środa, 31 października 2012

(Cosmopolis, 2012)

Reżyseria: David Cronenberg

Scenariusz: David Cronenberg

Grają (ci istotni): Robert Pattinson, Paul Giamatti, Juliette Binoche, Sarah Gadon, Samantha Morton, Mathieu Almaric

3/10

Jeśli gdzieś pod koniec lat 90-tych graliście w przygodówki tworzone przez Cryo Interactive (Atlantis, Aztec, Wersal 1685, etc.), to pamiętacie nieruchome za to bardzo ładnie zaprojektowane lokacje, które za to były pełne odgłosów w tle. I mnóstwo gadania z napotkanymi na drodze postaciami, które ruszały się (zwykle kiwając się na boki) niewiele bardziej niż wspomniane lokacje. „Cosmopolis” jest takie samo – tło, w którym dużo się dzieje, jest jednak mniej ważne. Ważne są gadające głowy, tylko treści w porównaniu do wspomnianych gier jest nieco mniej.

David Cronenberg robi filmy trudne, momentami denerwująco brzydkie. Czasem zdarza mu się zrobić film całkiem dobry („Niebezpieczna metoda”), ale tym razem przekombinował. Zimno jakie bije z każdej postaci z multimiliarderem podróżującym limuzyną przez Nowy Jork na czele, przez pierwsze 10 minut ciekawi, bo jakoś tak pasuje do opowieści o końcu świata, po kwadransie się nudzi, po dwudziestu już tylko irytuje. A potem jeszcze półtorej godziny bełkotu.

Scena warta uwagi:

Główny bohater dostaje w twarz ciastem od mistrza Andre Petrescu, cukiernika zamachowca, który przyłożył Michaelowi Jordanowi „latającą tartą”, potraktował kiszem sułtana Brunei, a Fidelowi przyłożył trzy razy w ciągu sześciu dni podczas wizyty w Bukaeszcie. Petrescu to najbardziej barwna postać w filmie. Jej monolog jest najbardziej sensowny jeśli chodzi o konstrukcję filmu. Przynajmniej choć trochę śmieszny. A i tak żałośnie banalny.

P.S. „Cosmopolis” miało premierę w Cannes i ponoć tam się spodobało. Kanadyjczyka Cronenberga Francuzi muszą lubić na złość Amerykanom.





(The Hunter, 2011) bez polskiej premiery kinowej i DVD

Reżyseria: Daniel Nettheim

Scenariusz: Alice Addison na podstawie powieści Julii Leigh

Grają (ci istotni): Willem Dafoe, Sam Neil, Frances O'Connor, Morgana Davies i Finn Woodlock

7/10

„Trudno dziś znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, ale jeszcze trudniej znaleźć dobre dziecko” - mawiał klasyk w klasycznym filmie. Mógł dodać, że dobrze grające w filmie dziecko w przyrodzie w zasadzie nie występuje. W „The Hunter” akurat dziecięce role wypadają wyśmienicie. Ktoś kto naście lat temu poszedł do kina na „Wiedźmina” i musiał oglądać dziewczynkę grają cą Ciri, na takie rzeczy zwraca uwagę do końca życia.

Ale nie tylko dla Morgany Davies i Finna Woodlocka warto obejrzeć. Filmowa adaptacja bestselera Julii Leigh urzeka pięknem zdjęć, prostą historią i świetnym jak zwykle Willemem Dafoe. Banalna fabuła o myśliwym, który tropi zwierzynę okazuje się historią o tym, że człowiek to niezbyt rozumne zwierzę które czasem postępuje wbrew logice, ale tak jak czuje, ze trzeba postąpić. Niezależnie od tego co mu grozi, lub co ludzie powiedzą. W dodatku fabuła przepięknie sfilmowana, z doskonałą muzyką.

Scena warta uwagi:

Wyobraźcie sobie że jesteście ostatnim człowiekiem na ziemi. Coś jak Will Smith w „Jestem Legendą” (był też taki film z lat 60-tych). A teraz zwróćcie uwagę na scenę, w której Defoe wreszcie znajduje tygrysa. I jak potem płacze, w sumie po rozwiązaniu wszelkich problemów. Słuszna decyzja?

P.S. Ten film to kolejna doskonała reklama festiwalu w Toronto. Co oglądam jakiś film i mi się podoba, to się potem okazuje, że najpierw pokazywano go w Toronto. „The Hunter” miał tam premierę w zeszłym roku.





sobota, 27 października 2012

(Haywire, 2011)

Reżyseria: Steven Soderbergh

Scenariusz: Lem Dobbs

Grają (ci istotni): Gina Carano, Ewan McGregor, Michael Fassbender, Michael Douglas, Antonio Banderas, Bill Paxton, Mathieu Kassovitz, Channing Tatum

7/10

Warto obejrzeć pod warunkiem, że przymkniemy oko na dość naiwną fabułę, nieścisłości scenariusza, chudą bohaterkę, która każdego mężczyznę, choćby trzy razy większego od niej obija jak chce i dodatku zdrowieje w trzy minuty a kule się jej nie imają. Ot taki Bond w spódnicy, choć „w spódnicy” może niezbyt pasuje. Sporo tego, więc jak ten film zasłużył na 7/10? Przede wszystkim klimatem. Mordobicia tam w sumie niewiele, mniej też słów niż w przeciętnym thrillerze sensacyjnym, a to filmowi wychodzi na dobre. Świetne są zdjęcia, kręcone w sumie dość prostymi metodami, ale robią wrażenie. Gdy główna bohaterka wychyla się zza winkla, kamera wychyla się razem z nią. Mała rzecz znana z gier komputerowych, a jak rzadka w filmie. Twórcy wiedzieli jak kręcić i wiedzieli też gdzie. Pościg w Dublinie ogląda się przyjemnie. Tym bardziej że Gina Carano zachowuje się dość swobodnie. Jak bohater kina akcji pije kawę, to napina wszystkie mięśnie, wygina nogę i robi salto, a Mallory porusza się naturalnie. To wszystko małe rzeczy, a jednak cieszą i umilają czas z filmem. Wreszcie takie nagromadzenie fajnych aktorów musi przynieść coś dobrego. W końcu jaki film z Mathieu Kassovitzem może być zły?

Scena warta uwagi:

Mallory jedzie porwanym samochodem z porwanym kierowcą po lesie. Gonią ich bandziory, jest nerwowo, drzewa śmigają za oknem, jadą tyłem (!) aż tu nagle... Nie będę zdradzał, ale zastanowiłem się dlaczego tylu filmowym bohaterom rozjeżdżającym najróżniejsze lasy nigdy to się nie zdarzyło?

P.S. Ważna rzecz, jeśli oglądając „Ściganą” przyszło wam w pewnym momencie na myśl „Ocean's Eleven”, to słusznie. David Holmes robił muzykę do jednego i drugiego filmu. Oba soundtracki są świetne. On też ciągnie „Ściganą” za uszy do 7/10.



środa, 24 października 2012

(Snow White and the Huntsman, 2012)

Reżyseria: Rupert Sanders

Scenariusz: Evan Daugherty, Hossein Amini, John Lee Hancock

Grają (ci istotni): Charlize Theron, Bob Hoskins, Ray Winstone, Toby Jones, Ian McShine, Chris Hemsworth, no i Kristen Stewart

4/10

Ten film powinni zrobić Chińczycy, którzy w klimatach "królestwo", "zły król", "dobry bohater outsider", "dużo pieniędzy na film do wydania", etc. czują się świetnie. Tymczasem twórcy koncertowo zmarnowali materiał na dobry film. Zmarnowali co najmniej kilka ciekawych wątków z literackiego pierwowzoru, których nie rozwijają. Zmarnowali świetna w roli królowej Charlize Theron, a także zgraję porządnych brytyjskich aktorów w roli krasnoludków, których w filmie mogło by nie być, a fabuła nic by nie straciła, zmarnowali porządne efekty specjalne, które dla dobrego filmu są jak wisienka na torcie, a słabemu nie pomogą. Zawalili dając główną rolę Kristen Stewart, która jako dziecko zapowiadała się na porządną aktorkę, ale niestety nie wyrosła ze zbolałej miny, której nie zmienia niezależnie od sytuacji.

Nawet tytuł jest idiotyczny.

Scena warta uwagi:

Królowa zadaje lustru znane wszystkim pytanie. Lustro odpowiadając - dosłownie - wychodzi z siebie. Jest w tej scenie fajna aktorka i pomysł na przykucie uwagi widza. Obu tych rzeczy naraz więcej już w filmie nie będzie.

P.S. Żeby nie było. Fabularna bajkę naprawdę można fajnie nakręcić. Amerykanie to potrafią.

P.P.S. Kończąc myśl, gdyby bracia Grimm byli chińskimi scenarzystami, mieliby roboty na trzy pokolenia.

sobota, 20 października 2012

(Prometheus, 2012)

Reżyseria: Ridley Scott

Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof

Grają (ci istotni): Noomi Rapace, Michael Fassbender, Charlize Theron, Guy Pearce, Idris Elba

5/10

Jak w „Obcym” tytułowy bohater wychodził z brzucha, to było strasznie i wstrząsająco. W „Prometeuszu” Ridley Scott przez pół filmu przygotowuje widza do tego, żeby było strasznie, a jak już ma być, to jest przeciętnie. Jeśli ktoś widział ileś tam filmów o potworach, kosmitach, itp. to ten może sobie darować. To wszystko już było. A bajdurzenie o szalenie ważnych pytaniach o to skąd się wziął, dokąd zmierza, etc. rodzaj ludzki można włożyć między bajki. Napięcia emocjonalnego u grającej jedną miną Noomi Rapace też nie ma.

W zasadzie warto rzucić okiem na „Prometeusza” głównie dla Michaela Fassbendera, grającego Davida. Bo ten robot (android?) jako jedyny zwraca uwagę. Niby robot, ale bardzo jak na robota samodzielny. I właściwie nie wiadomo jak bardzo. Jak się zachowa w skrajnej sytuacji, czy można w jego wypadku mówić o „zachowaniu”, i tak dalej. Pytań o Davida widz zadaje sobie sporo. A Fassbender gra świetnie. Jeśli pamięta się go z „Niebezpiecznej metody” to tu pokazuje jak bardzo potrafi się zmienić dla innej roli.

Scena warta uwagi

David przychodzi do nawalonego jak messerschmitt Hollowaya z koniakiem, czy czymś w tym rodzaju. Archeolog jako jedyny na statku, na którym wszyscy traktują Davida jak członka załogi, pamięta o tym że to android. Ale daje się wciągnąć w rozmowę o Twórcy i przedmiocie stworzenia, która de facto jest rozmową pomiędzy właśnie twórcą (człowiekiem) i przedmiotem (robotem). No a potem – po sympatycznym archeologu. Jedna z niewielu dobrze wymyślonych scen w filmie.



poniedziałek, 15 października 2012

(Being Flynn, 2012)

Reżyseria: Paul Weitz

Scenariusz: Paul Weitz

Grają (ci istotni): Robert De Niro

7/10

Na relacjach ojca z synem – nieco toksycznych, w sumie z obu stron – można zawiesić oko na kwadrans. To co jest ciasteczkiem w tym filmie i z racji czego warto go zobaczyć, to Robert De Niro i postać którą stworzył. To niestety taki aktor, który świetne role przeplata banalnymi. A tworzenie postaci mu się udaje raz na parę lat. No to mu się udało. Tata Flynn dominuje w tym filmie. Widz go nie lubi i w każdym momencie, kiedy już, już, prawie poczuje do niego sympatię, to dostaje jakimś tekstem jak w łeb obuchem. De Niro jest w tym filmie odpychający, a jednocześnie hipnotyzuje. A to nie jest łatwe. W dodatku przy całej beznadziei w filmie, jest on optymistyczny. Nawet ludzi do siebie niepasujących i nienaprawialnych, można ułożyć, kwestia odpowiedniej kombinacji kontaktów i relacji.

Scena warta uwagi:

Jest taki moment w filmie gdy Tata Flynn zatrudnia (bo nie prosi przecież) syna i jego znajomych do przewiezienia gratów do magazynu. W tej scenie jest cały on. Wyrzucili do z mieszkania. Idzie pracować do taksówki, choć ma się za pisarza. Widzą to wszyscy ale grzecznie milczą. On nie milczy, każdego obraża, wie o tym, ale uważa że mu wolno. Wszystkich poucza i święcie wierzy, że ma do tego prawo. I co takiemu powiedzieć?



niedziela, 14 października 2012

(Quantum of Solace, 2008)

Reżyseria: Marc Forster

Scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade

Grają (ci istotni): Daniel Craig, Judi Dench

5/10

Wydawać pieniędzy na bilet do kina nie warto. W piątkowy wieczór obejrzeć w telewizji – czemu nie. Ale jednym okiem, bo dwóch trochę szkoda. Strzelają, ścigają się. Bond lata po całym świecie, ale po co, to już trudniej się domyślić. Można odnieść wrażenie, że spójność fabuły nieco przegrała z efekciarstwem, zresztą efekciarstwem na wysokim poziomie, ale jednak efekciarstwem. Jak trzeba było ciąć w montażu, to twórcy wzięli się w pierwszej kolejności za sceny które łączyły wątki, a nie za te w których latało, wybuchało i szalały jęzory ognia. I trudno nie odnieść wrażenia, że decydowali raczej producenci a nie reżyser Marc Forster, który akurat historie umie snuć po mistrzowsku, vide rewelacyjny „Przypadek Harolda Cricka”.

Scena warta uwagi:

Chyba jedna z pierwszych, gdy w Sienie Bond bije się z jakimś złym charakterem. Malownicza. Bujają się na linach w jakimś remontowanym kościółku, majta nimi po wszystkich ścianach, próbują się wzajemnie zastrzelić, ale pistolety wypadają im z rąk. Te ujęcia mówią o tym „bondzie” wszystko. Inna sprawa, że zwykły człowiek, tak obity przez rywala, belki, ściany i cokolwiek się nawinie, nie wyszedł by z tego cało. Ale to Bond.



Zakładki:
Filmotatnik gdzie indziej
Tagi