy symetryści biją mu po cichu brawo. Ciarki przechodzą. Takich, rzuconych półgębkiem, komentarzy do współczesności jest w filmie więcej.

17:25, kubadybalski , dramat
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 września 2017

(The Square, 2017)

Reżyseria: Ruben Ostlund

Scenariusz: Ruben Ostlund

Grają (ci istotni): Claes Bang, Elizabeth Moss, Dominic West

6/10

Film o tym, że mimo tysięcy lat rozwoju kultury niezmienie wszystko sprowadza się do tego kto komu może przywalić i kto kogo zaciągnie za włosy do łóżka. Także o sytuacjach, w których ta, szeroko rozumiana, kultura, jest nieprzydatna / szkodliwa / bezduszna / nieetyczna / groźna dla jednostki / groźna dla społeczności / niesprawiedliwa (konkretne określenie można sobie dopasować do każdej sceny z filmu). Początkowo zapowiada się na zwykłą satyrę na sztukę nowoczesną, zresztą na żartach z niej głównie śmieje się widownia. To byłoby ciekawe, gdyby reżyser zamiast robić bekę z tego, że jest niezrozumiała (co powszechnie wiadomo), zauważył, że czasem jest niezwykle sensowna (co wiadomo dużo mniej powszechnie), ale to w filmie ginie. Potem śledzimy losy dyrektora muzeum sztuki współczesnej, któy najogólniej rzecz biorąc wpada w kłopoty, bo w głębi serca jest nieśmiałym tchórzem, choć świetnie poruszającym się na salonach i wśród socjety. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes na wyrost, bo wyważa otwarte drzwi. Zadaje pytania i podnosi problemy, podnoszone w kinie już dziesiątki razy. Część poruszanych tam tematów w zeszłym roku, świetnie, skonsumował „Toni Erdmann”. W scenie wywiadu, jednej z pierwszych w filmie, ani dziennikarka ani sam dyrektor nie rozumieją bełkotu na temat wystawy ze strony internetowej muzeum. Ale już Ryszard Ochódzki w „Misiu” tłumaczył, że nie ma co się bać, że ktoś zapyta po co ten miś. Nikt tego nie wie, więc nikt nie zapyta.

Na filmie Ostlunda nie będziecie się dobrze bawić, bo ogląda się go źle. Nie tylko dlatego, że taki był zamysł reżysera, żeby widz się przeglądał w filmie jak w lustrze, a to przeważnie nie jest ładny i przyjemny widok. To byłoby do przełknięcia. Gorzej, że film jest chaotyczny. Reżyser mruga do widza, ale te mrugnięcia nie zawsze są zrozumiałe i są nierównej jakości. Pomysły świetne, jak uroczysta kolacja w muzeum z człowiekiem-małpą (trafiła na plakat), czy obie pokazane w filmie konferencje prasowe, przeplatane są łopatologicznym tłumaczeniem paradoksów, jakie istnieją w sytym i bogatym społeczeństwie. To, że Szwed (zresztą nie tylko Szwed) chętniej pomoże finansowo biednym dzieciom w Afryce, niż przechodniowi, który poprosi go o pomoc na ulicy, nie jest wybitnym odkryciem. Choć może dla jury w Cannes jest.

Scena warta uwagi:

Wstrząsająca jest, wspomniana wyżej i opisywana zresztą już wielokrotnie, scena bankietu w muzeum. Widz z jednej strony dziwi się „jak łatwo...”, a z drugiej czuje, że nie ma tam ani krzty fałszu, czy przesady.



20:52, kubadybalski , obyczajowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 września 2017

(Beguiled, 2017)

Reżyseria: Sofia Coppola

Scenariusz: Sofia Coppola na podstawie „A Panted Devil” Thomasa P. Cullinana

Grają (ci istotni): Nicole Kidman, Kirsten Dunst, Elle Fanning, Colin Farrell

7/10

Emocjonujący film, który mieści się gdzieś pomiędzy thrillerem, horrorem, czarną komedią, a filmem historycznym, o żołnierzu Północy, który w czasie wojny secesyjnej, ranny, trafia przypadkiem do położonej gdzieś w Wirginii szkoły dla dziewcząt. A że dyrektorka, nauczycielka, oraz dziewczęta mężczyzny na dobre nie widziały od dłuższego czasu, zaczynają się podchody z różnych stron. Sztywna hierarchia w miejscu, które sprawia wrażenie na odcięte od świata (niby trwa wojna, ale w tym miejscu obecna jest głównie w postaci odległych, choć codziennych wybuchów i pustki, którą zaburzają tylko przechodzące od czasu do czasu drogą oddziały żołnierzy) zostaje zaburzona. Dziewczęta nieco się rozzuchwalają. Przybysz nie ma zamiaru po wyleczeniu ran podziękować i ruszyć w swoją drogę. Ale od samego początku można podejrzewać, że dyrektorka w niejednym piecu pichciła pieczywo i nie z takimi sytuacja mi sobie radziła.

Film trzyma w napięciu, bo Coppola tak opowiada całą historię, że więcej każe się domyślać, niż mówi wprost. O przeszłości głównych bohaterów widz dowiaduje się niewiele, trochę przypadkiem i nie dowie się co się będzie działo dalej. Początek i koniec filmu są do siebie bardzo podobne, tak, jakby to co pomiędzy, właściwie się nie zdarzyło. A skoro tak, to można się tylko domyślać jak wiele przeszły główne bohaterki przed i po. „Na pokuszenie” to ekranizacja powieści sprzed pół wieku, którą zresztą już raz sfilmowano w latach 70-tych z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Tamten film był brutalny i opowiedziany z męskiego punktu widzenia. Wersja Coppoli różni się i chyba wyszło jej to na dobre (zarówno filmowi, jak i samej Coppoli, która dostałą w Cannes nagrodę za reżyserię). Na ten film warto też iść dla Nicole Kidman, która im starsza, tym lepsza.

Scena warta uwagi:

Podobała się recenzentowi „Guardiana” i miał rację. Kolacja, gdy miss Martha w kilku zdaniach sprowadza na ziemię rozentuzjazmowaną Edwinę. Mistrzostwo.

P.S. Plakat jest świetny.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi